Archiwa tagu: Karolina Gruszka

Michalina

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej – reż. Maria Sadowska, Polska 2017
sztuka-kochania-plakat

Tak chcę szybciutko, po prapremierze, bez rozczytywania się w ewentualnych sprostowaniach i wykazach rozbieżności między życiem a filmem…

Bardzo udany film. Stawiam na równi z Bogami, zwłaszcza, że podobieństw wiele i kilka chcę sobie samej uświadomić. Zacznę od tego, że warto obejrzeć i że z pewnością da się obejrzeć wielokrotnie. A wszelkie niżej wyliczone analogie nie świadczą o wtórności, lecz o dobrym patencie na filmowe rzemiosło i na dobrze dobraną ekipę twórców.

Zbieżność podstawowa: obie opowieści stawiają w centrum lekarza zajmującego się dziedziną-tabu (przeszczepy serca – seksuologia). Lekarz jest barwną, charyzmatyczną postacią, niedoskonałą w życiu prywatnym, lecz zdeterminowaną, by wdrażać w życie idée fixe. Oboje – Religa i Wisłocka – to postacie-ikony, chyba każdy przed seansem coś już wie, a nawet ma do tych postaci pewne nastawienie, które film może potwierdzić, a zakładam, że przede wszystkim pogłębić. Mam przeczucie, że w Sztuce kochania wierność fabuły wobec życia jest mniej ścisła.

Druga sprawa to PRL-owski kontekst. Chodzenie od Annasza do Kajfasza, od sekretarza do biskupa lub po prostu do człowieka z pieniędzmi. Sale konferencyjne i gabinety ówczesnych szych, dysonujące z bezpośredniością Wisłockiej czy Religi. Hierarchiczne układy w świecie medycyny i nauki. W filmie o Wisłockiej podrasowane szczególnie mocno (i zabawnie) nadętym patriarchatem.

Kto inny trzyma reżyserski ster (Palkowski – Sadowska), ale za scenariusz odpowiedzialny ten sam człowiek – Krzysztof Rak. Takiej rangi scenarzysta winduje znaczenie tej profesji, wydobywa ją z cienia. Tu warto zaznaczyć, że powtarza się również nazwisko producenta (Piotr Woźniak-Starak) i autorów zdjęć („klan” Sobocińskich, Piotr – Michał). I tak jak twarzą (ucieleśnieniem) Bogów był Tomasz Kot, tak Sztukę kochania rozgrywa Magdalena Boczarska. Oboje są fenomenalni!

Scenariusz to rusztowanie. Tworzy dramaturgię i napięcia w opowieści, ustala proporcje humoru i powagi – tu: mieszanka idealna. Temperament, emocjonalność i bezpośredniość Wisłockiej-Boczarskiej, torpedują powagę, ale nie schodzą do poziomu farsy. Intonacja głosu, rubaszność (co nie przekreśla delikatności!) i dosadność mowy – rewelacyjne! Poza pionierską diagnozą seksualności zasługi Wisłockiej mają też charakter lingwistyczny. Ona sama nazywa przedmiot swych badań leciutko i naturalnie. „- Skąd ty jesteś, wiesz? (…) Z waginy jesteś!” – mówi do dygnitarza banującego wydanie książki. A profesorowi sugerującemu, by młoda Wisłocka zajęła się lepiej kardiologią, bo to potrzebniejsze, odparowuje „- Tak, bo serce ma każdy, a cipkę tylko połowa?!”. Ale gdy trzeba pisać, trzeba też dobierać słowa i jest problem – między terminologią naukową a słownictwem wulgarnym w polszczyźnie zieje deficytem. Stąd zabawne „pierożki”, „główki w kajaku” etc. Improwizacja Wisłockiej wypływa po trosze z potrzeb innowacji leksykalnej, ale też po części z nieszablonowych porad (np zainspirowanej jazzem gry na saksofonie).

