Archiwa tagu: język

nowy początek

Nowy początek (Arrival) – reż. Denis Villeneuve, USA 2016

Tytuł w sam raz dla mnie. I właśnie tytuł jest kluczem do opowieści Villenueve`a. Polska wersja zwłaszcza. W oryginale – Arrival – po prostu przyjazd, przybycie Obcych na Ziemię. Dwanaście kosmicznych obiektów zawisło nad dwunastoma ziemskimi obszarami. Wybór miejsc nie jest oczywisty (USA, Rosja, Chiny, Sudan etc.). Obcy! Po co przybyli? Czyżby inwazja? Są domniemanym zagrożeniem – bez względu na to, czy okażą się prymitywni czy po stokroć doskonalsi od Ziemian. Nieważne co nam chcą zabrać, na pewno coś. Z mnogości możliwych strategii i postaw – ta jedna pojawia się zawsze. Boję się, więc atakuję. Zanim jednak zabrzmi vox populi, zanim demagodzy chwycą za mikrofon (czytaj jak chcesz: za broń, media, bęben), ktoś pod presją acz spokojnie wypracuje drogę mediacji. Dlatego możliwy jest ciąg dalszy. Dlatego, że frontmenom konfrontacji nałożono cugle.arrival

Tuzin obcych obiektów. Pięknych jak kamień. Doskonale niedostępnych.
„Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie. (…)
– Nie wejdziesz – mówi kamień –
Brak ci zmysłu udziału”.
(Szymborska, Rozmowa z kamieniem)

***

Louise Banks (Amy Adams), utalentowana lingwistka  rozszyfrowuje język przybyszów. Towarzyszy jej fizyk, który ma kosmitów za język pociągnąć i zdobyć kilka technologicznych patentów. W języku tkwi sekret i nadzieja. Jest bronią i darem jednocześnie. W jednej z początkowych scen on podczytuje wstęp do jej językoznawczej książki – o tym, że  początek tkwi w języku (może inicjować spotkanie lub konflikt). Truizm? Louise mówi, że wstępy książek zawsze są pełne banału. Villeneuve ogrywa potencjalny zarzut. Skutecznie. Nie będzie truizmów. Ta historia – z nietypowym dla sci-fi rozłożeniem akcentów – jest przygodą lingwistyczną! Najpierw mozolną rozgrzewką z wyczuwaniem konstrukcji zdań pytających i oznajmiających, z podawaniem imion, ustalaniem czy wypowiedziane znaczy dla odbiorcy to samo, co dla nadawcy. A później dzieją się cuda. Nie tyle w akcji, bo ta jest dość niespieszna, co w sferze estetyki i w percepcji czasu (a każdy manewr z czasem, to działanie o rewolucyjnych skutkach!).

Po pierwsze estetyka: przybysze posługują się pismem sejsmograficznym (!). Z macek wypuszczają czarny dym, który zastyga w formie amplitud zamkniętych w okrąg. Różniących się od siebie jak płatki śniegu – niby takie same, a każdy inny. Dopóki są pojedyncze, Louise je oswaja. Wystarczy do tego otwarcie na drugiego, zdjęcie maski (kombinezonu), uważność. To, co zwykle w komunikacji. Plus dodatek ekstra: talent lingwistyczny i chyba nieświadome wejście w rolę medium. Gdy Louise zacznie śnić w nowym języku, zobaczy swoje życie w innym świetle. Słychać echo Wittgensteina. Poznając język, rozsuwasz granice świata. Język to klucz do zrozumienia tego, co wokół i tego, co w środku.

