Archiwa tagu: kino amerykańskie

mother!

Mother! – reż. Darren Aronofsky, zdjęcia – Matthew Libatique, USA 2017
mother!

Właśnie rozpoczął się w Bydgoszczy Camerimage (25. edycja filmowego festiwalu sztuki operatorskiej) i jest możliwe, że Matthew Libatique zgarnie Żabę. Aronofsky – Libatique to filmowy tandem z dorobkiem. Mother! jest w konkursie głównym. Jest również na liście filmów dostępnych w repertuarze kin. Można się więc przekonać, na czym kunszt operatora polega i w jaki sposób współtworzy całość.

O ile to możliwe, spróbuję nie wdawać się w powszechny spór na temat kontrowersji i skrajnych ocen filmu. Żadnej oceny nie wystawiam. Oglądałam ze zdziwieniem, irytacją, z narastającym rozbawieniem przerysowaniami… aż po coraz bardziej wzrastające przekonanie, że wszystkie szarże są zaplanowane, celowe i uderzają w sferę wielkiego kalibru. Tak wielkiego, że aż człowiek chce powiedzieć: serio? mówimy tu o Bogu? o Jego infantylnie patriarchalnym ego? Jeśli tak, to Aronofsky porywa się na księżyc z motyką, co emanuje tyleż pychą, co próbą wiwisekcji sacrum w bliżej niesprecyzowanym celu. Otóż cel może być nadęty lub po prostu odważny. I tego rozstrzygnąć nie umiem.

Deklaruję, że odrzucam interpretacje, które widzą w Mother! przede wszystkim opowieść o artyście. Odrzucam, bo jeśli On (główny bohater nazwany jest tym zaimkiem) miałby tylko taką wykładnię, to nie wierzę w film ani trochę. Przekombinowane. Jeśli natomiast oglądać tę fabułę jako opowieść naszpikowaną biblijnymi archetypami, to odbieram ją jak wyzwanie. Nie na tyle jestem otwarta, by przyjmować Aronofsky`ego jak proroka, ale posłuchać i popatrzeć można. Zwłaszcza popatrzeć, bo – powtórzę – zdjęcia Libatique`a mam wciąż w głowie i najsilniej mówi w tym filmie wizualność.

On i Ona (tytułowa „mother”) w wielkim domu na odludziu. On starszy o pokolenie, ona ma urodę madonny. Ona odrestaurowała olbrzymi dom po pożarze, każdą reperację przeprowadzając własnoręcznie. On w tym czasie usiłuje coś tworzyć, nie może przywołać weny, więc ślęczy na pustą kartką. Ironiczne odwrócenie twórczych ról. Impas twórczy jest żałosny, a żałość narasta, gdy obnaża się megalomania „impotenta”, wygórowane wyobrażenia o roli każdego słowa. Tak, to znak: słowo może stwarzać światy, uzdrawiać, określać życiową misję. W tym celu – za moment – nawiedzą dom spragnione tłumy. Słowo potrzebuje kogoś, kto powie „tak, niech się stanie” i świetnie w tej roli sprawdza się młoda kobieta, w której poczęło się życie i wciąż jeszcze nie zgasło uwielbienie do Tego, który je począł. Zawieszam chronologię: poczęty został syn, którego On chce podarować światu. I naprawdę to zrobi, choć Ona usiłuje powstrzymać irracjonalny dar. Tak samo jak próbuje wyperswadować Mu wzruszenie ludźmi, którzy Go wielbią, potrzebują, szerzą kult. U Aronofsky`ego wielkopańskość gestu Artysty (Boga, Onego etc.) jest horrendalnie nieludzka. Dlatego właśnie trudno na serio traktować postać graną przez Javiera Bardema. Artysta o tak rozdmuchanym ego jest niestrawny, choćby tam sobie stwarzał bóg-wie-co. No ale Bóg to inna jakość. Może ludzkie pragnienia kobiety, chcącej tylko domu, wspólnej kolacji i pieluszek dla maluszka to jednak rzecz zbyt drobna? Czyżby w tym sęk, że ona pojąć nie może, a On jednak wie, co robi?

Tropów biblijnych bezlik. Bo to: Adam i Ewa (przybysz, co ma ranę tam gdzie żebro, za którym podąża wcielenie kobiecości) – tu: Ed Harris i Michelle Pfeiffer. Może dom, stojący na bezludziu (z którego Ona chciała zrobić raj) wydaje się początkowo pusty, ale wraz z pojawieniem się Pierwszych Ludzi, nadciągają kolejni. Dwaj synowie – jako żywo: Kain i Abel, a wraz z nimi bratobójstwo. Już oni wystarczają, by urządzić apokalipsę (Ona używa tego słowa, jakby Aronofsky miał potrzebę dopowiedzieć, co i tak przecież widać). 

Apokalipsa, czyli najazd obcych. Gdy On stworzy coś na kształt Księgi – będzie nieustannie się nasilać. Nie sposób się nie zdziwić, że Armagedon jest stopniowalny. Piekło jest przecież już na początku, a tu wciąż bardziej i bardziej… Aż po męczeństwo Syna i rozdanie Jego ciała, by nasycić spragnionych. Aż po niepojęte miłosierdzie dla grzeszników, w których ceni się to, że uznają swą słabość i wciąż szerzą kult z nadzieją na miłosierdzie. Ten „Bóg” jest nie do wytrzymania. Ale trzeba przyznać: zapiera dech, jest niepojęty i w różnych sensach tego słowa: bezgraniczny.

