Archiwa tagu: Joaquin Phoenix

nigdy cię tu nie było

Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here) – reż. Lynne Ramsay, UK&USA 2017

Dawno mnie tu nie było (nie żeby nigdy). Niech więc będzie, że wracam nocą, w niepokojącym szumie miasta, w kałuży krwi i wśród flashbacków wypełniających głowę Joego (uporczywych tak, że przenikają do mojej). Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem…. cztery, trzy, dwa… jeden.Płatny zabójca, zbir do wynajęcia, mściciel krzywd. Uderza precyzyjnie, znienacka, jak trzeba to w kilku wrogów po kolei. Młotkiem z supermarketu. Oblepiają go obrazy zbrodni sprzed lat. Świeże uderzenia mają coś zneutralizować lub zagłuszyć. Nie wyrywają go jednak z transu, nakładają kolejną warstwę impregnantu na życie. Joe (Joaquin Phoenix) to żywa przeszłość. Słowa, obrazy, sytuacje. Flashbacki: „stój prosto…”, „musisz się bardziej postarać”, odliczanie. Strzępy obrazów: nakładany na twarz dziecka worek (jedna z metod, którą Joe testuje odruchowo na sobie); mama leżąca pod stołem – palcem na ustach nakazująca milczenie dziecku; dzieci stłoczone w przyczepie, pełne lęku; ruszająca się stopa dogorywającego człowieka na pustyni.

Przeszłość do końca się nie wyjaśnia. Wiemy, że Joe doświadczył przemocy. Zło najsilniej uderza w dziecko, zostaje w nim na lata, na zawsze. Casus Joe – skrzywdzony chłopiec, który w malejącym odliczaniu znajdował nadzieję, że „to” się zaraz skończy. Był też po drugiej stronie – z rozkazu zabijał (amerykańskie operacje wojskowe – najprawdopodobniej). 

Gdy rozpoczyna się akcja, Joe wykonuje zlecenia za pieniądze. Nie wnika w to, kogo zabija i dlaczego. Mówią, że jest brutalny. A jest też kruchy i delikatny. Film wypełnia zadanie specjalne: ratowanie nastoletniej Niny Votto, córki senatora, wykorzystywanej w burdelu przez bogatych zwyrodnialców. Tym razem zadawane razy mają posmak zemsty osobistej. Ciąg wydarzeń skupionych wokół eterycznej blondynki – polecam do obejrzenia.

Konotacje: Taksówkarz, Leon Zawodowiec, Logan: Wolverine.

Trudno pisać o tym filmie, nie używając słów: trans, psychodeliczny nastrój, surrealistyczna rzeczywistość. Zanim przejdę do Joaquina Phoenixa, oddam cesarzowi co cesarskie: muzyczny klimat stworzył mistrzowsko Jonny Greenwood (niesamowite, że w tym samym roku skomponował tak odmienny soundtrack do Nici widmo), reżyseria jest w rękach kobiety – Lynne Ramsay. To ma znaczenie, bo brutalność świata – co do której nie ma tu złudzeń – podana jest nie bezpośrednio. Tak mi się zdaje, bo po seansie, gdy próbowałam sobie przypomnieć, czy była scena, na którą nie mogłam patrzeć, przyszła mi do głowy tylko jedna. Ta, w której nie o śmierć chodzi, lecz o wyrwanie zęba.

Gdy Joe wkrada się do domu, w którym dygnitarze zabawiają się dziewczynkami, obserwujemy to wtargnięcie z perspektywy czarno-białego monitoringu. Analogiczna scena w Taksówkarzu eksploduje czerwienią krwi. Nie naoczność więc, nie tarantinowska bezpośredniość i nadmiar. 

