Archiwa tagu: kino amerykańskie

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

Reklamy

Kuracja Yaloma

Kuracja Yaloma, reż. Sabine Gisiger, USA 2014

Obejrzałam w kinie MUZA, w „tani czwartek”. W ofercie zdarzają się przy tej okazji różne cuda niewidy i to jest film z tej kategorii. Nie słyszałam wcześniej ani o Irvinie Davidzie Yalomie (ignorancja), ani o filmie (co wybaczalne, nie ma go nawet w indeksie FilmWebu). Warto było obejrzeć. Jeśli się komuś nadarzy okazja, proszę nie przegapiać. Dokument biograficzny, który trudno oceniać według kryteriów filmowych. Magnesem jest bohater. Dla tych lepiej zorientowanych w psychologicznym świecie znaczące może być nazwisko. Mnie ujął człowiek.

Druga dekada XXI wieku – Yalom (rocznik 1931) ma ponad 80 lat. Mieszka w pobliżu Palo Alto, już nie wykłada na Stanfordzie, lecz wciąż jest zawodowo czynny. Co zrozumiałe, gdy uwzględnimy zakres jego działań. To profesor psychiatrii, „ojciec psychoterapii”, pionier terapii grupowej. W Ameryce znany i popularny. Tym bardziej, że nie tylko badacz i praktyk, lecz również popularyzator i autor powieści. W Polsce wydawany przez Instytut Psychologii Zdrowia i przez Czarną Owcę.

Przyglądam się postaci bardzo otwartej i empatycznej, nieekspansywnej, skłonnej do zejścia na drugi plan. Uderza skromność, absolutny brak zachowań przywódczych (choć z powodzeniem występuje przed kilkutysięczną rzeszą słuchaczy na konferencji). Raczej introwertyk, z dobrze przepracowaną umiejętnością wchodzenia w relacje.

Pierwsze co mnie ujmuje to właśnie ta symbioza doświadczenia (podszytego zawodowym sukcesem) i świeżości. Profesjonalizm i „naiwność”. Pół wieku pracy terapeutycznej i gotowość do zaczynania kolejnego wyzwania jakby było pierwszym. Sztuka odkładania na bok gotowych mądrości. Mówi Yalom: pomagam ludziom, bo sam tę drogę przeszedłem wiele razy, czy nie tego oczekujemy od przewodnika? Nie w tym rzecz, że zna metę, ale że już szedł i widział, jak szli tą drogą inni, że też się wybiera w drogę. Chyba można zaufać?

Podoba mi się fragment z wyszperanego w Sieci wywiadu (TU), w którym odnosi się do Barucha Spinozy. Punkt wyjścia: namiętności są silniejsze niż rozum i często nas zwodzą. Nic dobrego nie wyniknie z tej konfrontacji. „Musimy zamienić rozum w namiętność”, uczynić z poznawania siebie przygodę. „Jako terapeutę prowadzi mnie to do chęci zwiększania wiedzy pacjenta o samym sobie. Często pytam: «Czyż nie jest interesujące, że ja wydaję się być bardziej zainteresowany tobą niż ty sobą samym? Dlaczego tak się dzieje?» Pomagam pacjentowi w zainteresowaniu się sobą samym, ażeby wraz z terapeutą byli podekscytowani wspólną pracą”.

Drugie co mnie ujęło i zaskoczyło to wiara w literaturę i filozofię. Ani stawianie pytań, ani szukanie odpowiedzi nie zaczęło się na kozetce u Freuda. Notabene: Yalom odleżał obowiązkowe (dla studenta psychologii) psychoanalityczne seanse i nauczył się dzięki nim, jakie drogi omijać. Literatura i filozofia penetrują ludzką „duszę” od zawsze. Oczywiście, brzmi to deklaratywnie, gdy powiem, że Yalom uczy się od pisarzy i filozofów. Powiedzieć łatwo. Moim zdaniem już deklaracja jest ciekawa, idąca pod prąd obiegowych wyobrażeń o psychologii coachingowo-NLP-owskiej. Skuteczność, wymierność, rozwiązywalność, użyteczność… Można się uczyć od charyzmatycznych coachów, mówców występujących przed wypełnioną salą, można też od tych, którzy utrwalili swe rozważania w esejach czy fabułach. To się nie wyklucza. Ale przeczuwam, że literatura i filozofia wprowadzają w te poszukiwania oddech. Otwartość (filozofia) i paraboliczność (literatura). 

Zanim pojawił się pomysł studiów medycznych, Yalom zachłannie czyta. Potem odkrywa, że wiedzę może spożytkować w terapii. A po latach koło się zatacza i – mając doświadczenie praktyka – wraca do literatury. Pisze książki, bo nimi może trafić do ludzi inaczej, szerzej i głębiej. Nie bezpośrednią diagnostyką, lecz analogią i leczniczą siłą narracji. Yalom pisze książki, sięgając po doświadczenia terapeuty. Ale też powieści, w których ożywia filozofów: Kiedy Nietzsche szlochał, Kuracja Schopenhauera, Problem Spinozy. Super sprawa. Korci mnie, by przeczytać i trochę boję się, że pan Yalom aż nadto jest sympatyczny, by mieć na dokładkę literacki talent. ;) Tytuły bliższe obserwacjom psychoterapeuty to: Kat miłości…, Istoty ulotne…, Leżąc na kozetce, Patrząc w gwiazdy.