Nie wiem jeszcze, co myślę. Nie traktuje tego filmu jako dzieła, które proponuje jakiś metafizyczny dyskurs. Raczej – sprowadza metafizykę w wymiar ludzki, więc niepojęty. Dosłowność biblijnych tropów (zwłaszcza ofiary z syna) uświadamia, jak bardzo różne jest czytanie Biblii przez zdesakralizowane okulary od lektury, która zakłada jeden zasadniczy pewnik: że On to On. Javier Bardem (nawet gdy mówi „Jestem, który jestem”) jednak Nim nie jest.

***

Mother! pewnie w ryzach gatunkowych horroru się nie mieści, ale sporo jednak z niego ma. Jennifer Lawrence (Ona, matka, etc.) bierze na siebie grozę mierzenia się z czymś irracjonalnym. Krew płynąca w ścianach, plama na podłodze, znaki i głosy dziwne. Nie wydaje mi się, by to była najlepsza rola aktorki – ale można jej empatycznie towarzyszyć. Coraz nowi obcy włażą butami w jej życie, najpierw się szarogęszą, potem na potęgę niszczą (nieumocowany zlew, na którym siadają z nonszalancją – trochę śmieszy, ale nie da się zaprzeczyć, że przyspiesza krążenie krwi w żyłach). Coś tu się Aronofsky`emu załamało, bo choć napięcie grozy powinno rosnąć, trochę siada. Winna jest groteskowa figura natchnionego Artysty. Gdy Bardem nago siada do pisania, by nie uronić weny albo gdy Ona czyta poemat i – klękajcie narody – świat się przemienia, to jednak zabawne jest. W tym rzecz: jeśli ten poemat to Biblia (którą wielu tak właśnie czyta), to inna opcja niż jeśli założyć, że poemat to poemat. Nawet jeśli arcydzielny, to przecież można sobie darować stawanie na palcach i opuchliznę płynącą z dumy.

Niegotowe piękno raju w obiektywie Libatique`a naprawdę robi wrażenie. Surowość, potencjalność, wielkość – aż chce się chodzić krok w krok za Jennifer. Są takie sekwencje (powtórzone i budujące znaczącą klamrę kompozycyjną), w których opowiadaczem jest autor zdjęć. Cień i światło. Najpierw aura rozkładu, spalenizny, truchła, z którego za sprawą światła wyłania się życie. Ten motyw jest powtórzony również w obrazie ogrodu, który ze zgliszcz przemienia się w barwny soczysty Eden. Ogród stwarza się, gdy Ona czyta poemat. Piękno obrazu zakłóca więc infantylna (nieprzekonująca) motywacja. Ale gdy na początku i na końcu filmu ruch kamery i ustępowanie cienia powołują na nowo świat do życia, to to jest coś pięknego.

Chapeau bas za wizualne ogarnięcie apokalipsy. Nie ma co opisywać – to są sceny warte zobaczenia. Nawet gdyby trzeba było wyciszyć przy tym racjonalne interpretacje.

Mother! to film, o którym naprawdę niełatwo jest pisać. Dwie trudności stoją na przeszkodzie. Jedna dotyczy spojlerów (no cóż), druga hermetyczności (bo jednak kto sam nie widział, nie wchłonie tego opisu).

 

 

 

Reklamy

(aff) nowicjat

Nowicjat – reż. Margaret Betts, USA 2017

Film wielu nominacji – póki co niezwieńczonych nagrodą – Sundance, Gotham, Camerimage, AFF (sekcja Spectrum). Najmocniejsze strony to aktorstwo i zdjęcia, również reżyseria – jako że ogarnia całość. Nie wiem, kiedy wchodzi do dystrybucji w polskich kinach. Powinien wejść.

Być może ujął mnie tym, że nie powiela schematu. Czego się można spodziewać po opowieści o dziewczynie wstępującej na zakonny trakt i zamieniającej wachlarz życiowych perspektyw na jednotorową drogę do świętości – w scenerii ograniczonych do minimum bodźców, samotnie, wśród zdanych na podobną samotność, osobnych towarzyszek? Można się spodziewać, że dziewczę albo wyrzeknie się siebie albo wejdzie w konflikt z hierarchią. Ponadstuprocentowa pewność, że przeorysza okaże się podłą babą z twarzą wykrzywioną wieloletnią ascezą i cierpiętnictwem. Te oczekiwania nie stąd płyną, że tak jest w istocie (nie wiem, jak jest, pewnie różnie). Stąd raczej, że taki jest stereotyp i taka jest dramaturgia konfrontacji młodości z późną dojrzałością, świata z zakonem, jednostki z hierarchiczną wspólnotą. I w filmie te wszystkie klisze występują, ale jeśli nie przełamane, to przynajmniej pogłębione, nie czarno-białe.

Wpadło mi w oko czyjeś powątpiewanie: niemożliwe, że w nowicjacie tyle pięknych dziewczyn! Przecież możliwe, skoro takie młode, siedemnastoletnie, mające nadzieję na coraz silniejsze duchowe iluminacje, emanujące oczekiwaniem miłości wyższej i doskonalszej niż wszystko, co oferuje im świat. Postać główną gra Margaret Qualley  (Amelia, poszukiwana przez duet nieudacznych detektywów w filmie – Nice Guys. Równi goście). W Nowicjacie jest krucha i silna. Jej wybór zaskakuje – wyrastała w niewierzącej rodzinie, „rozbitej” – jak mówiło się niegdyś. Trafia do szkoły prowadzonej przez zakonnice i tam znajduje to, co już kilka lat wcześniej ujęło ją podczas przypadkowej „niezobowiązującej” wizyty w kościele: ciszę i spokój. Ujmują ją młode zakonnice, choć te wcale nie rekrutują: „zastanów się, czy NA PEWNO tego chcesz”, mówią z rezerwą.

