Archiwa tagu: Jaroslav Hašek

odtrutka

[Ktoś mi podrzucił odtrutkę. Prosiłam o to Ktosia, bo czułam, że zna mnie na tyle, że (primo) znajdzie coś, co zadziała i (secundo) wpadnie na coś, co mi do głowy by nie przyszło. Ktosiu Drogi, ucieczka Eliasza jest świetnym remedium, jest niczym szpila przekłuwająca balon. Czyli ok, toksyna się ulatnia.]

TRUCIZNA
W moim przypadku to jedno małe spięcie, za mało, by opisywać. Ale temat toksyn jest smaczny i nęcący. Podejrzewam, że księga trucicielskich przepisów nie byłaby tak pękata jak zbiór receptur kulinarnych, ale kilka zaszyfrowanych substancji miałoby duże wzięcie. Oto kilkoro podejrzanych, cieszących się zasłużoną złą sławą gagatków.

cyjanek – chyba dość popularny, ja mam na wierzchu pamięci opowieści wojenne i biały proszek noszony przy sobie na wszelki wypadek; oferta szybszej drogi do kresu, z ominięciem tortur lub lagru;
cykuta (inaczej szalej lub blekot) – najsłynniejszą jej ofiarą był Sokrates, „pachnie pietruszką i ma słodkawy smak” – muszę uważać, jestem pietruszkolubna;
arszenik (wielu kosztowało – Madame Bovary na przykład, ale i tak nie sposób przebić gości częstowanych przez dwie nobliwe damy w Arszeniku i starych koronkach),
wilcza jagoda (czyli belladonna – wyczytałam, że „renesansowe elegantki używały jej do uzyskania efektu tzw. sarnich oczu, co było dalej z tymi elegantkami – nie wiem, na wszelki wypadek mrużę własne); padł od niej wielce ostrożny Oktawian August, który miał oko na pichcenie potraw, bo przeczuwał swój los – niewiasta przechytrzyła go wstrzyknięciem trutki w figi (wiszące na osobistym drzewie Oktawiana);
tojad (truje, ale też pomaga pokonać wilkołaki!, ma śliczne, niebieskie i granatowe kwiaty), myślę, że trucizny powinny być piękne lub smaczne, więc szanuję tojada;
strychnina (nie wiem, kto się truł strychniną, ale odstrasza już sama nazwa; wiem, że padały od niej szczury);
mandragora – ma najpiękniejszą nazwę z wszystkich trucizn, brzmi jak zaklęcie, bo i była stosowana w magii; korzeń mandragory przypomina kształtem ludzką sylwetkę (i podobno krzyczy, gdy się go z ziemi wyrywa), trochę truje a trochę uzdrawia (afrodyzjak „pełną gębą”!); nie prowadzę statystyk, ale to ulubiona trucizna literackiej klasyki.

Poza tym: uwaga na grzyby. Nie naśladować muchomorzej skłonności Wojskiego!

Ktoś powie może, że co tam wilcze jagody, lulki czarne czy blekoty, kiedy to tylko ingredienty a mikstura jest substancją wciąż tajemną. Ano jest. Trzeba by spytać Marhołta, czym smarował miecz albo Izoldę, jak leczyła rany Tristana. Pociągnąć za język ojca Laurentego, może by zdradził, jak skomponował truciznę, która działa 42 godziny (pozorowana śmierć Julii), bo ta toksyna wydaje mi się ciekawsza niż banalna trucizna aptekarza zakupiona w Mantui przez Romea. Nie pomnę – czy mistrz Wilhelm z Baskerville rozszyfrował substancję, którą brat Jorge umieścił na zakazanej księdze o śmiechu (mordując tym sposobem ciekawskich mnichów z Imienia róży)? Hmm… no tak, najlepiej wziąć na spytki detektywów z mrocznych serii kryminalnych, mogą być rozeznani w temacie. 

Jeśli kogoś naszła chęć na literackie tropy, to polecam konkurs na Biblionetce (niestety, przeterminowany, odpowiedzi już ujawnione, ale to nie odbiera sensu temu, by tam zajrzeć: TU) – „Trucizna w literaturze”.

ODTRUTKA
Co najlepiej pomoże na trującą sytuację nieorganiczną? Dawka humoru. Komu potrzeba sarkazmu i ironii, ciętej riposty i miażdżącej krytyki wroga, ten poszuka zjadliwej satyry lub cynicznej analizy. Jam nie z tych, mnie pomaga środek łagodniejszy. Tym razem wsparcie nadeszło z Czech: Jaroslav Hašek, Opowieści z piwiarni. Fotka wojaka Szwejka występuje wyłącznie w roli znaku firmowego. Głęboko wierzę, że kąciki niemal każdych ust wędrują w górę na ten widok. A książka, której fragment wysłuchałam, jest zbiorem humoresek. Tyle wiem: rozdział 09. to opowieść o proroku Eliaszu, konsekwentnie stylizowana na  humor żydowski.

Stało się bowiem tak. Zaginął Eliasz, prorok. Znalazł się po stuleciach apokryf i sprawa nabrała rumieńców. Także w tym znaczeniu,  że jest odrobinę wstydliwa. Eliasz (poważny gość, bądź co bądź), po zjedzeniu salami stał się nad wyraz wyrywny. Zaatakował dzieci, które przezwiskami zdiagnozowały stan jego czupryny (ściślej jej brak, był bowiem Eliasz łysy jak kolano). Sprawa toczy się w sądzie, który ku memu zaciekawieniu usiłuje bronić Eliasza. Już nie wiem, czy to biblijny nawracacz, czy działacz społeczny, czy nauczyciel. Nasłał na dzieci niedźwiedzie i zwiał. A były to dzieci na kinematografie wychowane, więc (!) niesforne i same się proszące o rozszarpanie.

Aj waj! Jaka piękna przemowa ojca w sądzie! Stracił syna, co może i dowcipne nie jest ani trochę, ale z każdym słowem jednak coraz bardziej. Bo co to był za syyyn! Wraz z nim zniknął olbrzymi, wprost niepoliczalny majątek Żyda. Bo przekornie policzmy: syn jeden, ale miał na sobie dziewiętnaście par spodni, tyleż kamizelek i marynarek, w kieszonce każdej marynarki zegarek albo dwa. Ha! nie zgadniesz, Czytelniku, dlaczego w ciepły dzień ktoś ma na sobie tyle ciuchów. Trzeba mieć  głowę do geszeftu, by coś takiego wymyślić. A koncept jest prawie wiarygodny. „Chłopiec przepadł, gacie przepadły, marynarki przepadły, zegarki przepadły!!!”. No. Należy się odszkodowanie. Sześć ton srebra! I nie przepowiesz takiemu, że przesadza, bo naliczy więcej. 

Lekarstwo ma kilka warstw: humor jedna, aktualność druga (znikający Eliasz i popadający w przesadę Żyd), nauczka, że oniemienie to stan nasz codzienny – trzecia.

W roli odtrutki wystąpiły również spojlery. Opowiedziałam 10 minut z ponadsześciogodzinnego audiobooka. I odreagowałam zwyczajowe omijanie fabuł tekstów, o których piszę. Choć akurat streszczenie dowcipu nie mogło mi się udać. Co przyjmuję z pokorą. Leczony czuje się lepiej. ;)