Archiwa tagu: Jessica Chastain

interstellar, es fi

nterstellar, reż. Christopher Nolan, USA & Wielka Brytania 2014

InterstellarTo jest film es-fi. Trzeba zacząć od założenia, że będzie ślepy prawił o kolorach. Nie zreferuję przecież zawiłości astrofizycznych, które bohaterom filmu wydają się jasne jak słońce, a  mnie niekoniecznie. Nie jest to jednak wystarczający powód, by milczeć. Skoro widziałam.

Rok futurystyczny, nieokreślony. Ziemia w nie najlepszej kondycji. Wtajemniczeni znają diagnozę – nadchodzi zmierzch. Ludzkość nie przetrwa, bo to, co dziś dolegliwe, za moment stanie się zabójcze. Tu nie ma życia dla naszego gatunku. Ocaleniem jest eksploracja kosmosu i znalezienie w nim lepszej czasoprzestrzeni. Elitarna grupa naukowców uruchomiła projekt podróży międzyplanetarnej. Poszukuje śmiałków, pionierów wielkiej przeprowadzki. Od nich zależą losy ludzkości (idea), ale też – w skali mikro – przyszłość tych, których kochają, z którymi dzielą zagrożoną teraźniejszość (konkret). Między ideą a konkretem rozegra się mecz. Wcześniej czy później muszą się przecież zetrzeć priorytety i motywacje. 

Jedni trafiają na pokład, bo chcą zdobyć sławę (Dr Mann), inni wierzą w sens poświęceń podjętych dla potomków (panna Brand), a główny bohater, Cooper (Matthew McConaughey) ryzykuje, bo chce ratować dzieci, nastoletniego syna i dziesięcioletnią Murph.

Akcja toczy się równolegle: na Ziemi, gdzie żyje się coraz trudniej i wciąż czeka na powrót śmiałków z misji, i w kosmosie, na planetach, w przestrzeni między nimi, a nawet w czarnej dziurze.

Ziemia to przede wszystkim dom Coopera – stojący na obrzeżach wśród kukurydzianych pól. Nieustannie uderzany podmuchami wiatru, gęstymi od piachu, który w kilka chwil przykrywa wszystko nalotem. Powietrze ciężkie, zwiastujące choroby, niedogrzane słońcem.
Kosmos to pejzaże niemal monochromatyczne. Niemal, bo biel komponuje się z szarością czy srebrem, trochę z czernią. Przestrzeń do zachłyśnięcia, po horyzont (jeśli to określenie ma w kosmosie rację bytu) wypełniona wodą, piętrzącą się raz po raz w monumentalne fale, albo górami przykrytymi śniegiem. Piękna, choć niebezpiecznie nierozpoznana i … bezlitośnie podcinająca mrzonki fantastów. 

Gdyby porównać z Grawitacją (3D), efekt jest mniej spektakularny, nieco staroświecki nawet. Zamiast huśtawki w przestworzach, która bujała Clooneyem i Bullock do zawrotów głowy i dreszczy, mamy tu robota (ośmiornicę), który nastraja się na dowolny stopień poczucia humoru,  łóżka hibernacyjne i monitory zapewne sprawnych urządzeń. Bardzo dobrze. Najwyraźniej Chrisopher Nolan z założenia nie ściga się z Alfonso Cuarónem.

Sceneria, w której rozgrywa się film, jest tym, co akceptuję bezsprzecznie. W wariancie ziemskim i kosmicznym. Zapada w pamięć, zostaje pod powiekami. I gdy po udanym seansie próbuję nazwać silne punkty Interstellara, przychodzi na myśl jako pierwsza. Zaraz po niej stawiam na przyjemność oglądania aktorów. Tu, niepokojąco szybko, lista walorów się załamuje, bo aktorzy nie bardzo mają co grać. Nie wiem, jak to ująć… Film sprawił mi przyjemność, nie doskwierał mi żaden brak w trakcie seansu, emocje były poruszone, polecam. A jednak uważam, że scenariusz jest z drugiej ligi. Już wyjaśniam (spojleruję).

