Archiwa tagu: Jerzy Stuhr

aktorskie credo

Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę… Dziennik czasu choroby, Wydawnictwo Literackie 2012.

Zabawne jest to zdjęcie z okładki. W niezamierzony sposób – zabawne i sympatyczne. Wzrok znad okularów, głowa wychylająca się z książki (notesu), spojrzenie uważnie rejestrujące. Aż trzeba by pozapinać kamizelkę. Poważny człowiek. 

W jednej z anegdot Stuhr wspomina swojego ojca i jego przykazanie, by nigdy w niezapiętej kamizelce (czytaj: rozchełstany) nie pokazywać się światu. W innej opowiada, jak dystyngowany rodak z dyplomatyczną teką w Ameryce, po trzech dniach towarzyszenia Stuhrowi, wyznał, że poważny z niego gość, choć oczekiwał kogoś bardziej w stylu Maksa z Seksmisji. Jerzy Stuhr raz po raz wraca do tej gęby wesołego gościa, która ciągnie się za nim, choć doprawdy wcielił się w tyle dramatycznych postaci, że nie powinno tak być. Mówi na przykład: Holoubek zostanie w Wielkiej Improwizacji, Radziwiłowicza będą kojarzyć ze Zbrodnią i karą, a mnie z tą frazą: „O, nasi tu byli!”. 

Tymczasem temat i ton „dziennika z czasu choroby” jest serio. Nie tylko dlatego, że zapiski prowadzone są od wczesnej jesieni 2011 do kwietnia 2012, czyli od wyroku po odroczenie (chciałoby się powiedzieć „uniewinnienie”, ale wyrok ciąży nad każdym). Walka z rakiem przełyku, nadzieja i szczęśliwy powrót do „obiegu”. Serio – przede wszystkim dlatego, że Stuhr patrzy na życie wzrokiem niczym z okładki: uważnie, lustrująco, z dystansem kogoś ukształtowanego dawniej i nieakceptującego bezrefleksyjnie zdziczałej teraźniejszej mody. To jest bardzo poważny gość. Czasem nawet trochę „naftalinowy” (to nie przytyk, bardzo doceniam!), pełen zdegustowania tandetą współczesności, przypominający o sztuce odpornej na komercję, rozróżniający scenę od estrady i aktora od „gwiazdki”. I gorzko rozczarowany bylejakością etyczną i estetyczną czasów, w których przyszło nam żyć. 

Choroba nie przytłacza – kilka szpitalnych scenek, kruchość istnienia, wyczulenie na odejścia innych (w czasie, gdy Jerzy Stuhr prowadzi zapiski, umiera Havel, Szymborska, Hanuszkiewicz, przyjaciele z Italii – tłumacz Szymborskiej i Mrożka, Pietro Marchesani i inni). Te odejścia są odnotowane, ale o ileż intensywniejsze w odbiorze jest oczekiwanie na nowe życie, na narodziny małej Lenki, wnuczki Autora. Duża porcja nadziei (nieprzesłodzonej) i anegdoty, która może nie śmieszy do łez, ale jakoś te łzy oczyszcza. Ot, tak wyglądało spotkanie Stuhra z Mrożkiem, niespodziewane, w Wydawnictwie Literackim:

„Mam łzy w oczach, bo w jego wieku i w moim stanie, on w Nicei, ja w Krakowie, każde spotkanie może być ostatnie. Więc ze łzami mówię mu wylewnie: «Sławek, trzymam się!». On spojrzał na mnie czule i … uśmiechnął się! Ludzie! Tegoście w życiu nie widzieli! Mrożek się  u ś m i e c h n ą ł! Do mnie!”

Tak sobie myślę… Tytuł adekwatny: dominuje subiektywna perspektywa bieżących zamyśleń, do których inspiracją może być  to, co wypełnia codzienność. Czasem są to docierające do Autora sytuacje społeczne, jakieś anomalie (?) polityczne, obserwacje ludzkich zachowań. Nierzadko zderzane z refleksją o tym, jak bywało drzewiej, co się zmienia i w jakim kierunku. Z  pewnością książka może odegrać rolę terapeutyczną i jest niezwykła ze względu na okoliczności powstawania: Stuhr pisze ją, nie wiedząc jeszcze, czy dane będzie mu skończyć, nie ma perspektywy szczęściarza, jest tym, który żywi nadzieję. 

