Archiwa tagu: Jake Gyllenhaal

bokser i frustratka

Do utraty sił (Southpaw), reż. Antoine Fuqua, USA 2015
Płomień (A Blast), reż. Syllas Tzoumerkas, Grecja 2015.

Inauguracja sezonu. To był dzień, w którym oderwałam się od Downton Abbey (seria 2, 3 i 4) i wyszłam z domu na seans na naprawdę dużym ekranie. Od razu na dwa seanse, żeby zwiększyć szanse na poruszenie, które mnie pchnie w jakimś kierunku – zachwytu, smutku, namysłu. Wiadomo, w końcu po to oglądamy, żeby jakaś reakcja chemiczna zaszła. Coś zatliło, nie powiem. Ale wracałam do domu z myślą, że jednak tradycyjne, zachowawcze, piękne w każdym detalu życie rodziny Crawley`ów ekscytowało mnie bardziej. Samej trudno mi uwierzyć w to, co piszę. Tak, kąśliwa ciotka hrabina Violet, wyniosła lady Mary, niezłomny kamerdyner pan Charles Carson, przewidywalni bądź co bądź, pozostają po kilkakroć bardziej wielowymiarowi niż kreacje ze świeżutkich premier.

Do utraty silDo utraty sił – moim zdaniem – obejrzeć nie zaszkodzi. Kto lubi Gyllenhaala i McAdams, będzie miał w kogo się wpatrywać, pozostali (są tacy, co nie lubią Jake`a i Rachel?) tę korzyść odniosą, że wszystko będzie spójne, umotywowane, ze zwrotami akcji i napięciem narastającym tak, jak trzeba. Powiedziałabym, że to film logiczny i uczuciowy. Proszę sprawdzić, czy to możliwe, by opowieść o boksie, o ciosach w twarz, rozbitych łukach brwiowych, sińcach, wylewającym się lewym oku, ogłuszeniach etc. była logiczna i wzruszająca. 

Ale w tym rzecz, że cudowny paradoks zbudowany na zderzeniu brutalnego sportu z kruchością i tęsknotą za czułością, nie wyważa żadnych drzwi. Raczej przypomina znaną już baśń, w kinie amerykańskim obecną w tylu wariantach, że nie mogłam się nadziwić, jak często serwuje się nam znane od lat menu. Sedno w tym, że ocena filmu Antoine`a Foquy zależy od tego, czy mamy apetyt na nowe smaki, czy zaspokaja nas chleb z masłem. Decyzja zależy od żołądka.

W dwunastu zdaniach: Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest mistrzem wagi półciężkiej. Tworzy życiowy duet z Maureen (Rachel McAdams). Znają się z czasów, gdy oboje byli wychowankami sierocińca. Teraz stworzyli dom dla siebie i córeczki Leili. Bogaty, ciepły. Maureen ma sex appeal i głowę na karku, Billy rozważny jest mniej, co nie dziwi – gdyby za dużo myślał, pewnie by nie boksował. Oczywiście, wszystko się odmieni, Billy straci tyle, że zostanie mu tylko – nomen omen – nadzieja na kolejny zakręt losu. Fanom Rachel McAdams doradzam, by wpatrywać się intensywnie, bo jest na ekranie krótko. Jeśli przed zakrętem był szczyt, to za zakrętem jest jama depresji w fuzji z wściekłością. Znika dwuznaczny manager, pojawia się guru. Stary doświadczony życiem bokser jest jak Wergiliusz u Dantego: prowadzi przez piekło, wie więcej i grzecznie pozostaje na drugim planie. Wzbogaca bohatera głównego w samoświadomość i empatię. Zresztą – bohater ma sporo bodźców do przemiany, a najsilniejszym motywatorem jest córka.

Tyle. Słabe strony wydają mi się oczywiste (100% widzów wie, że utracony tytuł Billy Hope musi odzyskać, choćby miał w tym celu ubić kotlet z przeciwnika),  skupię się więc na tych dobrych. Po pierwsze: montaż walk bokserskich. Trzeba przyznać, że mistrzostwo. Mnie ujęły te zwolnienia, którym towarzyszą mocno podbite plaśnięcia uderzeń. Znika wtedy rozgardiasz tłumu, są tylko ciosy. Runda za rundą. To mnie nie nudzi, może dlatego, że nie jestem kibicem bokserskim, raz na jakiś czas mogę więc zobaczyć, jak to działa. Fuqua pokazuje boks z desperackim zacięciem. Jak spektakl, w którym muszą wybrzmieć upadki, poderwania, kiwanie się na zdezorientowanych nogach, odrzuty głowy, w której chyba miesza się z sobą sens i bezsens całej gry. Zwycięzca unosi ramię poharatany, dostaje ozdobny pas, idzie się umyć. Potem pozwoli się poskładać na wzór siebie sprzed walki.

Po drugie: Gyllenhaal. Ostatnio widziałam go w Wolnym strzelcu, gdzie jako wychudły paparazzi ocierał się o obłęd. Tu demonstruje wyćwiczoną muskulaturę, dla lepszego efektu ustrojoną tatuażami. Nie przypadkiem zapewne są to tatuaże gotyckie, podobne do kroju napisów rozpoczynających film. Jakiś podtekst? Mile widziana podpowiedź. Zastąpię słowa dwoma fotkami, które oddają skalę odgrywanych przez aktora emocji. Aktor się sprawdził. Mógłby zagrać ze trzy razy tyle, gdyby mu ktoś rolę skomplikował. Zadanie miał dość proste – o ile nie wliczać scen walki.

SOUTHPAW

Oona i Jake2

Po trzecie: dziewczynka w okularkach (gdyby nie były jej naturalnym wyposażeniem, należało je wymyślić, trafienie w punkt). Córka, której zafundowano emocje ponad miarę, w skali o niezwykłej rozpiętości – od nienawiści do ojca po ból towarzyszenia mu w walce. Poniekąd również „typ”: mądrej, rezolutnej, nad wiek dojrzałej dziewczynki. Rolę Oony Laurence uważam za mocny punkt obsady. 