Cathleen chce. Chętnie wyrzeknie się świata, im więcej odda, tym bliższy wyda jej się Jezus-Oblubieniec. To oddanie jest namiętnością. Niesamowicie pokazuje to film. Owszem, współtowarzyszki wyboru przygnały do zakonu impulsy na ogół przypadkowe: tradycja, by jedno z dzieci oddać Bogu, film z Audrey Hepburn (The Nun`s Story), potrzeba szacunku (bycie przedsoborową zakonnicą to prestiż). Ale jakież zaskoczenie, gdy w miarę upływu czasu, dziewczyny coraz dojrzalej lustrują własne pragnienia. Gdy dzielą się obawami, próbują rozróżnić rozmowę z Bogiem od dialogu z samą sobą, gdy doświadczają milczenia i zaczynają rozumieć, że to najczęstsza odpowiedź, jakiej udzieli im On. Dawno nie spotkałam się z taką opowieścią. Na ogół przecież człowiek pakuje się w życiowe wybory na oślep. Więc chętnie pomyśli, że panienki na progu życia muszą być ślepe po stokroć. Wcale nie. Wycofują się. Przyglądają się, jak habit zrzuca ich opiekunka, jak jedna ze starszych zakonnic wariuje. 

Dziewczyny są tak młode, że ich hojne wyrzeczenia są na wpół świadome. Znów: mogłoby się zdawać, że pewne pragnienia w ogóle nie wydostaną się na wierzch, stłumi je zakonne tabu, poczucie grzechu. Tymczasem właśnie tu czeka przełamanie. Erotyzm, rodzący się stopniowo, przerażający, bo przeżywany w tajemnicy i przychodzący wbrew woli. Naprawdę mam szacunek do reżyserki za sposób, w jaki to ukazała. Jeśli Cathleen z namiętnością oddaje swe życie Wybranemu, to coraz trudniej będzie jej opanować pragnienie bliskości. Jedno z tych, które ma być beznadziejnie niezaspokojone.

Tym, co mnie uderzyło jest przekonanie, że zakonna droga to małżeństwo z Jezusem. Brzmi to jakoś tak… sama nie wiem… kosmicznie. Ale tak jest nazywane. Dziewczęta po ślubach tańczą przy ognisku jak na weselu. Są aż pijane radością, że taki super Pan Młody jest ich (znaczy każdej z osobna – !). Matka przełożona też czuje się żoną. W głowie się kręci. Ale też dodaje to bohaterkom kobiecości. Każda pracuje nad swym małżeństwem z osobna. Zakon to inny świat? O, tak.

Skierujmy światło na przeoryszę. Gra ją Melissa Leo (najwięcej nagród zgarnęła dotąd za drugoplanową rolę w Fighterze – 2010). Dla niej warto zobaczyć ten film. Od nowicjuszek zaczęłam, bo to plan pierwszy, ale matka przełożona to postać-cebula. Warstewka po warstewce buduje efekt piorunujący. Najwyższy czas, by uwzględnić tło historyczne (które dla zrozumienia opowieści o nowicjacie nie było najistotniejsze). Jesteśmy na początku lat 60. Papież Jan XXIII reformuje kościół na II Soborze Watykańskim. Jeden z dekretów adresowany będzie bezpośrednio do osób konsekrowanych. Zrewolucjonizuje ich świat. Patrzę na te przemiany przez pryzmat filmu – w tym świetle zmiany są dla wielu zainteresowanych nie do przełknięcia. Podobno ich konsekwencją było porzucenie zakonu przez 90 000 zakonnic. 

Matka przełożona to przeczuwa. Trzyma swe dziewczyny pod kloszem niewiedzy. Dopiero arcybiskup przywołuje ją (groźbą) do porządku. Ach, ten epizod z arcybiskupem! Jak on ustawia hierarchię! Jak biskup się nią pasie, jak zakonnica przełyka pigułkę pokory!

Dlaczego kreacja Melissy Leo jest taka świetna? Bo niejednoznaczna. Ja ją rozumiem, choć charakter nie mój. Gdy mówi nowicjuszkom, że zastąpi im Boga jako pośredniczka, chociaż to absurd, brzmi wiarygodnie. Gdy przenika wzrokiem, organizuje sesje terapeutyczne, przeprowadzając na dziewczynach wiwisekcję, miażdży gaduły wrzaskiem – wywołuje dreszcze. Ale wiele rozumie. Zna wszystkie wątpliwości, bo sama ich doświadcza i woli obrać dziewczyny ze złudzeń. Już ona wie, co znaczy milczenie Tego, który przyjął dar poświęcenia Mu życia. Scena, w której miotana irytacją – bo w czasie absolutnej ciszy, nowicjuszka pozdrowiła ją na głos – nie panuje nad twarzą, zapada w pamięć. Nie tyle jest wściekła (nad miarę), co ogarnięta niekontrolowaną chęcią, by przedrzeźniać, doszpilić, przydepnąć tę nieogarniętą istotę, która stanęła jej na drodze. Trzeba zamilknąć, gdy kładzie się u stóp ołtarza jak zdradzona kobieta, która „pomimo wszystko” będzie trwać w wierności. Albo gdy przełyka łzy, czytając dekret, który – tak to przynajmniej brzmi – degraduje zakonnice z pozycji Oblubienic do równych wszystkim innym członkom kościoła, od których nigdy nikt radykalnych wyrzeczeń nie oczekiwał.