I tego wszystkiego w odbiorze pominąć się nie da, lecz dla mnie czytanie było spotkaniem z człowiekiem, który swoje życie związał z aktorstwem, z tworzeniem, ze sztuką – i ma na ten temat coś do powiedzenia. Więc słucham.

Jerzy Stuhr komentuje swoje lektury i filmy, które obejrzał. Te fragmenty czytałam z apetytem. I nie chodzi bynajmniej o listę tytułów. Po prostu wiem, ile z takich komentarzy można wyczytać o człowieku. Co do książek: pojawił się przenikliwy Słonimski (Alfabet wspomnień), korespondencja Mrożka i Lema, świeża książka Jarosława Mikołajewskiego o Rzymie rozpoznawanym tropami z Boskiej Komedii Dantego (Rzymska komedia – to musi być coś niezwykłego!), Białoszewski i jego Tajny dziennik. Ale zatrzymam się na komentarzu Stuhra do powieści Conrada (Tajfun) i umieszczonego w niej opisu żywiołu. Refleksja dotyczy sztuki stworzenia czegoś, czego nie można odtworzyć z autopsji, więc trzeba wykreować. Z wyobraźni, z empatii, z własnych lęków i rozpoznań. I tu jest sedno tworzenia, gdy zaczynasz od zera, bez gotowych matryc:

„Ja to często nazywam białą kartą – roli, scenariusza. Jak staję przed tą białą kartą, czyli nie wiem kompletnie, jak zadanie ugryźć, to czuję dreszcz, zaczyna się artystyczna przygoda”.

Gdy Stuhr mówi o filmach, to pojawiają się m.in.: W ciemności, Rzeź, Sponsoring, Baby sa jakieś inne (o Koterskim bardzo krytycznie) czy film Nanniego Morettiego Habemus papam. A mnie sprawił przyjemność pelen zachwytu komentarz Autora do Erratum Lechkiego i Róży Smarzowskiego. Dawno przygasła dyskusja, swego czasu tocząca się na tym blogu a propos okrucieństwa i nadziei (miłości) wpisanych w Różę. Stuhr dziwi się głosom krytyków, którzy jakby inny film oglądali: szukają w nim mroku, katastrofizmu, bólu, a on widzi jasny promień. Mnie te rozbieżności już nie dziwią, ale obiema rękoma podpisuję się pod tym, co wyczytuje w zapiskach z czasu choroby: 

„Film jest niesłychanie optymistyczny! Jest w nim niezłomna wiara w człowieka. (…) Widziałem opowieść o bezinteresownym wzięciu odpowiedzialności za drugiego człowieka, o lojalności, o towarzyszeniu partnerowi na dobre i na złe, a tu   przede wszystkim na złe, o sile rodzącego się uczucia, które przeradza się w przywiązanie i obronę tych, którzy okazali mu czułość”. 

Cenne było dla mnie zwierzenie, że spośród własnych ról szczególnie ceni sobie te, które choć nie przyniosły pochwał, poszerzyły świadomość i warsztat. Te „kamienie milowe wewnętrznego dojrzewania” to był Hamlet, Dziennikarz (z Wesela), Piszczyk. Jaki dystans wnosi to wyznanie do wszystkich spektakularnych sukcesów, które przychodzą z zewnątrz, nie przekształcając twórczo wnętrza.

Książka jest szczera, bezpośrednia, pisana początkowo dla siebie i najbliższych, później (od grudnia) już ze świadomością szerszego grona odbiorców. Szczera, ale nie rozchełstana, bez terapeutycznego obrabiania własnej żółci. Stuhr – pozapinany i w formie – trzyma fason inteligenta, który ma potrzebę, by przypominać o tradycji, o stylu i manierach. I może wpada raz po raz w moralistyczny ton, ale  to nie narusza decorum, jemu wolno. 

Jest taka minirozprawka na temat inteligenckich cnót. Budzi nostalgię. Mam nadzieję, że ktoś tak jeszcze myśli, że ten kręgosłup jeszcze niejedno udźwignie. Ujął mnie fragment o tym, że etos inteligenta nie akceptuje bezwstydu.

„Tak, odwaga wstydu, że się czegoś nie wie, że się jest niedouczonym, nieoczytanym, nie na bieżąco, nie trendy, i umiejętność przyznania się do tego to również (…) nieodłączne cechy inteligenta. Dzisiaj niezwykle przeszkadza mi w życiu codziennym i w obcowaniu z ludźmi wszechobecny bezwstyd”.  