Po drugie – czas. By coś powiedzieć, słowa muszą wydobyć się z nas w określonym porządku: litera, słowo, zdanie, tekst. Gdy zaczynam pisać, nie wiem, dokąd dobrnę. Percepcja też jest procesem. I tu pulsuje źródło kosmicznej innowacji. Gdy kosmici przekazują komunikat (rozbudowane memento), czynią to synchronicznie. Wystarczą dwie sekundy. Jednocześnie pojawia się wstęp i akord końcowy. Tysiące znaków wyświetlających się naraz, choć w określonej sekwencji. Wykres rozedrganych czarnych ikonek. Oszałamiający! Tłumacz nie da sobie z tym rady dopóty, dopóki ta równoczesność nie przekoduje mu mózgu. Czas przestaje być linearny. Nie jest też w znany nam już sposób cykliczny. Czas po prostu jest: trwa teraźniejszość i – jak zawsze – tylko ją można przeżywać. Ale drgania przeszłości i przyszłości są na wyciągnięcie ręki, na okamgnienie.

Wydawało się podczas seansu, że Louise ma za sobą intensywne doświadczenia szczęścia i bólu, (narodziny i dzieciństwo córki, potem jej śmierć), że wracają do niej w pamięci. Tymczasem ich początek jest dopiero przed nią. To znaczy, że w tym wyimaginowanym świecie Villenueve`a, jeśli skorzysta się z daru synchronii, można nosić w sobie przeszłość i przyszłość. Można nawet przeżywać szczęście, mając świadomość, że jest śmiertelne. Zaczynać z nadzieją, choć bez złudzeń, że uda się uniknąć rozpadu. 

Nie mam patentu na wyjaśnianie tytułu, ale wrócę do zapowiedzi, że uznaję go za znaczący. Nie w tym rzecz, że po „przybyciu” Istot z Kosmosu zmieniło się życie na Ziemi. Nie trzeba by było wówczas dodawać przymiotnika. Tymczasem „nowy” znaczyć może „inny niż sądzisz”, taki pra-, pra-, prapoczątek. Niewykluczone, że wszystko ma swój początek gdzie indziej niż się zdaje.

 ***

Są dwa filmy, które z przekonaniem dedykuję na nadchodzące Święta. Nowy początek jest jednym z nich. Niech będzie, że potwierdzę to życzeniami, do których mnie zainspirował.

∼ DLA TAMARYSZKOWYCH GOŚCI ∼ 

By czas sacrum sprzyjał szczęściu i pozwalał ujrzeć niejedno w innym świetle.
By dało się wierzyć, że nie każda inność jest inwazją.
By odkryć język, którym możemy mówić do siebie pięknie i zrozumiale.

Niech teraźniejszość ma swój czas,
pomimo cieni z przeszłości i obaw o przyszłość.
Może jeszcze…, by dało się zacytować postać z tego filmu:
– Niesamowite! Nie to, że spotkałem kosmitów, lecz że udało mi się spotkać Ciebie –

z pozdrowieniami świątecznymi,

tamaryszek

Reklamy

pan Popiołek i inni

Dom (serial) seria 1 i 2, reż. Jan Łomnicki, Marcin Łomnicki, 1980-2000
DomOczywiście, że trzymam kciuki za Oscary. Idę hołubię w pamięci od października 2013 – niezmiennie. Nic więc nie mam do dodania. Poza tym, że to szczęśliwy wybór, a wcześniej: trafione zgłoszenie. 

Tymczasem umieszczam polski filmowy akcent z kategorii „serial sprzed lat”. Dom – dwie serie po tuzin (+1) półtoragodzinnych odcinków, dzieło Jana Łomnickiego, do którego scenariusz napisali Andrzej Mularczyk i Jerzy Janicki. 

TVP Kultura emituje powtórki. Gdy natrafię, nie sposób nie przysiąść i odejść przed końcem. Parę miesięcy temu obejrzałam obie serie w kilku podejściach (na dvd). Kocham ten serial. Nigdy nie mieszkałam w Warszawie, ale w kamienicy na Złotej 25 bywałam wielokrotnie.