I choćbym tu przywołała dziesiątki scen…
Jak Miśka poznała najpierw „staszka”, potem Stanisława. Jak  stroiła się w serwety i zasłonki. Jak przed oszołomionym majstrem odegrała „samolot”, by wyjaśnić, na czym polega jej praca. Jak sprowadzała do piaskownicy panów mądralińskich (sceny z Jakubikiem, Mecwaldowskim, Barcisiem!). Jak uganiające się za nią pacjentki zapewniała, że wszyściutkie wysłucha i każdej pomoże (a rady trafiały w sedno, omijając oficjalne trakty).

Więc choćbym wyliczała sceny-gagi, to nie uchwycę humoru, który rozsiany jest w niuansach, również tam, gdzie króluje romantyzm czy ekscentryzm. Ale też nie zagłuszę tragizmu, błędów życiowych i samotności, które nadają tej postaci drugi wymiar, mniej krystaliczny i mniej spełniony. Kuriozalny pomysł życia w trójkącie nie był może tak nonszalancki, jak można by się spodziewać po bezpruderyjnej Michalinie. Stoi za nim lęk przed seksem z mężem („Jesteś ciałem, które ma duszę, czy duszą, która ma ciało?” – pyta męża, sama wybiera wariant drugi). Jest w tym naiwna wiara kobiety, że jeśli pozwoli mężczyźnie na zdradę, to nie straci go, bo ją jedną kocha, a tamte są bez znaczenia. Jak mantra wybrzmi ta naiwność kilkakrotnie, sytuując bohaterkę raz w roli tej, która daje się nabrać, raz obserwującej tę iluzję, to znów w roli tej, o której żona pomyśli, że jest niczym, a jej się zda, że wszystkim. Co do trójkąta – poranieni są w nim wszyscy – on, one i ich dzieci. Dzieci szczególnie i nieodwracalnie.

Świetnie, że Magdalena Boczarska zintegrowała komizm z emocjonalną huśtawką, smutkiem i samotnością swojej postaci. Tym lepszy efekt, że scenariusz stawia nam przed oczy wszystkie Michaliny naraz. Niemalże. Opowieścią nie rządzi chronologia. Od pani w zamaszystej spódnicy i chustce na głowie, która toczy boje edytorskie, wracamy do osiemnastolatki. Młoda doktorantka zamaszyście krocząca w spodniach i żyjąca pod jednym dachem z kochanką męża, ustępuje miejsca tej dojrzalszej, euforycznie zakochanej w cudzym mężu – brzydkim mężczyźnie o nieodpartym uroku (Eryk Lubos!). Ta rozsypana kartoteka to świetny pomysł. Potwierdzam też, że trafnym zabiegiem jest bonus po napisach końcowych. Gdy wychodziliśmy z kina, na ekran raz jeszcze wróciła Boczarska-Wisłocka we fragmencie wywiadu. Rozczulający widok jak zaczarowała publiczność. Stali ludzie między rzędami, nie wychodząc, słuchając jej ostatnich porad o miłości i życiu. Z kredytem zaufania, że przecież „ślepy o kolorach nie prawi”.

Opowieść o Wisłockiej podobała mi się bardzo. O przesłaniu można by dyskutować. Wyrażone wprost brzmi pozytywnie: cieszyć się życiem, więcej wiedzieć i lepiej z wiedzy korzystać, przełamywać tabu tam, gdzie niepotrzebne. Jasne. Tu zadziwiającą sprawą jest to, że przekaz filmu nie brzmi anachronicznie, choć przecież świat tak się zmienił, że mógłby zalatywać szafą z molami. A nie. Widz chyba nie przychodzi po instrukcje, a opowieść o tym, jak sobie ludzie próbują radzić z nadmiarem, brakiem, niedopasowaniem i wszelkim innym niedogadaniem damsko-męskim – wcale nie pachnie naftaliną.

Zachowuję lekki dystans wobec feministycznych akcentów. Bo wydają mi się przerysowane. Pewnie tak było, że kobiety bardziej doceniały Wisłocką, bo mówiła o ich potrzebach, z ich perspektywy. Niewykluczone, że opór partyjnych cenzorów złamały ich żony i kochanki. Świetnie zresztą zagrane w epizodach przez Gruszkę, Stenkę i inne panie. Szarża ciut nadto. Komizm podbity ideą. Ta scena, gdy spotykają się na naradzie, by ruszyć do boju, do mnie nie trafia. 