Po pierwsze: klisze i oparcie akcji na jednym tricku. Klisze narzuca gatunek, muszą być. Skoro podróż kosmiczna, to naukowy sztafaż, idea ratowania ludzkości, wizje kosmicznego świata. Dorzucamy: samotność, tęsknotę, rywalizację, rozczarowania i pułapkę. Trick budujący przygodę wiąże się z rozbieżnością rytmu czasu. Są w kosmosie takie rewiry, które zakłócają ziemskie pomiary. Godzina staje się dekadą. Lata – jedną chwilką. Pozostawieni na Ziemi bliscy starzeją się i umierają, uczestnicy wyprawy doświadczają minimalnych przesunięć, są wciąż w tym samym przedziale, z którego wystartowali. To jest szalenie poruszające, ale jeśli sprowadzić cały koncept do ilustracji bólu mijania się w czasie, to trochę mało.

Mała Murph i Cooper

Po drugie. Nolan wybrał aktorów, którzy unieśliby niejedno, a pozostają jednowymiarowi. Matthew McConaughey w kilkuminutowym występie w Wilku z Wall Street zagrał jak orkiestra, w filmie Witaj w Klubie był dyrygentem niemal każdej sceny. W Iterstellarze jest amerykańskim ojcem, tubą wartości rodzinnych i … na szczęście: sympatycznym facetem, którego miło oglądać. 

Jessica Chastain, grająca dorosłą córkę Coopera, kochającą go, lecz zranioną opuszczeniem, ma potencjalnie ciekawą rolę. Ale brakuje scen, w których ta złożoność mogłaby wybrzmieć. Murph mówi do maszyny przesyłającej nagranie w kosmos, nie wie, czy jej słowa docierają do ojca. Jest w tym nieuwolniona potencja. Rozkręca się w scenach, gdy zawierza przeczuciom, wraca do swego pokoju w rodzinnym domu i słucha intuicji. Niedużo. Ale i tak o niebo więcej niż to, co ma do zagrania Anne Hathaway. Jest jedną z uczestniczek wyprawy, więc ma za sobą coś, co ją do tego pchnęło, w co wierzy i z utratą czego musi się pogodzić. W ogóle do mnie nie dociera. Może nałożyły się na siebie dwa czynniki: umiejętności aktorskie i materiał scenariuszowy. Drugi czynnik zadziałał na pewno. Rola Matta Damona to klasyczny czarny charakter, bez przełamań. Michael Caine gra rozważnego naukowca, któremu dana jest podszewka charakteru, ale to postać drugiego planu i nie nadrobi braku wymiarów na planie pierwszym.

Po trzecie: zakończenie. Tu mogę się mylić, bo moja znajomość filmów science-fiction jest niewielka. Domyślam się, że zamknięty finał nie jest rzadkością. Interstellar wybrzmiewa „po amerykańsku”, doprowadza wątki do rozwiązań, epilogiem dopisuje pomyślny koniec. Ok, ale gdybym nie wiedziała, że Christopher Nolan nakręcił wcześniej Memento, to uznałabym to za przypadkową zbieżność nazwisk.

Interstellar. Jessica Chastain

Gdybym miała wybrać jedną jedyną scenę, którą zapamiętam na pewno i dla której warto obejrzeć film Christophera Nolana, byłaby to scena w „zakrzywionej czasoprzestrzeni”. Pozornie sprawa jest przegrana. Cooper daje pierwszeństwo pannie Brand, sobie zostawiając ryzykowną wyprawę w czarną dziurę. Nie potrafię wyjaśnić „co i jak”, wiem tylko, że udaje mu się odnaleźć taki „punkt”, w którym idą w parze symultanizm i synchronia. Różne miejsca i chwile z różnych porządków czasowych zbiegają się, jakby wszystko działo się równocześnie i wszędzie. Wybraną przestrzenią okazuje się pokój z biblioteką, w którym dorastała Murph. Murph dziesięcioletnia i trzydziestoletnia zarazem. Cooper, który dopiero co pożegnał się z córką, i Cooper, który szepcze w kosmiczną przestrzeń zaklęcie: „Powstrzymaj go, Murph. Nie pozwól mu odejść”. Widzi siebie sprzed miesięcy lub sprzed lat (zależy którą miarą mierzyć) i wysyła sygnał do córki. I scena ta łączy i dopełnia wszystkie niedomówienia i antycypacje z prologu filmu. A jednocześnie umożliwia zwrot akcji i buduje koniec. Słowem: scena kulminacyjna. 

Jeśli rzucić na szalę to, co spodobało mi się bardzo i to, co budzi rezerwę, dzięki powyższej scenie przeważy szala pozytywna. Cóż, zapędziłam się w odsłonie treści, czego zazwyczaj się wystrzegam. Czy jednak ktoś, kto filmu nie widział, zrozumie coś z tej irracjonalnej odsłony? Nie sądzę. A jeśli komuś wydawałoby się inaczej, tym bardziej warto sprawdzić i sprostować omyłkę.

