Archiwa tagu: kino francuskie

przeszłość…

Przeszłość, reż. Asghar Farhadi, Francja, Włochy 2013

… każdy ją ma. I choć można by sądzić, że co passe, to zamknięte (minione, skończone, rozpoznane), to bywa wręcz odwrotnie. Przeszłość w filmie Farhadiego nakręca teraźniejszość. I nie dlatego wcale, by ktoś ją rozpamiętywał. Wszystkim zależy na tym, by skończyć stare, zacząć nowe. Dlatego właśnie Ahmad przyjeżdża po czterech latach na prośbę Marie: przeprowadzą rozwód, zalegalizują to, co i tak jest stanem faktycznym, a ona wejdzie w nowy związek z Samirem. 

Ale przeszłość wraca nieprzywołana, w dodatku inna niż zdawała się być.  Jakie są szanse łatwopalnych na wyjście z próby ognia?

Przeszłość

Absolutne dziesięć na dziesięć! Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co potwierdzają dwa objawy. Pierwszy: po dwugodzinnym seansie mogłabym bez zwłoki obejrzeć film drugi raz. Pewnie obejrzę. I może lepiej, że odrobina czasu upłynie. Ale mogłabym od razu. Kto tak pisze scenariusze?! Tamaryszkowy zachwyt!

Drugi objaw to rzadko mnie nachodząca obawa, że nie umiem o tym filmie pisać.

Niczego nie powinno się ujawniać, bo najcenniejsza jest ta perspektywa Ahmada, którego nie było przez cztery lata, a teraz jest i miniony czas odsłania mu się dużymi porcjami. My wchodzimy w świat Marii jak to widzowie: rozglądając się, diagnozując układy i scenerie. Ale wchodzimy też tak, jak wchodzi Ahmad. Koncentrując się na szczelinach, z których sączy się to, co odmienione, co dostrzec może ktoś, kto długo tu był, zniknął i wraca po czterech latach. A co dziwi jego, jakimś zrządzeniem losu, zaczyna dziwić uczestników rozgrywki. I to jest dobry chwyt, bo najłatwiej nitkę do kłębka znaleźć temu, kogo nie było, gdy ona się przędła. 

Wszystkim zakochanym, ufnie radosnym, którym przeszłość niczego nie powinna gmatwać, którzy nie potrzebują zbędnych frustracji, bo wolą fruwać… – mogę odradzić. Melodia Byczka Fernando i uśmiech Amelii niech będą strawą wiecznie zieloną i świeżą. Ale tak w ogóle, tak poza tym, to … naprawdę warto.

NIE CZYTAĆ PRZED SEANSEM
(niczego, żadnych recenzji)

Film trzyma w napięciu. A dramaturgię buduje odsłanianie tajemnic. Nie do wiary z jak wielu niejasności, mylnych wyobrażeń i domysłów składa się nasze rozeznanie we własnym świecie. Przesuwam akcent na „nasze”, bo Farhadiemu udało się opowiedzieć historię poszczególną (na tyle niezwykłą, że nie szukam w niej echa moich doświadczeń), ale uniwersalną. Kilkakrotnie miałam ochotę zatrzymać film i powtórzyć scenę, którą przecież rozumiałam w mig, a chciałabym obejrzeć raz jeszcze, bo bolała i koiła jej trafność. I tak mniej więcej, na swój prywatny użytek, definiuję sztukę. Tego w niej szukam.

Co komponuje tę opowieść? Efekt domina i nakładające się na siebie trójkąty. Działa to tak, że jedna tajemnica prowadzi do następnej. I to jest dość oczywiste. Ale w Przeszłości idzie to w parze ze zmianą jej nosicieli. W różnych fazach filmu kto inny wydaje się być postacią główną. Można powiedzieć – każdy zatrzymuje coś dla siebie: Maria, jej siedemnastoletnia córka (Lucie), Samir (mężczyzna, z którym układa sobie życie), synek Samira, Fouad, który widzi i słyszy za dużo jak na pięcioletnie dziecko, etc.
Ahmad też, choć on niewiele ujawni. A gdy w jednym z końcowych dialogów pyta Marię: „Chcesz wiedzieć, dlaczego wtedy odszedłem?” – to omal mu nie odpowiedziałam: tak, właśnie to chcę wiedzieć! Niestety, Maria gasi szansę i seria wyznań nie zostaje zamknięta. „Nie chcę wyjaśnień. Zniknij już wreszcie”.

