Archiwa tagu: Jerzy Pilch

zawsze nie ma nigdy

Zawsze nie ma nigdyJerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, Wydawnictwo Literackie
Zawsze nie ma nigdyNie recenzja a anons. Rozmowa z Pilchem o Pilchu wychwytuje z jego życia różne wątki, komentuje je pilchową frazą, sama w sobie jest wyborem, szukaniem różnych oświetleń etc. Pisanie o tej książce wydaje mi się dublowaniem (acz niepomiernie mniej sprawnym) tego, co już zrobili rozmówcy. Nie zaanonsować jednak nie mogę, bo przyjemność miałam ogromną.

Autobiografizm to w prozie Pilcha trakt główny. Wcześniejsze Dzienniki (dwa tomy), podjęta (i zarzucona) na łamach „Tygodnika Powszechnego” próba autobiografii. Poza tym felietony – w jakiejś olbrzymiej chyba liczbie – mają subiektywizmów pilchowych co niemiara. Proza też. Jedna bardziej, inna ciut mniej, ale zawsze. Więc czyta się o Pilchu za każdym razem, gdy Pilch pisze o czymkolwiek. A jeszcze nadmienię, że in statu nascendi jest biografia pisana przez Katarzynę Kubisiowską (Pilch się nie wtrąca, aprobuje bez autoryzacji).

Mniejsza o to, o czym się tu mówi, dużo istotniejsze – jak. Ważne, że rozmówczynią jest ktoś bliski Pilchowi (Ewelina Pietrowiak to jego muza z czasów Pod mocnym aniołem). I że – choć napomina się o problemach z głosem, tudzież różnistych zniżkach formy fizycznej – kondycja Pilcha-opowiadacza jest niezmiennie wysoka. To stary wyga gawędziarstwa, szafarz anegdot, ripost i puent. Złośliwych jakby ciut mniej niż można by oczekiwać, ale niezmiennie (auto)ironicznych, podszytych zmysłem humoru, którego nikt Pilchowi nie odmówi. Wołami nie odciągną tego, kto zacznie czytać.

Jeśli Pilch sięga po autobiografizm, pisząc teksty stricte literackie, to świadomie. Ceni dewizę realistów: opisz swoją wieś, a opiszesz świat. Musi być babka Czyżowa, biskup Wantuła i pani Mazurowa, bo to filary. A w dygresjach kolejni niepospolici. Tischner przemknie tu i tam, Filipowicz, a za z nim Szymborska. Mariana Stali nie może zabraknąć, bo wszędzie był i wszystko wie. 
„Urodziłem się w Wiśle, arcyciekawym miejscu, i z natury rzeczy – na początku lat pięćdziesiątych – w arcyciekawych czasach. Ale czy dla człowieka piszącego są miejsca, czasy, rzeczy, ludzie – jego miejsca, jego ludzie, jego czasy, jego rzeczy – niewarte uwagi? Wszystko, co się znajduje w polu jego widzenia, ma metafizyczną nadwyżkę”.

Człowiek piszący i człowiek czytający. O takim Pilchu jest tu najwięcej. Mogłabym przepisać z pół książki, gdyby to z prawem autorskim nie kolidowało, a i tak byłby to ledwie wybór miejsc zakreślonych. Szalenie mi się te metaliterackie dywagacje podobają. Zwłaszcza, że mówi ktoś, kto umie pisać. A jak potrafi czytać! – to jest dopiero coś, w czym chciałabym u Pilcha praktykować! Że odkrył Masłowską, to wiadomo. Podobno według Stasiuka to Pilch pierwszy entuzjastycznie wyraził się o jego Murach Hebronu. A Zygmunt Miłoszewski wyłonił się z konkursu na opowiadanie, który Pilch (na łamach „Polityki”) zorganizował, rozczytał, po czym zwycięzcę wskazał. To jest nos.

Co do pisania – najmocniej zapamiętałam nutę nieuchwytności przyszpiloną sentencją: „W obliczu tego, co nienapisane, rzeczy napisane zawsze bledną”. Dopóki się słów nie ustawi według wymyślonego porządku, można mniemać, że tworzy się rzeczy najprzedniejsze i „ekstra virgin”, co zmaterializowane niemal nigdy się nie potwierdza. A inny smaczek, to gdy Pilch podpytywany o to, jak dobrą literaturę wyczuć i jakie kryterium względem siebie stosuje, sięga po kryterium intuicji.

