Archiwa tagu: jesień

listopadowe błyski

Melancholia, nostalgia, depresyjka dobre są o każdej porze roku, ale wszystkie trzy – niczym wiedźmy – lubią siadać na listopadowych gałęziach i mamrotać wanitatywne zaklęcia. Przemijamy…, no przemijamy. Mijamy, płyniemy, zmieniamy się, zostawiamy coś za sobą (albo kogoś). Coś już nie wróci. Choćby nie wiem jak zaciskać palce na gałązkach, nie da się uschniętych liści namówić na zieleń. 

Nic a nic? Nawet refrenem, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy…? Umieramy, odpowiadają, po troszeczku, konsekwentnie i nieodwołalnie. Aż głuche echo zabrzmiało mi w piersiach i zmusiło, by ciężko westchnąć. I tym sposobem – gdy dla równowagi nabrałam tchu – nadmiar powietrza rozrzedził mi czarne ptaszyska nad głową. 

Kto odchodzi, ten odchodzi, ale są tacy, którzy właśnie o tej porze mają zwyczaj się dobijać do intensywniejszego istnienia. Ja na przykład. Bo na przekór – to raz. Bo na pamiątkę – to dwa.

Lat temu tyle a tyle (ogromnie dużo w skali motylej i prawie nic w oczach gwiazd) pierwszy raz rozejrzałam się wokół i zaczęłam sobie żyć. Piąty dzień listopada, była 15.02 (albo 05), chyba wtorek. Więc tak w godzinach nieobjętych mozołem pracy. Mam nadzieję, że nie padało, ale nikt nie może sobie tego przypomnieć na bank. Czekał już na mnie szykowny granatowy wózek. Rodzeństwa jeszcze nie było. W ogóle – pionier był ze mnie na kilku frontach: mama została mamą, tata tatą, babcia babcią, dziadek dziadkiem (i nabroił tego dnia z wrażenia), druga para babcia-dziadek była już namaszczona swoją rolą. Zaczęli się martwić, że przyciśnięta dłoń do czoła zostawiła ślad, który długo nie znikał. Ale zniknął, wcześniej niż byłam w stanie go zidentyfikować i objąć własną obserwacją. Tym samym tropem podążyło wiele innych moich uroczych cech z wczesnego i średniego dzieciństwa. Dołeczki w policzkach, pierścienie we włosach, zapotrzebowanie na wierszyki etc.

Nie dam rady zrekonstruować, nad czym rozmyślałam, przyciskając małą piąstkę do czoła. Coś sobie może do głowy chciałam włożyć, żeby po latach pamiętać. Masz ci los! – daremnie! Mam nadzieję, że nie miałam przedwczesnych olśnień o tym, ile na tym świecie jest spraw nie do pojęcia. Bo byłoby mi samej siebie żal. Domyślam się, że orszak muz stanął nad moim łóżeczkiem. I ktoś go, cholera, musiał przepłoszyć, bo nie wyrosłam na lśniący diament wielokaratowy. Coś tam mi się zagubiło w tłumaczeniu z anielskiego na ziemskie…

Jakby nie było: listopadowy look (wtedy na pewno nie szastano tak anglicyzmami!) był pierwszym, w który weszłam, więc późnojesienne widoczki nie mogły (i do dziś nie mogą) kojarzyć mi się źle. Wokół mnie nie było co prawda roztoczańskich lasów, ani połonin, gdzie by feeria kolorów zagrała intensywnością. Ale: żółtych brzóz (bardziej podatnych na tańce z wiatrem niż te zielone) było na pewno na pęki. I astry, zwłaszcza marcinki, te drobniutkie, i owoce dzikiej róży, i ciemna zieleń upartych sosen.

Co jeszcze (oprócz mnie) przychodzi jesienią? Nie mówmy o grzybach, śliwkach, złotych liściach, bo w listopadzie są już passe. Ale jabłka? Mój Pan z warzywniaka właśnie teraz wystawia piękne cortlandy red, co do których nie można mieć zastrzeżeń, pycha. Przychodzi czas rozpościerania parasoli. Można sobie zanucić Parasolki z Cherbourga. Ja nucę. Znam dwie osoby, które lubią chodzić w kaloszach – teraz właśnie mogą. Chyba. O ile w kaloszach nie jest zimno. Można przyjechać do Poznania na świętomarcińskie rogale (tradycyjnie jedenastego, ale handlowcy ćwiczą  już od dobrych kilku tygodni). Stara prawda mówi: wszystko można, jak się chce.

Różne rzeczy mogą się o tej porze spełnić. No a wieczorową porą (także w listopadzie) powinien przyjść brunet. Tylko po co?

 

Można sobie wespół zespół (z tym brunetem) lub samotnie pograć w scrabble lub poukładać haiku. Albo przeczytać, bo tyle świetnych już powstało. Cytuję za wydaniem zredagowanym przez Czesława Miłosza.

Idę z rzeką
Woda myśli za mnie.   (Bob Boldman)

Po prostu będąc,
Jestem tutaj –
W śnieżycy.       (Issa)

Chorując w podróży – 
Nad suchym wrzosowiskiem
Wędrują sny.                                               (Basho)

Nad łódką
Brzuchy
Dzikich gęsi.                                                   (Kikaku)

 

Oby temu,
Który tej nocy przynosi kwiaty,
Świecił księżyc.           (Kikaku)

Gdyby natomiast do Kogoś z Was przyszedł krasnoludek z niebieską brodą i narzekał, że jesień jest po to, by ją przeczekać, przespać, pobiadolić – to proszę nie wierzyć! To stary symulant bez czci i wstydu, który ludziom mąci w głowach, sprawia, że lęgną się w nich teorie spiskowe albo depresyjne tumiwisizmy. Przegnać drania! Podobno bardzo nie lubi pietruszki, to można ją pokroić i obserwować. Obywatel ten lubi chadzać w tamaryszkowych rękawiczkach. I to już jest o jeden most za daleko, tu się przebrała miarka. Denuncjuję go publicznie, zanim mi wstydu narobi.

A zdjęcia są z dzisiejszego spaceru.
Fotki powiększają się po kliknięciu. Po to, by silniej emanować.;)