Zamykanie jest trudne, chcielibyśmy, by decyzja odcinała przeszłość we wszystkich sferach. Na ogół tak jednak nie bywa. Pamiętam tę rozmowę Ahmada z przyjacielem, szefem irańskiej restauracji, który radzi mu kategorycznie, by ciąć, zostawiać za sobą, amputować. Pamiętam też rozmowę Marie z Samirem, gdy uświadamia sobie, że po raz kolejny niczego nie zbuduje. „- Utknąłeś między mną a żoną”. „- Tak. Dopiero teraz to widzisz?” Świetnie rozegrany dialog, w którym padają celne strzały, a przecież oboje dopiero mówiąc, uświadamiają sobie, że trafiają. „- Byłam po to, byś mógł zapomnieć.” „- A jaką pustkę ja miałem zapełnić?”

I tak jak odchodzenie nie jest ostateczne, tak wyjawione prawdy zwodzą, są półprawdami. Mylnie można by się zasugerować, że cienie przeszłości to zaszłości relacji Marii z Ahmadem. Od tego bohaterowie jednak się odżegnują. Choć jeśli przypomnieć sobie scenę na lotnisku (Maria obserwuje przez szybę jak Ahmad szuka walizki), to w spojrzeniach jest ślad bliskości, a rozmowa w aucie uświadamia, że pamięć zawodów pulsuje we krwi. Napięcie między nimi jest silne, mimo że  nie chcą wchodzić po raz drugi w ten sam nurt.

Trójkąty? Wyliczmy. Maria – jej były (Ahmad) – jej obecny (Samir). Samir – jego uwięziona w śpiączce żona (Céline) – narzeczona Marie. Nastoletnia Lucie i jej wejście pomiędzy Samira i Marię (albo Samira i Céline). Mały Faud, który bywa niegrzeczny, bo sytuacja go przerasta (co sam komentuje westchnieniem, że ma po prostu przechlapane) – jest między mamą a Marią i między kategorycznym tatą i rozumiejącym Ahmadem. Rzecz w tym, że opowieść nie oscyluje wokół jednej linii napięcia, lecz wokół wielu, przecinających się.

W ostatnich sekwencjach pojawia się ten element przeszłości, który wydawał się najbardziej zażegnany. Miłość Samira do żony. Oddalił się od Céline, bo raniła go jej domniemana obojętność. Gdy wiązał się z Marie, dawny związek wydawał się martwy. Depresja, targnięcie się na życie, kilkumiesięczny stan wegetatywny… Czy potrzebna była próba samobójcza, by uświadomić komuś, że zdrada boli? 

Ważnym tematem, znów rozłożonym na licznych aktorów, jest temat winy. Ale – tak mi się zdaje – to jest wina, z którą trzeba się nauczyć żyć. Myślę, że trudna to sztuka, lecz próby prowadzą do katharsis.

***

Mam w głowie wiele scen. Przekora (albo mądra samoobrona) Fauda w metrze. Kłótnia Marie i Ahmada. Wiele sytuacji, w których Marie nie panuje nad sobą (zarazem pozwalając wierzyć w jej wrażliwość i bezbronność). Próba docierania zapachem do pamięci Céline … Bardzo męskie zachowania Ahmada (tak je odbieram). Lubię tę postać i choć to nie jest najważniejsze dla wymowy filmu, mnie najbardziej intryguje, dlaczego zniknął z życia Marie. Wielka szkoda, że zniknął. I że nie ma powrotu. Bo, rzecz jasna, nie ma.