Nadwyżka zła, brudu, bezkarnej niemoralności – to wszystko jest w Joe, który doświadcza ich z nadwrażliwością. Niejednoznacznie okrutny morderca. Swoje robi scenariusz i reżyserski pomysł na fragmentaryczną rekonstrukcję przeszłości Joego. Na przeplatanie scen, w których jest katem, ze scenami, w których jest opiekuńczy i czuły. Joe opiekuje się swoją mamą: robi jej porządek w lodówce i sprząta, gdy nieporadnie zaleje łazienkę. Żartuje, gdy staruszka przestraszy się nadawanej w tv Psychozy. I będzie czuwał aż nie zaśnie, by strach nie zakłócił jej snu. Razem śpiewają alfabetyczną piosenkę – rozbrajająco dziecięcą. Chwilami to wręcz komiczne. Również scena, w której Joe leży obok konającego mordercy jego matki i razem śpiewają do wtóru słodkiej melodii sączącej się z radia. Jakby byli nie uczestnikami sytuacji, na którą mają wpływ, lecz wmanewrowanymi w ten absurd dziećmi.

I to wcale nie umniejsza grozy, którą Joe w sobie nosi i którą zaraża. W tym maestria gry Joaquina Phoenixa. A więc: image. Długa broda i kitka, prezencja kloszarda. Powracający gest przemywania twarzy. Jakby pod strumieniem bieżącej wody można było coś zmyć. Momenty wyłączenia – wtedy, gdy powraca przeszłość lub całkiem niespodziane, gdy ktoś włącza Joego w normalne życie. Taka jest np scena, w której idącego ulicą zahacza grupa azjatyckich nastolatek, prosząc o zdjęcie. Nie wiem, czy wynika to z jakiejś zbieżności, czy właśnie niewinność roześmianych twarzy (z coraz bardziej zdziwionymi i łzawiącymi oczyma) wywołuje w Joe konsternację. Joe jest cholernie zmęczony życiem. Chce się z niego wylogować. Całkiem dosłownie – np. podduszając się w foliowym worku, czy przymierzając się do zadania sobie ciosu nożem. Kładąc kamenie do kieszeni, by tonąć. Traci koncentrację lub kieruje ją na szczegół bez znaczenia (na zielony cukierek, np). Chwilami niemal namacalnie głowę rozsadzają mu obrazy.

Dodajmy do tego głos – niski, chropawy, niewyraźny. Barczysta sylwetka i zmęczony, śmiertelnie zmęczony ciężki krok, którym przemierza ulice w dzień. A które nocą są ulicami wyjętymi z filmu Scorsese`a. 

Świat Joe jest zarazem przytłaczający i nierealny. Kwintesencją nierealności są ostatnie sekwencje. Zdarzyło się naprawdę? Przecież matka pojawiać może się już tylko w wyobraźni. Drzemka przy stole w knajpce, gdy planuje wyprawę z Niną – gdy oboje nie wiedzą, dokąd chcieliby uciec. A Joe to śpi, to wreszcie pozwala sobie umrzeć. Może nigdy go tu nie było. Zobaczyć warto. Potwierdzam to po drugim już seansie (pierwszy na jesiennym aff we  Wrocławiu).

Reklamy

zaległa obecność

Na czym to skończyłam? Na lipcowej Dunkierce? Ano. Trochę wody upłynęło. Trochę znużenia przybyło. I zdziwienia – że jak to? Tamaryszek nie pisze, a świat wciąż toczy się dalej? I filmy ktoś kręci, choć nie są na …pre-tekstach opisane? Żaden alarm się nie włącza, a przecież siedzą we mnie (coraz słabiej osadzone) obrazy widziane w kinach w sierpniu, wrześniu, październiku…

No, to czas na remanent (zanim kolejna zaspa niepamięci przysypie chwilowo świeże wrażenia). Na 18. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (początek sierpnia) największe wrażenie zrobił na mnie Zwiagincew. Już wiadomo, że Niemiłość wejdzie do kin na początku lutego. Wówczas warto nie przegapić. Nawet jeśli nie trzeba wiele, by zamknąć oczy i wyświetlić sobie ten film z pamięci, bo mocno się po pierwszym oglądzie w głowie osadza. Ta scena, gdy mały Alosza – za drzwiami łazienki – słyszy rodziców podrzucających go sobie jak niechcianą paczkę. Albo spotkanie mamy Aloszy z własną matką (pełną wypomnień i żywych zaległych życiowych rozczarowań). I ta myśl, że nawet nienawiść nie boli bardziej niż „niemiłość”, obojętność i chłód.