Mniej mi przeszkadzają niezgodności biograficzne (nie umiem ich zresztą wychwycić, raczej przeczuwam dużo większy dramat dzieci i nieco mniej spójną osobowość bohaterki). Niech sobie będzie, że Michalina Wisłocka to szalona baba z pasją i marzeniem, by ludziom drogę do szczęścia utorować. Zawsze można doczytać i skonfrontować z faktami. Jeśli to komuś potrzebne.
[np. Rozmowa z córką Wisłockiej: TU]

sztuka-kochania-lubos-i-boczarska

pani z przedszkola

Pani z przedszkola, reż. Marcin Krzyształowicz, Polska 2014

Pani z przedszkolaWszystko przez to, że potrzebowałam komedii romantycznej. Nie jestem amatorką gatunku, ale czasami dobrze zobaczyć zgrabnie skrojoną  opowieść z humorem, happy endem i wątkiem miłosnym. Miał być Scenariusz na miłość albo Love, Rosie, ale zniknęły tego dnia z repertuaru. Metoda klin klinem podsunęła mi rozwiązanie: zastąpić kom.rom. zwykłą kom. Padło na Panią z przedszkola, bo to był dzień jej premierowych seansów. Skusił mnie zwiastun. A trzeba było wiedzieć, że uleganie pokusom szkodzi: na biodra, na sumienie i na poczucie sensu. Zależy od pokusy.

Można by walić na odlew w te zwiastuny. Skąd się toto wzięło i komu służy? Dobre filmy rozwala. Złym zwiastuje rozczarowanie. Na przykład Whiplash – świetny film o mistrzowsko rozegranym napięciu. Zobacz zwiastun, a masz rozwaloną całą strategię. Pożycza sobie sceny efektowne, ale zarazem przełomowe, łącznie z finałem, który jednak nie powinien być odkryty przed czasem. Z Panią z przedszkola jest inaczej, bo dramaturgia filmu jest dużo słabsza (lub delikatnie mówiąc: inna).

W zwiastunie mamy świetną Krystynę Jandę w roli neurotycznej babci, którą irytuje wnuk zbyt wolno robiący babki z piasku. Albo zjadający opłatek podczas wigilijnej wieczerzy. Tu w sukurs małemu przychodzi ojciec (Adam Woronowicz), który, owszem, podsuwa mu kolejny, bardziej wypasiony, z Matką Boską. Aktor – myślę sobie, oglądając trailer – trafiony w dychę. Gra gapowato i błyskotliwie, męsko i tatusiowo, aż się prosi o wysadzenie z siodła i obserwację poczynań w jakiejś nietypowej sytuacji. Tworzy parę z Agatą Kuleszą, która choć ostatnio obsadzana w wielkich dramatach, w komedii czuje się jak ryba w wodzie i niemal na pewno nie zawiedzie. A przede wszystkim można się tu spodziewać tytułowej pani z przedszkola, czyli Karoliny Gruszki, na którą poszłabym, bo dawno nie widziałam, nawet gdyby nie mignęła w zwiastunie. A mignęła: powabem, eterycznością, no… choć nie było tego na plakatach, obstawiałabym komedię romantyczną.

Tymczasem komedia jest mocno rozrzedzona. Jeśli odjąć gagi znane ze zwiastuna, to w ogóle nie ma się z czego śmiać. Rozmija się więc moje zapotrzebowanie i obietnica wypisana wielkimi literami na plakacie (Komedia, jakiej nie było!) z tym, co wyświetla się na ekranie. Nadużycie co prawda niewielkie, bo gdyby zmienić zaimek i znak interpunkcyjny, byłoby ok: Komedia, której nie było…

Czy to źle? A kto to wie. Może  i dobrze, choć nie tak, jak być miało. Spod wierzchniej warstwy przebłyskują jakieś zręczne pomysły. Na przykład klimat rodzinki widzianej przez pryzmat wspomnień mężczyzny, będącego niegdyś tym czteroletnim berbeciem z przedszkola. Albo konstruowanie latawców, które nigdy nie mogą się wzbić w niebo. Pani z przedszkola z błękitnymi skrzydłami. Aktorzy nie rozczarowują. Nie przekonuje mnie autorski projekt Krzyształowicza. Odpowiada za scenariusz i reżyserię, film dedykuje własnej mamie i to od niego zależy, o czym on tak naprawdę opowiada. A to jest właśnie niejasne. I nie dlatego, że nie odczytuję wielopłaszczyznowości Pani z przedszkola. Za dużo tu płaszczyzn, które nie zaskakują w punkt. Jakby się uruchomiły zębate koła, które w siebie nie trafiają. 