„Czuję frazę, a fraza ma swoją tonację. Ale jest to bardziej intuicyjne, trudne do opisania. Z drugiej strony, jak to świętej pamięci Henryk Bereza mawiał: trzeba się znać na literaturze jak na wełnie. Dobry krawiec, który ma uszyć ubranie, bierze do ręki materiał i od razu wie, czy się nadaje na garnitur czy na płaszcz. To się czuje. Nie musi uszyć, by wiedzieć, tylko dotknie i wie”.

Pilch pisaniem żyje. W znaczeniu tyleż zawodowym, co egzystencjalnym. Niektóre z wyznań łączących pisanie z samotnością (niemal totalną) mrożą konsekwencjami i – gdyby ktoś żywił romantyczne złudzenia – rozwiewają mrzonki. „… dostosowałem świat do mojego biurka” – nie oznacza to izolacji, z czegoś przecież trzeba brać materiał do szycia, ale ustawienie hierarchii. Co o tym myśleć? Nie jest to przecież żadna żelazna zasada, a jedynie (aż) konkret z życia Jerzego Pilcha. To, co bardzo odpowiada mi w tym wywiadzie-rzece, to wyważenie tonu. Są przecież wyznania na tematy arcyważne, nawet ostateczne. A nie ma patosu, nadęcia, tonacji prawd objawionych, żadnych emocjonalnych wymuszeń. Gdy rozmówczyni usiłuje wydobyć od pisarza wyznanie, co postrzega jako swą zaletę, pada (bo paść musi) dbałość o porządek i pracowitość. Luterskie z ducha. Ale tuż za nimi drepcze skromność. Co jest o tyle zjawiskowe, że Pilch to facet i skromny, i nie nazbyt pokorny zarazem. Autoironia jest kodem, który to scala. 

Bo też Pilch ma dziwactw krocie. Począwszy od tych 39 zaostrzonych ołówków, gotowych do służby, po szafę pełną spodni i koszul. Nie pada liczba, lecz wyobrażam sobie ilości hurtowe. Koszule czarne (w użyciu i jeszcze nierozpakowane), a w sąsiedztwie koszule „wielobarwne”, czyli białe. Na moją wyobraźnię działa też mania spacerowa. Nie wiem, czy wciąż aktualna? Pilch bowiem samochodu sobie nie zawłaszczył, a komunikacja miejska go irytuje. Ma takie naznaczenie, że wchodzi do niewłaściwych autobusów, co mocno mu wydłuża trasę. Antidotum na pomyłki jest w chodzeniu.

Jako że lepsza puenta nie przychodzi mi do głowy. A o Pilchu gadać można bez końca, więc niech będzie, że podniosę nawyk łażenia po mieście do rangi zaleceń dla wszystkich. Skoro można tym sposobem uniknąć choć kilku pomyłek, to łaźmy.


Reklamy

drugi dziennik

Jerzy Pilch, Drugi dziennik, Wydawnictwo Literackie 2013

Nie podsumuję blogowego roku, nie czuję, by czaiła się za progiem domagająca się tego cezura. Może zapuka w jakiś przypadkowy czwartek, ani na początku, ani w środku miesiąca czy roku? Może cyfry daty ułożą się magicznie, a może nie? Przyjdzie czas na nowe, to będzie.

Pilch w swym dzienniku pisze o natręctwie typowania dobrych początków. Lubię opowieść o dwóch cnotliwych palaczach, którzy przegapili okazję, by rzucić nałóg. „- Tak, Janku – mówił pod koniec lat sześćdziesiątych biskup polskich lutrów – była sposobność, ale przeszła nam koło nosa… – Tak, Andrzeju – odpowiadał biskupowi polskich lutrów biskup polskich kalwinów – nieprędko powtórzy się taki jubileusz, przespaliśmy… – Przespaliśmy – powtarzał jak echo Wantuła i obaj zaciągali się ze smakiem, i zaraz też wiekuisty kaszel palaczy brał ich w swoje posiadanie, i pokasłując jeden przez drugiego, niby się przekomarzali, ale przecież powaga zdobiła ich oblicza: – Tak, Andrzeju… – Tak, Janku… Taka data nie prędko się powtórzy… Swoją drogą, jak mogliśmy być tak lekkomyślni… Teraz przyjdzie nam palić, nie wiadomo jak długo”. (s.37) Cóż, zważywszy, że chodzi o tysiąclecie chrztu Polski, równie mocna karta może już nie wrócić. Co tam sylwester, nie ten, to za rok!