Opowieść zaczyna się w 1945 – warszawiacy wracają zewsząd na stare śmieci. Miasto stoi w gruzach, w ruinie jest cały przedwojenny świat. Nie wszyscy powrócą, niektórym pisane są więzienne perypetie, inni mają syndrom oświęcimski. Wielu marzy o dawnej Warszawie, tęskni za przedwojennym szykiem i porządkiem. A już po piętach depczą im przyjezdni, władze wydają dekrety na nową modłę i można albo przystroić się w nowe (czerwone) barwy, albo warszawskim sprytem robić swoje i nie tańczyć pod dyktando. 

Kolejne odcinki opowiadają o losach mieszkańców jednego domu. Przedwojennej kamienicy mocno naruszonej podczas bombardowań. Na piętra wchodzi się prowizorycznymi schodami. Odpadły niektóre pomieszczenia, więc otwierając drzwi, można stanąć nad przepaścią. Ale dozorca Popiołek mocuje starą bramę i już jest wszystko jak należy. Czas będzie scalać mury i ludzi – nowi mieszkańcy się wżenią, narodzą się dzieci, umrą postaci ze starszego pokolenia. Bo mijać będą całe dekady. Aż po rok 1978, gdy w finałowym odcinku zdarzy się coś, co pozwoli zamknąć opowieść czymś równie scalającym jak uruchomienie wodociągów w odcinku pierwszym: wybór Wojtyły na papieża. Znów każdy z każdym się uściska. Uwierzy w lepsze jutro i takie tam (miłość, rodzinę, sens), by po chwili poczuć jak ulotne są wszystkie nadzieje. 

Popiołek1Każdy odcinek rozpoczyna się tą samą ekspozycją z motywem muzycznym Waldemara Kazaneckiego. Wracająca z daleka jedna z lokatorek woła na widok sąsiadki: „Pani Popiołkowa!”, wpadają sobie w ramiona, a pan Popiołek (Wacław Kowalski) patrzy na kilkuletniego szkraba, unosi go w górę i pytającą intonacją zaśpiewuje: „Jacuś? Aleś wyrósł!”

Mam w głowie całą litanię walorów Domu i dużo krótszą listę mankamentów. Wymienię tylko jeden z mocnych punktów: uchwycenie atmosfery życia w PRL-u. Świat serialu budzi sentyment, ale też uświadamia duszność polityczną, podziały wśród najbliższych wyrastające z odmiennych oglądów świata, zafałszowanie rzeczywistości, deprawowanie ludzi przez system. Kamienica przy Złotej 25 to spektrum postaw: od komunisty Jasińskiego („Mówi wam to coś?” – po tej kwestii zazwyczaj wygłaszał jakąś marksistowską zasadę), przez poszukującą postawę głównego protagonisty, Andrzeja Talara („Wiśta wio!, łatwo powiedzieć!”), po zdeklarowanych opozycjonistów jak Wiktor, były żołnierz AK czy profesor Lawina brzydzący się siermiężnym krojem pozornej demokracji.

Nie sposób pisać tu o wątkach, nawet przedstawienie bohaterów jest zadaniem nie na blogowy wpis. Więc ja tylko kilka słów o tytułach, powiedzonkach i rekwizytach.

Pewnie, że wszystko gra dopiero w kontekście. Ale tytuły są przednie same w sobie:
* Co ty tu robisz, człowieku?
* Warkocze naszych dziewcząt będą białe
* Nosić swoją skórę
* Miłość to tylko obietnica.

Popiołek3Powiedzonka to charakter.
Na przykład rodzice Andrzeja przekazują mu (co on często powtarza) proste chłopskie zasady. Uniwersalne. Kajetan Talar, gotów jest ściągnąć pas i złoić synom skórę, gdyby spartaczyli zadanie: „jeśli coś robisz, rób dobrze”. A matka, cudowna, cicha Talarowa dodaje: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Oboje są impregnowani na nowoczesność.