Trzecia sprawa – coś, co zostaje wyrażone nie słowami, lecz wynika z całej filmowej opowieści – to świadectwo życia. Lekarzu, ulecz się sam. Psychoterapeuto, wyklaruj swoje życie. No i tu jest pułapka. Gdyby Yalom był świetliście uporządkowany, zakrawałoby to na ściemę. Gdyby się zanadto pogubił, to można by bez żalu machnąć ręką na porady. Uważam, że mieści się w bezpiecznym środku, z tendencją ku jasności. Kluczowe, że mówi o sobie w sam raz – nie stawiając siebie w centrum i nie chowając się za teorię. 

Jest synem polskich Żydów, którzy przed wojną wyemigrowali do Stanów, założyli tam sklep i – nie asymilując się – nigdy nie wyszli z getta. Ojciec umiera, gdy Irvin jest nastolatkiem, relację z matką będzie przepracowywał całe życie. W roli antidotum wystąpi żona, niezależna, dowcipna, ale nie dominująca. Małżeństwo udało im się nad wyraz. Zazdrości go im ich czworo dzieci (każde po rozwodzie). Podpatrują wnuki. I jestem w stanie uwierzyć w terapię, patrząc na to jak stabilnie czuła się przy panu Yalomie pani Yalomowa. Jeśli w związku ktoś musi być tym, któremu zależy ciut bardziej, to oficjalnie w tę rolę wchodzi Irvin. Żona lekko kokietuje, że – ach, czasami wyfruwała w pragnieniach tu i tam, ale dodaje – on mnie zawsze bardzo ciekawił. Choć tym, co może w Irvinie Davidzie Yalomie ujmować najmocniej, jest właśnie to niesilenie się na atrakcyjność i deklarowanie stałości. 

manchester by the sea

Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan, USA 2016

manchester-by-the-sea

Bank rozbity. Najlepszy film w oscarowym wyścigu. Aż trochę żal innych dobrych, które muszą zejść na drugi plan. Film nie do przeoczenia. Najlepiej bez wcześniejszych rozczytań. Pójść do kina, obejrzeć tę opowieść, pośmiać się, poczuć ból, oniemieć, zdziwić tym, ile emocji i dramatu nosimy pod skórą – wszyscy, choć Lee Chandler ma historię szczególną. 

Nie spojleruję, gdy nie muszę, ale po gwiazdkach tekst na „po seansie”.
Swoją drogą: piszę, żeby się zmierzyć, ale żaden komentarz niczego do filmu nie wniesie.
Wszystko już w nim jest.
Fenomenalnie rozpisane, zagrane, wyreżyserowane.
***

Można założyć, że kluczowy dramat dotyczy postaci granej przez Caseya Afflecka – Lee Chandlera. Dotknęła go tragedia, naznaczyła traumą, rozwaliła życie. Wypaliła do cna. Ale to życie nadal trwa – rozgrywało się „przed” i wciąż dopisują się nowe wątki „po”. Tragedia jest punktem zwrotnym, lecz wcale nie w niej umieszczone jest centrum opowieści. 

Zanim dowiemy się, co się stało, jesteśmy wciągnięci w teraźniejszość. Przeszłość powraca w reminiscencjach (które dopowiadają, co w danym momencie potrzebne i budują napięcie). Okazuje się, że teraźniejszość i różne tonacje wspomnień są tak samo ważne, jak ten jeden punkt z przeszłości. Lee (dozorca z Bostonu, człowiek od każdej roboty i od żadnych pieniędzy) wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w stanie Massachusetts. Zmarł jego brat – Joe, trzeba więc pilnie działać i organizować nową rzeczywistość. I jeszcze zmierzyć się z absurdalnym testamentem, w którym Joe zawierza bratu opiekę nad swym 16-letnim synem, Patrickiem. Lee ma potężną blokadę przed wejściem w tę rolę, choć bratanka nie sposób nie lubić.

A więc nie tylko Lee. Są świetnie stworzone postaci drugiego planu. Pojawiający się we wspomnieniach starszy brat, Joe (Kyle Chandler) – dowcipny, zaradny, lubiany przez wszystkich, znany z dowcipów o rekinach. Randi (Michelle Williams), eksżona Lee, wspólniczka bólu po śmierci ich dzieci, gotowa zaczynać nowe, mimo że to, co minione, wciąż rani. Wspomniany już Patrick (Lucas Hedges), wrażliwy i przebojowy zarazem, mający przyjaciół, dwie – niewiedzące o sobie – dziewczyny (i tabun chętnych), niby pośród ludzi, lecz sam, zdany na nieswoje decyzje o swoim życiu. Miałby opuścić Manchester? Tu gra w drużynie hokejowej i w muzycznym zespole. Jeśli do tematów głównych wrzucić związek z miejscem i z ludźmi tworzącymi lokalną społeczność, to nie będzie to nadużycie. 

Jednak przede wszystkim Lee, (genialny, oszałamiający, fenomenalny) Casey Affleck. O nim też dowiadujemy się sporo z lakonicznych komentarzy innych. „TEN Lee Chandler!”. Gość, z którym chętnie poromansowałyby klientki z Bostonu i mamusie z Manchesteru. I na którego się skarżą, że nierozmowny, nietowarzyski, nie do życia. Jak „dorosły” nie pogada o wszystkim i o niczym. Może natomiast przyłożyć i wdać się w bójkę. Te barowe kontry to chyba jego jedyny sposób na danie ujścia emocjom i napięciu. Poza tym jest zgodliwy, jak człowiek z pustką w środku. 