Sierpniowy Wrocław to był dla mnie czas odkrycia takich filmów jak Dusza i ciało (węgierski), Po tamtej stronie (fiński), Western (niemiecki) i Manifesto (oj, szalona Cate Blanchett!). Odkrycia! Poza tym unikalne spotkanie z Van Goghiem, powtórzone w październiku, na seansie z dubbingiem. Twój Vincent – mocno zabrzmi, ale tak: obrazy Van Gogha już nie będą takie same. Są podszyte ruchem. Potencjalnością. Jakby naprawdę można było w nie wejść i dojść z jednego pejzażu w kolejny. Poza tym cały czas bawi mnie świadomość, że można zagrać rolę w filmie animowanym; że ktoś gra po to, by później tę grę zanimować. OK, efekt „no, naprawdę”. Ale czyż to nie tak jakby dojrzała piwonia zamieniała się w kwiatowy pączek? Ależ to byłby świat, gdybyśmy zaczęli marzyć o wejściu w przestrzeń już istniejących malarskich struktur. Gdyby ktoś mnie zanimował np. jako tę dziewczynę na huśtawce, w białej sukience z niebieskimi kokardami – z Renoira. A jeszcze lepiej tę w czerwonym kapeluszu, siedzącą z dzieckiem na tarasie, zamyśloną taką. O, tę chcę zagrać! Mam predyspozycje. ;)

Widziałam latem i inne – Happy End (Hanekego), A Ghost Story (Lovery`ego) czy The Square (Östlunda). Zostały we mnie we fragmentach. Może się kiedyś – przy kolejnym oglądzie – poskładają w całość. Podwójny kochanek przesądził o przypięciu Ozonowi łatki nudziarza.

To było „przedwczoraj”, a „wczoraj” raczyłam się Ameryką na wrocławskim 8. AFF (ostatnia październikowa sobota). Ździebełko filmowej klasyki: pobyt w psychiatryku u Samuela Fullera – Shock Corridor. Psychiatryczna Ameryka (kameralny plan jest mikrokosmosem, w którym USA – i nie tylko – mogą się przeglądać). Ostrzeżenie: nie ryzykować dla kariery pisarskiej zbyt wiele! Może i trzeba przyjrzeć się światu, zanim się go opisze. Lepiej jednak zachować dystans niż skończyć jak katatonik z wyciągniętą ręką. ;) Z hałaśliwej przestrzeni dobrze wskoczyć w miejsce zaciszne (choć stany z ekspresją hiper- i hipo- dają podobny rodzaj odlotu). Trafiłam do Nowicjatu (Margaret Betts) – którego akcja rozgrywa się (podobnie jak film Fullera) w latach 60. Nowicjat to mój faworyt tegorocznego oglądu (i chciałabym mu poświęcić w oddzielnym wpisie więcej uwagi).

A propos amplitud dalekich od normalności: dorzucę jeszcze dokument Kochana mamusia nie żyje, którego temat (morderstwo matki przez córkę, uśmiercaną uprzednio przez matkę farmakologią i toksynami emocji) jest tyleż mocny, co prowadzący na skraj irytacji.

Bardzo mi natomiast było miło wędrować nocą w gangsterskim klimacie ze zmęczonym do granic możliwości Joaquinem Phoenixem czy z Robertem Pattinsonem i braćmi Safdie. Okradać, mordować, uciekać… w świetle migających neonów natężających ból głowy.

Zabawne, że festiwalowy program opisuje oba filmy (Nigdy cię tu nie było i Good Time) jako krzyżówkę Taksówkarza Martina Scorsese i Drive Nicolasa Windinga Refna lub Taksówkarza i Siedem Davida Finchera. Czyżby „kalkomania” redaktorów? Bo noc, samochód i desperacja?

Ojejku, ja nie wszystko rozumiem, poprzestaję na domysłach, ale i tak oczu nie mogę oderwać, gdy Phoenix w jednej scenie śpiewa z mamą piosenkę „alfabetyczną”, a w drugiej wali po mordach (mało powiedziane!) zleconych mu skurwieli (słowo, wiem, nieładne, lecz adekwatne). You Were Never Really Here.