I tu już trzeba kończyć, bo ileż można. Ale zza muru wyłania się postać, którą lubię najbardziej. Julianne Nicholson jako Nora Harris, matka Cathleen. Kobieca, bezpośrednia, nonszalancka wobec kościelnych świętości, których nie rozumie. Świecka do bólu. Pełna podejrzeń wobec instytucji, w której swe życie chce ulokować jej córka. Próbuje wybić jej z głowy klasztorną opcję. Ale zostawia Cathleen wolność, bez której sama by żyć nie mogła. Pojawia się raz po raz i mnie jej obecność wzrusza. Jak zawsze wzrusza miłość, niestawiająca kochanej osobie barier i kłód w poprzek drogi, którą chce iść.

 

zaległa obecność

Na czym to skończyłam? Na lipcowej Dunkierce? Ano. Trochę wody upłynęło. Trochę znużenia przybyło. I zdziwienia – że jak to? Tamaryszek nie pisze, a świat wciąż toczy się dalej? I filmy ktoś kręci, choć nie są na …pre-tekstach opisane? Żaden alarm się nie włącza, a przecież siedzą we mnie (coraz słabiej osadzone) obrazy widziane w kinach w sierpniu, wrześniu, październiku…

No, to czas na remanent (zanim kolejna zaspa niepamięci przysypie chwilowo świeże wrażenia). Na 18. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (początek sierpnia) największe wrażenie zrobił na mnie Zwiagincew. Już wiadomo, że Niemiłość wejdzie do kin na początku lutego. Wówczas warto nie przegapić. Nawet jeśli nie trzeba wiele, by zamknąć oczy i wyświetlić sobie ten film z pamięci, bo mocno się po pierwszym oglądzie w głowie osadza. Ta scena, gdy mały Alosza – za drzwiami łazienki – słyszy rodziców podrzucających go sobie jak niechcianą paczkę. Albo spotkanie mamy Aloszy z własną matką (pełną wypomnień i żywych zaległych życiowych rozczarowań). I ta myśl, że nawet nienawiść nie boli bardziej niż „niemiłość”, obojętność i chłód.

Sierpniowy Wrocław to był dla mnie czas odkrycia takich filmów jak Dusza i ciało (węgierski), Po tamtej stronie (fiński), Western (niemiecki) i Manifesto (oj, szalona Cate Blanchett!). Odkrycia! Poza tym unikalne spotkanie z Van Goghiem, powtórzone w październiku, na seansie z dubbingiem. Twój Vincent – mocno zabrzmi, ale tak: obrazy Van Gogha już nie będą takie same. Są podszyte ruchem. Potencjalnością. Jakby naprawdę można było w nie wejść i dojść z jednego pejzażu w kolejny. Poza tym cały czas bawi mnie świadomość, że można zagrać rolę w filmie animowanym; że ktoś gra po to, by później tę grę zanimować. OK, efekt „no, naprawdę”. Ale czyż to nie tak jakby dojrzała piwonia zamieniała się w kwiatowy pączek? Ależ to byłby świat, gdybyśmy zaczęli marzyć o wejściu w przestrzeń już istniejących malarskich struktur. Gdyby ktoś mnie zanimował np. jako tę dziewczynę na huśtawce, w białej sukience z niebieskimi kokardami – z Renoira. A jeszcze lepiej tę w czerwonym kapeluszu, siedzącą z dzieckiem na tarasie, zamyśloną taką. O, tę chcę zagrać! Mam predyspozycje. ;)

Widziałam latem i inne – Happy End (Hanekego), A Ghost Story (Lovery`ego) czy The Square (Östlunda). Zostały we mnie we fragmentach. Może się kiedyś – przy kolejnym oglądzie – poskładają w całość. Podwójny kochanek przesądził o przypięciu Ozonowi łatki nudziarza.

To było „przedwczoraj”, a „wczoraj” raczyłam się Ameryką na wrocławskim 8. AFF (ostatnia październikowa sobota). Ździebełko filmowej klasyki: pobyt w psychiatryku u Samuela Fullera – Shock Corridor. Psychiatryczna Ameryka (kameralny plan jest mikrokosmosem, w którym USA – i nie tylko – mogą się przeglądać). Ostrzeżenie: nie ryzykować dla kariery pisarskiej zbyt wiele! Może i trzeba przyjrzeć się światu, zanim się go opisze. Lepiej jednak zachować dystans niż skończyć jak katatonik z wyciągniętą ręką. ;) Z hałaśliwej przestrzeni dobrze wskoczyć w miejsce zaciszne (choć stany z ekspresją hiper- i hipo- dają podobny rodzaj odlotu). Trafiłam do Nowicjatu (Margaret Betts) – którego akcja rozgrywa się (podobnie jak film Fullera) w latach 60. Nowicjat to mój faworyt tegorocznego oglądu (i chciałabym mu poświęcić w oddzielnym wpisie więcej uwagi).

A propos amplitud dalekich od normalności: dorzucę jeszcze dokument Kochana mamusia nie żyje, którego temat (morderstwo matki przez córkę, uśmiercaną uprzednio przez matkę farmakologią i toksynami emocji) jest tyleż mocny, co prowadzący na skraj irytacji.

Bardzo mi natomiast było miło wędrować nocą w gangsterskim klimacie ze zmęczonym do granic możliwości Joaquinem Phoenixem czy z Robertem Pattinsonem i braćmi Safdie. Okradać, mordować, uciekać… w świetle migających neonów natężających ból głowy.

Zabawne, że festiwalowy program opisuje oba filmy (Nigdy cię tu nie było i Good Time) jako krzyżówkę Taksówkarza Martina Scorsese i Drive Nicolasa Windinga Refna lub Taksówkarza i Siedem Davida Finchera. Czyżby „kalkomania” redaktorów? Bo noc, samochód i desperacja?