Asghar Farhadi ma niekwestionowane miejsce wśród moich ulubionych filmowców. A Bérénice Bejo należał się Złoty Glob, bezdyskusyjnie. Można by tymi mega nagrodami obdarować kilkoro innych twórców Przeszłości. 

u niej w domu

U niej w domu, reż. François Ozon, Francja 2012

U niej w domuZ Ozonem nigdy nie wiadomo, ale zawsze warto sprawdzić. 

Moje spotkania z jego filmami to silne emocje po 5×2, kilka mocnych nut uruchomionych Czasem, który pozostał (Jeanne Moreau, ona jest niezniszczalna!) i dziwna irytacja irracjonalnymi zagraniami psującymi dobrą obyczajówkę w Rickym

A wczoraj: dałam się uwieść. Tylko komu?czemu? Może to sprawa „francuskiej” reżyserii Ozona, może mistrzowskiej gry Fabrice`a Luchiniego albo kobiecych sztuczek Emmanuelle Seigner i Kristin Scott Thomas? Ale niewykluczone, że to działanie warsztatowych tricków – tyleż filmowych co literackich, bo pisanie i uzależnienie od słownej kreacji to w U niej w domu temat numer jeden. Wielka literatura (na stół rzucane woluminy z prozą mistrzów), warsztat (co wolno i jak to robić skutecznie), doświadczenie tworzenia (nierozłączne z podglądactwem i manipulacją). Myślę, że to mnie uwiodło, bo podatna jestem na wtajemniczenia w sztukę pisania i już podjęcie tematu obudziło moją ciekawość. Nie bez znaczenia pozostają okoliczności. Pozornie niekorzystne, choć tym razem w sam raz: seans dla dwojga w pustej ogromnej kinowej sali. Dlaczego ludzie nie wybierają właściwych seansów?

Sytuacja
Germain (Fabrice Luchini) jest nauczycielem francuskiego w Liceum im. Gustawa Flauberta. Patron szkoły staje się poniekąd patronem fabuły. Literacki rzemieślnik, ten, który w drobiazgowym opisie zwykłego życia chciał utrwalić jego esencję – czyli uruchomić literacką magię. Pisał o innych, ale wchodził w ich skórę (aż po słynną deklarację: „Pani Bovary to ja!”). Nasz Germain jest w wieku mocno średnim, w wieku podatności na kryzys, który nadchodzi. No bo co też teraz za młodzież: nie myśli, prawie niepiśmienna, niewyraźna. Germain sprawdza prace 2c, ziewa i marudzi, aż tu nagle… 

Dygresyjnie muszę napomknąć, że intrygują mnie francuskie filmy o szkole. Podglądam – nie pierwszy już raz – jak bardzo inaczej rozmawia się tam o literaturze. Nie wiem, czy filmy oddają rzeczywistość. Ale nigdy nie słyszę o historii literatury, a zawsze o jakichś niuansach, które potem przenosi się na doświadczenia uczniów. Piszą niebogi eseje – nie literaturoznawcze, lecz „intymnie filozoficzne”. Jakby nie wiedza, lecz sam akt pisania i introspekcji miał podlegać doskonaleniu. Tu pojawiają się dwa tematy: pierwszy jest opisem tego, jak przeżyli weekend, drugi nakazuje wykorzystanie w pracy zestawu podanych przymiotników. Nauczyciel ocenia „literackość” uczniowskich prac. 

… aż tu nagle igła w stogu siana, tekst, który czyta na głos swojej żonie i który ich oboje wciąga. Niby nic – kawałek realistycznej prozy, po którym aż chce się postawić sygnaturę „cdn”. To esej Claude`a. Germain i Claude tworzą główną parę antagonistów. Nauczyciel i uczeń, czytelnik i pisarz. Ta podwójność ma inaczej rozłożone akcenty: raz ten, raz tamten jest na silniejszej pozycji. I nie wiadomo, kto tu pociąga za sznurki. 

U niej w domu. Esther i Claudezapach kobiety z klasy średniej ;)
„Cdn” to nie żart. Claude naprawdę pisze ciągi dalsze, Germain czyta je na głos swojej żonie, potem udziela Claude`owi rad, które ten wprowadza w życie – z niezbędną modyfikacją, która inspiruje Germaina do kolejnych pouczeń (i wewnętrznych ekscytacji).