Sceny, w których bezpośrednio odnosi się do tego, co utracił są nieliczne. 1) Reminiscencja pożaru, gdy wtapia się w obserwujących, nic już nie mogąc zmienić. Tylko obraz i oratorium Haendla w tle. 2) Scena na komisariacie – apogeum rozpaczy, gdy relacjonuje zdarzenia i czeka na sprawiedliwość. A gdy usłyszy, że zapomnienie o postawieniu ekranu przed kominkiem to nie zbrodnia i miliony ludzi robią podobne rzeczy każdej nocy – uleci nadzieja na karę. Weźmie to w swoje ręce. A skoro nie da się przeciąć od razu, to zafunduje sobie karę niepomiernie większą. Życie z poczuciem winy niewybaczalnej. Jest jeszcze 3) scena spotkania z Randi, o niezwykłym ładunku emocjonalnym. Gdy próbuję przypomnieć sobie, co mówi Lee, wydaje mi się, że nic – zaprzecza i ucisza Randi. Ale w tym poszarpanym dialogu dużo się mieści. Na przykład desperacja i pewność, że Lee już sobie nie zaufa, na żadną nową kartę od losu nie czeka. 

Dramatyczne wydarzenia, smutek oratoryjnej muzyki, okoliczności żałobne i ludzie poranieni życiem – to jedno. Można by po tych słowach zgadywać, że tonacja jest patetyczna. A wcale nie! Genialne jest właśnie to przemieszanie tragizmu i zwykłości, powagi i dowcipu. Affleck dokłada do tego swoją grę, Hedges – energię nastolatka, ale mistrzostwo trzeba przyznać scenarzyście-reżyserowi. Podziw dla Kennetha Lonergana! Trwam w zachwycie nad dialogami! Żadnej szarży. Affleck się chyba ani razu nie uśmiechnął, choć źródłem dowcipnych sytuacji czy słownych rozgrywek jest wielokrotnie. Rozmowy o grobie, wizyta w kostnicy, przejęzyczenia czy banalna wymiana codziennych komunikatów… Jak się to miesza! Nastolatek, który po śmierci ojca kombinuje, jak namówić na seks dziewczynę i wyprowadzić w pole jej mamusię, chwilę później przeżywa atak paniki po otwarciu lodówki. Ten balans daje szansę, by unieść dramat opowieści. Nie otwiera optymistycznej perspektywy, bo jej nie ma. Za to pozwala na dostrzeżenie wspólnoty doświadczeń. Bo zarówno więzi między ludźmi, jak i codzienne krzątanie się, mimo śmierci jakoś dzieją się nadal. Czas dalej się toczy, biegnie, upływa, czy jak to tam nazwać. 

Tylko Lee czuje, że czas niczego nie leczy i nie ulepsza. I że mógłby popełnić te same błędy wciąż na nowo. Brak samorozgrzeszenia połączony z sympatią, jaką budzi jego postać działa naprawdę mocno. Nie przynosząc katharsis.

milczenie (Martin Scorsese)

Milczenie (Silence) – reż. Martin Scorsese, USA 2016
milczenie

Jest o co się czepiać i czemu dziwić. Jako że większość rzeczy nie wyszła, nie mam motywacji, by zastanawiać się, czy to jest wielkie kino i jak się ma ten film do tych najlepszych, które dotąd Scorsese nakręcił. Ma się nijak. 

O Milczeniu Shusaku Endo pisałam w poprzedniej notce. Wróciłam do tej powieści właśnie po to, by przyjrzeć się, co zrobi z nią reżyser. Zajmę się więc tylko tym, co dotyczy przeniesienia literatury na ekran. 

Nie żałuję, że widziałam, bo obrazy robią wrażenie. Przestrzeń nieba i morza, zieleń japońskich gór w rejonie Nagasaki, człowiek, w ten świat wrzucony – pierwszorzędny dodatek dla czytelnika. Miasteczko Goto, w którym zostały tylko koty. Mgła rozmywająca kontury. Operatorem jest Rodrigo Prieto, zdobywca Żab na Camerimage, współpracownik Iñárritu i już wcześniej także samego Scorsese (Wilk z Wall Street).  Zdjęcia są świetne. Choć może decyzje reżyserskie nie zawsze im pomagają. Japońscy wieśniacy i urzędnicy wydają mi się jakoś mniej przekonujący, ujednoliceni i szarzy. Jasna rzecz, że nie oczekiwałam filmu-pocztówki. Ewangelizacja przeprowadzana była przecież wśród wiernych z najbiedniejszych kręgów, na XVII-wiecznej japońskiej wsi. Nie umiem nazwać, co tu nie gra, ale nie udało mi się przenieść w tamto miejsce i czas.

Wizualność najefektowniej prezentuje się w scenach tortur, co do których mam ambiwalentny stosunek. Z nimi wiązały się moje obawy. Nie sposób ich nie pokazać, ale łatwo przedawkować i niechcący pójść bardziej w ilustrację niż w dramaturgię. Oba zagrożenia zmaterializowały się w filmie Scorsese. Cierpień dużo, efekt niewspółmierny do głębi tematu.