Ojejku, ja nie wszystko rozumiem, poprzestaję na domysłach, ale i tak oczu nie mogę oderwać, gdy Phoenix w jednej scenie śpiewa z mamą piosenkę „alfabetyczną”, a w drugiej wali po mordach (mało powiedziane!) zleconych mu skurwieli (słowo, wiem, nieładne, lecz adekwatne). You Were Never Really Here.

Good Time to coś dla miłośników absurdu (lub sensacji podszytej humorem). Jeden z braci Safdie (scenarzyści i reżyserzy) gra tu rolę upośledzonego umysłowo, w którejś z pierwszych scen poddawanego ankiecie przez terapeutę. „Co to dla pana znaczy: dzielić skórę na niedźwiedziu?… a co: uderz w stół , a nożyce się odezwą?…”. Jego bystry brat, Connie (Pattinson), próbuje go wyciągnąć ze stresogennej sytuacji. Bo biedak napina się niemożebnie przy odpowiedziach („Connie, my tu z panem rozmawiamy o niedźwiedziu i nożyczkach”). I cały film jest właśnie o tym, jak bystrzak próbuje udowodnić światu, że brat nadąża i wszystko potrafi. Zaczynają od tego, by sprawdzić, czy im się uda wspólny napad na bank. A dalej to już czysta gonitwa-ucieczka, roller coaster, co nawet czasu na namysł nie zostawia, tak gna.

Myślę sobie, że poza wszystkim innym (głębią, kunsztem, wagą tematu…) kino potrzebne jest człowiekowi, by wypchnąć z niego zmęczenie. Owszem, samo też męczy. Zwłaszcza w dawce pięciu seansów na dzień. Ale jak cudownie odświeża – nawet swoim brudem, szaleństwem, dewiacją i innymi paskudztwami, w które narkotycznie umie wciągnąć. Porównać da się to do zanurzenia głowy w rwący nurt. Oddechu brak, stężenie grozy i szału większe niż przed zanurzeniem, ale gdy się ponownie odzyska dostęp do powietrza, to nagle tlen wskakuje w normalne parametry. 

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

Kuracja Yaloma

Kuracja Yaloma, reż. Sabine Gisiger, USA 2014

Obejrzałam w kinie MUZA, w „tani czwartek”. W ofercie zdarzają się przy tej okazji różne cuda niewidy i to jest film z tej kategorii. Nie słyszałam wcześniej ani o Irvinie Davidzie Yalomie (ignorancja), ani o filmie (co wybaczalne, nie ma go nawet w indeksie FilmWebu). Warto było obejrzeć. Jeśli się komuś nadarzy okazja, proszę nie przegapiać. Dokument biograficzny, który trudno oceniać według kryteriów filmowych. Magnesem jest bohater. Dla tych lepiej zorientowanych w psychologicznym świecie znaczące może być nazwisko. Mnie ujął człowiek.

Druga dekada XXI wieku – Yalom (rocznik 1931) ma ponad 80 lat. Mieszka w pobliżu Palo Alto, już nie wykłada na Stanfordzie, lecz wciąż jest zawodowo czynny. Co zrozumiałe, gdy uwzględnimy zakres jego działań. To profesor psychiatrii, „ojciec psychoterapii”, pionier terapii grupowej. W Ameryce znany i popularny. Tym bardziej, że nie tylko badacz i praktyk, lecz również popularyzator i autor powieści. W Polsce wydawany przez Instytut Psychologii Zdrowia i przez Czarną Owcę.

Przyglądam się postaci bardzo otwartej i empatycznej, nieekspansywnej, skłonnej do zejścia na drugi plan. Uderza skromność, absolutny brak zachowań przywódczych (choć z powodzeniem występuje przed kilkutysięczną rzeszą słuchaczy na konferencji). Raczej introwertyk, z dobrze przepracowaną umiejętnością wchodzenia w relacje.

Pierwsze co mnie ujmuje to właśnie ta symbioza doświadczenia (podszytego zawodowym sukcesem) i świeżości. Profesjonalizm i „naiwność”. Pół wieku pracy terapeutycznej i gotowość do zaczynania kolejnego wyzwania jakby było pierwszym. Sztuka odkładania na bok gotowych mądrości. Mówi Yalom: pomagam ludziom, bo sam tę drogę przeszedłem wiele razy, czy nie tego oczekujemy od przewodnika? Nie w tym rzecz, że zna metę, ale że już szedł i widział, jak szli tą drogą inni, że też się wybiera w drogę. Chyba można zaufać?

Podoba mi się fragment z wyszperanego w Sieci wywiadu (TU), w którym odnosi się do Barucha Spinozy. Punkt wyjścia: namiętności są silniejsze niż rozum i często nas zwodzą. Nic dobrego nie wyniknie z tej konfrontacji. „Musimy zamienić rozum w namiętność”, uczynić z poznawania siebie przygodę. „Jako terapeutę prowadzi mnie to do chęci zwiększania wiedzy pacjenta o samym sobie. Często pytam: «Czyż nie jest interesujące, że ja wydaję się być bardziej zainteresowany tobą niż ty sobą samym? Dlaczego tak się dzieje?» Pomagam pacjentowi w zainteresowaniu się sobą samym, ażeby wraz z terapeutą byli podekscytowani wspólną pracą”.