Drugi dziennik

Gwiazdkowy Drugi dziennik sprawił mi frajdę ogromną. Zachwycił. Przypomniał oczywistość, że „fraza Pilcha” ma moc stawiania na nogi i moc wprawiania w stan intelektualnego kręćka. Autoironiczny. Czasem złośliwy (duży stopień złagodnienia, lecz i tak kilka demaskatorskich operacji przeprowadzono z chirurgiczną precyzją). Błyskotliwość? Jasne. Erudycja? Umie gość czytać i rozumie werbalny przekaz lepiej, niż stu innych razem wziętych i zmieszanych. Barokowa składnia nic a nic nie szwankuje i potrafi omotać, aż do dekonstrukcji siebie samej. A przy tym jasność pełna. Błysk cięcia i blask ostrza. Czytać Pilcha trzeba! Z tysiącznych powodów. Wyliczać? Podam jeden. Niezwykła kombinacja dystansu do siebie, humoru (nie jowialnego, ironicznego bardziej, ale wciąż działającego jak wentyl) i rozpaczy, na skraju której się stoi, w którą się zerka, choć nie po to stoi się samotnie nad przepaścią, by innym ją opisywać czy w nią wciągać. 

Przebitki są. Wiadomo, że choroba nie odpuszcza, przyciąga myśli, a więc i refleksje czy tematy dziennikowych wpisów. Parkinson rządzi się bez pardonu, rozdaje karty, wyciąga zza pazuchy wyrocznie, hipotezy, statystyczne ciągi dalsze. Lecz nie w tym rzecz, ile tych chorobowych zapisków, a jakie one są. 

„Nie ma co ukrywać: zamiast licznych narzeczonych jeden Pan Jezus człowiekowi został. Niby wysoko, a markotno”. (s.75) „…niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót”. (s.33)

„Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zmąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy, czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia! Stylem!” (s.39) Dlatego temat choroby, gdy wraca, to jako żonglerka cytatami, pytaniami, pomysłami na to, jak podstawić jej nogę. Mówi Pilch – za okazję jej zmiażdżenia, unicestwienia choćby w słowie, niejedno by oddał: „… za możliwość napisania takiej rzeczy zrobię, Panie Boże, wszystko, dziecku – jeśli każesz – wyrwę z zaciśniętej piąstki ostatnią landrynkę”. (s.205)

***

Bieda z recenzowaniem na tym polega, że bardziej mnie wciąga czynienie wypisów i czytanie po raz wtóry najlepszych fragmentów. Cóż, nie będę wydłubywać rodzynków z ciasta, ani porządkować materii tych mniej lub bardziej spójnych dygresji, żadnej przecież zamkniętej fabuły nie tworzących. Fabuły. Bo dziennik jest zawsze autokreacją. Choć pojawia się w nim wyznanie, że w opinii odbiorców szczerości zawsze jest za mało lub za dużo, tymczasem w zamierzeniu ma być wyłącznie ona. „Wybierajcie jaką chcecie opcję. Ja wybieram spowiedź ekstremalną. Jak już, to już. Oto niekłamany w niczym jeden rok mojego życia”. (s.)

Bardzo lubię zapiski wspomnieniowe, utrwalające portrety rodziny lub sąsiadów z Wisły. Wraca babcia Czyżowa i stary Kubica, ojciec rozczytany w Tomaszu Mannie i matka. Luterańscy przodkowie katolickiego papieża (Wojtyły). Mocny jest portret Jurusia z Poczty, dla którego ten rok był ostatnim. Lub wspomnienie kobiety, która była muzą powieści Pod Mocnym Aniołem. Będę do tego tomu jeszcze wracała. Również ze względu na poruszający wpis o samotności z 21 kwietnia 2013. Gdybym jednak miała polecić Pilcha z jednego szczególnego powodu (a wspominałam: takich powodów są tysiące), to byłyby nim opowieści o lekturach – o czytaniu i o pisaniu. Świetne!