***

aneks
Interstellar zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepsza scenografia, najlepsza muzyka oryginalna, najlepszy dźwięk i najlepszy montaż dźwięku) i zwyciężył w kategorii efekty specjalne.

w kolorze blue

Melancholia, reż. Lars von Trier, Dania (& inne) 2011
Drzewo życia, reż. Terrence Malick, USA 2011

Kosmiczny rozmach i nostalgia. Poczucie utraty – niemijające, nie do wypełnienia. Filmy, które były wydarzeniem tegorocznego Festiwalu w Cannes, są zadziwiająco bliźniacze. Budzą we mnie emocje podobnego formatu i w analogiczny sposób uruchamiają moją akceptację i odrzucenie.

Drzewo życia wzrusza mnie w kameralnych scenach rodzinnych, w potrójnej perspektywie ukazania czułości, rygoru, braterstwa, w przeplataniu bólu i szczęścia. Matka – Ojciec – Synowie.  Nie trzeba nic więcej. Gdy opowieść Malicka rozszerza się, zahaczając spojrzeniem czasy prawybuchu, odległych ewolucyjnie epok, by w innych ujęciach wybiec w metafizyczną przyszłość, wzruszenie mija. Jest kontemplacja pięknych zdjęć.  Gdy przywołuje Boga i pyta Go, dlaczego dobrych spotyka cierpienie, dlaczego niewinność przegrywa… dostrzegam, że są to pytania zasadne i zgrabnie wprowadzone, ale niczego po nich nie oczekuję i sama wolałabym ich nie zadawać. Czekam na powrót do mikroświata O`Brienów.

W przypadku Melancholii Larsa Von Triera kameralność jest wzięta w cudzysłów, tu klimat uogólniającej historii o nadciągającym kataklizmie silniej determinuje losy bohaterów. Ale i tak wolę Justine (Kirsten Dunst) wpatrującą się w obrazy (Breugel, Bosh, prerafaelici), patrzącą w twarze otaczających ją osób lub gdy mogę sama obserwować jej twarz – niż gdy całą tę „rzeczywistość” przyćmiewa czerwono świecący Antares lub pojawiająca się na ekranie planeta Melancholia.

Mikrokosmos nabrzmiewa makrokosmosem A ja mam apetyt tylko na okruchy.

Wiem, że to są dwie odrębne opowieści i wszelkie analogie są przez twórców niezamierzone.
A jednak uparcie będę szukać korespondencji. Widzę ją na przykład w upoetycznionej formie. Dla potrzeb własnych określę ją tak: Melancholia jest filmową operą, Drzewo życia – filmowym poematem.

MELANCHOLIA

Dlaczego opera?
Może to dźwięki Wagnera – Tristan i Izolda – wprowadzają mnie w tonację dur? Może scenografia z umiejscowioną na odludziu posiadłością milionera (szwagier Justine, mąż Claire – w tej roli Kiefer Sutherland)? Może odrealnione, odbierające rzeczom i ludziom esencjonalność spojrzenie depresyjnej Justine? A już na pewno utkana z wizyjnych scen ekspozycja.
Zanim opowieść się rozpocznie, oglądamy wysmakowane dzieła malarskie, teatr cieni, nie ludzi z krwi i kości. Oto Claire przytula do siebie synka i brodzi w łące – w zwolnionym tempie – grzęznąc po kolana w soczystej, lecz niestanowiącej gruntu trawie. Oto Justine chce dokądś uciec, lecz paraliżują ją wyrastające z ziemi gałęzie, odrośla, korzenie, które krępują jej ruchy. Jakby ktoś puszczał nam film na wyjątkowo niemrawych obrotach.
Weselnie goście wygłaszają toasty jak arie. Zachowanie Justine dziwacznieje. Claire (Charlotte Gainsbourg) również przypomina operową heroinę raczej niż żonę, matkę, siostrę wśród codziennych rozgrywek.

Sedno opowieści: skrywająca się za Słońcem Melancholia zmienia tor swej orbity i niebezpiecznie zbliża się do Ziemi. Czy urządzi spektakularne widowisko astronomiczne, czy też pochłonie Ziemię, powodując jej kres (plakaty filmu krzyczą słowami: TO BĘDZIE PIĘKNY KONIEC ŚWIATA).