Co jest sednem opowieści? Dom normalnej rodziny (Claude zafascynowany życiem rodzinnym swego przyjaciela, Rapha, usiłuje przeniknąć do środka). Kobieta (matka Rapha – Emmanuel Seigner – nieuchwytna, pachnąca, o skórze „delikatnej jak jabłko do schrupania”). Podszewka (bo „idealna” rodzina nie istnieje, a wtargnięcie do – jakiegokolwiek – domu wcześniej czy później obnaży rysy i niezgrabne ślady szwów). 

U niej w domu. Claude i GermainDodajmy, że para Claude – Germain to niejedyny duet wzięty pod lupę. Jest przecież relacja Esther (matka Rapha) – Claude (jakże literacka: młodzieniec podkradający się w pobliże kobiety starszej, lecz ponętnej, zakazanej). Jest przyjaźń Rapha i Claude`a (interesowna, dramatyczna, z nutą homoseksualizmu – to przecież film Ozona!). Jest małżeństwo Artole`ów: Esther i Raph senior oraz małżeństwo Germaina i Jeanne. A przecież ciekawszy od relacji małżeńskich jest kontrapunkt kobiecości tworzący się tam, gdzie zbiega się kobiecość Esther i Jeanne (skrzyżowanie sex appealu z krytyczną inteligencją). 

wojeryzm
Wniknąć do czyjegoś domu, podsłuchać toczące się w nim rozmowy. 
Wywąchać zapachy. Przestudiować obrazy na ścianach i bibeloty.  Naruszyć i sprawdzać, co się stanie. Czy nasze gesty i słowa mają moc kreowania nowych zdarzeń. Czy mamy taką moc, by zaklęta w słowa rzeczywistość budziła emocje, wręcz ekscytację w tym, kto ją za pośrednictwem słów poznaje.

To może się wydawać ekstrawagancją. Ale czym innym jest literatura? 

Germain podczas spotkań z Claudem wykłada kluczowe strategie pisania. Mówi o budowaniu konfliktu. O wprowadzaniu scenerii. O nadawaniu życia postaciom drugiego planu. O punktach zwrotnych. Miejscach niebezpiecznych (naruszających jakieś etyczne granice). O budowaniu zakończenia. Polecam! Świetne warsztaty literackie. Zwłaszcza, że powieść pisze się in statu nascendi. A Germain przypomina trochę Woody Allena z filmu Jej wysokość Afrodyta – gdy wchodzi w wymyślony świat i wyrasta między bohaterami niczym diabeł z pudełka.

A na stół rzucane są powieści mistrzów. Tych największych podglądaczy i manipulantów. Którzy z maestrią włamywacza wkradali się do domów i wyciągali na światło dzienne tajemnice i udręki. Musi być wśród nich Tołstoj ze swym memento: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.
Jest Czechow, Musil (Niepokoje wychowanka Törlessa), Céline (Podróż do kresu nocy), są Francuzi: Maupassant i nade wszystko Flaubert (Madame Bovary).

Manipulacja i podglądactwo. Tak, tak, do tego to się sprowadza. Tym jest literatura (szerzej: sztuka). I tylko pytanie o to ile życia w fikcji i jaką cenę płaci pisarz, główny manipulator, pozostaje pytaniem otwartym.

Dla mnie: świetne. Coś dla tych, którzy lubią podglądać lewą stronę haftu.

Kurczak w śliwkach i inne

Jeszcze nie nadszedł ten czas, gdy tamaryszkowa strona zaoferuje strawę dla podniebienia, więc kto się skusił tytułem, niestety, obejdzie się smakiem. Ani przepisu, ani opisu doznań smakowania kurczaka zapodać nie mogę. Bo primo: nie upichciłam, secundo: nie zrozumiałam, o co w ogóle chodzi z tym kurczakiem, tertio: i tak najlepsze są same śliwki.