Nieco bardziej elastyczny jest pan Popiołek, bacznie obserwujący zmiany, które często w głowie mu się nie mieszczą. Ma swoje sakramentalne: „Koniec świata!”. A co tu mówić, gdy szanowany dr Kazanowicz gromadzi okruchy chleba w kieszeniach i potajemnie chce kupić broń. Albo gdy nikt z mężczyzn nie jest w stanie zabić zdobycznej świni, bo mają za miękkie serca, a (grana przez Bożenę Dykiel) Halina Wrotkowa daje radę i jeszcze kwituje sprawę: „Ech, wy kozaki w damskich majtkach”. Lub gdy rodzony syn, Geniek, od którego przejął powiedzonko „Tu się zgina dziób pingwina”, wybiera sobie na żonę policjantkę – „toż ona cię będzie pałką po głowie biła!”.

Rajmund (Mundi) Wrotek – jako filmowiec, któremu cenzura pozwala wyłącznie na propagandę, lecz nietracący wiary w prawdziwe kino – wart jest osobnej notki. Tu wspomnę tylko o jego metodzie na kobiety. Najwidoczniej skutecznej, bo uwiedzione mógłby liczyć na pęczki. „Istna Greta Garbo!” Hmm… scenarzyści nie wspomnieli, jakimi słowy podziwiał brunetki. Wiadomo natomiast, że kulminacja flirtu to w słowniku Mundka „riki-tiki-tak”.

Młodszy brat Andrzeja, Bronek (zwany Niutkiem) to pełen wdzięku stachanowiec, który po wykonaniu jakichś niewyobrażalnie wysokich norm w budowaniu domów na czas, staje się ofiarą własnego sukcesu. Ma swoje pięć minut w chmurach (z tego czasu pochodzi jego ulubione pytanie: „Wiesz kto tę rączkę ściskał?”), po których ostro spadnie w dół. Całkiem dosłownie. A dziewczyna Bronka, późniejsza żona Andrzeja, piękna Ewa z Mazowsza ma przypisany piękny rekwizyt. Plakat, na którym jest pionierką podczas żniw, ilustracją hasła: „Dziewczyny na traktory!”.

Basia, wielka i nieodwzajemniona miłość Andrzeja, to ta dziewczyna z warkoczami, ze zdjęcia. Miną lata, nie będzie już podlotkiem, a wciąż zostaną w niej te struny niepokornego charakteru konspiratorki o pseudonimie Sarna. A zdjęcie – jedno podarowane ukochanemu, drugie skradzione przez Andrzeja z albumu i podłożone podczas identyfikacji zwłok wyjętych z kanałów. Nie mogę nie wymienić, choć to może nie rekwizyt, tembru głosu Łukasza Zbożnego (Krzysztofa Kołbasiuka). Bo to jest głos, w którym zakochuję się w ciemno. Nawet gdyby nie mówił nim wierszy (a mówił!).

Miłosny wątek to także czerwona rękawiczka Gosi Lenczer, dziewczyny, którą podczas marcowych rozruchów (1968) poznaje Mietek Pocięgło. Ukradziona, oddana, znów podarowana, odrzucona etc. Mietka wspominam ze względu na jego wyczucie interpunkcji, które nie przyniosło mu pożytku. Pracę w drukarni stracił po dodaniu znaku zapytania do gazetowego tytułu: „Sprawiedliwy wyrok?”

ProkopCóż, tekściarzem nad tekściarzami jest, oczywiście, Heniek Lermaszewski, warszawski taksówkarz i cwaniak z sercem. On w ogóle nie mówi neutralnych słów. Każde zdanie jest kabaretowym komentarzem do socjalistycznych „okoliczności”.  Kombinator, kreatywny właściciel manufaktury (słynne medaliki Matki Boskiej wytwarzane z pięciogroszówek), znawca dróg na skróty, gdy trzeba zdobyć niedostępny towar. „Bo w tych czasach jak ktoś komuś coś, to choć niewiele, ale zawsze. A jak nikt nikomu nic, to srał goły na rogu stodoły”. Taki niewybredny, ale dobrze puentujący sytuację dowcip. Pewnego razu, a było to już za nowego dozorcy, Prokopa, wpadł Heniek na metodę przechowywania złotych monet w zamrażalniku. Z jakiegoś powodu (nie pamiętam) nazywał je świnkami. Więc, gdy córeczka zapytała go, dlaczego mówi, że świnki są takie ważne, odpowiedział, nie bardzo wprost. „Trzy rzeczy są najważniejsze dla Polaka: Bóg, pochodzenie i świnki”. Wyjaśniał to mniej więcej tak: – Gdyby nie Bug, mielibyśmy granicę na Wiśle. – Jak nie pochodzisz, to nic nie załatwisz. – W socjalizmie nikt nie jest samotny, bo w każdym żyje jakaś świnka.