***

Jeśli więc przy Do utraty sił mogłam nieco pokręcić nosem na przewidywalność i ogrywanie schematu, to przy greckim Płomieniu ujścia domagało się wołanie o odrobinkę wyjaśnień: co, dlaczego i po co. 

Plomien. plakatOpis dystrybutora prowadzi na manowce, a przynajmniej wkłada do filmu sensy wcale nieoczywiste. We mnie rozbudziło się pewne oczekiwanie. Otóż: że będzie to opowieść o kobiecie, która w szalonym związku z marynarzem utopiła szansę na uporządkowanie swojego życia. Czuje się uwięziona życiową sytuacją (samotnością, balastem wychowywania dzieci w pojedynkę, kryzysem). Dotarła do ściany. Chciałam zobaczyć, jak ją obejdzie. Czy będzie walić w mur, czy przypnie skrzydła, by przefrunąć. Ale to wcale nie o tym. Co gorsza: nie wiem, o czym. Więc mały dyskomfort.

Syllas Tzoumerkas, reżyser, był gościem kina Muza. Sympatyczny i bardzo ciekaw rozmowy. Zgadzał się na każdą interpretację otwartego zakończenia. Niewiele mi pomógł. Jak twierdzi – film ukazuje losy typowej greckiej rodziny, na tle społecznych kryzysów współczesnej Grecji, z odniesieniem do archetypów (Grek to zawsze jakiś archetyp, nie dziwi nic). Jednym z nich jest potrzeba zabicia matki i ojca. No, a niech to! Powiedziałabym raczej, że oglądam perypetie kobiety mocno szurniętej (ciekawe, lecz trudno uznać ten stan za typowość), opętanej seksem, którym niestety nie da się rozwiązać wszystkich problemów. To, czy rzecz dzieje się w Grecji, jest czymś totalnie wtórnym. Najbardziej grecka jest symptomatyczna symbioza błękitu i szarej zieleni. Sytuacja społeczna rysuje się niewyraźnie. Chyba że należy podążać za łopatologią i długi matki odczytać jako zamiennik greckiej niewypłacalności. Nie sklejają mi się obrazy w całość.

To moja druga – zakończona fiaskiem – próba zrozumienia Syllasa Tzoumerkasa. Kilka lat temu oglądałam jego Ojczyznę. Jedno, co mogę, to zastanowić się, dlaczego jestem na niego głucha, choć czasem zatli się w oku płomyk zrozumienia.

Nowe kino greckie olśniło mnie trzykrotnie: Attenberg (2010),  Alpy (2011) i The Lobster (2015). I tyle umiem sobie wyjaśnić, że nie jest to kino realistyczne. Twórcy niby się nie odżegnują od komentowania greckich aktualności, ale na pewno nie należy oczekiwać kina spod znaku Kena Loacha. Nie są to filmy społeczne. Nie są to filozoficzne metafory i nie są to opowieści budowane motywacją psychologiczną. Tym, co jest nerwem znanych mi greckich filmów ostatnich lat, to ekscentryczność, przekraczanie granic, demaskowanie ograniczeń, które zwykle pękają pod naporem absurdu i zakręconych konceptów. Obłęd, okrucieństwo i dużo rzadsze, tym nie mniej ważne, współczucie. Czasami odnajduję w tych historiach niesamowitą świeżość, lubię bohaterów, akceptuję wariactwa i nie domagam się, by było „realistycznie i po kolei”. Szaleństwo rządzi się własnymi prawami i nie wiadomo, kiedy się udzieli, a kiedy nie. Jeśli się nie udzieli, to klapa. I tak się sprawy mają między mną a Syllasem Tzoumerkasem, że mnie się jego zmysł sensu nie udziela. Teraz, gdy wiem, jak on wygląda i jak miło się uśmiecha, jest mi trochę żal, że tacy jesteśmy niekompatybilni. No cóż.

Aggeliki Papoulia

Niczego nie utrudniają retrospekcje. Wydają się wręcz niezbędne, by unieść ładunek emocjonalny głównej protagonistki. Marią jest Aggeliki Paupolia, aktorka świetna, przyciągająca wzrok, znana z Kła, Alp i The Lobstera. Intuicyjnie zestawiam ją z Kingą Preis (czego nie wytłumaczę, lecz sugeruję klasę i charyzmę). Sceną, którą reżyser uznał za kulminację, wokół której krążył, rekonstruując potknięcia Marii, jest scena zwierzeń na spotkaniu psychoterapeutycznym. Otwarcie na oścież przed obcymi. Zanegowanie dotychczasowych relacji, zobowiązań, wizerunkowych przebieranek. Chyba wściekłość na życie. 

Można by pogdybać, skąd to wkurzenie. Powody się znajdą. Niełatwo wychowywać samotnie trójkę dzieci. Owszem, ale o relacjach z dziećmi Thoumerkas ani się zająknie. Dzieciaki plączą się po planie bez sensu. Trudna jest relacja z wiecznie nieobecnym mężem. Ok, wydaje się jednak, że jedyne, czego Maria od niego chce, to wysokiej temperatury wariackich zbliżeń. Dostaje. Marynarz wygląda na takiego, który się nie domyśla, że chodzi o coś jeszcze. Może trzeba mu było powiedzieć? Relacje z rodzicami mogą być frustrujące, to oczywiste. Ale naprawdę grubą przesadą jest bicie kalekiej matki po tyłku i wymawianie ojcu, że na starość stał się ciężarem. Widz, który nosi w sobie nienawiść do rodziców być może utożsami się z Marią siłą rozpędu. Ja potrzebuję wyjaśnień. Pewnie, że upośledzona siostra również może ciążyć jak kamień. Tylko że mnie brakuje cierpliwości, by przytakiwać frustracji Marii. Mam wrażenie, że mogłaby ją dobić nawet przypalona grzanka. Dlaczego mam rozumieć frustratkę? Czy frustratka nie mogłaby czegoś odpuścić? I trochę mniej krzyczeć? Nie trzepać rękami bez ładu i składu… 