Rzecz w tym, że znów będzie o filmach, ale mniej o meritum, więcej o błahostkach. Z beztroską pomijam imputowane w film przesłania, zamysły, porządek logiczny (i alogiczny) tudzież akcenty problemowe. Z fabuły tyle tylko, ile mi wygodnie – rzetelność zawieszam na kołku, bo tylko tak sama mogę się odwiesić. Tak boli nadmiar. Nadmiar filmów, których po kolei zrecenzować nie mogę, bo trwałoby to stulecia i wszyscy, absolutnie wszyscy (to by działało jak czar) zasypialiby, ziewając na myśl o moich „pre-tekstach”.

Tak się bowiem sprawy mają, że obejrzałam jeszcze siedem filmów na poznańskim Transatlantyku. W tym dwa dobre, co od razu wyjawię, by nie zatarł tego faktu (!) lekki ton. Dobra jest Barbara (Srebrny Niedźwiedź za reżyserię) i bezpretensjonalny Pan Lazhar (konkurent Rozstania i W ciemności w kategorii Oscar dla filmu nieanglojęzycznego). I bez ociągania wyznam, że Bonsai trafia na krótką listę najdurniejszych filmów, jakie tego lata widziałam – i nic mu nie pomoże nawiązywanie co chwilę do Prousta. Tyle tego Prousta, co ten blady ślad na piersi bohatera, który zasnął na plaży z tomem W stronę Swanna

Bonsai… miał bardzo zachęcający opis: film o tym, że literatura jest sexy. Może miałam zbyt duże oczekiwania. Ale kto by nie czuł rozczarowania, gdyby, owszem, dostał trochę seksu i aż nadto literackich aluzji i klisz, ale jedno z drugim wcale się nie zazębiało. Julio ma pisarskie ambicje. Póki co dostaje zlecenie redakcji książki uznanego pisarza. Ma po prostu wklepać do Worda tekst z zeszytu (rozczulające wyobrażenie pracy redakcyjnej!). A ponieważ pisarz szybko się ze zlecenia wycofał, więc Julio udaje przed dziewczyną, że nadal ma co robić – nocami pisze ręcznie swoją własną powieść, a potem ją przepisuje. Pisze o swej miłości z czasów studenckich i – a jakże – odkrywa niczym drugi Proust, że literatura to za każdym razem odzyskiwanie „czasu utraconego”, czerpanie z własnych doświadczeń piszącego i przenikanie się życia z pisarstwem. I tu za dużo oczywistości i banału. A przede wszystkim za dużo gadania i potwierdzania domysłów słowem. 

Nadmiar słów nie może być sexy (co od biedy mogę sobie wziąć do serca, z tym, że to nihil novi). Najbardziej kuriozalne jest w tym filmie to, że mimo rozmów o literaturze, nie wierzę, by ktoś tu coś czytał.

Dwie rozbrajające sceny. Na zajęciach z literatury prowadzący pyta (genialnym i wszystko mówiącym tonem), czy ma przed sobą ludzi inteligentnych czy „bandę delikwentów”. – Kto czytał Prousta? Siedem łapek w górze, dziewięć, kilkanaście… Pozostali rozglądają się niepewnie, ale głupio być najgłupszym, więc dołączają czym prędzej. Emilia rzuca od niechcenia, że nawet dwa razy, ot tak sobie, dla zabicia czasu. Więc nie da się uwierzyć. A gdy dwoje bohaterów postanawia czytać Prousta co noc przed snem (ściślej: przed seksem) i obliczają, że poznanie całego dzieła zajmie im dziesięć lat, bo jednorazowa dawka to strona, to już oczywista sprawa, że czytanie jest bardziej postulatem niż faktem. Czytanie męczy ich tak, jak oni mnie.

Ano, kurczak, czas na niego. Tytułowy kurczak w śliwkach to potrawa, którą przygotowuje żona bohatera, by odgonić od niego pragnienie śmierci. Nasser-Ali załamał się, gdy spotkał po latach swą młodzieńczą miłość, a ona go nie rozpoznała. Śnił o niej, grał na skrzypcach, wspominając nostalgicznie niespełnione uczucie, znosił niedopasowanie w małżeństwie, w przekonaniu, że z inną byłoby inaczej… a tu dziewczyna-babcia nie poznaje go. I całe życie w rozsypce, ni z tego, ni z owego. Grać już nie chciał. Nic, tylko umrzeć. Potrzebuje na to ośmiu dni. To chyba całkiem niezły dowód na silną wolę. Nie skosztuje kurczaka w śliwkach, nie będzie wracał do żadnych smaków, nie da się zwieść, że życie w ogóle ma jakiś smak. 

