Archiwa tagu: Janusz Gajos

konwój

Konwój – reż. Maciej Żak, Polska 2017

Warto obejrzeć. Owszem, jest to opowieść, którą już skądś znamy. Wszystkie opowieści krążą przecież w eterze od dawna.  konwoj-plakatMoże pojawi się efekt déjà vu, gdy wpatrzymy się w twarze aktorów – Gajosa i Więckiewicza, podobno po raz pierwszy razem. Gliny ani trochę nieskazitelne. Pierwszy jest dyrektorem więzienia, z pozycją i koneksjami. Drugi to degenerat, płacący za służbę w więziennej straży samotnością i uzależnieniami. Obaj od lat nadzorują przestępczy świat. Z różnych perspektyw patrzą na to samo: podłość i bagienne tony ludzkiej natury, która i w nich nie milczy. Trzydzieści lat nadzoru nad strażą więzienną (Gajos) i nad tymi, nad którymi nadzór ma straż. Sytuacje, których nie chce się oglądać zza grubej szyby, a jest się w centrum (Więckiewicz). Filtr, przez który patrzą, asymiluje się z organizmem. Pozory są dla świata, dla wtajemniczonych konkret: utylizacja śmieci.

Śmieciem jest przestępca, do którego nie ma się cierpliwości – wypuszczony na wolność zabił dwóch funkcjonariuszy. Poza tym ma pedofilską (nie do końca udowodnioną) przeszłość. Śmieć, który nie zasługuje na sanatorium (psychiatryk). Pozorów, czyli procedur, trzeba przestrzegać, lecz stare wygi wiedzą swoje. Są też ci z jasnej strony mocy: jakiś nadwrażliwy prokurator albo nowicjusz policyjny, Felicjan, wkuwający do egzaminu prawo karne. Felicjan (Tomasz Ziętek), na swoje szczęście-nieszczęście, jest zięciem dyrektora Nowackiego.

Co w tej historii jest udane? 

Po pierwsze to, że akcja jest mocno skondensowana. Całe zło sączy się jedną strużką. Nie ma tysiąca wątków. Jest konwój mający dostarczyć więźnia z więziennej celi do oddalonego o szmat drogi zakładu psychiatrycznego. Na pierwszym planie tylko czterech policjantów z nadzoru, milczący więzień, samochód i szosa. 

Po drugie (wynikające z pierwszego) między personami iskrzy od antypatii i niedomówień, co rozgrywa – nadzorujący sytuację zdalnie – zły dyrektor (Gajos). Policjanci rozpoznają sytuację etapami i każdy widzi ją w innym świetle. Sojusze między nimi są złudne, interesowne, zaskakujące. Jeden kurs zmieni życie każdego z nich diametralnie. Więzień, który ma dojechać/nie dojechać do zakładu, oczyszcza się milczeniem. Na brudnym tle milczenie nadaje mu status jeśli nie wyłącznie ofiary, to choćby w pewnym stopniu.

Po trzecie – każdy z bohaterów jest na tyle podszyty rewersem, że trudno porywać się na ocenę moralną. Więzień dlatego, że – być może – gdyby mógł wybrzmieć jego punkt widzenia, uznalibyśmy, że więcej cierpienia zaznał niż zadał. Bohater Więckiewicza długo trzyma w cieniu swój grzech, a później desperacko się z nim konfrontuje, przechodzi coś, co można by z pewną nadwyżką nazwać katharsis. I nie wiadomo, czy więcej w nim zła czy dobra. Bohater Gajosa ma na swą obronę pogardę wobec tych nieumoczonych, którzy wolą mieć czyste sumienie, więc zachowują się jak trzy małpy (zwłaszcza ta, która zakrywa oczy). Bohater Bluszcza to przypadek faceta w pułapce. Byłby niezły, gdyby nikt go nie stawiał w sytuacji ekstremalnej. Postawiony – umoczony, trudno. Najmniej przełamany jest Felicjan. Chyba, że uznamy każdego żółtodzioba-idealistę za przypadek tymczasowy i z definicji skazany na wymarcie.