 ***

W repertuarze kin  jest naprawdę niezła Pieśń słonia z aktorską kreacją Xaviera Dolana. Polecam. Może gdzieniegdzie uda się upolować Mr.Turnera. A jak nie, to zanurkować w Downton Abbey – w świecie arystokratów i ich służących, w świecie, który umiera na naszych oczach. Ale wciąż uwodzi, wymusza podziw nawet na radykałach. Powiedziałabym, że – być może, co niektórych – leczy z frustracji.

kojot na łowach

Wolny strzelec (Nightcrawler), reż. Dan Gilroy, USA 2014

…z rozmyślań przy makijażu…

Od trzech tygodni noszę się z potrzebą zarekomendowania Wolnego strzelca, a tu roboty co niemiara, noce zarwane, weekendy pracowite, sił tylko tyle o ile. W pamięci dziura i wolniutko uciekają z niej szczegóły. Czy zdążę ująć wrażenia, zanim wszystkie ulecą? Dylemat hamletyczny: skoro czasu brak, to pisać czy nie pisać? No, ba! Przecież ja nie dlatego piszę, że mam czas. Odwrotnie: nie mam go, więc dyscyplinuję się dodatkowym przedsięwzięciem. Czyli: pisać! Właśnie dlatego, że wszystko jest na przekór.

Wolny strzelec. Jake Gyllenhaal jako Lou Bloom

Straciłam świeżość pamięci, zyskałam kontekst (Eli, Eli Tochmana i wywiad z Jakiem Gyllenhaalem). Przede wszystkim: film Gilroya (debiut reżyserski, doświadczenie scenarzysty) jest thrillerem. Tym, co testuje jakość jest więc napięcie, niepokój i tempo. Wszystko w odpowiednich dawkach i w punkt.

Oto Lou Bloom, bezrobotny freak, ulepiony z jakichś półproduktów i nieustannie doskonalący swój wizerunek. W jednej z pierwszych scen kradnie złom, próbuje sprzedać na złomowisku, a odprawiony z kwitkiem oferuje się jako współpracownik. Elokwentny, ale mówi zapożyczonym językiem. To dopiero preludium, lecz jest w nim wszystko, co najistotniejsze. Lou chce odnieść sukces, z nizin wyskoczyć ku szczytom, zrealizować  marzenie o samorealizacji, być w czymś najlepszy. To pragnienie nie wynika z żadnej konkretnej pasji. Lou nasłuchał się instruktaży lub czytał poradniki. Aż kipi od konstruktywnych frazesów. Jest głodny. Zapoluje na dużą porcję. W pierwszych scenach nieporadny, wyrasta na self-made mana w kreacji bez szwów. To przeraża.

Zwłaszcza dlatego, że Lou – przypadkowy świadek nocnych łowów paparazzi – odnajdzie swoją misję w podglądactwie. Zacznie robić zdjęcia i kręcić filmy, które karmią przeżarte, ale głodne sensacji społeczeństwo. Lou jest rzemieślnikiem, nie wizjonerem. To facet, który umie wykreować siebie, będąc głuchym na głos wewnętrzny i mając słuch absolutny na każdy szmer zapotrzebowania ze strony świata. Media płacą, Lou dostarcza.

Oczywistości: Lou robi zdjęcia z wypadków, z miejsca zbrodni, z niedostępnych zwykłym ludziom intymnych tajemnic. Inna sprawa, że takich sytuacji jest coraz mniej, bo podobnie szybkich Billów jest zatrzęsienie. Armia chętnych łamie każde tabu. Liczy się jeszcze prędkość, ostrość kadru i bliskość. W myśl zasady: „Jeśli Twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to znaczy, że nie podszedłeś dostatecznie blisko.” – (Robert Capa). Lub jak w Wolnym strzelcu sam Lou Bloom objaśnia asystentowi naturę pożądanych zdjęć: „Wyobraź sobie krzyczącą kobietę biegnącą z poderżniętym gardłem”. Kto kim steruje? Czy media żądające sensacji, by podnieść słupki oglądalności, czy hieny pokroju Lou uczące dziennikarzy przekraczać ograniczenia etyki. I jest też strona biernych oglądaczy, tylko pozornie wolna od garbu. Ale te kwestie nie są przecież nowe. Zasługą filmu jest ich zgrabne zaserwowanie. 

To, co najlepsze, to  Lou – w ciele wychudzonego, przemienionego, obsesyjnie skupionego na robocie Jake`a Gyllenhaala. Świetna kreacja. Gdy odniósłszy sukces rozwija swą firmę i zatrudnia sobie podobnych, wygłasza przykazanie, które zostało mi w głowie. „Nigdy nie proszę o coś, czego sam bym nie zrobił”. Brzmi jak rzetelny instruktaż dobrego rzemiosła. I tylko szczegół zgrzyta: Lou może zrobić naprawdę wszystko, więcej niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Lou Bloom

Co tu robi kojot? Kojot jest inspiracją. Podobno (czy naprawdę?) kojotów w Los Angeles niemało. I Gyllenhaal umyślił, by do nich się upodobnić. Bo jest w kojotach niezależność, skrytość, nerw i głód. Nienasycenie. Ok. 