„Opera” ma dwa akty, każdemu patronuje jedna z sióstr: Justine i Claire. Tak pomyślana kompozycja podkreśla królujące w filmie antytezy: odrzucenie świata – akceptacja; apatia i działanie; zanurzenie się w smutku – szukanie szczęścia; obojętność na ludzi i zaangażowanie w relacje.
Jest jeszcze strona trzecia, ale zamiera samoistnie. Męski racjonalizm – zestawienie słów nieprzypadkowe, u Triera instynkt i rozum polaryzują się według płci – tu: scjentystyczną postawę reprezentuje mąż Claire, który w akcie samobójczym przekreśli błędnie obrane priorytety.

Justine i Claire to dwie opcje. Można je zdefiniować jako negatyw i pozytyw, ale to nie oznacza, że któraś z nich jest tożsama ze złem czy dobrem, z racją czy błędem. Działanie Claire jest tak daremne…, a przeczucia depresyjnej Justine, choć potwierdzone katastrofą, tak wyzute z energii, że nie wiadomo, gdzie jest busola.

A Trier częstuje nas wysmakowanymi kadrami i uwzniośloną muzyką. Jeszcze jedna fotografia, by pokazać stylizacje, od których w filmie gęsto. Przypomina się Ofelia Johna Everetta Millaisa?

DRZEWO ŻYCIA

Dlaczego poemat?

Może ze względu na zamaszystość i wspomnianą wcześniej „kosmiczną” skalę opowieści? Pojemność, której nie zapełni fabuła (historia rodziny O`Brienów jest ledwie przyczynkiem do zamiarów reżyserskich Terrence`a Malicka). Różnorodność, którą zaanektować może właśnie poemat: cytaty z Księgi Hioba, obrazy natury przerastającej człowieka, zderzenie kilku perspektyw czasowych: teraźniejszości mężczyzny, przeszłości osadzonej w jego dzieciństwie, prehistorii ludzkości i eschatologicznych wyobrażeń tego, co może nadejść.

Może dlatego, że filmowe dialogi stanowią nie najważniejszy słowny przekaz, dominuje nad nimi Głos, który swymi pytaniami i refleksją skierowaną ku Bogu tworzy tekst poetycki?

Wreszcie: cała nadwyżka egzystencjalnych treści, którą reżyser uruchomił (a którą ja najchętniej sprowadziłabym do skali mikro: O`Brienowie – tu i teraz).

Sedno opowieści (tej fabularnej, o O`Brienach): Rodzina – matka (Jessica Chastain) prowadząca dom i ojciec (Brad Pitt), niespełniony muzyk, starający się sprostać bezwzględności świata, wychowują trzech synów. Obraz dorastania chłopaków widzimy z perspektywy najstarszego z nich, Jacka. Jego współczesną, dorosłą wersję gra Sean Penn. Na początku opowieści dowiadujemy się o śmierci jednego z chłopców, 19-latka. To jest szczęśliwa rodzina – ale doświadczona tragedią i tym wszystkim, co rozgrywa się zawsze i wszędzie pod skórą rodzinnego domu.

Malick ujmuje to archetypicznie: matka obrazuje drogę natury (to oznacza podporządkowanie, uległość, ale i dobroć, czystość), a ojciec – drogę łaski (czyli dominację, samozadowolenie, podporządkowywanie innych sobie, używanie siły). W dzieciach obie te siły walczą z sobą – i tym właśnie jest dojrzewanie! Hmmm… po prawdzie przeszkadza mi wydumanie tych sformułowań (droga natury/droga łaski). Ja widziałam po prostu piękną opowieść o tworzeniu rodziny. Wzruszyłam się, poczułam, jak fenomenalną sprawą jest bliskość, która czasem emanuje czułością, a czasem nienawiścią (genialne jest zmaganie się młodego Jacka z apodyktycznym w jego mniemaniu ojcem!).

Opasłość notki już na niewiele mi pozwala. Ale trzeba zaznaczyć, że macierzyństwu, ojcostwu i byciu synem towarzyszy „poemat” o braterstwie. Niewiele istnieje silniejszych więzi niż ta (potencjalna) więź między wspólnie dorastającymi braćmi. Naprawdę świetnie wybrany chłopak wcielający się w rolę Jacka – Hunter McCracken.

Zdjęcia pochodzą z portalu filmowego FilmWeb – stąd i stąd.