Archiwa tagu: James Franco

wroc+loves ameryka (1)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

 Ta-dam. Znów święto kina. Nielimitowany dostęp do kinowego narkotyku. Co poniektórzy pewnie będą na haju przez najbliższy tydzień. A ja ostrożnie, sztachnęłam ledwie siedem seansów. Taka się w ogóle jakaś ostrożna i racjonalna zrobiłam. Oczywiście, i ostrożność, i racjonalizm są względne. 

Jak zwykle problemem jest świadomość. Tym razem świadomość tego, że niewielu widziało ten sam zestaw filmów, więc katalogowanie wrażeń może nie znaleźć nabywców. Dwa tytuły będą w dystrybucji na pewno: Mapy gwiazd (od 7 listopada) i Whiplash (po Nowym Roku). Możliwe, że pozostałe (np. Biały ptak w zamieci lub Palo Alto) – również. Dla porządku posegreguję obserwacje według tytułów.  Choć mogłabym – zadawszy sobie więcej trudu – kierować się podziałem na eksperyment, kino autorskie, debiutanckie, kameralne i mainstreamowe. Kategorie nieostre i przenikające się. 

Palo Alto – reż. Gia Coppola, USA 2013

A313_C003_121626Sekcja: Festival Favorite Ale Kino +

Coś a la bombonierka, jeśli spojrzeć na nazwiska. Mój faworyt (ex aequo z mainstreamowym Whiplash). Kalifornijske miasto i nastolatki tuż przed progiem dorosłości. Bez problemów socjalnych – tak eufemistycznie określę ich życiowy entourage. Aktorzy, wcielający się w te role, z racji wieku mają nieopatrzone twarze, lecz znane nazwiska: syn Kilmera, bratanica Julii Roberts, córka Andie MacDowell. Reżyserka jest wnuczką Françisa Forda Coppoli (przywołać wypada powinowactwo z Sofią). Taki miks. Dorzućmy do niego hollywoodzkiego gwiazdora, Jamesa Franco – pokoleniowo oczko wyżej, więc wcielającego się w postać wuefisty z ciągotami do licealistek. Odnajduje się w tej roli jak ryba w wodzie. Trudno rozstrzygnąć, czy jest bardziej rybą czy wodą: scenariusz powstał na podstawie opowiadania, które Franco napisał.

Pomimo (!) wyżej wymienionych „gwoździ programu” film ujmuje atmosferą. Tworzy ją nieuchwytność, seria sytuacji i szans na określenie siebie, rozpoznanie ślepych uliczek i po omacku wycofywanie się z nich, jeszcze bez świadomości co dalej. Nastolatki: April, Teddy, Fred, Emily… April jest najważniejsza, skupia uwagę innych, jakby skromniejsza, ale też niewycofująca się z towarzyskich szaleństw. Oczko w głowie Pana B (wuefisty). Coppola przeplata wątki, więc April schodzi na dalszy plan, a wtedy w myślach jednak poganiałam reżyserkę, by powróciła do głównego nurtu. Konstrukcja fabuły nie zmierza do kulminacji, dryfuje od epizodu do epizodu. Mecz, trening, impreza, weekendowa opieka nad dzieckiem wuefisty, karna praca społeczna za spowodowanie wypadku, znów impreza i tak w kółko.

Najistotniejsze jest chyba to, że w Palo Alto wkraczanie w dorosłość wymaga nie tyle odcięcia od starszej generacji, tych paskudnych nic nierozumiejących dorosłych. Ważniejsze jest, by wydobyć się z szumu rówieśników. Z ekscentrycznego, zmultiplikowanego podkręcania doznań, przekraczania granic, żarłocznego picia i szukania seksualnych doświadczeń. Imprezy są – być może – manifestacją zblazowania i buntu, ale jeszcze bardziej być może: zagłuszaczem wątpliwości i sztucznym podtrzymywaniem transu przed przebudzeniem. Bo nikt jeszcze nie wie, w co chciałby się wbudzić.

Palo Alto Fred i Teddy prowadzą głupawe rozmowy: „- Kim chciałbyś być, gdybyś żył w dawnych czasach? – Królem. – Nie możesz, ja byłbym królem”. Albo: „- Kim chciałbyś być, gdybyś był Egipcjaninem? – Faraonem. – Nie, to ja nim byłbym”. etc. Kimkolwiek, byle nie sobą. Obaj chodzą na lekcje rysunku, Fred tylko dla towarzystwa, więc gryzmoli cokolwiek i raz po raz otrzymuje pouczenie od nauczyciela, na ogół zbudowane na aluzji do Picassa. A jedno z nich jest o Bobie. Wspomina instruktor jak sam przed laty, ujarany, pędził nieswoim autem przez jakiś tunel. Aż usłyszał w głowie głos: „-Bob, co się dzieje?” Nagły przebłysk: „Zaraz. Nie jestem Bob. To nie jest moje auto i wcale nie chcę się pakować w ten tunel. Zawracam”. Po czym instruktor mówi do Freda: „- To nie twój kierunek, Bob. – Nie jestem Bob!” No właśnie. Kilka sekwencji później trzpiotowaty Fred zademonstruje zawrót w tunelu na jednokierunkowej trasie. Szczeniackie, mimo to metaforyczne odłączenie się od szumu, który zagłusza.

Palo Alto 2

Tam, gdzie pojawia się April jest subtelniej. Trochę jakby wskrzeszono aurę z Między słowami, Sofii Coppoli. Nomen omen: słowami jej nie opiszę, ale proszę spróbować ją sobie wyobrazić. Scenka, którą lubię, bez puenty i w dowolnej parafrazie słów.