Po czwarte, niech nikogo nie zwiedzie kolejność, bo właśnie to  jest crème de la crème: muzyka i zdjęcia. Deszczowy, zimny pejzaż, zbliżenia i ujęcia klaustrofobiczne. Raz po raz zamienione na chwilowe postoje w plenerze. Siła filmu w tych dwóch filarach. Zdjęcia to zasługa Michała Sobocińskiego, muzykę skomponował Antoni Łazarkiewicz.  

Co budzi uczucia mieszane?

  • Brawo dla aktorów. Ale postaci nakreślone są z różnym efektem. Zawada (Więckiewicz) jest ciekawszy niż dyr. Nowacki (Gajos). Błąd nie w grze, lecz w scenariuszu. Motywacjom dyrektora czegoś brak. Gajos tłumaczy go słowami, wprost, a przecież umiałby to zagrać bez eksplikacji, gdyby miał materiał. Podobnie jest z postaciami Ziętka i Simlata. Pierwszy osłania się tarczą niewinnej młodości. Skąd ta nieskazitelność? Tłumaczę sobie, że chłopak z Kamieni na szaniec ma do niej prawo (Ziętek grał Rudego!). Ale młodość niewystarczająco tłumaczy idealizm. Simlat gra postać smętną, nazywaną – po kolorze stroju – Czarnym. Nic się ta czerń nie przerzedza. Jedyny bohater, który bez trudu otrząśnie się z tych zdarzeń nietknięty refleksją.
  • Zakończenie. Brawo za woltę chronologiczną. Punkt kulminacyjny rozegrany świetnie. Daje pole domysłom. Późniejsze sprostowania cieszą, bo można je skonfrontować z własnym domysłem. Finał…  Ok, może być i tak. Nie w tym rzecz, że wolałabym inny. Ale wypada płasko. W finale przesądza się jakość opowieści – i albo w górę, albo jak tutaj oczko w dół. Niemniej warto. 

body/ciało

Body/Ciało, reż. Małgorzata Szumowska, Polska 2015
Body_CiałoZacznijmy od razu od ciała, bo każdy je ma i musi się z nim dogadać. Może się wydawać, że duet psyche & soma to najnaturalniejsza para pod słońcem. Ale też najtrudniejsza do pogodzenia, zazwyczaj któreś z dwojga usiłuje dominować i wymuszać. Na ogół właśnie ciało. Ma przy tym różne fanaberie, wnyki i inne skomplikowane systemy zakleszczeń. A psyche jest efemeryczne – może być funkcją ciała (splotem chemiczno-biologicznych impulsów), a może bezmiarem duchowych (nomen omen) wcieleń.

W filmowym trio głos na temat ciała rozszczepia się następująco. Po pierwsze: prokurator, a ściślej koroner (Janusz Gajos), zajmujący się ciałami nienaturalnie zmarłych osób. Ciała zamordowane, udręczone, nieme – wypatroszone z duszy. Przynajmniej tak widzi je prokurator, pohukujący na asystenta, któremu słabo coś i który pyta, co dalej? Nic – odpowiada koroner. Sceptycyzm, rzeczowość, brak złudzeń (czytaj: nadziei i metafizycznego głodu). Co nie znaczy, że cielesność daje sytość.

BodyPo drugie – Olga. Prokurator jest wdowcem niedogadującym się z własną córką-bulimiczką. Nie radzi sobie w roli ojca. Oddaje dziewczynę do szpitala, by podreperowali tam chore ciało Olgi (Justyna Suwała). Zabieg ucieczkowy, bo przecież cudów nie ma. Chore ciało pociąga za sobą psyche (albo odwrotnie). Ojciec ma czas na oddech, bo już nie wiedział, jak mijać się z Olgą w małym metrażu na warszawskim osiedlu. Córka z ulgą godzi się na przerwy w kontakcie z ojcem. Nikt tu szczegółowo nie wyjaśnia, dlaczego ci dwoje są sobie tak obcy. Pewne tropy prowadzą ku nieżyjącej od kilku lat matce. Jej nieobecność wybiła Olgę z bezpiecznego constans. Dziewczyna jest rozchwiana, rozbita, zaplątana w sobie, co wyraża się głównie w jej ataku na ciało. Choroba ma charakter psychosomatyczny, z akcentem na „psyche”. 

