Archiwa tagu: Javier Bardem

mother!

Mother! – reż. Darren Aronofsky, zdjęcia – Matthew Libatique, USA 2017
mother!

Właśnie rozpoczął się w Bydgoszczy Camerimage (25. edycja filmowego festiwalu sztuki operatorskiej) i jest możliwe, że Matthew Libatique zgarnie Żabę. Aronofsky – Libatique to filmowy tandem z dorobkiem. Mother! jest w konkursie głównym. Jest również na liście filmów dostępnych w repertuarze kin. Można się więc przekonać, na czym kunszt operatora polega i w jaki sposób współtworzy całość.

O ile to możliwe, spróbuję nie wdawać się w powszechny spór na temat kontrowersji i skrajnych ocen filmu. Żadnej oceny nie wystawiam. Oglądałam ze zdziwieniem, irytacją, z narastającym rozbawieniem przerysowaniami… aż po coraz bardziej wzrastające przekonanie, że wszystkie szarże są zaplanowane, celowe i uderzają w sferę wielkiego kalibru. Tak wielkiego, że aż człowiek chce powiedzieć: serio? mówimy tu o Bogu? o Jego infantylnie patriarchalnym ego? Jeśli tak, to Aronofsky porywa się na księżyc z motyką, co emanuje tyleż pychą, co próbą wiwisekcji sacrum w bliżej niesprecyzowanym celu. Otóż cel może być nadęty lub po prostu odważny. I tego rozstrzygnąć nie umiem.

Deklaruję, że odrzucam interpretacje, które widzą w Mother! przede wszystkim opowieść o artyście. Odrzucam, bo jeśli On (główny bohater nazwany jest tym zaimkiem) miałby tylko taką wykładnię, to nie wierzę w film ani trochę. Przekombinowane. Jeśli natomiast oglądać tę fabułę jako opowieść naszpikowaną biblijnymi archetypami, to odbieram ją jak wyzwanie. Nie na tyle jestem otwarta, by przyjmować Aronofsky`ego jak proroka, ale posłuchać i popatrzeć można. Zwłaszcza popatrzeć, bo – powtórzę – zdjęcia Libatique`a mam wciąż w głowie i najsilniej mówi w tym filmie wizualność.

On i Ona (tytułowa „mother”) w wielkim domu na odludziu. On starszy o pokolenie, ona ma urodę madonny. Ona odrestaurowała olbrzymi dom po pożarze, każdą reperację przeprowadzając własnoręcznie. On w tym czasie usiłuje coś tworzyć, nie może przywołać weny, więc ślęczy na pustą kartką. Ironiczne odwrócenie twórczych ról. Impas twórczy jest żałosny, a żałość narasta, gdy obnaża się megalomania „impotenta”, wygórowane wyobrażenia o roli każdego słowa. Tak, to znak: słowo może stwarzać światy, uzdrawiać, określać życiową misję. W tym celu – za moment – nawiedzą dom spragnione tłumy. Słowo potrzebuje kogoś, kto powie „tak, niech się stanie” i świetnie w tej roli sprawdza się młoda kobieta, w której poczęło się życie i wciąż jeszcze nie zgasło uwielbienie do Tego, który je począł. Zawieszam chronologię: poczęty został syn, którego On chce podarować światu. I naprawdę to zrobi, choć Ona usiłuje powstrzymać irracjonalny dar. Tak samo jak próbuje wyperswadować Mu wzruszenie ludźmi, którzy Go wielbią, potrzebują, szerzą kult. U Aronofsky`ego wielkopańskość gestu Artysty (Boga, Onego etc.) jest horrendalnie nieludzka. Dlatego właśnie trudno na serio traktować postać graną przez Javiera Bardema. Artysta o tak rozdmuchanym ego jest niestrawny, choćby tam sobie stwarzał bóg-wie-co. No ale Bóg to inna jakość. Może ludzkie pragnienia kobiety, chcącej tylko domu, wspólnej kolacji i pieluszek dla maluszka to jednak rzecz zbyt drobna? Czyżby w tym sęk, że ona pojąć nie może, a On jednak wie, co robi?