Chciałam napisać jadowitą recenzję zatytułowaną: „wystarczy zwiastun”, ale złość mi się rozcieńczyła. Naszła mnie wątpliwość, że być może film komu innemu zaoferuje coś ciekawego, a poszczególne sceny wskoczą we właściwe szyny i wszystko zagra jak trzeba? Niewykluczone. Ja tylko wypunktuję, co moim zdaniem jest pudłem.

Primo: wizyty u psychiatryOpowieść o rodzince przedszkolaka jest retrospekcją snutą podczas terapii. Dawny przedszkolak ma lat circe 35 i problemy z przedwczesnym wytryskiem. Dziędziel w roli psychoterapeuty doradza więc, by opowiadał, manipulując przeszłością. Koncept jak balon – nic, tylko przekłuć. Te opowieści wariantywne są … niespójne, nieprzylegające, przypadkowe chyba, a w każdym razie ja sensu nie odczytałam. Bohater na kozetce jest nijaki, tyle o nim wiadomo, co ten wytrysk, który jest przedwczesny. Leży koncept, leży film. Leży i kwiczy.

Secundo: narracja z offu i zmanipulowany dzieciak (swoją drogą przesympatyczny). Czterolatka gra chłopiec o imieniu India, uroczy, jak to dziecię. Nie mówi nic, po prostu jest. Za niego, z offu odpowiada Cezary Morawski. Chwilami wygląda to na kliszę przeboju I kto to mówi? (komedia amerykańska z Travoltą i Kirstie Alley). Śmieszne to nie jest, więc ratunek jedynie w tym, że ktoś dopatrzy się sensu, który mi umknął. 

Tertio: motyw lesbijski, a zwłaszcza pierścionek w łechtaczce. Bo nie rozumiem. Komizmu się nawet nie doszukuję. Oczywiście, wszystko to być może: przedszkolanka (Karolina Gruszka) ma prawo zakochać się w mamie przedszkolaka. Zwłaszcza, gdy ta mama (Agata Kulesza) nie jest najszczęśliwsza ze swoim zbzikowanym mężem (Woronowicz), wiecznie klejącym latawce. Przyznaję, brak mi argumentów, by wyjaśnić, dlaczego to nie przekonuje. Po prostu.

Quatro: przerysowana pani z tv (Anna Oberc) i Łukasz Simlat, który nie ma czego grać. Zwłaszcza Simlata mi żal. Nie żebym nie doceniała problemu z tym wytryskiem (terapeuta zna łacińską nazwę, szkoda, że nie zapamiętałam). Na miły Bóg, nie może przecież być tak, że jak się w dzieciństwie wącha z Tatą klej do latawców, to przez całe życie ma się ubytki na osobowości.

I na koniec eleganckie wnioski edukacyjne: 
a) Ktoś powie, że niepotrzebnie się czepiam, szukając komizmu, gdzie go być nie musi. Otóż, primo: musi, bo trailer sugerował, dystrybutorzy obiecywali, a reżyser szczyptę gagów na przynętę wrzucił. Secundo: jeśli nie komizm, to co? Wszystko, czego się dopatrzę, po chwili znika bez rozstrzygnięć.

b) Nie wierz nigdy trailerom. Najlepiej ich nie oglądaj. No, wiem, że seans w kinie człowiekowi nie odpuści. Ale gdyby ktoś znalazł sposób na skuteczną kontestację tych spojlerów, to proszę się nim podzielić.

c) Jeśli ktoś ma dużo czasu i lubi nieśmieszne komedie lub lekko zabawne filmy o bardzo ulotnym sensie, to koniecznie powinien zainwestować w bilet na Panią z przedszkola.