„Widuje się je w najmniej spodziewanych momentach, jak przemykają po ulicy, niczym cienie. Ich technika polowania polega na żerowaniu na słabszych. To wszystko pasowało do tej postaci, więc pozostało mi popracować nad tym, żeby dopasować stan ciała do stanu umysłu… Podczas zdjęć niemal codziennie biegałem z domu na plan, który był oddalony o nawet 25 kilometrów. Musiałem biegać przynajmniej 15 km dziennie, najchętniej zapuszczałem się w okolice, gdzie mieszkają kojoty, tam czułem się jak wśród swoich”. (Wywiad dla „GW”)

Co na to kojot? Może któryś zechce upodobnić się do Gyllenhaala?

aneks
Wolny strzelec zdobył jedną (tylko!) nominację do Oscara – w kategorii scenariusz oryginalny, ale rywalizację wygrał Birdman.

na horyzoncie

14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty – Wrocław, 24.07 – 3.08

nowe-horyzonty-2014-plakatFestiwal trwa, dotknęłam go tylko po skraju. Trzy weekendowe dni i wygrany voucher na 12 filmów. Obejrzalam 11, prawie zgodnie z tym, co zaplanowałam, choć kilka tytułów przeszło mi koło nosa. I tak: nie obejrzałam Zimowego snu Nuri Bilge Ceylana, Bezpańskich psów Tsai Ming-lianga, izraelskiej Śruby oraz  Żony policjanta Philipa Gröninga. I – rzecz spodziewana – nie dostalam się na Swobodne opadanie György Pálfiego. Ale i tak zestaw, który wytypowałam był – z grubsza – wart obejrzenia. Gdybym była oddała festiwalowi duszę na 11 dni, to mogłabym wybierać spośród większej puli tytułów. Co tu mówić! – tyle dzieje się wokół tego, co główne, że chyba każdy ma problem z odcinaniem nadmiaru.

Moje résumé jest więc bardzo mało reprezentatywne. Jeden film z sekcji Filmy o Sztuce (Siewca), jeden z Konkursu Nowe Horyzonty (Biały cień), coś z retrospektywy Rehy Erdema (Kobiece pieśni) i takie tam. Uwagi zestawiam według kolejności oglądania, starając się je minimalizować. Bo przecież jedenaście zamaszystych omówień w jednej notce byłoby nazbyt absorbujące (uwagę i cierpliwość czytelnika).

Spoiwem może być podróż. Do filmowych światów, ale często również dosłownie, do wyznaczonego w przestrzeni celu. Przemierzanie miast, pustyń, dróg przecinających lasy, nawet przestworzy nieba… to niemal wszechobecny trop.

1. Ten ostatni rok – reż. Oksana Bychkova, Rosja 2014
Moskwa. Od sylwestra 2012 do sylwestra 2013, mniej więcej. On jest taksówkarzem, ona pracuje w reklamie. Młode małżeństwo. Tak różni, że aż dziw jak na siebie wpadli. Żenia lgnie do ludzi, lubi się bawić, potrzebuje bywać na koncertach, oglądać i czytać to, co jest w obiegu w jej środowisku. Igor mówi: „ja jestem głuptak, Ty – królewna”.  Czasem się mijają, gdy Komar wraca z nocnej zmiany. A Żenia wtedy przytula się, wygrzewa, mości się w życiu. Tak po nazwisku zwraca się do męża: Komarku, Komarze… Skoro awers i rewers to można zgadnąć, że Igor jest dość tradycyjny, praca nie inspiruje go do większych odkryć, imprezy woli kameralne, wieczorami chętnie siedziałby w domu, z Żenią. Żeby nie było skojarzeń z negatywnym stereotypem, dodam, że ma poczucie humoru, a gdy jest przy Żeni, świat nie jest w stanie ich rozdzielić.

Bardzo naturalna więź, podkreślona symbiozą seksu – czułego, zatracającego – pierwszą scenę przyjęłam jako ilustrację jeszcze jednej sfery życia, potem było już jasne, jak nie do pominięcia to spoiwo. Serio: nie o namiętność tu chodzi a o bliskość, która unieważnia drobiazgi i daje siłę. 

Ten ostatni rokTrzy sceny. Jedna jest wyprawą do galerii handlowej, by kupić Komarowi kurtkę. Komar chce tylko czarną albo granatową. Żenia namawia: kup żółtą, takiej nikt nie ma, ładna. Komar: nie, nie będę wyglądał jak semafor! Druga dotyczy wieczornego seansu przy laptopie. Komar marudzi, że kopia słaba, beznadziejne przebarwienia, zero akcji. Żenia wyjaśnia, że to Kieślowski, filtr koloru specjalnie właśnie taki, że to wysublimowane etc. Trzecia – impreza w pracy Żeni. Ona szaleje, on siedzi w kurtce bez ruchu. 

Ok. Różnice, które naturalnie doprowadzą do napięć i próby. Gusty, potrzeby, zainteresowania – odmienne. Mimo to nie sposób nie obstawać za taką wersją losu, w której ta bliskość będzie trwać. Bo o co chodzi? Przecież tysiąc wspólnych poglądów nie daje żadnej gwarancji na dopasowanie. Ten ostatni rok jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o tym, że bliskość wymyka się logice i prawdopodobieństwu. Jest też filmem o Moskwie, o jej kontrastach, o tym, że na każdym kroku zderzają się w niej różne światy. 

To film z sekcji Ale Kino+, nie nazbyt nowohoryzontowy, ale świeży. Najsympatyczniejszy z tych, które obejrzałam.

2. Wróg – reż. Denis Villeneuve, Kanada, Hiszpania 2013
WrógToronto
Hmm… za dwa tygodnie wchodzi do kin. Mnie przyciągnął duet reżyser-aktor. Gyllenhaal zagrał niedawno w Labiryncie Villeneuve`a, pomyślałam, że to dobry znak. Tym razem aktor gra podwójną rolę. Jest sobą i sobą. ;) Bo rzecz o sobowtórze. Wykładowca (czego? dwukrotnie słyszę fragment jego wykładu o manipulacji, o totalitaryzmie odbierającym indywidualność) rozpoznaje siebie w aktorze. Świadomy absurdu dąży jednak do kontaktu. Dwa odrębne (?) życia zaczynają na siebie nachodzić. Scenariusz powstał na podstawie powieści José Saramago, a czuje się, że podszewkę tkał Franz Kafka. Niepokój, kolejne odkrywane analogie, niepewność swego życia… Poruszył mnie na tyle, że miałam nadzieję dobrnąć do kulminacji. Gyllenhaala świetnie się ogląda, lecz – nie wiem dlaczego – wrażenia rozpryskują się jak bańka tuż po seansie.