Być może grzeszy tu główny aktor, którego reakcje na tortury są dodane w pakiecie. Może to rzecz gustu… ale do mnie Andrew Garfield nie trafia. Wciela się w rolę jezuity Sebastião Rodriguesa, który przybył do Japonii ze współbratem, by służyć chrześcijaństwu i odnaleźć ojca Ferreirę (który podobno Boga się wyparł). Współbrata, Francisco Garupe, gra Adam Driver. Obaj panowie są wschodzącymi gwiazdami Hollywood. Obaj mieli w tym sezonie lepsze kreacje – zwłaszcza Driver (w Patersonie), a Garfield dostał nawet nominację do Oscara za rolę w Przełęczy ocalonych. Już jako Desmond Doss był sztywniakiem, na szczęście efektywnym. Żaden z misjonarzy nie przemawia do mnie na tyle silnie, bym wydobyła z siebie empatię. Strzałem w kolano jest Liam Neeson, który gra, jakby chciał zrobić reżyserowi na złość. Większość plakatów Milczenia przemawia jego wizerunkiem. Po seansie stwierdzam, że ta bolejąca twarz, zbyt dosłownie emanująca rozdarciem, nomen omen trafia w sedno.

Dosłowność osiąga tu Himalaje. Wiem, że opowieść literacka o wewnętrznych rozterkach, o milczeniu Boga, o walce wiary z niewiarą nie jest prosta do przeniesienia na ekran. Strategie narracyjne Shusaku Endo trzeba by strawestować obrazem, skrótem, ekwiwalentem. Tym większa towarzyszyła mi ciekawość. I choć często prostota rozwiązań bywa strzałem w dziesiątkę, tu okazała się (śmiertelnym) strzałem w serce. Scorsese wprowadza narrację z offu. Naprawdę! Listy Sebastião są podłożone pod obraz-ilustrację zdarzeń lub samotności. Rzadko kiedy pomysł z dopowiadaniem z offu się sprawdza, na ogół potwierdza, że dostaliśmy erzac zamiast filmu. Kulminacją jest scena, w której z offu mówi nawet Bóg (!). Nie dość, że Sebastião wypowiada wprost swoje zwątpienie, swe pytania-zarzuty do milczącego Boga. Gdy waha się, czy publicznie (symbolicznie) wyprzeć się Boga, by ocalić męczenników, Jezus patrzy na niego z fumie (deptanego obrazu) i mówi: „Możesz to zrobić. Rozumiem. Cierpię z tobą”. Aż nie wierzę.

Ta część opowieści, gdy Sebastião żył w Japonii jako apostata jest naprawdę interesująca. Nie dość, że się wyparł, został zdrajcą (tak bardzo brzydząc się zdradą wcześniej), to jeszcze kazano mu po wielokroć odnawiać procedurę fumie. A nawet prześladować chrześcijan, bo zatrudniono go wraz z Ferreirą do rozpoznawania chrześcijańskich znaków wśród przedmiotów przywiezionych do Japonii na europejskich okrętach. Konsekwencją były tortury dla właścicieli tych artefaktów. Ale w tekście Shusaku Endo jest niedopowiedziana tajemnica. Lektura Milczenia była dla mnie również refleksją nad relacją między zewnętrznym i wewnętrznym wielbieniem Boga. Nad spójnością obu form. Można uznać, że skoro Sebastião zewnętrznie wiary się wyrzekł, to dalsze rozterki są już tylko rozpamiętywaniem. Można też trwać przy tym, że nigdy nie wyparł się do końca, że tylko on i Bóg mieli wgląd w głębię tej tajemnicy. Scorsese zrobił coś nieprawdopodobnego: pokazał „wiarę mimo zdrady” dosłownie. Jego Sebastião nosi intymnie skryty mały krzyżyk, który żona dołącza do jego zwłok. Koncepcja uwewnętrznienia wiary, pomimo zewnętrznych deklaracji, legła więc w gruzach. Bez krzyżyka ani rusz.

Zakończę dobrym akcentem. Do obrazu dołączę dźwięk, zwłaszcza ciszę, która w niektórych momentach działa piorunująco. Bodajże w scenie śmierci Francisco, a na pewno w ekspozycji i zakończeniu. To również dosłowność, ale ocalająca. Niestety, nie na tyle, by ocalić cały film.

Filmoznawcy mają takie szczęśliwe pojęcie (zaproponowane przez Alicję Helman): „twórcza zdrada”. Dotyczy ono filmowych adaptacji literatury. Sedno w tym, że by być wiernym pierwowzorowi, trzeba zdradzić. Trzeba odejść od literackiej formy, by znaleźć dla niej formę filmową. I wtedy, mimo odstępstw, wierność można ocalić. Że też Scorsese nie zastosował tego konceptu! Zwłaszcza, że poniekąd o tym jest jego film.

moonlight

Moonlight – reż. Barry Jenkins, USA 2016
moonlightOpowieść o dojrzewaniu. W warunkach niecieplarnianych. Z kilkoma kłodami w życiowej scenografii. Z księżycową poświatą. 

Księżycowe światło, obecne w tytule, bierze się z opowieści Juana, który małemu Chironowi wyjaśnia, że ono zabarwia na niebiesko. Czarni chłopcy w blasku księżyca są błękitni – powiedział ktoś. Czarnym chłopcem jest główny bohater, Chiron, wychowywany samotnie przez nieodpowiedzialną matkę. Blue jest kolorem smutku. Ale też inności, introwertyzmu, samotności. W tym kolorze można zanurzyć Chirona jak w Atlantyku, w którym uczył się pływać.

Czy samotność wyostrza świadomość tego, kim się jest, czy zagłusza? Oczywiście, sprzyja introspekcji, kumuluje myśli, nie resetuje ich zabawą i beztroską. Ale znów – nie daje szans na konfrontację, na poczucie wspólnoty, wymianę energii. Pytanie w zawieszeniu. Obie te sprawy – samotność i tożsamość – w filmie Barry`ego Jenkinsa są kluczowe.  Chiron dorasta bez ojca, ale zastępuje mu go miejscowy diler narkotyków, wrażliwy i empatyczny Juan, który otwiera przed nim dom i daje życiowe rady. Jedna z nich dotyczy tego, by wiedzieć, kim się jest i nie pozwolić, by wmówili nam to inni.