Na koniec zostawiam zapowiedziane w tytule aktorskie credo, czyli przesłanie zredagowane dla młodych adeptów sztuki aktorskiej. Warto się w nie wczytać, oczywiście również wówczas, gdy się nie zmierza ku scenie czy na plan. Bo jest w tych słowach taka staroświecka, prawdopodobnie mało trendy, wiara w sens pracy i bycia dla innych.

„Jesteście aktorami. Chciejcie reprezentować na scenie człowieka, a nie ideę, plakat, hasło.
Reprezentujcie go z godnością, świadomością artystyczną nabytą w szkole – nie dajcie tego waszego bohatera upodlić, zbrukać, odczłowieczyć.

Nie uczestniczcie w przedsięwzięciach nihilistycznych, anarchistycznych, jak mawiał Dostojewski, „bez Boga”.
Pamiętajcie: Najpiękniejszy artystyczny mozół zaczyna się, kiedy na początku ”nic nie wiem”.
Pamiętajcie: W każdym z nas tkwi leń pchający nas, żeby powtórzyć to, co się już raz nam sprawdziło, przyniosło aplauz, pochwałę. Gonić lenia z siebie!

Nie odważcie się nazwać chałtury koncertem, telenoweli wydarzeniem, sitkomu hitem.
Nie udowadniajcie jakości oglądalnością.

Uczyńcie, jeśli możecie, teatr swym losem”.

 

odważny unik

Habemus papam – mamy papieża, reż. Nanni Moretti, Włochy 2011

Kino Morettiego to dość przewrotna mieszanka tego, co społeczne i polityczne oraz tego, co prywatne, rozgrywające się w człowieku. Dorobek reżyserski jest pokaźny: Moretti kręci od lat 70. w tempie co dwa lata nowy film. Znam tylko trzy – Pokój syna (2001), Kajman (2006), Habemus papam…. (2011) – ale to wystarczy, by rozpoznać „charakter pisma” Morettiego i mieć zdanie na temat ulubionych zawijasów i mniej kształtnych liter, kropek czy haczyków.

Wiem, że Moretti jest ateistą o lewicowych poglądach, że bardzo krytycznie ocenia rządy Berlusconiego i zarówno na ekranie jak i w życiu gotów jest zamanifestować swoją niezgodę na towarzyszące sprawowaniu władzy przekręty i manipulacje. Ale to są właśnie te kształty, które w jego piśmie lubię mniej. Nad Kajmana przedkładam Pokój syna, w którym przygląda się sympatycznej rodzinie doświadczonej śmiercią nastoletniego chłopca. Plan kameralny, rozgrywający się wśród społecznych interakcji, ale skupiony na wnętrzu. Cieszę się, że w najnowszym filmie Morettiego znów ta jednostkowa perspektywa okazuje się ważniejsza.
A zważywszy na temat – konklawe obraduje i wybiera papieża, nowo wybrany wpada w depresję i ma problem z objęciem urzędu – mogło być inaczej.

Lubię u Morettiego sięganie do sportu, który hartuje, daje poczucie własnych możliwości i uczy gry fair. Z autopsji bierze swe obserwacje, bo sportową rywalizacją zajmował się osobiście.
I lubię, gdy on sam wciela się w jakąś postać. Zwłaszcza, że robi to z autoironicznym wdziękiem. Tak przynajmniej postrzegam jego wejście w rolę psychoanalityka, który ma sugerować dobre rozwiązania, analizować psyche innych, ale najwyraźniej nie czuje się w swych przypuszczeniach nieomylny.

Z Habemus papam… sprawa wygląda tak, że szkielet fabuły podawany jest w materiałach dystrybucyjnych. Każdy, kto przed obejrzeniem filmu zajrzy do jakiejkolwiek recenzji, nabędzie orientacji w temacie i dowie się, czego z grubsza może się spodziewać.

Czy to źle? Niekoniecznie. Obejrzałam wczoraj ten film po raz drugi. W lipcu poznałam go na wrocławskim festiwalu. Wydawało mi się, że kolejny ogląd będzie wtórny… jednak nie. Jestem pod wrażeniem kilku świetnie rozegranych scen, lekkości zmrużonego oka i tego, co z rolą nieszczęsnego papieża zrobił Michael Piccoli.