W katalogowym opisie znalazłam diagnozę: „utwór upajający się własną tajemnicą”. Lepiej, gdyby obyło się bez tego upojenia. I bez pająków. Słowem: na liście widzianych przeze mnie filmów tego reżysera miejsce drugie. Wyżej niż Pogorzelisko, niżej niż Labirynt. A klimat każdego tytułu zupełnie inny.
Sekcja Panorama.

3. Ścieżki – reż. John Curran, Australia 2013
Australia (od Alice Springs do Oceanu Indyjskiego, wskroś australijskiej pustyni, 1 700 mil)
Znów sekcja Panorama i film bez formalnych eksperymentów. Fabularnie nieco jednowymiarowy, więc nie zostawił we mnie śladów, z którymi musiałabym się mierzyć. Ale obrazy wchłonęłam – zresztą wybrałam ten tytuł właśnie dla wizualnej podróży. 

Ścieżki. bMia Wasikowska wciela się w postać Robyn Dawidson, młodej „Wielbłądziarki”, która postanowiła przemierzyć pustynię samotnie i dokonała tego w 1977 roku, co odnotował i nagłośnił „National Geographic”. Podróż trwała 7 miesięcy. Końcowe zdjęcia prawdziwej Robyn niesamowicie odpowiadają fizyczności Mii: krucha, drobna blondynka z wielbłądem u boku. Dziewczyna jest zdeterminowana: by wyruszyć (choć wszyscy pukają się w czoło), by przetrwać, by dotrzeć. To się musi dobrze skończyć, więc dramaturgia niczego tu nie nakręca. Mia jest ładna, gdy się uśmiecha i gdy umorusana i brudna jak diabeł opada z sił. 

Groteskowy fotograf, dojeżdżający co kilka tygodni na trasę, by uwiecznić jej wysiłek, irytuje tyleż charakterem co schematem. Świetny jest epizod z Aborygenem, który towarzyszy Robyn, by przeprowadzić ją przez święte miejsca, dla samotnych kobiet niedostępne. Opowiada całym ciałem, buzia mu się nie zamyka, nic nie szkodzi, że jest nieprzetłumaczalny. 

Sedno filmu to obrazy. Piękna, zmienna, niekończąca się pustynia. Nie bardzo wiem, po co wyruszyła w tę podróż Robyn Dawidson (są różne deklaracje), ale dla mnie, siedzącej bez ruchu w fotelu, było to odświeżające, przenoszące w dziewicze rejony piachu i horyzontu rozsuniętego bez granic. Cóż, z wielbłądami nie dałabym sobie rady. Nawet nie podjęłabym próby.

4. Biały cień reż. Noaz Deshe, Tanzania, Niemcy, Włochy 2013
Tanzania
White ShadowO, tak. Wreszcie Nowe Horyzonty (konkurs główny). Zdecydowanie trafiony tytuł i choć mam w głowie luki, potknięcia, choć trochę się gubiłam w odbiorze, to nie na tyle, by się w niego nie wkręcić. Moja literacka podróż do Afryki z Chimamandą Ngozi Adichie dostała obuchem po głowie. W filmie Noaza Deshego Afryka jest zdolna do najdzikszych, obłędnych posunięć, jest nieprzetłumaczalna. 

Biały cień jest kinem społecznym, ważnym, interwencyjnym. Dotyczy sytuacji albinosów (w Tanzanii jest ich podobno 150 tys.), którzy wedle wierzeń świetnie nadają się na amulety. Ten przesąd napędza biznes. Zabić albinosa, poćwiartować, dobrze sprzedać – to  nie thriller, to się dzieje naprawdę. Na dużą skalę. 

Bohaterem jest Alias, dorastający chłopak, którego ojciec w jednej z początkowych scen pada ofiarą napaści. I ojciec, i syn to albinosi. Naznaczenie w Afryce niesamowicie mocne i nawet bez opętańczej akcji odcinania kończyn i genitaliów byłoby trudne. Matka wysyła syna do wujka, nie potrafi ochronić Aliasa przed agresją. Świadomość zagrożenia i zagubienia, totalnej dezorientacji narasta i podskórnie oczekuje się na zwiększenie absurdu. Sceny kręcone były z udziałem lokalnej społeczności, czuje się siłę tłumu i jego bezwzględność.

Nie przeszkadzałoby mi, gdyby fabułę nieco uprościć. Natomiast sposób opowiadania jest szalenie sugestywny. Intensywna muzyka,  montaż zaskakujący i to, co podobało mi się najbardziej: mieszanie dosłownej brutalności ze scenami surrealistycznymi, oddającymi wewnętrzną ucieczkę, niemal dziecięcość chłopca.

5. Jauja – reż. Lizandro Alonso, Argentyna & inne 2013
Argentyna
Jauja
Moje pierwsze spotkanie z Lizandrem. Na wrocławskim festiwalu natrafić na film, który snuje się z wolna, nie dba o akcję, dialogów prawie nie potrzebuje… no, naprawdę nietrudno. Ale kilka nazwisk to twórcy tyleż skrajni, co mocno samoswoi i uznani za tutejszą specjalność artystyczną. Wysoko oceniani, nawet jeśli z seansu ciurkiem wychodzą ci, którzy weszli nieświadomie albo chcieli się zmierzyć i nie dali rady. Carlos Reygadas (Meksyk). Lubię. Nuri Bilge Ceylan (Turcja, tu snucie jest jednak przyspieszone). Bardzo lubię! Nieżyjący już, więc mniej obecny Theodoros Angelopoulos (Grek). Lubię, nieczęsto wracam. Béla Tarr (Węgry). Tak. Tsai Ming-liang (Tajwan). Absolutnie mam dość. I – nieostatni przecież na liście – Lizandro Alonso (Argentyna). Lubię? Nie lubię? Raczej tak, byle nie po obiedzie.