Czyta Pilch wielkich i mniejszych. Dostaje się Lechoniowi i Grassowi. Dziennik tego ostatniego przekształca się w poradnik „jak dzienników nie pisać”. Jedno ze szlachetnych zaleceń: nie objaśniać samego siebie! I mrugnięcie: „Tylko Umberto Eco potrafi z lekkością własne powieści komentować, skądinąd w kontekście dzieł o wadze ołowiu o lekkość nietrudno”. ;)  Pamiętam własne zaintrygowanie esejami o sztuce Daniela Arasse`a (Nic nie widać) – napisanych z oszałamiającą charyzmą i tak pod prąd moich przyzwyczajeń, że na długo zostawiły wrażenie. Ubawiły mnie zapiski Pilcha. Owszem, doceniające, ale przekłuwające balon z wprawą urwipołcia, który grzecznie dziwi się, że uleciało powietrze, a balonik był taki ładny… 

Zaznaczyć? To przecież oczywiste! Pilch nie wypowiada się z góry, więc przynajmniej we mnie nie wywołuje reakcji polemicznych, tym bardziej, że subiektywizm jest założeniem. Admiracja wobec prozaików rosyjskich (Babel! Izaak Babel, koniecznie chcę go poznać). Docenianie genialnych tłumaczy. Grymas współczucia wobec tych, którzy najlepsze napisali na początku, a potem mogli być już tylko epigonami samych siebie (znów Günter Grass). Refleksje o grafomanach (nie odżegnujmy się, nosimy w sobie choć krztynę grafomaństwa, często dobrotliwego, czasem z przerośniętą wątrobą-ambicją)…

W tej skrótowej recenzji nie oddzielę konstrukcji Pilcha od refleksji zaczerpniętych od Nabokova (literatura jest „po nic”, na tym polega jej luksus) czy Maraiego (każdy grafoman chce wyrazić pełnię, podczas gdy szczytem ambicji winno być uchwycenie szczegółu). Wśrod zapisków Drugiego dziennika jest taki, w którym Pilch podejmuje wyzwanie wskazania literatów, którym do pełni stosunkowo blisko. I po swojemu konfiguruje z nich dwie piłkarskie drużyny.

„Kolejność wedlug kolejności przychodzenia do głowy.
1. Płatonow, Faulkner, Mann, Dostojewski, Tołstoj, Flaubert, Gogol, Borges, Proust, Babel, Szekspir.
Zmiany: po szesnastu minutach w miejsce kontuzjowanego (w wyniku ostrego starcia z Cervantesem) Prousta – Beckett. Po przerwie za Szekspira – Broch. W doliczonym czasie gry za Gogola – Joyce.
Kartki: czerwona za kopnięcie przeciwnika bez piłki – Tołstoj. Żółta – za symulowanie karnego – Mann.

2. Rabelais, Cervantes, Poe, Baudelaire, Nabokov, Melville, Czechow, Kafka, Bellow, Schulz, Conrad.
Zmiany: po przerwie za Conrada wchodzi Márquez, od siedemdziesiątej piątej minuty za Melville`a – Dante. Zwraca uwagę doskonała forma i kondycja Schulza, przewidziany na zmiennika Bułhakow nawet się nie rozgrzewa.
Żółte kartki: za niebezpieczną grę – Kafka; za ubliżanie sędziemu – Czechow”. (s.166)

Myślę, że rodzynki pozostały nienaruszone. Najcenniejsze dla mnie wskazówki wydają się lepiej osadzone w kontekście dziennika niż w czynionych tu próbach cytatologicznych. Ja się zachwycam! 

„Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia tekstu. Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek. Zachwyt – o wiele częściej, niż się wydaje – jest gwarantem niezrozumienia niczego”. (s.90)

w ukryciu

W ukryciu, reż. Jan Kidawa-Błoński, Polska 2013

W ukryciuNie wierz, Człowieku, w to, co podają opisy. Może nawet w ogóle ich nie czytaj, tylko idź i obejrzyj. Bo jak przeczytasz, duże prawdopodobieństwo, że stchórzysz. Chwyciłam przed seansem dwie „zajawki”: że to historia miłości kobiety do kobiety i że jedna z nich jest ukrywającą się Żydówką. Nie wypatrzyłam nigdzie zapowiedzi: „wczesny Polański” – Wstręt albo Lokator. Stało się – zapewne – dobrze. Oczekiwania wzrosłyby niebotycznie i może z większym wyrachowaniem oglądałabym

Tymczasem – czekałam na miłość. A jak wiadomo: kto czeka na miłość, temu wszystkie pociągi śmigają koło nosa. 

Bardzo ładna, niepokojąca klamra: retrospektywny obrazek z dzieciństwa, możliwe, że jeden z kluczy do traumy głównej bohaterki. I sunąca po torach kolej, tunel, przyjazd-odjazd. Młoda dziewczyna wraca do domu, mieszka z ojcem (fotografem). Zastaje tam ukrywającą się piękną Esther. Nie bez znaczenia jest, że pierwszy raz widzi ją nagą w łazience. Później na ogół dziewczyna przesiaduje w pomieszczeniu pod podłogą salonu, często w bieliźnie, co być może jest wytłumaczalne okolicznościami, mnie jednak wydaje się surrealnie podbite sex appealem, kobiecością nieustraszoną, przebłyskującą w niesfornych lokach, nagich ramionach, błyszczących czernią oczach. 