Good Time to coś dla miłośników absurdu (lub sensacji podszytej humorem). Jeden z braci Safdie (scenarzyści i reżyserzy) gra tu rolę upośledzonego umysłowo, w którejś z pierwszych scen poddawanego ankiecie przez terapeutę. „Co to dla pana znaczy: dzielić skórę na niedźwiedziu?… a co: uderz w stół , a nożyce się odezwą?…”. Jego bystry brat, Connie (Pattinson), próbuje go wyciągnąć ze stresogennej sytuacji. Bo biedak napina się niemożebnie przy odpowiedziach („Connie, my tu z panem rozmawiamy o niedźwiedziu i nożyczkach”). I cały film jest właśnie o tym, jak bystrzak próbuje udowodnić światu, że brat nadąża i wszystko potrafi. Zaczynają od tego, by sprawdzić, czy im się uda wspólny napad na bank. A dalej to już czysta gonitwa-ucieczka, roller coaster, co nawet czasu na namysł nie zostawia, tak gna.

Myślę sobie, że poza wszystkim innym (głębią, kunsztem, wagą tematu…) kino potrzebne jest człowiekowi, by wypchnąć z niego zmęczenie. Owszem, samo też męczy. Zwłaszcza w dawce pięciu seansów na dzień. Ale jak cudownie odświeża – nawet swoim brudem, szaleństwem, dewiacją i innymi paskudztwami, w które narkotycznie umie wciągnąć. Porównać da się to do zanurzenia głowy w rwący nurt. Oddechu brak, stężenie grozy i szału większe niż przed zanurzeniem, ale gdy się ponownie odzyska dostęp do powietrza, to nagle tlen wskakuje w normalne parametry. 

sen o miłości

Słowem wstępu zaznaczę, że mi się ma na odzwyczajenie. Odkleił się tamaryszek od rzeczywistości. Oglądam teraz filmy na potęgę. Mowy nie ma, by o każdym z nich pisać tekst. Co by tu…, jak by tu to przełamać? Sposobem, tamaryszku, sposobem. Słyszę schizofreniczną podpowiedź… Będzie więc cykl uwag wielce selektywnych, które nie pretendują do bycia recenzją.

Dwa w jednym. Filmy o miłości niemożliwej, wyidealizowanej, zrodzonej z tęsknoty i prowadzącej do nieuchronnego fiaska. O grze z tożsamością. Z mężczyzną w roli głównej i kobietą w tle, choć można by się kłócić, czy nie odwrotnie, skoro kobieta pociąga za sznurki i przejmuje ster.

Koneser, reż. Giuseppe Tornatore, Włochy 2013

koneser. pokój z portretami

Kto podrzucił reżyserowi Prusa? Virgil Oldman jest co najmniej o dekadę starszy od Stacha W., ale elastyczne dziś granice młodości czynią ich równolatkami. Dojrzały mężczyzna, samotny, oddany swej pracy, unikający życia towarzyskiego, na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie gbura. Może nawet nieświadomy tego jak bardzo tęskni za uczuciem. Świadomość obudziłaby w nim czujność. On tymczasem udaje się bezbronny do starej willi, w której trzeba wycenić nagromadzone przez zmarłych właścicieli dzieła sztuki. (Jak niegdyś Stach, któremu Rzecki kupił bilet do opery. A potem już nie było odwrotu. Poruszone serce tak bardzo dziwi się swemu ożywieniu, że brnie w zależność, ślepe na wszystkie znaki ostrzegawcze.)

Historia zaangażowania Virgila w pannę Claire grubymi nićmi jest szyta. Ale dziwak dopuszcza dziwactwa innych, nawet horrendalnie naciągnięte. Oglądałam z racjonalnym zwątpieniem. Ale nie krzyczałam do Virgila, że brnie w przepaść, bo chyba odpowiadała mu sceneria tej drogi. Poniewczasie dodam jednak memento: Mężczyzno, ZAWSZE ufaj kobiecie, ale NIGDY aż tak.