Inność będzie miała m.in. kontekst gejowski. Nie sposób nie zauważyć, ale nie bardzo mnie ten aspekt interesuje. Gdy Chiron jest dzieckiem, odrzucanym przez rówieśników, ściągającym na siebie ich agresję, nie ma to przecież nic do rzeczy. Wrażliwość i wycofanie są poza orientacją seksualną, choć zwyczajowo przypisuje się je mniejszościom. Uproszczenie, za którym nie pójdę. 

Ta historia ma trzy rozdziały i trzy aktorskie wcielenia w rolę główną. Reżyser stosuje twardy montaż z wyciemnionym kadrem. Odgradza części i epizody. Ale buduje mosty. I tak: w rozdziale „Little (Mały)” w ostatnich sekwencjach Alex R. Hibbert zostaje zastąpiony przez Ashtona Sandersa, a w rozdziale „Chiron”, wkracza już Trevante Rhodes, najstarsza wersja bohatera. Ta postać to centrum filmu, wszystko się na niej skupia i w niej rozgrywa. Świetnie, że aktorzy wpisali się w bardzo spójny portret. Zewnętrznie podkreśla to filmowy plakat, na którym twarz ma zarazem patchworkowy, jak i osobniczy zarys.

moonlight2W każdej twarzy uwagę przykuwają spokojne, lecz smutne oczy. Wymowne bardziej niż język, bo Chiron jest milczkiem i wołami trzeba wyciągać z niego informacje. Dlaczego Chiron jest „inny”? To, że wychowuje go matka, której świat kręci się wokół kolejnych szans na działkę narkotyków, nie naznacza go chyba szczególnie. Akcja rozgrywa się w biednej dzielnicy Miami, więc nieopodal muszą być chłopcy o podobnym pochodzeniu. Kryterium społeczne niewiele może wytłumaczyć. Najchętniej zostanę przy tym, że to sprawa charakteru – nieśmiałości, unikania bójek, przyjęcia na siebie roli ofiary i niekomunikowania siebie. Co oni tam wszyscy razem mogą o nim wiedzieć? Kiedyś Juan, potem tylko jeden kolega go rozumie. Kevin. Ale ten, choć podobny, lepiej się zna na kamuflażu. Stanie przeciw Chironowi, żeby udawaną odwagą zakryć swój strach.

Powraca echo nauk udzielanych Chironowi przez Juana. Można decydować o tym, kim chce się być. Tworzyć swoją tożsamość. Teza lekko na wyrost, ale Chirona zainspiruje. Dotrze do niego ni stąd ni zowąd, gdy upokorzenie będzie ponad miarę. I choć taka skrajna metamorfoza jest dramaturgicznie ryzykowna, to wypada przekonująco. Wszystko w tej opowieści – w jej pierwszej i drugiej odsłonie – jest przekonujące. Do czasu, gdy zacznie się rozgrywać etap trzeci.

Dorosły Chiron, choć łączy go z przeszłością jakaś aura, powiedzmy: moonlight, jest kimś, kogo się nie spodziewałam. Jakby kierowała nim potrzeba ucieczki przed sobą. To, kim ostatecznie się stanie, nie zostało jeszcze przesądzone. Im bardziej jest sam, tym wie mniej. Problem z trzecią częścią wiąże się nie tyle z postacią bohatera, ile z tym, jak rozegrane są sytuacje, w których bierze udział. Słowem: pęka scenariusz. Przynajmniej takie były moje pierwsze wymienione po seansie uwagi. Zdublowane wrażenie fałszu, dosłowności i zbytecznych wątków.

Postać Juana zniknęła w części pierwszej. Powraca natomiast matka i przyjaciel z dzieciństwa. Aktorka grająca matkę (Naomi Harris) dostała nominację w oscarowym starciu o najlepszą drugoplanową postać żeńską. Szanse byłyby większe, gdyby tę rolę rozpisano z większym sensem. Wiarygodności nie podważam, różnie w życiu bywa. Ale jeśli „zła mama” jakąś rolę odgrywa, to już ta „nagle dobra mama” nie przekonuje ni w ząb. Niepotrzebnie uwagę zawłaszcza. Nie wiem, skąd się ta historia wzięła, czy ma jakąś życiową inspirację, której reżyser-scenarzysta trzyma się uparcie, czy co? Pytam, bo nie rozumiem, po co to domykanie historii. Wszystko, co dzieje się między Kevinem a Chironem w tej restauracyjce w Miami jest takie… Z jednej strony przewidywalne. Jak piosenka z grającej szafy, której słowa tłumaczą, co się dzieje, gdyby ktoś przespał kawałek filmu. Z drugiej strony – właśnie zaskakujące, jakby reżysera zastąpił mniej utalentowany dubler. Tyle pięknych niedomówień jest w dwóch pierwszych rozdziałach. Została z nich tylko nieśmiałość Chirona. Dobrze, że choć to. Bo Chiron, w złotym łańcuchu, ze złotą szczęką, w innym muzycznym klimacie i z odmienioną pozycją społeczną, jest wciąż niepewnym siebie, ale sobie wiernym, cichym chłopcem. 