Po trzecie – Anna (Maja Ostaszewska), mocno dziwna terapeutka, prowadząca zajęcia dla anorektyczek i bulimiczek, a po godzinach odbierająca przekazy z zaświatów. Medium spirytystyczne. Wkroczy między ojca, córkę i żonę (nic, że nieżyjącą). Wprowadzi nadwyżkę „duchowości” tam, gdzie dotąd były ilości śladowe.

Można się było obawiać – widząc zwiastun (np) – że dojdzie do starcia irracjonalizmu z racjonalizmem. Starcia z werdyktem.  Z przeciągnięciem kogoś na swoją stronę. Na szczęście obawy już po pierwszej scenie można uśpić; jest na tyle czarno-humorystycznie, że morał się nie przeciśnie. Z wywiadu z Szumowską („Kino” nr 7/8 2014) wyczytuję, że opcje przypisane były jednoznacznie, lecz poddane przewrotnej wiwisekcji. Dwoje scenarzystów: pragmatyczna („męska”) Szumowska i otwarty na duchowe koncepcje („kobiecy”) Englert. „Żeby było śmiesznie, pracowaliśmy na odwrót, on bardziej nad prokuratorem, ja bardziej nad terapeutką”. Efekt świetny. Niedowiarek-prokurator zachowuje dystans, nawet gdy wkłada do szuflady białą kartkę i długopis lub wtedy, gdy siada do stołu, by przywołać ducha. Terapeutka zaś, w chmurze transów i wszelakiej użyteczności kierowanej ku potrzebującym, pozostaje na tyle (groteskowa?) naznaczona traumą, że spirytyzm jest jak łatany balon. Spirytyzm kompensacyjny.

Słowem: ta wyrazistość ról jest dzięki pęknięciom bardzo przekonująca. A zarazem nie podlega magicznym metamorfozom. Gajos pozostaje sceptykiem. Ostaszewska nawiedzoną terapeutką. Justyna Suwała zbuntowaną, głodną bliskości dziewczyną. A przecież zmieniło się niemal wszystko! I to jest scenariuszowa sztuczka (albo logika), która dopełnia się w ostatnich sekwencjach.

Scenariusz to mocna strona filmu. Gra aktorska to atut drugi. Trzeci – czarny humor.

Nie przypominam sobie, by jakiś polski reżyser rozśmieszył mnie tak na czarno. Ostatnio podobną frajdę dały mi argentyńskie Dzikie historie. Sprawy wyglądają poważnie, lecz skoro wisielec może ożyć, skoro w niewymuszony sposób śmieszą mnie uchwycone codzienne scenki, to humor górą. Królową komizmu jest Maja Ostaszewska – pomimo że nie wychodzi z roli potakującej (yhmm), akuratnej i opiekuńczej pani od ćwiczeń.
„- Dlaczego pan jest cyniczny? Nie trzeba”. – niemal grozi paluszkiem prokuratorowi.
Zbudowała swoją rolę wizualnie: bez makijażu, z fryzurą, która dodaje jej lat, w strojach odbierających wszelki sex appeal. Jedna z anorektyczek spuentuje, że wygląda jak „stara babcia”. Mimika Anny jest skupiona w jakiś absurdalny sposób. Jakby problemy tylko czekały aż ona je rozwiąże: krzykiem, płaczem lub psychodramą. Fenomenalna jest scena kolacji z psem w ślepej kuchni, dograna w salonie i w sypialni. Lub gdy ogromne bydle ciągnie ją na smyczy przez osiedle. Albo zajęcia z pacjentkami. Nie sposób opisać tych scen, bo komizmu nie tworzą słowa ani gagi, raczej nadwyżka zaangażowania i powagi, która rozsadza sytuację.

W konfrontacji z prokuratorem, którego sceptycyzm uwypukla ekscentryczność Anny, jej powaga nabiera cech groteski. W pamięci pozostaje jednak kilka fragmentów dodających bohaterce tragizmu. Myślę tu o scenie podglądania całujących się w bramie nastolatków. Kolosalna musi być samotność Anny. Tęsknota za wyzwoleniem z materii i zbliżeniem do strefy ducha jest ucieczką w pełni zrozumiałą. Stamtąd już blisko do przestrzeni zmarłych.