Prokop 3Pan Popiołek przeminął, nastał czas Prokopa, który nie był tak przyjazny ludziom, o wiele bardziej usłużny władzom i nieporównywal-nie mniej sprawny manualnie. Choć gotów brać się za każdą robotę, z mantrą na ustach: „Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem”. I tym zdaniem przechodzi do historii polskich seriali, bo powtarzał je często, zawsze z odwrotnym skutkiem. Można by jeszcze obstawiać jego „Kurde paka” albo „Ja tu rządzę!”.

Na koniec dwa powiedzonka z otoczenia Prokopa, warte zapamiętania, bo prosto i trafnie diagnozują spotykane w życiu sytuacje. Pierwsze wypowiada Cielęcina. Grana przez Hannę Śleszyńską kobieta ze wsi, która w mieszkaniu Prokopa handlowała mięsem. Targała wielkie siaty, szatkowała mięso na porcje, umachała się przy sprzedaży… Czego się dziwić, że widzi sprawę na czarno: „Kobieta to jest Murzyn świata”. Inną myśl podsuwa szwagier Prokopa, Czesiu. Chodzi o to, by się nie zadręczać, nie bić z myślami bez powodu: „Nie martw się. Koń ma wielki łeb, to niech myśli”.

***

Inspiracją do napisania postu była lektura wywiadu z Andrzejem Młynarczykiem, opublikowana w dwóch częściach w Dużym Formacie (24.12.2014 – Czarny profil świata i 8.01.2015 – Pcham taczkę z blondynką). Rozmowa fenomenalna! Polecam. Linki przekierowują na stronę DF, ale pełna wersja dostępna jest chyba tylko tym, którzy wykupili Piano. Serial Dom nie stanowi tu głównego wątku, to ledwie wzmianki wśród innych życiowych perypetii Młynarczyka.

 

słowa

Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wydawnictwo Czarne 2014

Świąteczne nastroje? U mnie nostalgia*. Otuliłam się nią i tak już będzie. Nawet jak przybędą pasterze, zwłaszcza w Cichą Noc, pomimo anielskiej Glorii. Boże Narodzenie, choć naznaczone radością i weselem, podszyte jest też smutkiem tęsknoty. Raczej za czymś nieuchwytnie minionym niż za tym, co może nadejść. Może to rozczulająca tęsknota za dawniejszą nadzieją, w której przegląda się nadzieja świeża, niemogąca tej dawnej dorównać intensywnością? Sprzyja temu nuta Preisnerowskiej kolędy, która w moim domu rozbrzmiewa zawsze chwilę przed Wieczerzą (o milknących głosach tych, których zabrakło).

Zapomniane słowaNic bez przyczyny. Zrzućmy całą winę na książki. Tę jedną czytałam tego roku w październiku. Potem w listopadzie. I w grudniu – hasła na „s” i dalej. Rzuciłam się na nią łapczywie i wyobrażam sobie, że można rzecz połknąć w weekend. Czyta się świetnie. Alfabetycznie ułożone eseje, szkice czy notki. Każda innym piórem pisana – znam większość autorskich nazwisk: Szczygieł, Bator, Komorowska, Ogórek, Miodek, Bereś, Młynarski, Chutnik, Bralczyk, Stasiuk, Grynberg, Tokarczuk, Milewicz, Łobodziński, Glińska, Chwin, Różycki etc. etc. Dziewięćdziesiąt krótszych-dłuższych wskrzeszeń.