Patagonia. Obszar pustynny, urozmaicony roślinnością i skałami, przecinany akwenami wodnymi. Niezwykła przestrzeń, która wchłania bohatera. A bohaterem jest pewien duński oficer, wypełniający tu jakąś misję, ale gubiący chyba wszystko, co możliwe: 15-letnią córkę, której desperacko szuka, cel zleconego mu zadania, kierunek poszukiwań, konia etc. Jest schyłek XIX wieku. Legenda przypomniana w tytule mówi, że Jauja jest mityczną krainą szczęścia, której nie sposób znaleźć; szukając, nie znajdujesz, a gubisz to, co masz. Inna legenda, przytoczona w filmie straszy dezerterem, polującym na zbłąkanych. Nie jest więc bezpiecznie. Im bardziej w głąb, tym bardziej wiadomo, że droga donikąd nie prowadzi. Póki żyjemy, idziemy. Samotni. Spotkanych ludzi jest niewielu i nie na długo dają nam swoje wsparcie.

Co ja o tym myślę? Że poetyckie to bardzo. Piękne i dręczące. Z tajemnicą, o której od początku wiem, że się nie wyjaśni. Ale oglądałam, nie podsypiając.

6. Kobiece pieśni reż. Reha Erdem, Turcja, Niemcy, Francja 2013
Turcja
Kobiece pieśni
Reha Erdem ma we Wrocławiu swoją retrospektywę. Znam kilka jego filmów (mój ulubiony to Kosmos), obejrzałam najświeższy. Bardzo dziwny i gdybym musiała interpretować, co wynika z tak ukazanego świata i międzyludzkich relacji, to miałabym problem. Nie dlaego, by trudno było odebrać tę opowieść. Wciąga, jest momentami zabawna, czasem baśniowa, to znów podsuwa nam pod nos ludzkie słabości, irytując lub budząc chęć kopnięcia bohatera w tyłek. Jakoś zbyt jednoznacznie przydzielone są energie: kobieca i męska. Tytułowe kobiece pieśni są niczym rzucane czary, uzdrawiają duszę, dodają wiary w siebie, rozanielają. Kobiety potrafią się w nich schronić, może dzięki temu widzą w świecie znaki (np. jelenia na leśnej dróżce), które przywracają mu sens i czystość. Mężczyźni tak nie potrafią. To marudy, hipochondrycy, podstępni choć naiwni starcy lub żółtodzioby głupie i nieopierzone.

Podział energii ze względu na płeć jest naiwny. Reżyser potwierdza w rozmowie, że tak właśnie widzi świat. Nie będę dyskutować, drzwi są dawno wyważone. Chyba że nie dostrzegam innych, bardziej egzystencjalnych? Drzwi to drzwi. Schemat to schemat. Ale naiwność bardzo dobrze współgra z całością. Otulona jest i nostalgią (dosłownie i w tym rozszerzonym znaczeniu, gdy mowa o tęsknocie za utraconym życiem) i gotowością do ofiary, zdolnością przemiany. 

Rzecz rozgrywa się na wyspie, z której ewakuuje się mieszkańców, bo nadciąga trzęsienie ziemi. Niektórzy mimo to zostają. Albo nie mają pieniędzy na rozpoczęcie nowego, albo liczą na szczęście, albo nie wierzą w telewizyjne wiadomości, bo przecież zawsze rządzą nami jacyś złodzieje, którzy chcieliby, byśmy coś zrobili, a my im pokażemy figę z makiem! Wokół umierają konie. Padają zarażone chorobą, przeczuwają kres? Jeśli więc świat wokół jest zielony, momentami piękny, to jednak podszyty apokalipsą.

 7. Masaż niewidomych reż. Lou Ye, Chiny, Francja 2014
Pomyłka. Opis w katalogu zwiódł mnie na manowce.

8. Dziewczynka z kotem – reż. Asia Argento, Włochy, Francja 2014
Rzym. Też podróż, jeśli uwzględnić jak często 10-letnia Aria, córka aktora i pianistki jest wyrzucana z domu i wędruje z kotem w klatce to tu to tam. Groteska, przerysowania, coś, co kojarzy mi się z kinem Paola Sorrentino (wyjątek dla Wielkiego piękna, bo świetne) tylko słabsze. Może da się tę poetykę wytłumaczyć spojrzeniem dziecka. Nie kupuję. Szkoda, że oglądałam na początku dnia – gdybym była zmęczona, ucięłabym sobie drzemkę.

9. Zrywa się wiatr – reż. Hayao Miyazaki, Japonia 2014
Japonia
Zrywa się wiatr
W samą porę, po dwóch niewypałach trafiłam na animację. Baśń o marzeniach, nagrodzonych miłością, okupionych utratą i kontrowersją, której nie sposób od zrealizowanych marzeń odłączyć.

Jirô jest chłopcem w okularach, który już wie, że słaby wzrok nie pozwoli mu zostać lotnikiem. Postanawia, że będzie projektował piękne jak ptaki (albo ości makreli) samoloty. We snach rozmawia z włoskim mistrzem,  panem Caproni, który choć od niego starszy, gdy mówi o samolotach, jest rówieśnikiem Jirô.

Śledzimy dzieciństwo, młodość, dorosłość… Jirô żyje swą pasją, jest szlachetny i skromny. A czasem potrafiący zaryzykować wszystko, gdy wymaga tego miłość. Wątek melodramatyczny dodaje tej historii gorzkiej słodyczy. Słodkie jest przeznaczenie i sama miłość, gorzka choroba i rozłąka. Ukochana ma gruźlicę, nic więc dziwnego, że pojawi się kontekst Czarodziejskiej góry, która przywołana w rozmowach odnosi się tyleż do leżakowania i czekania na zdrowie, ile do sytuacji tuż przed nadchodzącym kataklizmem. Nadciąga wojna. Druga światowa.