Moonlight to film doceniony wszechstronnie. Wygrane Złote Globy (w kategorii dramat, tej, w której nie startował La La Land) i osiem nominacji do Oscara. Akurat chłopca i młodzieńca wcielających się w Chirona pominięto. Za nich trzymałabym kciuki. Bez dwóch zdań słuszne jest zauważenie montażu, zdjęć i muzyki. Zwłaszcza muzyki, za którą odpowiada Nicholas Britell. Wcześniej nie kojarzyłam nazwiska, ale czas to zmienić. Britell ma na swoim koncie muzykę do Opowieści o miłości  mroku i do Big Short

Gdybym znów coś zakręciła i niejasne było, czy jestem na tak czy na nie, to dookreślam. Warto zobaczyć i posłuchać. Zapadają w pamięć smutne oczy i błękitna poświata. Nie jest to jednak mój faworyt na film stulecia. Ani nawet na film miesiąca. Zobaczyć trzeba, bo tylko w ten sposób uwierzy się w rzecz niebywałą: w modę na wkładanie sztucznych zębów. Dwa przypadki w tym temacie to już moda (Toni Erdmann i duży Chiron).

amerykańska sielanka

Amerykańska sielanka (American Pastoral) – reż. Ewan McGregor, USA 2016american-pastoral

Z kilku powodów zobaczyć warto. Może nawet z kilkunastu. Choć gdyby spojrzeć przez pryzmat stricte filmowych kryteriów, to raczej nie jest to pierwsza liga.

Zacznę od Philipa Rotha, którego nagrodzoną Pulitzerem powieść McGregor zekranizował. Amerykańska sielanka (1997) to jeden z filarów trylogii, która diagnozuje USA i być może pozwala je zrozumieć. Kilka książek Rotha zostało sfilmowanych. Podobno tylko z tej ostatniej próby pisarz jest zadowolony. Przed McEwanem sięgali po jego prozę m.in. Robert Benton – Piętno (Ludzka skaza) i Isabel Coixet – Elegia (Konające zwierzę). 

Znaki firmowe Rotha: jesteśmy w New Jersey, w mieście Newark, rodzinnych stronach pisarza, a narratorem, filtrującym zasłyszane zdarzenia jest alter ego Rotha – Nathan Zuckerman. Na szkolnym zjeździe spotyka przyjaciela, który wtajemnicza go w historię swego brata, podziwianego niegdyś przez Zuckermana. Wybrzmiewa ostatni akord, nazajutrz pogrzeb, Zuckerman zdąży na finał historii. Retrospektywa – ujęta w klamrę wspomnień z młodości i żałobnej ceremonii – to esencja opowieści. Opowieści o jasnowłosym chłopcu z bogatej żydowskiej rodziny, o Seymourze zwanym Szwedem, któremu wszystko w życiu się udawało, po którym spodziewano się rozmachu i dobra. Jak to u Rotha: w życie jednostki wkracza społeczny i polityczny kontekst. Wkracza i przestawia azymut. 

Epicką narrację obejmującą kilka dekad (kluczowe wydarzenia rozgrywają się u schyłku lat 60.) rewelacyjnie dopowiada muzyka Alexandre`a Desplata. Na pewno jeden z powodów, by nie odpuszczać sobie seansu. W rolę Szweda wciela się reżyser, Ewan McGregor. Jego bohater jest jasny, szlachetny, dobry, empatyczny, pracowity, to ktoś, na kim można polegać. Superlatywy budzą podejrzliwość – początkowo skierowaną na uproszczenia reżyserskie, później zyskują one drugie dno. Może o to chodzi, że to idealista, przeganiający z nieba chmurki? Szwed naprawdę jest ok: kocha swoją rodzinę, swoją pracę, wierzy w amerykańskie wartości i jest dumny, że swoim codziennym staraniem czyni świat odrobinę lepszym. Wydaje mi się, że film nie sugeruje dystansu, który znalazłam w rozmowie z tłumaczką Rotha, Jolantą Kozak (TU). Ta rozmowa, sięgająca po sensy wpisane w powieść, pozwala mi odzyskać film, czyli zobaczyć coś, co jest w nim w ilościach śladowych. Naiwność poczciwych ludzi. Iluzoryczność ładu, który odgradza się płotkiem od chaosu zza miedzy.

To jeden z głównych tematów: jak poradzić sobie ze światem, który wyszedł z ram. Spada zapotrzebowanie na damskie rękawiczki (rodzina Levovów to potentaci w branży), różnego typu „wkurzeni” atakują „system”, ukochana córeczka staje się terrorystką. A Szwed naprawdę próbuje być ok, tylko nie nadąża. Nie ogarnia. Jest taka scena: Merry jest dziewczynką (samotną, zazdrosną o tatusia, ciekawą świata) – i widzi w telewizyjnych wiadomościach relację z samospalenia mnicha. Rodzice wyłączają telewizor. Mówią: nic się nie stało, to daleko stąd. A mała nie może zrozumieć, że nikogo nie obchodzi los zdesperowanych ludzi. Kluczowe. Bo dalsze nieporozumienia pogłębiają rozdźwięk. Między tymi, którzy chcą zmieniać świat, niszczyć pozorny porządek, radykalnie burzyć podstawy stabilizacji sytych, a tymi, którzy ratunek widzą w izolacji przed barbarzyństwem. Sedno w tym, że nadchodzi czas, gdy na wszystko jest już za późno. Poczciwy Szwed chce zrozumieć, ratować, wspierać. Nie w czas. Fala gniewu i terroryzmu miesza ludziom w głowach. Nie ma miejsca na negocjacje. Naiwność poczciwych nie oznacza, że radykałowie są dojrzali. Znaczy tylko tyle, że idealistyczne wpatrywanie się w słońce i niedostrzeganie nadchodzących cieni zapowiada bezkresną porażkę.