Chodzi o słowa zapamiętane i ważne, które dziś trudno spotkać. Niektóre odeszły wraz z obyczajem czy cywilizacją, gdy zniknęły nazywane nimi przedmioty bądź zjawiska. Krachla (butelka z porcelanowym korkiem i metalowym kabłąkiem, wypełniona „szampanem dzieciństwa” – oranżadą) lub cnota, kukuruźnik, szmizetka czy podkurek.

Inne wyparła moda lub – co istotne – trendy tyleż językowe co dyktowane obyczajem i światem wartości (nobliwy, krnąbrny, kostyczny, charakterny, zacny czy taktowny). Ale mnie przyciągnęły właśnie te zawadiackie, rewelacyjnie rekomendowane przez tęskniących za dziecięcą psotą autorów: hecny, ancymon, urwis, facecjonista, trzpiot czy pieczeniarz.

W niektórych notkach szeleszczą stare słowniki, tropimy etymologię i ewolucyjne przesunięcia semantyczne. W innych bryka anegdota. Mariusz Szczygieł hecnie relacjonuje dowcipy sprzed lat, a Olga Tokarczuk wspomina przeklinającego dziadka (psiakrew!). A tak! Bo choć wydawać by się mogło, że słów z tej kategorii nie brakuje, to tylko pozór – w użyciu mocno nadwerężone trzy wyrazy, a dawne zaklęcia więdną i schną.

Lekko odsłaniam więc kurtynę i przemycam słowa, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Miglanc (Anda Rottenberg)
„Inaczej: sprzedawca wiatru. (…) Serdeczny i życzliwy. Elokwentny, choć raczej przytakuje i uwypukla, niż polemizuje. Wszystkich zna, wszystko umie, chętnie oferuje pomoc. Dopuszczony bliżej, zalęga się w domu i w obejściu. W zasadzie nieszkodliwy, lecz trudny do usunięcia”

Awanturnik (Ziemowit Szczerek)
„Kiedyś, dawno, dawno temu, ten polski awanturnik oznaczał nie tylko wyżej opisanego pajaca, ale również kogoś, kto poszukuje innego rodzaju przygód: podróżuje, szpera, jeździ po ciekawych, dziwnych miejscach, jest ciekaw wrażeń. A później tak się jakoś porobiło, że z tego porządnego i zacnego człowieka, awanturnika, typ pozostał paskudny. Ogr jakiś niewychowany, chamidło, bydlę wręcz. Brr. (…)”

Czuczeło (Małgorzata Szejnert)
„(Każde wypchane zwierzę to czuczeło. Nazwa oficjalna.)
W naszym domu w Białej nie było wypchanych zwierząt. Ale przypominam sobie coraz lepiej krążenie tego słowa po pokojach i kuchni i jego domowe znaczenia. Były kąśliwe, kpiące lub czułe. „Czuczeło” to ten, co wstał zaspany i jeszcze się nie uczesał. „Czuczeło” to ktoś, kto przyszedł, kiedy nie trzeba, stoi jak kukła i nudzi. „Czuczeło” to czyjś niewyraźny cień za oknem. „Czuczeło” to strach na wróble w ogrodzie sąsiadki (i sama sąsiadka). „Czuczeło” to stara miotła i zerwana firanka, która o zmroku przybiera widmowy zarys postaci. „Czuczeło” to uparte dziecko, które dopomina się bajki przed snem, gdy nikt nie ma czasu, bo jest przecież wojna, a dom pełen ludzi, z których większość przybyła ze wschodu. (…)”

Nie wiem, czy da się przywrócić, co odeszło. Czasem wystarczy choćby krótkie zapatrzenie, a pojemność świata niepomiernie wzrasta. Mimo nostalgii…

*Nostalgia, choć w słownikach wciąż przypisywana jest zadumie nad utraconą ojczyzną, dla mnie ma dużo większą pojemność. To siostra Melancholii, tylko mniej smętna, lekko uśmiechnięta i – w razie dobrego pretekstu – gotowa odnaleźć sprężysty krok i jasne spojrzenie.