Jirô ma swoj pierwowzór w autentycznej postaci. Padają określenia: film biograficzny. Nie wiem, jaki jest stopień wierności i czy aby wątek melodramatyczny tu czegoś nie lukruje. Ale lukry topnieją, gdy uświadamiamy sobie kilka konfliktów natury politycznej i moralnej, które nękają bohatera. Konkretnie: mówimy tu o legendarnym japonskim konstruktorze, którego dziełem był myśliwiec Mitsubishi Zero. Piękne maszyny sunące niebem, zwiększające swą prędkość, zapierające dech w piersiach – to bombowce, które m.in. zniszczą Pearl Harbor. Jirô Horikoshi obmyślił je w 1940 roku. 

Zrywa się wiatr, więc trzeba żyć, poderwać się do lotu, mimo ciężaru doświadczeń czy rozczarowań. W tej opowieści jest taka czystość i dobro, że wcale nie chcę zakłócać tej aury rozmyślaniem, że samoloty bojowe może i bywają piękne, ale na ogół są też diabelnie skuteczne. Marzenia materializują się z dużym hukiem.
Film z sekcji Panorama.

10. Siewca – reż. Julie Perron, Kanada 2013
Kanada, prowincja Quebec.

SiewcaDokument z sekcji Filmy o Sztuce, którego bohater – niegdysiejszy kabereciarz i mieszczuch – osiada na wsi i żyje z produkcji nasion. Film powstawał w ciągu czterech lat i jest portretem Patrice’a Fortiera, a także jego pracy – żmudnej przecież, systematycznej, fizycznej, ale wykonywanej z dużym artystycznym zacięciem.

Patrice Fortier uprawia rośliny, z których później selekcjonuje ziarno (bardzo dba o jakość) i sprzedaje. Bez żadnej nadbudowy jestem gotowa zaliczyć pracę ogrodnika do działań artystycznych. :) W tym przypadku wszystko zaczęło się od artystycznego projektu i chyba wciąż jest przeplatane działaniami przypominającymi performence.

Performence, czyli na przykład wystąpienia z przyjaciółmi w perukach z kopru, skanowanie marchewek, kreowanie uścisku roślin, z których jedna jest podporą drugiej etc. – jest efektowny i zabawny. Mnie jednak najbardziej interesuje praca. Wyszukiwanie ziaren rzadkich roślin, przywracanie ich do obiegu, pogaduszki z klientami o słodyczy buraka czy ogórka, którego nasiona są dokładnie takie, jakie sprzedawano w latach 40. Taka na przkład kucmerka. Popularna w XVIII wieku – ona jeszcze może powrócić! Ja się na to piszę. Zjadłabym kucmerkę. Trzymam kciuki, film bierze udział w konkursie.

11. Wędrówka na Zachód – reż. Tsai Ming-liang, Francja, Tajwan 2014
Marsylia
Wędrowka na Zachód
Tsai Ming-liang jest przereklamowany. Moim zdaniem: król jest nagi. Rzecz o niczym, pod którą można podłożyć dowolnie rozbudowaną filozofię, można też przeżyć objawienie, wszystko można. Ale to nie jest immanentną cechą dzieła, lecz dobrych chęci odbiorcy lub jego podatności na impuls.

Na festiwalu głośno o Bezpańskich psach tegoż twórcy. Mnie było dane obejrzeć 56-minutową Wędrówkę na Zachód.

Nie ma dialogów, chyba że jakieś przypadkowe słowa wyłowione z ulicznego gwaru. Nie ma fabuły i żadnej przyczynowo-skutkowej logiki wiążącej sceny. To informacja, nie ocena. Choć im bardziej wpatruję się w w obrazy Tsaia, tym bardziej tęsknię za opowieścią. 

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, na film składa się 10 scen, więc na każdą przypada statystyczne 5 minut; nie są jednakowej długości, najdłużej trwa „przejście podziemne”. Scena rozpoczynająca: twarz mężczyzny wypełnia cały ekran, on patrzy wprost na mnie, ja na niego. Proszę: ludzka twarz. Jest jak księga, można z niej wyczytać niejedno. Skoro jednak nie mam żadnych danych, wszystko, co wyczytam, sama w tę twarz włożę. Uruchomię myśl interpretującą, która rzeczywistość zniekształca. Trzeba więc raczej być przed tą twarzą i czekać. Jeszcze dwukrotnie wrócą męskie oblicza, tym razem z profilu i na tle morza. 

Motywem przewodnim jest wędrowanie mnicha. Ok, taki performance. Idzie sobie mnich. Tak wolno, jak tylko można, a nawet bardziej. Każdy krok uruchamia te same mięśnie, zawiesza się, ruch jest statycznością niemalże. Świat wokół żyje jakimś swoim tempem, mnich zachowuje niezależność. Zdecydowanie bliższe jest to prowokacji niż „byciu sobą”. Ludzie mijają go, czasem się obejrzą, nic szczególnego się nie wydarzy. Tylko w jednej scenie dołączy do mnicha mężczyzna. To znany z Holy Motors Denis Lavant (vide: zdjęcie). Spektakularna jest scena schodzenia w podziemne przejście. Trwa najdłużej. Może akcja dzieje się w Marsylii, ale schody wszędzie wyglądają podobnie, więc jestem przez circe 10 minut nigdzie. A mnich się gimnastykuje: lewa, oddech, prawa, oddech. 

Ok, jest jeszcze motyw lustra, jest motyw odwróconego obrazu i padają wygłoszone z offu słowa sutry. Nie przykładam do nich wagi, bo są dołączone jak metka do towaru. Coś o ułudzie, że działanie zawsze są ulotne jak bańka mydlana czy podmuch wiatru. Uff, nie szastajmy szlachetnym słowem minimalizm. To jest mniej niż minimum. 