Szalenie aktualna diagnoza. Terroryści i wkurzeni to słowa modne dziś. Zapomniałam, że to moda retro. Był czas wojny w Wietnamie, który skompromitował amerykańskie elity. Sprzyjał więc populistom i radykałom, rewolucjonistom, burzycielom i nadwrażliwcom, którzy jak Merry szamotali się między skrajnościami: od bezwzględnych krwawych ataków po wycofanie się i litość do owadów. Niemniej zagubieni są ludzie poczciwi, którzy chcą uratować to, co im najbliższe, nie dostrzegając, że są częścią systemu naczyń połączonych. Rubieże i centrum jakoś od siebie zależą.

Podczas seansu najsilniej dotarł do mnie ból rodzica, który bezradnie patrzy, jak dziecko przechodzi na stronę zła. Po pierwszym ataku terrorystycznym Merry (zginął pracownik poczty), Szwed z żoną (Jennifer Connelly) odwiedzają rodzinę zabitego. Z przytłaczającym bagażem emocji i niemocą ich wyrażenia. Nie mieści im się w głowie, że źródłem zła jest ich Merry, ale muszą wziąć na barki jej winę. Znaleźć jakieś słowa, którymi zbliżą się do bólu osieroconych. Padają wówczas dwa paradoksalne wyznania. Pierwsze wypowiada Szwed – kocham córkę bardziej niż kiedykolwiek, gdy widzę, jak zabłądziła. Drugie jest odpowiedzią żony ofiary ataku – wy też jesteście ofiarami (mówi do rodziców Merry), różni nas to, że my jako rodzina przetrwamy. 

Pominę konsekwencje: to, że Szwed i Dawn przeżywają utratę córki inaczej, choć jednakowo silnie i  że to ich nie zbliża. Liczne próby wchodzenia z diabłem w spółkę, byle odzyskać dziecko. Przeżywane pewnie po wielokroć rozczarowanie i poczucie winy. Wszystko zaczyna się, gdy w prywatność wkracza kontekst zjawisk społeczno-politycznych. One antagonizują, zderzają racje. Lecz ostatecznie i tak powraca to co najprywatniejsze. Córka jest córką. Czy wolno/trzeba odciąć się od niej, nie firmując zła, które czyni? Czy być trwającym przy dziecku ojcem/matką, niczego nie poddając ocenie?

ewan-mcgregor-hannah-nordberg

Zdecydowanie warto sięgnąć po amerykańską trylogię Philipa Rotha: Amerykańską sielankę, Wyszłam za komunistę i Ludzką skazę. Znam tylko część ostatnią – więc tę deklarację dyktuje mi niedosyt.

Co z filmem? Trafia w aktualne nastroje. Pozwala spojrzeć na terroryzm z rzadziej analizowanej strony. Terroryzm lat 70.! To, że wyważa problemy globalne i prywatne jest zaletą. Muzyka Desplata! Świetne aktorki wcielające się w rolę Merry (młodsza to Hannah Nordberg, starsza – Dakota Fanning). 

McGregor jednak tak bardzo próbuje przekonać do siebie widza, że jego Szwed Levov ma za mało pęknięć. Córka depcze jego poczciwe zasady, żona zarzuca mu, że skradł jej życie, brat przekonuje, by odpuścił przeszłość i nie brał decyzji Merry na swoje konto. A on wciąż nie pęka. Cierpi i dławi się szlachetnością. Jeśli w powieści Rotha jest tak, jak wnioskuję po wysłuchaniu radiowej audycji (link w 4. akapicie), to Szwed wpada w stupor, „bo takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Nie ze złej woli, lecz z ograniczeń i iluzorycznych przywiązań. To niekoniecznie czerń, ale i nie świetlistość, w jaką wyposaża swego bohatera McGregor.

Udzieliło mi się napięcie budowane w filmie do czasu przejścia Merry na stronę radykałów. Dalej jest gorzej. Sposób rozegrania postaci Rity („wysłanniczki” Merry), odnalezienie córki w nowej odsłonie, celebrowanie ojcowskiego przywiązania – nie przekonują mnie. W końcowych scenach Zuckerman opowiada, że Szwed nigdy nie pogodził się za stratą. Na ekranie widzimy pięć czy sześć ujęć z McGregorem stojącym bezradnie przed ruiną, w której ostatni raz widział córkę… McGregor jest coraz starszy, by widz zobaczył upływ czasu… Tego rodzaju dosłowność jest autodestrukcją. 

La La Land

lalaland-4Jejku… Uśmiech Goslinga pokroił mi serce w plasterki. W ostatniej scenie…, gdy gra w swoim klubie „ich” piosenkę. City of Stars. Nie śpiewa, tylko gra. Tak długo aż Emma zobaczy wszystko w tej alternatywnej rzeczywistości.

Wyszłam z kina z „ojejku” na ustach, bo co tu mówić więcej… Aż głupio mi było, że ryczę, przecież to melodramat. Bajka jak nic. Wszystko w punkt jak być powinno. Z dodatkiem goryczy, która uszlachetnia, tak szczęście, jak nieszczęście. Wpadną na siebie tyle razy, ile trzeba. Taniec zmieni się w miłość albo miłość w taniec. Zawirują gwiazdy. Muzyka nie da się zapomnieć i City of Stars będzie się snuć po głowie jeszcze długo po seansie. 