 Z okazji Świąt,
lecz niekoniecznie z ich powodu,
życzę
wszystkim Gościom tamaryszka:
SŁÓW
co nazywają celnie i z precyzją,
koją i inspirują,
przenoszą góry, budują mosty, kierują wiatr w żagle naszych marzeń,
snują opowieść, w której można zamieszkać.

I tego, by SŁOWAMI się cieszyć,
(mieć w zanadrzu swoje „czuczeło” „krachlę”, „łapserdaka” )
ufać im i pokładać w nich nadzieję

na to,
że jeszcze może zdarzyć  się (niejedno!)

spotkanie, oczarowanie i zrozumienie.

I by wśród wielu słów nie zgubić tych najważniejszych
(tych, co to były na początku, a bez nich nic nie jest „tak naprawdę”).

śmieszne słowo na „p”

A dwa tygodnie temu było święto! Dzień Języka Ojczystego (21.02).

Taki dzień ma prawo  być co dzień. Więc nic nie szkodzi, że ja piszę o tym pięć minut później.

To jest święto międzynarodowe, o mniejszej – niestety – renomie niż Dzień Kobiet. I młodziutkie bardzo, jeszcze niepełnoletnie.
Ustanowiono je w 1999 roku „na cześć studentów, którzy zginęli w Bangladeszu w roku 1952 podczas demonstracji, w czasie której domagali się nadania językowi bengalskiemu statusu języka urzędowego. Dzień ten ma promować różnorodność językową i pomagać w ochronie ginących języków”.

Rany! Ojczysty mógłby zginąć? Nie daj Bóg! Coś się w tej sprawie robi. Mówi się przecież. Pisze i czyta. Może nie zginie, póki my żyjemy.

Jest taka akcja (kampania), która budzi moją nadzieję, życzyłabym sobie, by kwitła i owocowała: ojczysty – dodaj do ulubionych.
Nie wiem, czy nie skostnieje, bo kampanie narodowe, podobnie w gruncie rzeczy jak przeróżne patronaty, jak idea Czyjegoś Roku etc. bardzo szybko się wypalają i kostnieją.
Przypadkiem obejrzałam Tego Dnia końcowy fragment uroczystej gali. W brodę sobie plułam, że nie całą. Bo prowadzili, błyskotliwie sobie gaworząc, panowie, których lubię: Andrzej Poniedzielski, Marek Kondrat i Maciej Stuhr. Goście piękni byli. Potoki słów perliste.
I podobno (bez mojego słuchowego udziału) odbyła się debata Polszczyzna czterech pokoleń. Tu rolę gospodarza pełnił Jerzy Sosnowski.

Jest specjalna strona internetowa, prezydencki patronat i są spoty reklamowe. Ale to po prawdzie lichota jakaś, powinno być intensywniej. Kto to w ogóle zauważył? Gdzie sarmacki animusz? Gdzie ułańska fantazja? Gdzie konspiracyjna przebiegłość wyssana przecież z mlekiem matki? Gdzie? Ech, niegdysiejsze śniegi…

Spoty zamieszczam. Są na trójkę z plusem. Z biglem, ale jednowątkowe jak nowela i po troszę jak bajka. Bo z morałem. A gdyby tak Kabaret Mumio trzymał gardę, to echo może nieco dłużej by żart powtarzało. Kabaret Mumio w sprawie słów ojczystych powiedział już niejedno (niegdysiejsze „kopytko”, „trudne słowo metafora i jeszcze trudniejsze – alegoria”, ech, czasy sprzed Ery i T-Mobile`a!). Zgłaszam akces i dziś kilka słów o słowach dorzucę.

Wymowny dialog

Protoplastą Taty jest – jak mniemam – Benedykt Korczyński i jego „ten tego tam”.