Wróciłam nieuwiedziona żadnym filmem, lecz nasycona. Żal, że nie biorę udziału w całości, bo to inna jakość oglądania. Ale też spokój, szansa na wyprostowanie i rozruszanie ciała. Bez pośpiechu, ale szybciej niż mnich. ;)

labirynt

Labirynt, reż. Denis Villeneuve, USA 2013 

Labirynt. plakat 2

Pater Noster

Ekspozycją jest scena polowania. Dla mnie dwuznaczna. Ojciec i syn przyczajeni w lesie, nastawiający cel na sarnę, która przystanęła. Modlitwa Ojcze Nasz jest prośbą o błogosławieństwo, wciągnięciem Pana w obieg ziemskich spraw. Strzał celny, będzie świąteczna dziczyzna. Ojciec mówi do syna coś w rodzaju memento: że trzeba być zawsze gotowym, czujnym, że jeśli wszystko się wali, ty masz być gwarantem bezpieczeństwa.

Sytuacja próby nadejdzie bardzo szybko. Jest późna jesień – Święto Dziękczynienia – sąsiedzi odwiedzają się i celebrują czas. Dwie zwyczajne rodziny czterdziestolatków, ich nastoletni syn/córka i dwie małe dziewczynki – słodkie, kochane, zajęte szukaniem czerwonego gwizdka. Dzieci zginą: Anna i Joy potrzebują pomocy; cokolwiek się stało – zabłądziły, utknęły gdzieś, czy ktoś je uprowadził – trzeba je ratować, ktoś powinien przy nich stać i pozwolić im znów na beztroskę. Rodzice są przerażeni. Wspomniany już ojciec Anny (Hugh Jackman) nie pozwoli sobie na bezradność. On ma być tym, który – nawet gdy wali się świat – da swym najbliższym wsparcie i rozwiązanie.

Modlitwa kilkakrotnie powraca. To nie jest szczególnie religijny świat, a pojawiający się na drugim planie ksiądz to niebudzący zaufania pijus. Lecz Ojcze Nasz samo ciśnie się na usta tym, którzy szukają wsparcia. Czasem coś się zacina: „i przebacz nam nasze winy jako i my….”. Nie ma przebaczenia, litości, tolerancji, ani domniemania niewinności. Jedni mówią Pater Noster, inni wypowiadają Bogu wojnę i sieją rozpacz. Ci modlący się wcale nie są czystsi i bliżsi racji. Choć dopóki ratują dziecko, mają po swojej stronie mój doping.

Prowincja

Najmocniejsza strona filmu to sceneria. Tak, można się sprzeczać, czy nie stawiać wyżej gry aktorskiej, ja jednak daję priorytet nastrojowi. Prowincjonalność. Miasteczko, raczej miasto, jego nie najzamożniejsza strona. Doverom brakuje funduszy na remont odziedziczonego domu, nie żyje się zbyt wygodnie, nic nie jest wypucowane na błysk. Trochę nieporządku we wnętrzach, zdezelowane samochody, prowizoryczne drzwi, opuszczona rudera w stanie zastraszającej rozsypki, piwnice. Klimat jesieni i ogołocenia na zewnątrz. To nie jest miejsce dla herosów, ludzie popełniają błędy, dopuszczają się zaniedbań, poszlaki wymykają się z rąk. Policja goni w piętkę, zresztą sprawy się piętrzą – do zaginionych dziewczynek doczepia się śledztwo w sprawie zbrodni na plebani i poszukiwanie młodego mężczyzny o inteligencji i emocjach dziesięciolatka. 

Na tym tle desperacja Kellera Dovera (Jackman), ojca Anny i detektywa Lokiego (Jake Gyllenhaal) ma w sobie coś z gorączki. Zmęczenie, bezsenność, samotność, wściekłość (ojciec) i upór zmieszany ze zwątpieniem (detektyw). Nerwowe tiki mrużonych oczu (Loki) i gwałtowność ruchów, obsesyjne trzymanie się tropu, który nie daje się rozpracować (ojciec).

Poszukiwania

Wiadomo: toczą się dwutorowo. Szuka policja, detektyw Loki choć błądzi po omacku, to błądzi z oddaniem. Szuka ojciec, który nie wierzy, by policji zależało na czymś naprawdę. Tydzień – tyle to trwa, szanse z każdą chwilą są wątlejsze. Widz wie odrobinę więcej niż każdy z poszukujących, ale też prowadzony jest mylnymi tropami. Thriller w dobrym gatunku. Do końca trzymający fason. Zaznaczam, bo zwykle happy endy amerykańskie lubią serwować podwójną porcję cukru. Tu jest w sam raz i – jak mawiano o dobrze skonstruowanej sztuce teatralnej – strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie, wystrzeli w ostatnim. W tej roli czerwony gwizdek.

Pojedynek

Mierzą się z sobą ojciec i detektyw. Pojedynek nie jest dosłowny, dążą przecież do tego samego, choć trudno powiedzieć, by stanowili drużynę. Gdy oglądałam, coś we mnie rozstrzygało co chwila: Jackman czy Gyllenhaal? 

Niby więcej tragizmu widzę w Jackmanie, bo jego postać przekracza wiele granic. W imię dobra czyni zło. Niby jest tak, jak z tą sarną z preludium: zabijanie jest konieczne, czasem słuszne. Ale nie uwierzę, że niewinne. Keller Dover wchodzi w rolę oprawcy i gdyby wszystkie puzzle poskładały się w obrazek, zła metoda wręczyłaby mu order skuteczności. Ale nie. Więc to zatracenie jest naprawdę świetnie zagrane i mam nadzieję, że czerwony gwizdek będzie jak dobry omen.

Jednak obstawię Gyllenhaala. Pomimo kilku spektakularnych chwil zwycięstwa. Bo najciekawszy jest, gdy węszy, gubi tropy, łazi nie za tym, za kim trzeba. Gdy pytany „czy znajdzie…”, odpowiada, że znajdzie, choć nikt jak on nie wie, że zła ze świata nie usunie.  Detektyw Loki to ten typ, który docenia się za dobrze zmiksowane składniki. Nie ma naiwności, zapału, poczucia misji właściwego początkującym. I nie jest na tyle rozgoryczony czy zobojętniały, by móc spać, gdy wie o czyimś bólu. 

Słowem, niezły film.