Ten film jest mieszanką składników świetnej jakości, które niekoniecznie dobrze się skomponowały. Jakby nie zdążyły sobą przeniknąć. Przede wszystkim wcielający się w tytułową postać Geoffrey Rush. Ten w farbowanych włosach, szpakowaty albo zarośnięty – trudno oderwać oczy. Po drugie: aukcje dzieł sztuki, tajemna wiedza znawców, cenione falsyfikaty, podstawieni licytatorzy. Zwodzenie widza, który przecież nie wie, co właściwie jest cenne, a co okaże się lipą. Jaką wartość ma osiemnastowieczna „maszyna”, składana z pojedynczych trybików i zębatych kółek? Albo obraz tancerki, któremu przypadnie rola zamiennika dla całej kolekcji. „W każdym fałszerstwie jest coś autentycznego”. Po trzecie: świetna jest trzecioplanowa postać karlicy o genialnej, matematycznej pamięci. Dalej: magiczne miejsca. Na przykład sceneria ostatnich scen: kawiarnia Night & Day w Pradze, której wnętrze jest niczym werk, mechanizm ogromnego zegara. A przede wszystkim – na koniec zostawiam najlepsze – gabinet Virgila Oldmana, pokój z portretami. Są bodajże trzy sceny, w których bohater udaje się w to miejsce: sam, z Claire, i znów sam, z obrazem tancerki… Dla tych scen można obejrzeć film. Dom Virgila (konesera, znawcy, człowieka przeprowadzającego prestiżowe aukcje dział sztuki – najlepszego w swym fachu) jest okazały. A do tajemniczego pokoju prowadzi przejście przez galerię rękawiczek! Zdjęcie jest namiastką wrażenia. Malowane przez mistrzów wszech czasów portrety intrygujących kobiet. Spojrzenie, tajemnica, piękno… Kobiecość, której nie tworzy przecież wielokrotność, ale takie zagęszczenie twarzy potęguje jej nieuchwytność.

Ona (She), reż. Spike Jonze, USA 2013

Ona. Joaquin Phoenix

Jeśli opowieść o koneserze sztuki działa się współcześnie, to jednak tuż za plecami bohaterów czaiła się przeszłość minionych artystów. W filmie Spike`a Jonze`a historia rozgrywa się w czasie lekko przyszłym niedookreślonym. Na to wskazują możliwości technologii informatycznej. Ale nie przesadzałabym z perspektywą futurystyczną – jest umowna, to prawie dziś. W obu filmach podglądamy uczucia mężczyzn, rozbrajająco pragnących kochać i napotykających na spore trudności. Chcieć to jedno, starać się to drugie, a trzecie to znaleźć kompromis między przeczuwaną jednością a faktyczną rozbieżnością dwojga istnień. Sporo łączy te filmy. W obu bohaterki są dziwnie nieuchwytne: albo nie wychodzą z pokoju (Claire), albo kondensują swe istnienie w głosie (Samantha). Co jest znaczące, bo obie są projekcją mężczyzny. Wcześniej czy później przestaną się mieścić w wymarzonym przez nich kształcie. A wtedy… ciekawa rzecz: miłość nie znika, staje się akceptacją bólu po tym, co utracone (lub niemożliwe). 

Theodore (Joaquin Phoenix) ma ciekawy fach. Pisze listy na zlecenie. Wyznaje miłość, ubiera w słowa cudzą tęsknotę, pomaga w wyrażaniu pragnień, przeprosin czy próśb. Świetnie sobie radzi. Co sugeruje, że jest wrażliwy, empatyczny, otwarty, że umie słowami stwarzać relacje. I tu – konieczny – zgrzyt: słowami kreuje się niby światy, tymczasem rzeczywistość ma kilka innych wymiarów. Theodore jest rozpaczliwie sam. Przywiązany do nieudanego małżeństwa (nie stawia kropki, bo mu żal) i próbujący po omacku znaleźć więź na łączach wirtualnych. 