To drugi film duetu Satrapi & Paronnaud i – moim zdaniem – twórcy przegrali z syndromem drugiego dzieła. Po genialnej animacji Perspolis, w kolejnym filmie wszystko ma posmak czegoś zwietrzałego. Niby znów mamy los inteligencji z Teheranu, rozpoznawalne poczucie humoru, rozwiązania w stylu deus ex machina etc. – tyle że to, co w komiksie naturalne, w  fabule razi pretensjonalnością. Ok, scenka, w której dzieciak z ADHD zaprzyjaźnia się z każdym pasażerem autobusu (i ten moment ulgi w oczach „przyjaciół”, gdy natręt wysiądzie…) albo smrodzący aniołek albo wyłupiaste oczy Nassera w korespondencji z twarzą-piłką jego żony… ale to przecież cień cienia, gdyby wspomnieć przygody Marjane z Persepolis. Pamiętacie, jak Marjane kupowała  Pink Floydów na czarnym rynku w czasach rządów talibów? Albo smutek jej rodziców i determinację, by wychować niezależne dziecko… Albo Babcię Marjane, tę, która zanurzała sobie piersi w lodowatej wodzie, by były jędrne i kładła pod nie płatki jaśminu. Ech, poezja… A tutaj kurczak jak klops.

Cafe de Flore to film do posłuchania. Składanka magicznych piosenek, z tytułową Matthew Herberta, z The Cure, Pink Floyd, Sigur Ros, z wieloma innymi, które niejednemu coś mogą przypominać. Film ma – tak to ujmę – dwie linie melodyczne, obie wyraziste, ciekawe, ale splecione razem są takim sobie warkoczem, luźnym i nieefektownym. Jedna linia to opowieść o DJ -u Antoine, rozgrywa się współcześnie w Montrealu (choć nie bez znaczenia jest ciągłe podróżowanie samolotem do europejskich miast na koncerty) i ma niesamowite stężenie romantycznych emocji. Najpierw miłość-przeznaczenie, uczucie ilustrowane muzyką, potem miłość jak piorun z nieba, jakby napój miłosny wypili (a napojem była piosenka), cierpienie tej porzuconej (nie tylko), dorastanie do pojednania. Magia i reinkarnacja szumią w tle. Pięknie (tak w sferze dźwięku, jak i obrazu), ale za dużo. Coś dla stuprocentowych romantyków, pozostali wcześniej czy później odkleją się i odpadną. Jak ja.

Druga linia jest rewelacyjna! To Paryż sprzed kilkudziesięciu lat, to Jacqueline (Vanessa Paradise!!!) i jej siedmioletni synek Laurent (z zespołem Downa). Ta historia ma tyle wdzięku i lekkości (mimo wszystko), że łamie wszelkie opory i nawet jeśli coś jest uproszczone, to bez znaczenia. No ale prosto nie jest, zwłaszcza gdy pojawi się śliczna Alice, która tak jak Laurent ma siedem lat i zespół Downa. I gdy oboje przylgną do siebie, pokochają się na zabój i wbrew wszystkim. Na użytek własny wycinam sobie (w myślach) wątek z Jacqueline i kładę go na wierzchu, żeby to właśnie pamiętać najdłużej.