Tuż po meczu, April i dwie koleżanki siedzą na ławce, śledząc jak zwykle każdy ruch Pana B. (ciacho, mimo wszystko). Pan B. pociesza właśnie zapłakaną Rachel, która tym bardziej popłakuje, im bardziej chce być pocieszana. April, z zazdrością:
„- Nie jest wcale taka ładna, nie?
– No, jest ładna, niestety. Piękna.
– Nie, no może głupia, ale jednak jest ładna.
– (April) Wcale nie jest ładna”. I tak sobie po dziewczęcemu wymierzają i ważą. W sumie: ważne, nawet kluczowe, gdy trzeba się zmierzyć z rywalką.

Na szczęście nie muszę wyceniać, bo może nie wszystko jest w tym filmie arcydzielne ;). Pod „skórą” trudno wyczuć rytm podręcznikowych zwrotów akcji. Mimo pędu, jest nieśpiesznie. Tak, jak ma być, gdy trzeba się przesiąść – na inną linię, inną częstotliwość, bez GPS-a.

Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker, USA 2014

Łagodnie i czule 1Sekcja: Spectrum

Lubię ten film za siłę oddziaływania. Za irracjonalność, niepokój, mroczność i nawet za to, że gubię się w przeczuciach i rozczarowuje mnie finał. Nie jest to kino skrojone fabułą. Raczej obrazem, sensualnymi wibracjami, pierwotnością. A może perwersją? Egocentryzmem? Jakimś biologicznym pulsem. 

Wolę tego rodzaju filmy oglądać podczas festiwalu, gdy moje oczekiwania są otwarte na niedopowiedzenia, gdy dużo łatwiej mi o cierpliwość i tolerancję dla dziwności.

Opowieść obejmuje cztery osoby, toczy się na farmie w Kentucky. W letnie miesiące, gdy na najemną pracę zgłasza się do Jeremiaha i Sarah młody mężczyzna: Akin. Zanim wysiądzie z samochodu, zdejmuje z palca obrączkę. Przeczuwa, że jako człowiek bez zobowiązań ma większe szanse na zatrudnienie, czy może jest w tym geście dalej idąca kalkulacja? Jest małomówny, nieco niewprawny, Jeremiah nazywa go drwiąco „Ramionka”, podkreślając zbyt delikatną posturę Akina. Jeremiah jest ojcem Sarah, zazdrosnym, zaborczym, podejrzliwym. Akin ma żonę i dziecko – gdzieś daleko. Tuż przy nim jest Sarah, która rozpala zmysły i uwodzi. Czy bardziej on śledzi ją, podpatruje i pobudza nią wyobraźnię, czy natarczywiej ona zjawia się przy nim, omotuje czerwoną wstążką, roztaczając aurę pragnień?

Łagodnie i czle 2Bo właśnie Sarah jest postacią centralną. Naturalna, nieskrępowana, przynależna do podziemnych nurtów, zapachów i impulsów. Gdy w finałowych scenach zjawia się na farmie Drew, żona Akina, Sarah gościnnie otacza ją opieką, tuli dziecko, jest kojąca i poprawna. Wyczekiwana przeze mnie konfrontacja kobiet albo kolizja męskich potrzeb nie następują. Zamiast nich rozkręca się krwawa jatka, seria scen rodem z horroru. Wystarczająco przerażających, bym podskoczyła na fotelu, ale za mało sugestywnych, by dało się w nie uwierzyć. 

Reżyserka skręca w horror, na FilmWebie podają, że film jest komedią romantyczną. To jakiś żart. Najwięcej tu z ballady, poematu, lirycznych, gęstych impresji. Szkoda, że ta konwencja pęka, a wraz z nią znika to, co najbardziej mnie frapowało. Nie przypadkiem przecież opowieść rozpoczyna się i kończy głosem Sarah dochodzącym  z offu, jej pieśnią do kochanka. Tego, za którym tęskni, który ją zna i wie, czego jej trzeba. Jest urojeniem, autoerotycznym majakiem lub panerotycznym spojrzeniem na wszystko wokół. 

Tu jest ta dziwność i zastępowanie fabuły obrazem. Sarah wtulająca się w trawę, wyciągająca ręce w uniesieniu, któremu nie towarzyszy żadna bliskość, raczej rozbudzone, nieukierunkowane pragnienie (synonimicznie: pożądanie). Raz po raz bohaterami kadru stają się zwierzęta. Ich perspektywa widzenia ogarniająca ludzkie przypadki. Trafione: bo przecież gra instynktów ma tę zwierzęcą prowieniencję. Ale i ryzykowne: oczy krowy czy smutna mordka psa budzą lekko ironiczne podejrzenia, czy aby na pewno powinniśmy zgadywać, co czują zwierzęta. Na ogół ludzkie domniemania na ten temat są po prostu … ludzkie. I tyle.

Decker szaleje w jazdach kamery, w grze ostrością obrazu, w kadrowaniu i zanurzaniu się w ciemność (może się mylę – bo wiele scen rozgrywa się w penerze – ale zapamiętałam przewagę scen mrocznych, nocnych). I choć na koniec nie wiem wcale, czy zobaczyłam to, co trzeba, czuję, że wkroczyłam w opowieść niepokojącą, wibrującą, taką, której nie daje mi kino gatunku. Zanurzenie, z którego bardzo chętnie się teraz otrząsam. Bo „łagodnie i czule” brzmi tylko tytuł.

cdn.

Reklamy