Mamy więc dużo kardynalskiej czerwieni i zamknięty świat konklawe. Łatwo można by było wprowadzić złośliwości na temat nieomylności wyboru, hierarchicznych zależności, jakiejś wewnątrzkościelnej gry politycznej. Wydaje mi się, że Moretti nie poszedł tym razem drogą satyry społecznej. Owszem, dostojnicy kościelni pokazani są humorystycznie, nieporadnie (a przecież są między nimi prawdziwi mężowie stanu!), z wyczuleniem na to, co ludzkie. Ale nie znaczy to wcale, że ktoś z nich kpi.

Gdy konklawe się przedłuża (przypomnę: wybrany na papieża kardynał Melville zanim ukazał się w papieskim oknie, przeżył atak depresji, a splot wydarzeń umożliwił mu ucieczkę z watykańskich murów), kardynałowie snują się w czerwonych sukniach jak na balu przebierańców. Jedni układają pasjanse, ktoś ćwiczy na stacjonarnym rowerze, inni marzą o pączkach ze śmietaną i porządnym włoskim cappuccino. Żaden chyba nie zazdrości wybranemu, bo kilka chwil wcześniej modlili się żarliwie: „Panie, tylko nie ja. Nie ja, proszę.”

W tym kardynalskim stadku wyróżnia się rzecznik prasowy Watykanu (Jerzy Stuhr) i psychoanalityk (Nanni Moretti). Pierwszy ma prawdziwe urwanie głowy, usiłując namówić Melville`a do wejścia w rolę a zarazem uspokoić rozgdakane media. Ten drugi, uwięziony wśród obcych mu mentalnie ludzi wiary, próbuje przegnać stagnację aranżowaniem pogaduszek i potyczek. A to zaprezentuje kościelnym mędrcom jak czyta Biblię psychoanalityk: otóż tak, że znajduje w niej opisy objawów chorób psychicznych (np. depresji). A to wyjaśnia kardynałom, by ostrożniej szprycowali się lekami. Wreszcie: urządza turniej siatkarski. Ach! Pysznie sfilmowany. Zwłaszcza, gdy swój jedyny punkt zdobędzie drużyna kardynałów z Oceanii. Zwolnienia, radość, triumf ducha walki… Warto te sceny obejrzeć.

Ale najlepsze, crème de la crème, jest w grze Michaela Piccoli. Gdyby w kardynale Melville było więcej pewności siebie albo trochę mniej poczucia odpowiedzialności za własne decyzje… Gdyby poddał się fali gratulacji i zapewnień, że wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej (Bóg wybrał, Bóg pomoże), to przecież poszłoby jak z płatka. Ale dobroduszny wyraz twarzy, emanująca z oczu jowialność i pokora idą tu w parze z przekorą i charakterem zadziornym, domagającym się wewnętrznej zgody na każdy świadomie podjęty krok.

Potulny, ale umie tupnąć nogą, wrzasnąć i uciec. Świetnie! Zyskuje kilka dni na błąkanie się po Rzymie i dojrzewanie do decyzji bez precedensu.

To, co mu się przydarzy, to okruchy jego własnych dawnych marzeń (spotkanie z grupą teatralną przeprowadzającą próby Mewy Antoniego Czechowa) i strzępy codziennego życia, którego dotąd nie znał (jazda tramwajem, podróż samochodem z parą brykających dzieciaków, wizyta w sklepie etc.). Gdy jadąc tramwajem przepowiada sam sobie słowa, które mógłby wygłosić do wiernych, to aż chciałoby się, by rzeczywiście zostały one wypowiedziane i to takim właśnie tonem, niepozbawionym znaków zapytania.

Trudno przyjąć na siebie rolę papieża. Sytuacja jest wyjątkowa i ekstremalna. Ale i mniej wymagające role społeczne wymagają namysłu i rozeznania w sobie samym. Opowieść Morettiego przedstawia perypetie człowieka, który się wycofał, ale – paradoksalnie – jest to historia nieprzeciętnej odwagi. Rezygnować, gdy wewnętrzny głos mówi, że tak trzeba, to czasami czystej wody heroizm.

Scena, którą lubię najbardziej: końcowe przedstawienie w teatrze. Rewelacja. Zabawne, wzruszające, ze świetnie rozegraną kulminacją. Nomen omen: teatralne. I jeszcze to qui pro quo i pomieszanie prowincji Czechowa z watykańskim centrum świata. Świetne. Warto zobaczyć.