Główna bohaterka (grana przez Magdę Boczarską) wypełniająca soba całą niemal opowieść, to introwertyczna, ascetyczna, bojąca się życia Janka. Powiedzieć, że Janka zakochuje się w Esther, to popełnić nadużycie. Ona się w nią zapatruje, otula ją opieką, chroni przed tym, co zagraża, choć nie wiadomo, ile urojeń w tej grozie, a ile prawdy. Na tym – wydaje mi się – opiera się pomysł tego filmu, który ani o miłości, ani o wojnie wcale nie jest. Na tym, że wojenna groza, anormalność ludzkich postaw, absurd i powszechny strach stają się niczym wobec grozy, dzikości, absurdu i lęku zrodzonego w chorej głowie czy zaszpuntowanym sercu. Wojna staje się pretekstem. Pieśń nad pieśniami – na której Janka uczy się rozumieć miłość – jest obsesyjnym transem. Janka uzasadnia nimi swe narastające starania, by zachować przy sobie Esther jak najdłużej. Za wszelką cenę.

W ukryciu to studium obłędu. Eskalacja obsesji, która niszczy i wydrąża. „Jestem chora na miłość” – taką diagnozę stawia sobie Janka. Brzmi lepiej niż jest w istocie. Stan, w którym zawłaszcza się drugą osobę, izoluje od świata, wpędza w ułudę i podporządkowuje tej relacji całą rzeczywistość… – jest stanem gorączkowym. Destrukcja. Mit. Fatamorgana. Posłużę się cytatem z Pilcha:

„…gdyby nie obrzydzenie do tego rodzaju terminologii, powiedziałbym oczywiście: „toksyczny związek”; niczym feralne zaklęcie wyzwoliłoby to demony płycizn, tandet i banałów; jakbym już tego martwego wyrażenia użył, być może (w poczuciu jałowizny zupełnej) brnąłbym w jakieś dalsze spekulacje, w jakieś żałosne efekty, że niby każdy toksyczny związek ma się za wielką miłość i każda wielka miłość prędzej czy później obraca się w toksyczny związek, itp., itd.” (Drugi dziennik, s.27)

Gdyby więc szukać usprawiedliwienia i zrozumienia dla aberracji czynionych przez Jankę (zatajam, by nie streszczać), groziłaby nam żałosność i nieżyciowość równie wielka jak głupia. Nie sekundowałam „miłości”, obserwowałam osuwanie się w ciemność. Wciągnął mnie seans, zahuczał pod czaszką, oblepił jakąś gęstą mazią. Emocje rzeczywiście przeskakują na widza i jeśli to ma zaświadczać o sile filmu, to zaświadcza. Nie jest to jednak format Polańskiego (bo uparcie w takim kontekście osadzam ten tytuł).

Janka. Uwięziona ekspresja. Ściśle związane włosy na karku, zaciśnięte usta, jakoś tak siermiężnie skrojona sukienka (biała, splamiona czerwonym rzucikiem). Seks z kochankiem, który nie budzi w niej emocji (ukazywany zawsze chwilę po, co podkreśla drętwość tej relacji, strząsanej z siebie do następnego przygodnego razu). Lękliwe, szorstkie relacje z ludźmi, od których ucieka. Nawet wiolonczela nie uczłowieczy tego wizerunku. Zresztą wiolonczela… (nieeeee, oj!) została mi w głowie jako straszak. A wydawałoby się, że wiolonczelistki są prześliczne i powabne…

Bardzo dziwny to film. Doceniam piękną Magdalenę Boczarską, która ujarzmia swą urodę, eksponując to, co splątane, żarzące się zatrutym ogniem. Toksyczność, która odrzuca. Naprawdę, nie polubiłam tej postaci, nie chcę do niej wracać. Choć to odepchnięcie powinno budzić we mnie jednoczesne współczucie. Tymczasem coś mi mówi, żeby nie lekceważyć odpowiedzialności za emocje, którym dajemy się prowadzić. Nie jestem przecież orędowniczką uczuć wyłączie rumianych i zdrowych jak owsianka. Ale dajcie żyć! Żeby rozchorować się tak bez opamiętania?