Szumowska naznacza swą opowieść również tym, że rozgrywa ją w konkretnej czasoprzestrzeni. Warszawa. Święta wielkanocne. Zmartwychwstający Jezus – nieoczekiwanie sprawiający kłopot pobożnym Polakom. Zapytani  w sondzie ulicznej o narodowość Mesjasza, odpowiadają: Żyd. I źle się z tym czują. Pada więc dopowiedzenie: Izraelczyk. A zaraz potem, że ochrzczony, więc to już całkiem co innego.

Nie dziwi kontekst Wielkiej Nocy. I oby nie trzeba się było dziwić, że ktoś wypatrzy w tej żydowskiej anegdocie powód, by lać wodę na młyn czepialstwa.

ziemia obiecana to nie tu

Układ zamknięty, reż. Ryszard Bugajski, Polska 2013

Trójca. Zarząd Navaru. PrzedTo taki film, do którego przylega klarowny „dystrybucyjny” opis. Od tego zacznę, bo nie ja jedna wyruszyłam na seans, wiedząc, o czym będzie. Oto trzech młodych prężnych przedsiębiorców. Z energią, nadzieją i sukcesem ze strony własnej, z bagażem zawiści, kąśliwych uwag i zazdrości – ze strony tych, którym czyjś sukces trudno strawić. Starzy wpływowi ludzie układu zniszczą ich wizerunek, odbiorą dorobek życia, brutalnie obedrą z godności – wszystko w białych rękawiczkach i w imieniu prawa. Tyle wiedząc, nie zaskakuje mnie układ fabuły. Ale napięcie, wkurzenie (wynikające z treści)  i zainteresowanie (wywołane grą i reżyserską robotą) – nie ulatniają się ani na moment. 

Historia inspirowana życiem, choć pierwowzory poddane zostały fikcyjnym dopełnieniom, przesunięciom. Biznesmeni z Krakowa, którym w 2003 roku postawiono analogiczne zarzuty (defraudacja, niepraktykowany, więc budzący podejrzliwość tzw. zakup menadżerski) stworzyli dobrze prosperujące zakłady mięsne. Natomiast filmowi ludzie sukcesu wykreowali Navar, zakład urządzeń elektronicznych, wspierany przez skandynawskiego partnera. Trzech fajnych facetów, każdy wprowadza do tej historii swój rozsypujący się na naszych oczach świat. Wdzięk, słabości, żony, dzieci, pasje. Dla filmu – oni są tłem. Dwukrotnie – albo mi się zdaje? – reżyser mrugnięciem zestawia ich z bohaterami Ziemi obiecanej – po raz pierwszy: podczas ceremonii otwarcia fabryki, po raz drugi, gdy oglądają jej spustoszenie. Może Marek Stawski mógłby być odpowiednikiem Borowieckiego, a Piotr Maj nowym wcieleniem Maksa Bauma? Moryca zabrakło, widocznie nie tędy wiedzie trop. 

Ciekawie byłoby podążać śladem kobiet, które towarzyszą filmowym mężczyznom, nie tylko tym z Navaru. Dałoby to wgląd w portrety tych, którym odebrano macierzyństwo (Monika), złudzenie niezależności (Dorota), u których wymuszono determinację (Joanna) albo poddano rodzinnej toksynie ojców (Emilia) czy mężów (Maria). 

Ale uwagę zawłaszcza przede wszystkim zło. Pan z prokuratury i pan ze skarbówki. Spiritus movens całej afery. Prokurator Andrzej Kostrzewa (w tej roli Janusz Gajos) i szef Urzędu Skarbowego Mirosław Kamiński (Kazimierz Kaczor). 

Wszyscy, którym kiedyś dopiekło „państwo”, którym jakiś szczwany urzędnik coś rozwalił lub udaremnił, którzy mają w sobie organiczną niechęć do państwowych struktur – ci obejrzą Układ zamknięty z przyspieszonym pulsem, utwierdzając się w swej słuszności. Może przyklaskując Bugajskiemu, że trafia w środek tarczy. Bo też po prawdzie obnaża dwie mocne, silnie irytujące prawdy. Pierwszą, że w Polsce łatwo oskarżyć ludzi sukcesu o przestępstwo. Załóżmy, że nie mówimy o biznesie szemranym, lecz tym, który kieruje się zasadami. Na każdego istnieje hak. Przepisy są tak formułowane, że wymuszają, by je obchodzić, a ich interpretacja jest nieklarowna, więc można czytać je tak lub wspak. Poza tym: oskarżenie biznesu o machlojki gwarantuje społeczny aplauz, bo narodową cechą Polaka jest nie dowierzać, że można się dorobić uczciwie. Druga prawda: skarbówka i prokuratura są nietykalne, mogą aż za dużo i nie ponoszą konsekwencji swych „pomyłek”. 