Tropów biblijnych bezlik. Bo to: Adam i Ewa (przybysz, co ma ranę tam gdzie żebro, za którym podąża wcielenie kobiecości) – tu: Ed Harris i Michelle Pfeiffer. Może dom, stojący na bezludziu (z którego Ona chciała zrobić raj) wydaje się początkowo pusty, ale wraz z pojawieniem się Pierwszych Ludzi, nadciągają kolejni. Dwaj synowie – jako żywo: Kain i Abel, a wraz z nimi bratobójstwo. Już oni wystarczają, by urządzić apokalipsę (Ona używa tego słowa, jakby Aronofsky miał potrzebę dopowiedzieć, co i tak przecież widać). 

Apokalipsa, czyli najazd obcych. Gdy On stworzy coś na kształt Księgi – będzie nieustannie się nasilać. Nie sposób się nie zdziwić, że Armagedon jest stopniowalny. Piekło jest przecież już na początku, a tu wciąż bardziej i bardziej… Aż po męczeństwo Syna i rozdanie Jego ciała, by nasycić spragnionych. Aż po niepojęte miłosierdzie dla grzeszników, w których ceni się to, że uznają swą słabość i wciąż szerzą kult z nadzieją na miłosierdzie. Ten „Bóg” jest nie do wytrzymania. Ale trzeba przyznać: zapiera dech, jest niepojęty i w różnych sensach tego słowa: bezgraniczny.

Nie wiem jeszcze, co myślę. Nie traktuje tego filmu jako dzieła, które proponuje jakiś metafizyczny dyskurs. Raczej – sprowadza metafizykę w wymiar ludzki, więc niepojęty. Dosłowność biblijnych tropów (zwłaszcza ofiary z syna) uświadamia, jak bardzo różne jest czytanie Biblii przez zdesakralizowane okulary od lektury, która zakłada jeden zasadniczy pewnik: że On to On. Javier Bardem (nawet gdy mówi „Jestem, który jestem”) jednak Nim nie jest.

***

Mother! pewnie w ryzach gatunkowych horroru się nie mieści, ale sporo jednak z niego ma. Jennifer Lawrence (Ona, matka, etc.) bierze na siebie grozę mierzenia się z czymś irracjonalnym. Krew płynąca w ścianach, plama na podłodze, znaki i głosy dziwne. Nie wydaje mi się, by to była najlepsza rola aktorki – ale można jej empatycznie towarzyszyć. Coraz nowi obcy włażą butami w jej życie, najpierw się szarogęszą, potem na potęgę niszczą (nieumocowany zlew, na którym siadają z nonszalancją – trochę śmieszy, ale nie da się zaprzeczyć, że przyspiesza krążenie krwi w żyłach). Coś tu się Aronofsky`emu załamało, bo choć napięcie grozy powinno rosnąć, trochę siada. Winna jest groteskowa figura natchnionego Artysty. Gdy Bardem nago siada do pisania, by nie uronić weny albo gdy Ona czyta poemat i – klękajcie narody – świat się przemienia, to jednak zabawne jest. W tym rzecz: jeśli ten poemat to Biblia (którą wielu tak właśnie czyta), to inna opcja niż jeśli założyć, że poemat to poemat. Nawet jeśli arcydzielny, to przecież można sobie darować stawanie na palcach i opuchliznę płynącą z dumy.

Niegotowe piękno raju w obiektywie Libatique`a naprawdę robi wrażenie. Surowość, potencjalność, wielkość – aż chce się chodzić krok w krok za Jennifer. Są takie sekwencje (powtórzone i budujące znaczącą klamrę kompozycyjną), w których opowiadaczem jest autor zdjęć. Cień i światło. Najpierw aura rozkładu, spalenizny, truchła, z którego za sprawą światła wyłania się życie. Ten motyw jest powtórzony również w obrazie ogrodu, który ze zgliszcz przemienia się w barwny soczysty Eden. Ogród stwarza się, gdy Ona czyta poemat. Piękno obrazu zakłóca więc infantylna (nieprzekonująca) motywacja. Ale gdy na początku i na końcu filmu ruch kamery i ustępowanie cienia powołują na nowo świat do życia, to to jest coś pięknego.