Zgrabne kopytka

Poniżej apel, by nie zatracać się w zapożyczaniu. W tej kwestii zajmuję stanowisko schizofreniczne. Zapożyczenia bardzo lubię – zapewne z powodu mej żarłoczności. Im więcej słów, tym pełniej. Gdyby jednak wchłanianie nowego miało staremu zaszkodzić, byłabym rozdarta. Proszę spojrzeć: co za rącze nogi! Jakie śmigłe kopytka! Oczywiście, że kopytka powinny wygrać! 

Co innego, gdy mowa jest o takich słowach, których polszczyzna nie miała czym zastąpić i po prostu usynowiła je i ucórczyła.
Wejdźmy w niszę kolorystyczną. Każde z poniższych określeń ma zagraniczne korzenie, ale po przeflancowaniu rosną zdrowo, gdzie tylko posadzić. Nazwy barw są jak poezja lub smakołyk.
Poezja: amarant, ametyst, szmaragd, karmazyn, cynober, cyklamen, ochra, marengo, kobalt, indygo (nade wszystko!), malachitowy (jak z wiersza Baczyńskiego: „Znów wędrujemy ciepłym krajem/ malachitową łąką morza/ Ptaki powrotne umierają/ Wśród pomarańczy na rozdrożach…”).
I może jeszcze ecru.  

„Ecru – jeden z kolorów nierozróżnialnych przez mężczyzn. Trochę różowawy, trochę beżowawy, dosyć jasny. Nadaje pomieszczeniom nutę romantyzmu (twierdzą tak wyłącznie przedstawicielki płci pięknej). Przez fachowców od produkcji świec nazywany zjebanym białym. Dla mężczyzn jest to doskonała alternatywa, gdy kobieta domaga się koloru na ścianie, a on wolałby jednak biały. Warto zgodzić się na ecru”.  [Nonsensopedia]

Oczywiście, specjaliści od świec powinni się jeszcze douczyć polszczyzny milszej dla ucha.

Co do rodzimych z gruntu nazw, mają one skłonność, by odwoływać się do rzeczy jadalnych i pitnych. Proszę bardzo: cytrynowy, bananowy, mleczny (kawa z mlekiem), kawowy i herbaciany (!), jagodowy, malinowy, buraczkowy, wiśniowy, brzoskwiniowy, miętowy czy groszkowy. I inne, liczne.

Serwus! Jestem nerwus

Słowa lekko omszałe, w codziennym użytkowaniu nieprzecierane… odchodzą do lamusa. Lamus też tam jest. Trudno je wytropić, gdy samemu się po nie sięga, a gdy już znikną z podorędzia, to nie sposób sobie przypomnieć. W spocie powracają: serwus, klawo i birbant.

Można przy tej okazji wspomnieć o spolegliwym. Niecnie mylonym z uległym (oj, faux pas). Spolegliwy, czyli budzący zaufanie, ktoś na kim można polegać. Dorzucę jeszcze: rubaszny, kuplety, kocmołuch (przypomniany mi niedawno przez Bradleya). Nie żal mi absztyfikanta, do epuzera jeszcze wracam.;)

Gdy słowa się starzeją, zanim ostatecznie znikną w skrzyni archaizmów, robią się śmieszne, odrywają się od desygnatu i dziwią swoim brzmieniem. 

À propos śmiesznych wyrazów. Najzabawniejsze słowa w polszczyźnie zaczynają się literą „p”. Taka moja miniteza.

Minidowód: pierworódka, pliszka i pierdoła, piżama, pipidówka, pępek, przyzwoitka i podżegaczka, pipeta albo pasikonik! I cudna piętka, podwiązka i passiflora.

Owszem, niezły jest również tupecik, kuśtykanie i wykidajło (z wagabundą pospołu). Ale prym wiodą słowa na „p”. Teza do obalenia, lecz trzeba sobie zadać trochę trudu.

MUMIO: Serwusowa na kawie. Wymownie, choć niemal bez słów!