Młodość na planie pierwszym: ona chce być aktorką, a on kocha jazz i marzy o własnym klubie. Póki co barmanka (Mia) chodzi na castingi, a pianista (Sebastian) gra do kotleta i pod dyktando pop gustów. Ale marzą, a marzycieli trzeba kochać, choć wprowadzają chaos i miszmasz.

***

Zgaduję, że każdy, kto o tym filmie się wypowie, doda, że reżyserem i scenarzystą jest gość, który stworzył Whiplash. Damien Chazelle, trzydziestolatek z darem opowiadania historii doprawionych muzycznie, utrzymanych w napięciu, zjednujących widza humorem. Trudno, by było inaczej. Ma dar. Gdyby streścić Wiplash w dwóch zdaniach, nie trafiłby na listę must see: – Sparing nauczyciela i ucznia. W tle próby dwóch jazzowych kawałków na zmianę. Z nowym filmem podobnie: w dwóch zdaniach niby nic, a seans świetny.

Kilka składników zbliża do siebie receptury obu filmów. Pierwszy: muzyka bezpośrednio w fabule (diegetyczna) i sentyment do jazzu. Co prawda jazz jest tu jednak mainstreamowy, w La La Land serwowany delikatnie, raczej po to, by zasugerować, że bohater jest freakiem, niż po to, by jazz popłynął totalną improwizacją. Zabawnie obrazuje to postać szefa klubu, w którego wciela się J.K.Simmons. Gdy się pojawia, otwiera drzwi wspomnień: ach, to ten zamordystyczny dyrygent z Whiplash, który nigdy nie mówi good job, dla którego świat muzyki zaczyna się na jazzie i na nim się kończy. W La La Land jazzu nie cierpi, odgraża się, że niech no Seb zagra coś w tym tonie, to wyrzuci. 

Drugi składnik-łącznik to minimalna liczba rozgrywających akcję aktorów. Można rzec: aktorów jest dwoje, reszta to trzeci plan i epizodyści. Tym piękniej, że aktorzy pięknie dobrani. I Emma Stone, i Ryan Gosling to młodzi niedebiutanci. Niesamowity potencjał wnosi zwłaszcza Gosling. Amantów już grywał – był pięknym chłopcem, gangsterem, looserem. Najmilej pamiętam go w parze z Michelle Williams (Blue Valentine). Tu jednak romantyzm miłosnego duetu przyprawiony jest humorem. I tym wszystkim, czym Gosling nasiąkł, grając -np- safandułowatego gościa w duecie z Russelem Crowe w Nice Guys. W La La Land szczególnie w dwóch scenach jego bohater przyłapany jest na obciachu. Gdy podczas chałtury, na życzenie panienki (Mia rozgrywa zemstę) gra w pokracznym stroju disco hit „I Ran (So Far Away)”. I podczas sesji zdjęciowej, która pozbawi go złudzeń, że kompromisy nie deformują twarzy. Dla fotografa muzyka jest kwiatkiem do kożucha, liczy się miniastość. 

Trzeci składnik, którego można się po Chazelle`u spodziewać, to marzenie o sławie i szukanie w sztuce mistrzów, za którymi chce się podążać. Słowem: nie o sukces wyłącznie chodzi, lecz o zgranie osiągnięć z tym, co gra w duszy. Można to przypisać bohaterowi poprzedniego filmu, idącemu tropem Charliego Parkera. Taki też jest Sebastian z La La Land, słuchający muzyków, których nie ma na poplistach. Gdy o nich mówi, jasne jest, że sedno sukcesu to zaproponowanie innym siebie, wolność bycia sobą i to swoją najlepszą wersją, wymagającą pracy i determinacji. Mia, która szuka po omacku, klucz do kariery znajdzie w opowieści z własnego życia. Sama napisze sobie monodram. A później przekona do siebie opowieścią o swoich inspiracjach. Chazelle dodaje za każdym razem, że wszystko ma swoją cenę. Za marzenia płaci się słono. Myślę, że to łączenie optymizmu z goryczą daje filmom Chazelle`a wytrawny posmak.

Dodam, że nie tylko bohaterowie chcą być artystami i szukają wskazówek u mistrzów sprzed lat. Reżyser robi to samo. Sięgnięcie po musical, melodramat i komedię (proporcje akuratne!) to zakorzenienie w kinie gatunków. Styl retro wraca w wielu scenach. Czasem mogę rozpoznać pierwowzór (Fred Astaire i Ginger Rogers), czasem wychwytuję tylko echo znanych pomysłów. La La Land rozgrywa się w jakimś bezczasie. W ekspozycji radio nadaje informacje, z których wynika, że z pewnością jesteśmy już w wieku XXI. Tymczasem i muzyka, i stroje, i samochody, kluby muzyczne i studia filmowe sprawdziłyby się równie dobrze w klimacie sprzed kilku dekad.

***

Tym, co najbardziej wzruszyło mnie podczas seansu La La Land, jest czyjaś wiara w nas, czyjeś bezwarunkowe wsparcie w czasach, gdy trzask zamykanych drzwi brzmi równie często jak budzik. A może jeszcze bardziej to, że ta wiara, sympatia czy miłość trwają w nas, choć wszystko się zmienia. Drogi są inne, ludzie wokół nas, możliwości. Słowem: wzrusza mnie sentymentalna nadzieja, że piękne doświadczenia nie mijają bez śladu. Choć, oczywiście, niestety, mijają.

La La Land, reż. Damien Chazelle, USA 2016