Drugie co mnie ujęło i zaskoczyło to wiara w literaturę i filozofię. Ani stawianie pytań, ani szukanie odpowiedzi nie zaczęło się na kozetce u Freuda. Notabene: Yalom odleżał obowiązkowe (dla studenta psychologii) psychoanalityczne seanse i nauczył się dzięki nim, jakie drogi omijać. Literatura i filozofia penetrują ludzką „duszę” od zawsze. Oczywiście, brzmi to deklaratywnie, gdy powiem, że Yalom uczy się od pisarzy i filozofów. Powiedzieć łatwo. Moim zdaniem już deklaracja jest ciekawa, idąca pod prąd obiegowych wyobrażeń o psychologii coachingowo-NLP-owskiej. Skuteczność, wymierność, rozwiązywalność, użyteczność… Można się uczyć od charyzmatycznych coachów, mówców występujących przed wypełnioną salą, można też od tych, którzy utrwalili swe rozważania w esejach czy fabułach. To się nie wyklucza. Ale przeczuwam, że literatura i filozofia wprowadzają w te poszukiwania oddech. Otwartość (filozofia) i paraboliczność (literatura). 

Zanim pojawił się pomysł studiów medycznych, Yalom zachłannie czyta. Potem odkrywa, że wiedzę może spożytkować w terapii. A po latach koło się zatacza i – mając doświadczenie praktyka – wraca do literatury. Pisze książki, bo nimi może trafić do ludzi inaczej, szerzej i głębiej. Nie bezpośrednią diagnostyką, lecz analogią i leczniczą siłą narracji. Yalom pisze książki, sięgając po doświadczenia terapeuty. Ale też powieści, w których ożywia filozofów: Kiedy Nietzsche szlochał, Kuracja Schopenhauera, Problem Spinozy. Super sprawa. Korci mnie, by przeczytać i trochę boję się, że pan Yalom aż nadto jest sympatyczny, by mieć na dokładkę literacki talent. ;) Tytuły bliższe obserwacjom psychoterapeuty to: Kat miłości…, Istoty ulotne…, Leżąc na kozetce, Patrząc w gwiazdy.

Trzecia sprawa – coś, co zostaje wyrażone nie słowami, lecz wynika z całej filmowej opowieści – to świadectwo życia. Lekarzu, ulecz się sam. Psychoterapeuto, wyklaruj swoje życie. No i tu jest pułapka. Gdyby Yalom był świetliście uporządkowany, zakrawałoby to na ściemę. Gdyby się zanadto pogubił, to można by bez żalu machnąć ręką na porady. Uważam, że mieści się w bezpiecznym środku, z tendencją ku jasności. Kluczowe, że mówi o sobie w sam raz – nie stawiając siebie w centrum i nie chowając się za teorię. 

Jest synem polskich Żydów, którzy przed wojną wyemigrowali do Stanów, założyli tam sklep i – nie asymilując się – nigdy nie wyszli z getta. Ojciec umiera, gdy Irvin jest nastolatkiem, relację z matką będzie przepracowywał całe życie. W roli antidotum wystąpi żona, niezależna, dowcipna, ale nie dominująca. Małżeństwo udało im się nad wyraz. Zazdrości go im ich czworo dzieci (każde po rozwodzie). Podpatrują wnuki. I jestem w stanie uwierzyć w terapię, patrząc na to jak stabilnie czuła się przy panu Yalomie pani Yalomowa. Jeśli w związku ktoś musi być tym, któremu zależy ciut bardziej, to oficjalnie w tę rolę wchodzi Irvin. Żona lekko kokietuje, że – ach, czasami wyfruwała w pragnieniach tu i tam, ale dodaje – on mnie zawsze bardzo ciekawił. Choć tym, co może w Irvinie Davidzie Yalomie ujmować najmocniej, jest właśnie to niesilenie się na atrakcyjność i deklarowanie stałości. 

manchester by the sea

Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan, USA 2016

manchester-by-the-sea

Bank rozbity. Najlepszy film w oscarowym wyścigu. Aż trochę żal innych dobrych, które muszą zejść na drugi plan. Film nie do przeoczenia. Najlepiej bez wcześniejszych rozczytań. Pójść do kina, obejrzeć tę opowieść, pośmiać się, poczuć ból, oniemieć, zdziwić tym, ile emocji i dramatu nosimy pod skórą – wszyscy, choć Lee Chandler ma historię szczególną. 

Nie spojleruję, gdy nie muszę, ale po gwiazdkach tekst na „po seansie”.
Swoją drogą: piszę, żeby się zmierzyć, ale żaden komentarz niczego do filmu nie wniesie.
Wszystko już w nim jest.
Fenomenalnie rozpisane, zagrane, wyreżyserowane.
***

Można założyć, że kluczowy dramat dotyczy postaci granej przez Caseya Afflecka – Lee Chandlera. Dotknęła go tragedia, naznaczyła traumą, rozwaliła życie. Wypaliła do cna. Ale to życie nadal trwa – rozgrywało się „przed” i wciąż dopisują się nowe wątki „po”. Tragedia jest punktem zwrotnym, lecz wcale nie w niej umieszczone jest centrum opowieści. 

Zanim dowiemy się, co się stało, jesteśmy wciągnięci w teraźniejszość. Przeszłość powraca w reminiscencjach (które dopowiadają, co w danym momencie potrzebne i budują napięcie). Okazuje się, że teraźniejszość i różne tonacje wspomnień są tak samo ważne, jak ten jeden punkt z przeszłości. Lee (dozorca z Bostonu, człowiek od każdej roboty i od żadnych pieniędzy) wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w stanie Massachusetts. Zmarł jego brat – Joe, trzeba więc pilnie działać i organizować nową rzeczywistość. I jeszcze zmierzyć się z absurdalnym testamentem, w którym Joe zawierza bratu opiekę nad swym 16-letnim synem, Patrickiem. Lee ma potężną blokadę przed wejściem w tę rolę, choć bratanka nie sposób nie lubić.

