Archiwa tagu: Jeremy Irons

emocjonująca abstrakcja

Chciwość, reż. J.C.Chandor, USA 2011.

Krach jest nagły, zaskakujący i powinien pojawić się wtedy, gdy myśli są albo uśpione, albo ustawione na zupełnie innym torze.

I tak się dzieje. Jesteśmy w Nowym Jorku, na Wall Street, na jednym z pięter okropnie nowoczesnego budynku, po którym snują się ludzie wciągnięci w tryby pewnej korporacji (przedsiębiorstwa, banku, giełdy).

Eric Dayle (Stanley Tucci) rozpracowujący raporty o granicach ryzyka (abstrakcja! nie wiem, o co chodzi – ale on czuwa nad czymś, co powinno trzymać się brzegów), natrafia na minę. Niewiele może z tym zrobić, bo brakuje mu jednego elementu, by puzzle odkryły przed nim czytelny wzór.

 Tymczasem mamy sądny dzień: zwolnienia w firmie. Zwolniono 1/4 pracowników albo 3/4 – nie wiem, bo to abstrakcja. W każdym razie jest cholernie gorąco i Eric Dayle też został przypieczony. Sceny jak z filmu W chmurach (z Clooneyem), tylko bez cienia komedii.

Obserwujemy to oczyma młodych adeptów sztuki: Petera (Zachary Quinto) i Setha (Penn Badgley). Ten po lewej na zdjęciu ma mózg o jakichś wyjątkowych procesorach (albo tak zwane szczęście) i uda mu się niemal natychmiast znaleźć ten odłamek mozaiki, którego brakło Ericowi. Eric przekazał mu pendriva na odchodne. Ale: stop. Jeszcze nie ucichło po redukcjach. Ten po prawej lubi zarabiać pieniądze i ciągle liczy, ile kto zgarnął w ubiegłym roku.

A oto Sam, szef maklerów, wie, jak się kręci ta karuzela, bo pracuje tu już 34 lata. Gdy rozdano pakiety tym, których skreślono z listy, on wkracza i klaszcze. To brawa dla tych, którzy zostali. „Oto wasza szansa! Ich już nie ma, przejmijcie tę przestrzeń dla siebie. Czyjaś strata może być waszym zyskiem”. Obrzydliwa scena. Ale Kevin Spacey umie tak poprowadzić postać, że mimo wstrętu do oklasków, na koniec miałam ochotę na szczere, choć ciche brawa. To jest film Kevina Spaceya. A to coś znaczy, bo u boku ma oprócz wspomnianego Tucci`ego jeszcze kilku mocnych: Paul Bettany, Simon Baker (niegroźny w rywalizacji) i Jeromy Irons.

Tu już powiedzmy, że puzzle wskazują na katastrofę. Jest głęboka noc, a gdy nadejdzie świt, rozpocznie się krach na makro skalę. Odczują go wszyscy. Ja tego nie ogarniam, bo to abstrakcja, ale naprawdę przesądza się rzecz wyjątkowa. Tłem filmowych wydarzeń jest kryzys finansowy z 2008. A reżyser, debiutant Chandor, podobno zna wydarzenia z pierwszej ręki. Prawda, że prowadzi opowieść niezwykle emocjonująco. Decyzje, które zapadną i to, co zostanie postawione na szali, to są niewyobrażalne odważniki. Tego się nie udźwignie i – gdy jest już na wszystko za późno – ci, którzy stoją w pierwszym szeregu widzą przed sobą szaloną przepaść. Jest prawie tak, jak w jednej ze scen na dachu wieżowca, chwilę przed ewentualnym skokiem.

I co będzie? Szef szefów, Tuld (Jeremy Irons) mówi do Petera the night before: „Wytłumacz o co chodzi. Mów do mnie jak do dziecka. Albo labradora. Tego że tu jestem nie zawdzięczam przecież swojej tęgiej głowie”. Ale takie głowy nie toną. Finansjera ratuje cyników.

Dobry film. Pomimo że. Pomimo że gdyby nie Demi Moore, to kobiet w ogóle nie można by było pooglądać. Pomimo że nie sięgnięto po chwyty z kategorii wzruszeń osobistych (żadnych spektakularnych tragedii), zaangażowanie w rozwój wypadków nie słabnie. Świetna dynamika. Dziwne: miałam wrażenie, że wszystko rozumiem, choć gdyby się zastanowić, to ja przecież nic z takich spraw nie ogarniam.

I dodam tylko, że krach przychodzi nagle. Kiedy się człowiek nie spodziewa. Wybrałam się do kina na film Agnieszki Holland. Była niedziela. Multipleksy pękały od wielbicieli sztuki, którzy ubiegli mnie, wykupując prawie wszystkie bilety. Został jeden w pierwszym rzędzie, a mnie potrzebne były dwa. Wybrałam więc Chciwość. Decyzja była dobra. W ciemność wyruszę niebawem.