Archiwa tagu: Joanna Bator

kotojady i babcyjki

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B. 2012

Ciemno, prawie nocZacznę od tego, co zewnętrzne: że trzecia powieść Joanny Bator ma tego samego edytora (W.A.B.), tego samego projektanta okładki (Jacek Szewczyk) i choć nie tworzy z poprzednimi trylogii, to zbyt daleko nie odbiega.

Piaskowa góra i Chmurdalia były rodzinną sagą Chmurów z wałbrzyskiego osiedla, rozszerzoną w drugim tomie o „cały boży świat”, po którym wędruje, nigdzie się na stałe nie zagnieżdżając, Dominika Chmura. Ciemno, prawie noc jest powrotem do Wałbrzycha, ponownie uzupełnionym o wycieczkę w czasie (wspomnienia i ich domykanie świeżymi ustaleniami to jeden z wątków powieści), co więcej: główna bohaterka, Alicja Tabor, to nowe wcielenie Dominiki-Odyski. Wiecznie w drodze, bez domu, zdystansowana wobec społeczności, która ją otacza, inna, osobna.

Tym, co uległo pewnej zmianie, jest narracja. Poprzednie powieści pisane były niezwykłym miksem narracji trzecioosobowej i mowy pozornie zależnej. Mówiąc po ludzku: opowiadał je ktoś, kto na pozór jest spoza opowiadanego świata, ale wchodzi w głowę i zapożycza język kolejnych bohaterów. Tym sposobem dialogi wtapiały się w ciąg opowieści narratora (niewyodrębnione graficznie), a czytelnik miał podgląd mentalnych i językowych horyzontów każdej z postaci.

W najnowszej powieści jest inaczej. Narratorem jest główna bohaterka. Dialogów dużo. Bo też pomysł na książkę (jeden z wielu, ten był dla mnie kluczem do kompozycji) polega na tym, że Alicja Tabor jest reporterką, która przyjeżdża do Wałbrzycha ze stolicy, by przeprowadzić dziennikarskie śledztwo. Rozmowa to jej żywioł, przeprowadza więc wywiady, podsłuchuje, o czym się mówi, poza tym jest obdarowywana przedziwnymi opowieściami o przeszłości, które dopuszczają do głosu postacie-duchy (zmarłą przed laty siostrę, jej narzeczonego i tu dodałabym postać z krwi i kości, Alberta Kukułkę, którego czapka-pilotka jest niczym czapka-niewidka i tyle  on jest z rzeczywistości, co z jakiejś baśni lub z legendy o Księżnej Daisy). 

Te kompozycyjne pomysły wprawiały mnie często w zdumienie. Ależ z Joanny Bator ryzykantka! Szczypałam się (czytając z wypiekami), czy to możliwe? Kto balansuje na tak cienkiej linii wiarygodności? Bo żeby spotkać człowieka, który w trzech odsłonach objaśni nam rodzinną traumę i dzieje miasta… Albo otrzymać list, który czekał na nas 30 lat… Albo wymyślić rozmowę z duchem, który podsunie nam tropy… I jeszcze, gdy grozy będzie za dużo, uaktywnić dobre opiekunki kotów, rozdające perły księżniczki … To trzeba się przeprowadzić z dzielnicy „powieść realistyczna” do dzielnicy „gotyckiej”, do „groteskowej satyry społecznej” lub nawet do „baśni współczesnej z elementami reportażu”.  Szaleństwo! Bo to wszystko się ze sobą miesza, obficie doprawione rewelacyjnymi (to bez dwóch zdań!) eksperymentami językowymi. 

Jeśli ktoś chciałby usłyszeć ode mnie krótką, jasną opinię, czy warto czytać, odpowiedź brzmi TAK! Dla mnie powieści Joanny Bator to jedno z najciekawszych zjawisk polskiej literatury XXI wieku. Każdą czytałam z fascynacją, bo zarówno podziw dla pomysłów i języka, jak i frajda czytania były po trzykroć nie do podważenia. I nie zmieni tego dopowiedzenie, że jednak ranking mojego przywiązania do tytułów ma tendencję spadającą. Najwyżej Piaskowa góra, na trzecim miejscu Ciemno, prawie noc.