Janusz Gajos vel Andrzej KostrzewaGajos w roli czarnego charakteru (podobnie Kaczor, mniej kojarzony z takim emploi) to jest mistrzostwo świata. To jest władczość, cynizm, niedopuszczanie myśli, by ktoś śmiał zniekształcić jego plan, to apodyktyczność przy rodzinnym stole i w gabinecie, manipulacja, przebiegłość, zdolność wdeptywania w ziemię, natura myśliwego, który poluje i pożera. Ale istotne jest nie tylko zagranie zła, ale wskazanie na jego początki. Bo wszystko, co gnije, kiedyś było świeże. Andrzej Kostrzewa jest, kim jest (i nie ma mocnych, by to odwrócić!), bo coś go w tym kierunku pchnęło.

Tropy są dwa. Jeden bardzo czytelny, bo powraca po wielokroć w reminiscencjach: to wydarzenia z marca 68`, pierwsza bezkarność, pierwsze poczucie władczości i triumf układu nad uczciwością. Drugi trop rozjaśnił mi się dopiero po lekturze wywiadu z reżyserem (papierowe wydanie „Kina”). Wspomina się w filmie, że Kostrzewa był członkiem grupy rozpracowującej „wampira z Zagłębia”, w głośnym procesie z lat 70. Skazano Marchwickiego, a był to werdykt niesłuszny. Podobno nie tyle pomyłka sądu, co świadome wytypowanie kozła ofiarnego, rzucenie żeru dla spragnionych zemsty (sprawiedliwości?). Kostrzewa – jeśli brał w tym udział i jeśli był tak przenikliwy jak na starość – powinien przeżyć wtajemniczenie w moc kreowania wyroków niezależnie od prawdy i przy społecznej aprobacie. Pierwsze, nieświadome uruchomienie lawiny zła i obserwacja, jak niszczy się człowieka, by udowodnić z góry założoną tezę – oto siły, które stwarzają ludzi pokroju prokuratora Kostrzewy. 

Obraz złego człowieka byłby, oczywiście, niepełny, gdyby odmówić mu odruchów serca. Jest taki moment, kiedy grana przez Gajosa postać jest gotowa wstrzymać plan. Ale strach wstrzymuje ten odruch.

Wojciech Żołądkowicz jako Kamil Słodowski

Podziw dla gry Gajosa i Kaczora to jedno, ale najmocniejsze wrażenie zrobiła na mnie postać żółtodzioba Słodowskiego (Wojciech Żołądkowicz). Gdy stare wygi chcą wykonać brudną robotę, rozglądają się po narybku. W cenie jest młody, bystry, ambitny typ. I teraz strzał: powinien być giętki moralnie, ale to wyjdzie w robocie, więc trzeba się zdać na intuicję. Sytuację mamy symetryczną: redaktor telewizyjny typuje młodego dziennikarza (reportera Roberta) do medialnych komentarzy o zarządzie Navaru. Prokurator Kostrzewa powierza sprawę „ratowania społeczeństwa” przed „bandytami gospodarczymi” młodemu adeptowi sztuki, Słodowskiemu właśnie. 

Obaj stają przed życiową szansą. Mają swój wielki temat, uchylone drzwi kariery, wyzwanie i głask zwierzchnika. To arcyniebezpieczna sytuacja. Usypia czujność, mobilizuje siły do działania – w nie przez siebie wyznaczonym kierunku. Losy młodych toczą się odmiennie. Za dużo zrozumieją, by pozostać takimi, jakimi byli przed próbą. Na szczęście coś tu zależy od człowieka i można się nie ubrudzić. Ale ubrudzenie na widza działa silniej. Fenomenalny ten Żołądkowicz! W zwiastunie można go podpatrzyć, gdy ćwiczy głos przed wypowiedzeniem oskarżenia. Jak chłopiec, który wkuwa lekcję, równie bezmyślnie.

A ziemia obiecana? Znów okazuje się mirażem. Ziemia obiecana to nie tu.