Chapeau bas za wizualne ogarnięcie apokalipsy. Nie ma co opisywać – to są sceny warte zobaczenia. Nawet gdyby trzeba było wyciszyć przy tym racjonalne interpretacje.

Mother! to film, o którym naprawdę niełatwo jest pisać. Dwie trudności stoją na przeszkodzie. Jedna dotyczy spojlerów (no cóż), druga hermetyczności (bo jednak kto sam nie widział, nie wchłonie tego opisu).

 

 

 

Reklamy

Gunman: Odkupienie

No cóż, czas, czas, bo jak nie dziś, to nigdy. Im więcej filmów śmiga mi przed oczyma, tym mniej nadążam z ich przyszpileniem w blogowej notce. Wyłapuję wiele przegapionych tytułów, nierzadko upewniając się, że ominęłam je wiedziona intuicją. Owszem, chciałabym napisać o kilku przyjemnościach (patrz: Mandarynki, Sędzia, Locke, Zacznijmy od nowa,  Furia …). I raczej nie zamierzam wspominać o kilku niefartach (te Saint Laurenty (2x), Turysta czy Obywatel).

Dziś – terra incognita, gatunki, z którymi mi nie po drodze, choć to jeszcze nie przesądza o wrażeniach z seansu. Kino akcji i science fiction – akcję śledziłam nieporuszona emocjonalnie, sf mnie wciągnęło (lecz nie będę udawać, że dorównuję androidom lub że je ogarniam). To preludium zapowiada, że opowiem o tych filmach z perspektywy widza-gapy.

GunmanGunman: Odkupienie, reż. Pierre Morel, USA 2014

Uhahaha. Najzabawniejsze jest to, że Sean Penn dla Gunmana zrezygnował z roli Riggana w Birdmanie. Dwie strony medalu, dla Seana pech, dla Keatona szczęście. Może i zanosiło się na wielką sprawę. Rewolwerowiec, miłość, brudne interesy, szlachetne serce. Ale góra urodziła mysz. Cieniutko, choć z przytupem.

Postaci do zapamiętania jest chyba pięcioro. Reszta to chłopcy do bicia. Tytułowy Jim Terrier (Sean Penn) wraz z innymi pracuje w Kongo przy budowie lotniska, jest w związku z piękną Annie, a charakter ma twardy i niezłomny. Taka jest powierzchnia. Potajemnie natomiast wykonuje czarną robotę, która stawia pod znakiem zapytania amerykańską pomoc dla krajów rozwijających się. Terrier jest „strzelcem”, wykonującym zlecone morderstwa o charakterze politycznym (raczej ekonomicznym). Jego ukochana Annie o niczym nie wie. Jest anielsko niewinna, smukła, piękna i delikatna. I dobra, trochę jakby lekarka. Ale może nie lekarka tylko taka pani, co opatrzy i przytuli. Nie wyjaśniono mi tego.

Główna para, Jim i Annie czują do siebie taką miętę, że aż w nosie kręci. Nic dziwnego, że Felix, kumpel Jima, jest o ten związek zazdrosny i zamiast rozejrzeć się za jakąś Katie lub Betty, w głowę zachodzi, by wyrolować konkurenta i spełniać się w opiece nad Annie. Publika nie może go lubić. Jest brzydki, głupi i zły. A jak już wyjdzie szydło z worka, pękną pozory, zdeformuje się forma przyzwoitości, to zagęszczenie kabotyństwa będzie wręcz toksyczne. Felix (Javier Bardem) to rola tak żałosna, że rozwala pozostałe kreacje. Bo jak mam wierzyć, że Annie jest mądra i bystra, skoro wiąże się z Feliksem albo jak to możliwe, by Terrier dał się wykiwać takiej miernocie? Felix prawie zepsuł mi film.