A więc nie tylko Lee. Są świetnie stworzone postaci drugiego planu. Pojawiający się we wspomnieniach starszy brat, Joe (Kyle Chandler) – dowcipny, zaradny, lubiany przez wszystkich, znany z dowcipów o rekinach. Randi (Michelle Williams), eksżona Lee, wspólniczka bólu po śmierci ich dzieci, gotowa zaczynać nowe, mimo że to, co minione, wciąż rani. Wspomniany już Patrick (Lucas Hedges), wrażliwy i przebojowy zarazem, mający przyjaciół, dwie – niewiedzące o sobie – dziewczyny (i tabun chętnych), niby pośród ludzi, lecz sam, zdany na nieswoje decyzje o swoim życiu. Miałby opuścić Manchester? Tu gra w drużynie hokejowej i w muzycznym zespole. Jeśli do tematów głównych wrzucić związek z miejscem i z ludźmi tworzącymi lokalną społeczność, to nie będzie to nadużycie. 

Jednak przede wszystkim Lee, (genialny, oszałamiający, fenomenalny) Casey Affleck. O nim też dowiadujemy się sporo z lakonicznych komentarzy innych. „TEN Lee Chandler!”. Gość, z którym chętnie poromansowałyby klientki z Bostonu i mamusie z Manchesteru. I na którego się skarżą, że nierozmowny, nietowarzyski, nie do życia. Jak „dorosły” nie pogada o wszystkim i o niczym. Może natomiast przyłożyć i wdać się w bójkę. Te barowe kontry to chyba jego jedyny sposób na danie ujścia emocjom i napięciu. Poza tym jest zgodliwy, jak człowiek z pustką w środku. 

Sceny, w których bezpośrednio odnosi się do tego, co utracił są nieliczne. 1) Reminiscencja pożaru, gdy wtapia się w obserwujących, nic już nie mogąc zmienić. Tylko obraz i oratorium Haendla w tle. 2) Scena na komisariacie – apogeum rozpaczy, gdy relacjonuje zdarzenia i czeka na sprawiedliwość. A gdy usłyszy, że zapomnienie o postawieniu ekranu przed kominkiem to nie zbrodnia i miliony ludzi robią podobne rzeczy każdej nocy – uleci nadzieja na karę. Weźmie to w swoje ręce. A skoro nie da się przeciąć od razu, to zafunduje sobie karę niepomiernie większą. Życie z poczuciem winy niewybaczalnej. Jest jeszcze 3) scena spotkania z Randi, o niezwykłym ładunku emocjonalnym. Gdy próbuję przypomnieć sobie, co mówi Lee, wydaje mi się, że nic – zaprzecza i ucisza Randi. Ale w tym poszarpanym dialogu dużo się mieści. Na przykład desperacja i pewność, że Lee już sobie nie zaufa, na żadną nową kartę od losu nie czeka. 

Dramatyczne wydarzenia, smutek oratoryjnej muzyki, okoliczności żałobne i ludzie poranieni życiem – to jedno. Można by po tych słowach zgadywać, że tonacja jest patetyczna. A wcale nie! Genialne jest właśnie to przemieszanie tragizmu i zwykłości, powagi i dowcipu. Affleck dokłada do tego swoją grę, Hedges – energię nastolatka, ale mistrzostwo trzeba przyznać scenarzyście-reżyserowi. Podziw dla Kennetha Lonergana! Trwam w zachwycie nad dialogami! Żadnej szarży. Affleck się chyba ani razu nie uśmiechnął, choć źródłem dowcipnych sytuacji czy słownych rozgrywek jest wielokrotnie. Rozmowy o grobie, wizyta w kostnicy, przejęzyczenia czy banalna wymiana codziennych komunikatów… Jak się to miesza! Nastolatek, który po śmierci ojca kombinuje, jak namówić na seks dziewczynę i wyprowadzić w pole jej mamusię, chwilę później przeżywa atak paniki po otwarciu lodówki. Ten balans daje szansę, by unieść dramat opowieści. Nie otwiera optymistycznej perspektywy, bo jej nie ma. Za to pozwala na dostrzeżenie wspólnoty doświadczeń. Bo zarówno więzi między ludźmi, jak i codzienne krzątanie się, mimo śmierci jakoś dzieją się nadal. Czas dalej się toczy, biegnie, upływa, czy jak to tam nazwać. 

Tylko Lee czuje, że czas niczego nie leczy i nie ulepsza. I że mógłby popełnić te same błędy wciąż na nowo. Brak samorozgrzeszenia połączony z sympatią, jaką budzi jego postać działa naprawdę mocno. Nie przynosząc katharsis.

milczenie (Martin Scorsese)

Milczenie (Silence) – reż. Martin Scorsese, USA 2016
milczenie

Jest o co się czepiać i czemu dziwić. Jako że większość rzeczy nie wyszła, nie mam motywacji, by zastanawiać się, czy to jest wielkie kino i jak się ma ten film do tych najlepszych, które dotąd Scorsese nakręcił. Ma się nijak. 

O Milczeniu Shusaku Endo pisałam w poprzedniej notce. Wróciłam do tej powieści właśnie po to, by przyjrzeć się, co zrobi z nią reżyser. Zajmę się więc tylko tym, co dotyczy przeniesienia literatury na ekran. 

Nie żałuję, że widziałam, bo obrazy robią wrażenie. Przestrzeń nieba i morza, zieleń japońskich gór w rejonie Nagasaki, człowiek, w ten świat wrzucony – pierwszorzędny dodatek dla czytelnika. Miasteczko Goto, w którym zostały tylko koty. Mgła rozmywająca kontury. Operatorem jest Rodrigo Prieto, zdobywca Żab na Camerimage, współpracownik Iñárritu i już wcześniej także samego Scorsese (Wilk z Wall Street).  Zdjęcia są świetne. Choć może decyzje reżyserskie nie zawsze im pomagają. Japońscy wieśniacy i urzędnicy wydają mi się jakoś mniej przekonujący, ujednoliceni i szarzy. Jasna rzecz, że nie oczekiwałam filmu-pocztówki. Ewangelizacja przeprowadzana była przecież wśród wiernych z najbiedniejszych kręgów, na XVII-wiecznej japońskiej wsi. Nie umiem nazwać, co tu nie gra, ale nie udało mi się przenieść w tamto miejsce i czas.