Łatwo napotkać na recenzje tej powieści, bo pisarka ma swoich stałych czytelników, tytuł zresztą spotkał się z dobrym przyjęciem krytyków i licznymi rekomendacjami. Mój wpis nie mógłby udźwignąć pełnej analizy, bo tu warstwa na warstwie i kontrapunkty też co krok. Pójdę więc taką drogą, że w kilku zdaniach przypomnę, co tu można znaleźć i dodam kilka najmocniejszych swoich wrażeń.

Otóż:  scenerią jest smutny, szary, listopadowo-grudniowy Wałbrzych i piękny zamek Książ ze starą legendą o księżnej Daisy i jej perłach. Alicja Tabor wraca w swe rodzinne strony, by napisać reportaż o zniknięciu trojga dzieci. Dotyka ciemnych spraw, które od dawna dzieją się w tym miejscu (szerzej: na tym świecie): ktoś zabija koty, ktoś podpala starą kobietę, ludzie żyją w patologicznych relacjach, naznaczając swe dzieci traumą, z którą zmagać będą się przez lata. W dodatku w mieście pojawił się wizjoner religijny, uruchamiając fanatyzm tyleż kuriozalny, ile przypominający wydarzenia znane nam z polskich realiów. Śledztwo ujawnia makabrę, która przekonuje mnie do wyboru Autorki. Myślę, że ta historia byłaby okrutnie przytłaczająca, gdyby nie groteska i baśń. I kostium opowieści gotyckiej.

Groteska szaleje w portretowaniu mentalnych zapuszkowań. Gdy Kurwamina i inni bełkoczą coś w rodzaju: takamękazrąkmileci, mękaomękamakrwawa, kto nie skacze, ten pedałem, ciężkie czasy, w ciężkich czasach straszna męka etc.
A baśń (gorzka, piękna, wyzwalająca) pojawia się tam, gdzie mowa o kotojadach i babcyjkach, o złu i dobru, które zmagają się ze sobą w odwiecznej psychomachii – dziś nie inaczej niż dawniej. To jest podróż w przeszłość Alicji, w historię jej rodziny. I wtedy Alicja-Pancernik (racjonalna, silna, osobna) staje się Alicją-Wielbłądką, Siuśmajtką, której dane jest przeżycie katharsis. Kotojady to ci, którzy czynią zło, mogą pojawić się wszędzie, mogą przeniknąć także w nas, w umysł, w ciało… Babcyjki to moje uogólnienie, bo Babcyjka była jedna, ale podobne do niej kociary: Dzika Baśka, Makota, Kocińska, Agnes Kociałapa przywracają wiarę w dobro. I choć są lekko nierealne, to one istnieją naprawdę. Gdyby ich nie było, świat utraciłby filary i rozpadłby się na kawałki.

Dla mnie mistrzostwem świata są rozmowy Alicji z opiekunami zaginionych dzieci. Gruszkowata Barbara Mizera, kulinarna babcia Zofia, czy Poleszuk, dyrektor Domu Dziecka – to cudnie stworzone postaci. Stworzone przede wszystkim sposobem mówienia, który jest jak oczy: spojrzysz i duszę zobaczysz. 

Bardzo polubiłam główną bohaterkę. I to, że pozostaje Odyską, mimo obecności Marcina Schwartza o pięknym pępku i silnych ramionach. 

Z pewnym znużeniem czytałam symboliczną scenę zjadania trupa (skojarzyła mi się z finałem Pachnidła Süskinda, co znaczy, że przyjmuję ją jako ciekawą, ale nie działającą na moje zmęczone już emocje). Natomiast intrygującym doświadczeniem była lektura rozdziału Bluzg I. To zapis dyskusji na forum internetowym. Nie śledzę tego rodzaju głupot, nie da się, bo styl myślenia, złe emocje, płaskość i jałowe krytykanctwo odrzuciłyby mnie po pierwszym rozpoznaniu. Ale cały rozdział rozczytałam, ubawiłam się słowną nieporadnością, przeraziłam się nie na żarty, że ktoś mógłby mieć w głowie taką sieczkę. Świetne – ale, przyznaję, że rozdziałów Bluzg II i Bluzg III nie byłam w stanie czytać. Omiotłam wzrokiem. Nic nowego już nie wnosiły.

No cóż, nie wymyślę morału, choć bardzo byłby w czas. Mogę tylko wrócić do motta, które Autorka zaczerpnęła z Carlosa Ruiza Zafóna: Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie. Jak najwięcej szczegółów proszę! Niech się rozmnożą i będą tak samo mocne, jak wszystko inne. Co ja mówię! Niech będą mocniejsze!

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).