Dopiero gdy najnaturalniej w świecie pojawia się Samantha, uczucia zaczynają się organizować i rosnąć. Samantha jest systemem operacyjnym, „duszą i mózgiem” jego komputera. Ma seksowny, czuły głos Scarlett Johansson i sporo wie o Theodorze. Widz stoi przed wyborem: dystans lub akceptacja. Zalecam to drugie. Ostatecznie nie sama historia znajomości jest tu istotna, a proces „rozkwitu” mężczyzny, odsłanianie obaw, budzenie się gotowości i ochoty na przynależność do kogoś drugiego.

Myślę, że spokojnie Joaquin Phoenix mógł zastąpić Chiwetela Ejiofora w grupie nominowanych do Oscara za rolę męską. Ten drugi rozgrywał szerokie spectrum doświadczeń niewolniczych stosunkowo wąską paletą środków aktorskich. Tymczasem Phoenix, wypełnia ekran za dwoje, gra właściwie cały czas to samo (przywiązanie-uczucie-tęsknotę), ale na mnóstwo różnych sposobów. Nie nudzi (wiem, subiektywne) i mimo tropów sugerujących nieudacznictwo życiowe, budzi sympatię, jest wiarygodny, odbiera się go serio, wbrew umowności sytuacji. Bardzo doceniam. 

Dlaczego Samantha? Kim jest Samantha? Kogo chce w niej widzieć Theodore?
Inspirację. „Cudownie być z kimś, kto jest tak ciekaw świata”. Kogoś, kto nie zagraża, nie wymaga deklaracji i zmian, więc nie płoszy. Jest dowcipna, inteligentna, pełna pasji. Potrafi słuchać, pamięta, docieka wszystkiego, co wiąże się z Theodorem. Towarzyszy mu, jest blisko, wprowadza błogostan bycia z kimś w sposób nierozłączny. Nawet przeszkoda jaką jest wirtualność, bezcielesność Samanthy, może być przezwyciężona ekstraktem czułości i niezaprzeczalnej obecności.

Hmm… rozczarowanie nadejść musi, bo nawet jeśli coś takiego się komuś zdarzy, to przecież nie trwa dłużej niż sen. Dla mnie kwinesencją romantyczności w filmie Ona czy Koneser jest to, co dzieje się z mężczyzną po utracie. To właśnie interesowałoby mnie najbardziej, a zadowolić się muszę dwoma epilogami, które budzą dość przewrotną refleksję. Że jednak bardzo wzbogacające jest takie ogołocenie. 

***

Tak więc oba filmy są odsłoną męskich emocji, takich nieoczywistych, mocno skondensowanych i na ogół niedostępnych w przekazie. Albo też są spojrzeniem na kobiecość jak na animę męskiej tożsamości. Animę, czyli dopełnienie. Wypełnienie jej czymś obcym a upragnionym. Tu oddam głos Oldze Tokarczuk, która w eseju o Lalce (Lalka i perła) tak pisała o tej zależności. Nie chcę nachalnie nakładać Wokulskiego na Theodora czy Virgila, ale kobiety, które kochają są z takiej „animistycznej” materii utkane. Jedna z możliwych teorii. Wydaje mi się, że ani Tornatore, ani Jonze nie odżegnują sie od niej.

„Anima jest archetypową postacią „obrazu duszy” i reprezentuje komplementarną, odmiennopłciową część psychiki. Przedstawia sobą obraz drugiej płci, jaki mężczyzna nosi w sobie jako jednostka i jako przed­stawiciel gatunku. Mówiąc najprościej – każdy mężczyzna nosi w sobie swoją Ewę, każda kobieta – swojego Adama. Ponieważ ta część psychiki jest nieświadoma, według więc praw psychologii głębi, jak wszystko, co nieuświadomione, niezróżnicowane, nieprzeżyte, ulega projekcji. Każda osoba, w której się zakochujemy, nosi cechy nas samych, ukrytych w animie lub animusie. To właśnie dlatego Wokulski, widząc Izabelę po raz pierwszy w teatrze, ma wrażenie, że ją rozpoznaje. […]”