Wizualność najefektowniej prezentuje się w scenach tortur, co do których mam ambiwalentny stosunek. Z nimi wiązały się moje obawy. Nie sposób ich nie pokazać, ale łatwo przedawkować i niechcący pójść bardziej w ilustrację niż w dramaturgię. Oba zagrożenia zmaterializowały się w filmie Scorsese. Cierpień dużo, efekt niewspółmierny do głębi tematu.

Być może grzeszy tu główny aktor, którego reakcje na tortury są dodane w pakiecie. Może to rzecz gustu… ale do mnie Andrew Garfield nie trafia. Wciela się w rolę jezuity Sebastião Rodriguesa, który przybył do Japonii ze współbratem, by służyć chrześcijaństwu i odnaleźć ojca Ferreirę (który podobno Boga się wyparł). Współbrata, Francisco Garupe, gra Adam Driver. Obaj panowie są wschodzącymi gwiazdami Hollywood. Obaj mieli w tym sezonie lepsze kreacje – zwłaszcza Driver (w Patersonie), a Garfield dostał nawet nominację do Oscara za rolę w Przełęczy ocalonych. Już jako Desmond Doss był sztywniakiem, na szczęście efektywnym. Żaden z misjonarzy nie przemawia do mnie na tyle silnie, bym wydobyła z siebie empatię. Strzałem w kolano jest Liam Neeson, który gra, jakby chciał zrobić reżyserowi na złość. Większość plakatów Milczenia przemawia jego wizerunkiem. Po seansie stwierdzam, że ta bolejąca twarz, zbyt dosłownie emanująca rozdarciem, nomen omen trafia w sedno.

Dosłowność osiąga tu Himalaje. Wiem, że opowieść literacka o wewnętrznych rozterkach, o milczeniu Boga, o walce wiary z niewiarą nie jest prosta do przeniesienia na ekran. Strategie narracyjne Shusaku Endo trzeba by strawestować obrazem, skrótem, ekwiwalentem. Tym większa towarzyszyła mi ciekawość. I choć często prostota rozwiązań bywa strzałem w dziesiątkę, tu okazała się (śmiertelnym) strzałem w serce. Scorsese wprowadza narrację z offu. Naprawdę! Listy Sebastião są podłożone pod obraz-ilustrację zdarzeń lub samotności. Rzadko kiedy pomysł z dopowiadaniem z offu się sprawdza, na ogół potwierdza, że dostaliśmy erzac zamiast filmu. Kulminacją jest scena, w której z offu mówi nawet Bóg (!). Nie dość, że Sebastião wypowiada wprost swoje zwątpienie, swe pytania-zarzuty do milczącego Boga. Gdy waha się, czy publicznie (symbolicznie) wyprzeć się Boga, by ocalić męczenników, Jezus patrzy na niego z fumie (deptanego obrazu) i mówi: „Możesz to zrobić. Rozumiem. Cierpię z tobą”. Aż nie wierzę.

Ta część opowieści, gdy Sebastião żył w Japonii jako apostata jest naprawdę interesująca. Nie dość, że się wyparł, został zdrajcą (tak bardzo brzydząc się zdradą wcześniej), to jeszcze kazano mu po wielokroć odnawiać procedurę fumie. A nawet prześladować chrześcijan, bo zatrudniono go wraz z Ferreirą do rozpoznawania chrześcijańskich znaków wśród przedmiotów przywiezionych do Japonii na europejskich okrętach. Konsekwencją były tortury dla właścicieli tych artefaktów. Ale w tekście Shusaku Endo jest niedopowiedziana tajemnica. Lektura Milczenia była dla mnie również refleksją nad relacją między zewnętrznym i wewnętrznym wielbieniem Boga. Nad spójnością obu form. Można uznać, że skoro Sebastião zewnętrznie wiary się wyrzekł, to dalsze rozterki są już tylko rozpamiętywaniem. Można też trwać przy tym, że nigdy nie wyparł się do końca, że tylko on i Bóg mieli wgląd w głębię tej tajemnicy. Scorsese zrobił coś nieprawdopodobnego: pokazał „wiarę mimo zdrady” dosłownie. Jego Sebastião nosi intymnie skryty mały krzyżyk, który żona dołącza do jego zwłok. Koncepcja uwewnętrznienia wiary, pomimo zewnętrznych deklaracji, legła więc w gruzach. Bez krzyżyka ani rusz.

Zakończę dobrym akcentem. Do obrazu dołączę dźwięk, zwłaszcza ciszę, która w niektórych momentach działa piorunująco. Bodajże w scenie śmierci Francisco, a na pewno w ekspozycji i zakończeniu. To również dosłowność, ale ocalająca. Niestety, nie na tyle, by ocalić cały film.

Filmoznawcy mają takie szczęśliwe pojęcie (zaproponowane przez Alicję Helman): „twórcza zdrada”. Dotyczy ono filmowych adaptacji literatury. Sedno w tym, że by być wiernym pierwowzorowi, trzeba zdradzić. Trzeba odejść od literackiej formy, by znaleźć dla niej formę filmową. I wtedy, mimo odstępstw, wierność można ocalić. Że też Scorsese nie zastosował tego konceptu! Zwłaszcza, że poniekąd o tym jest jego film.