To może mała dygresja o pięknie. Annie (Jasmine Trinca) jest właśnie piękna, to jej główna cecha charakteru. Na przykład gdy ma na sobie tylko białą koszulę Seana Penna. Gdy burza kędziorków niesfornie się splata wokół jej głowy. A nade wszystko, gdy się uśmiecha. Wtedy jest bezdyskusyjnie wzorcem powabu i urody. Już wszystko jedno czy w tej białej sukience (elegancja, niewinność, dystans), czy w tej czarnej (zmysły, zmysły, zmysły), czy w dżinsach i z podbitą wargą. No ale piękny jest również Penn. Inaczej, a też intensywnie. Oczywiście, mniej zdrowo. Nie powiem, że „ciacho”, ale mam wrażenie, że reżyser to właśnie chce mi podprogowo przekazać. Jim celowo pożycza koszulę Annie albo ją gdzieś gubi, żeby odsłonić rzeźbę mięśni, masywną acz smukłą. Całość dopełnia twarz Seana Penna, która jest marką sama w sobie. Smutna dogłębnie, z błękitem oczu, w których jest tęsknota za Annie, jest wściekłość na wszystkich i wszystko, co go z Annie rozdziela i jest bezdenne przekonanie o pustce i bezwzględności tego świata. I ta podkówka zmarszczek, która sprawia, że aktor, choćby się uśmiechał, to trochę jednak jakby płakał. Sean Penn nie wygląda tu na swoje 54 lata, wygląda co najwyżej na 45 albo o dziesięć mniej. I ma rację, że wali po mordach łajdaków, nawet kobiety (jeśli trzymają w ukrytej łapce strzykawę). Ma jakąś organiczną rację, że trzeba walić na odlew w to tałatajstwo. Jakie tałatajstwo? No, ogólne. W tym sęk, bo zdawało mi się, że trochę kina społecznego zobaczę. Może jakiś thriller polityczny? Ale nie. To jest kino akcji podszyte melodramatem

Bo główną motywacją, która porusza mózg i mięśnie Terriera jest chęć bycia znów z Annie. By to osiągnąć, musi odkupić dawne grzechy. Nie wnikając w szczegóły, niejasne zależności Terriera rozdzieliły ich na osiem lat. I po tym czasie, po kilku dąsach Annie, znów będą czuć tę miętę i wszyscy, nawet najgorsi popaprańcy, będą im tego zazdrościć. Typ, który chce zabić Seana Penna, jest zorientowany w jego uczuciach do kobiety. No nie wiem, czy to nie nadto? W ogóle, gdy para spędza z sobą noc i znajduje chwilkę na wymianę dwóch zdań, to ona pyta „Dlaczego mnie zostawiłeś?”, a on odpowiada nie wprost, że przez tych osiem lat kochał ją w każdej sekundzie. Patrzy głęboko w jej oczy. Ustawia twarz Annie tak, by ona też patrzyła w jego oczy, w których jest cała prawda o tej nieskończonej liczbie sekund, w których ją kochał na odległość. 

Może się mylę, może w tym filmie, w tym samym stopniu co o miłość, chodzi o „akcję”. Ale mój mózg zaklasyfikował te sceny jako spam i nie umiem ich odtworzyć. Jest dużo bicia. I nie takiego, że ciach-ciach, jeden na jeden. Nie, Terrier walczy z kilkunastoma naraz (to znaczy po kolei, ale w jednej sekwencji filmu). Pięść, „gun”, karabin, materiały wybuchowe, ogień, pościg, jakieś zmyślne pułapki, które ilustrują polskie przysłowie, że kto kopie dołki, ten sam w nie wpada. Na koniec corrida. Bo akcja toczy się gdzieś w Kongo, w Londynie i w Barcelonie. Z tych miejsc Barcelona jest najładniejsza i najkrwawsza. Corrida to taka coda, podsumowująca rzuconą przez Feliksa myśl, że zabijamy i kochamy się jak zwierzęta. Tylko że coda przewrotna. Jest w corridzie zwierzęcy instynkt (i było jasne jak słońce, że któryś z bohaterów nadzieje się przypadkiem na bycze rogi), ale jest też teatr. Dramaturgia, tragizm, równość w starciu. Nie jestem amatorem walki byków, ale wydaje mi się, że więcej w nich logiki niż w strzelaninie i mordobiciu w świecie, w którym uwięziono Jima Terriera.
Zwłaszcza, że ostatnia scena to beza w polewie.

cdn.
Science fiction się nie zmieścił. Nie wiem, kiedy zdążę dopisać. Ale polecam: Ex Machina Alexa Garlanda.