Oczywiście, że dostrzegam nici, mosty, powiązania i korespondencje. Ale im nie dowierzam, nie przekonują mnie. Słowo daję, że mam słabość do zakręconych opowieści. Takich, gdzie (czasem tylko pozornie) brak zakończenia albo ciągu przyczynowo-skutkowego,  gdzie szaleją przeskoki w czasie, przestrzeni, wątki się rwą i prowadzą na manowce. Lubię, ale tylko wtedy, gdy uwierzę, że gra warta świeczki. Bo jeśli nie, to po co? Bonsai, Cafe de Flore i Kurczak w śliwkach (lub ze śliwkami) są kompozycyjnie irytujące. Może gdyby opowiedzieć te historie bez udziwnień, wypadłyby zbyt prosto? Ale czy to wystarczający powód, by kręcić, ciąć, miksować, sięgać wstecz jak popadnie, dzielić opowieść na dni, po czym każdy rozpychać jakąś retrospekcją…?

Poza wszystkim innym (czyli po prostu tym, że oba tytuły są z innej półki, naprawdę zapadają w pamięć i poruszają) Barbara i Pan Lazhar wygrywają dzięki prostocie, dlatego że mniej znaczy więcej. Niedopowiedzenia (bez wyjaśniających retrospektyw) i oszczędność słów (unikanie tych, które dublują informacje wpisane w obraz) sprawiają, że opowieść ma więcej warstw. Więcej niż gdyby poszatkować te historie, zmieszać i dołączyć dymek, który objaśnia, co bohater myśli i czuje. Mniej znaczy więcej. Jeśli brzmi nielogicznie, to wina sierpnia.

Powyżej mowa była o kilku tytułach spośród ujrzanych na Transatlantyku:

Kurczak w śliwkach, reż. Marjane Satrapi, Vincent Paronnaud, Francja 2011
Bonsai, reż. Christian Jimenez, Chile 2011
Cafe de Flor, reż. Jean-Marc Vallee, Kanada, Francja 2011
Barbara, reż. Christian Petzold, Niemcy 2012
Pan Lazhar, reż. Philippe Falardeau, Kanada 2011
Leonie, reż. Hisako Matsui, Francja,Wlk.Brytania,Australia,Niemcy,Japonia,Belgia,USA, 2010
Love Free or Die, reż. Macky Alston, USA 2012 [dokument o biskupie-geju]

dziesiątka ze wskazaniem na trzy (NH)

Z dedykacją: Ewie (ze wskazaniem, że może czytać wybiórczo)

Prawda jest taka, że trudno będzie napisać coś prawdziwie odkrywczego, prawdziwie przemyślanego i niezdawkowego, gdy niemal cięgiem obejrzało się 37 filmów. No, 35 – z jednego wyszłam, na jednym się wyłączyłam (nie czytałam napisów, a film był tajlandzki).

Pierwsza przeszkoda – chcę wspomnieć o kilku tytułach, więc przydzielę im mniejszą dozę słów. Przeszkoda druga – choć ostrzyłam uważność i popijałam wodę dla orzeźwienia i chłonięcia jak najczystszych wrażeń, to jednak wszystko co piszę, piszę spod warstwy kolejnych obrazów, więc odbiór mam zmiksowany.

Moja dziesiątka zbiera filmy z różnych kategorii: te „nowohoryzontowe”, przekraczające granice tradycyjnej filmowej narracji, i te, które wciąż ufają opowieści, te tworzone przez debiutantów i przez mistrzów kina, fabuły i filmowe eseje. Miszmasz podyktowany tym, że każdy mnie czymś nakarmił i zostawił niedosyt, a nawet potrzebę, by zobaczyć je jeszcze raz. Tyle że nie dzisiaj.
Kolejność niezobowiązująca. Długość nieprzyzwoita. W dodatku z pominięciem festiwalowej obyczajówki (bo byłoby jeszcze dłużej).

1. Najbardziej intrygujący i  nowohoryzontowy – Post tenebras lux, reż. Carlos Reygadas, Meksyk.
Ten film wart jest odrębnego eseju. Jak to u Reygadasa: niespiesznie jest, nielogicznie, prosto, ale dziwnie. Rzecz rozgrywa się mniej więcej wokół jednej rodziny: młode małżeństwo z dwójką małych dzieci (role obsadzone przez występujące pod swoimi imionami dzieci reżysera: Rut i Eleazar). Żyją w świecie pięknej natury, blisko niej. I oni też są ze sobą blisko. Tak to odbieram, gdy obserwuję, jak bezpiecznie czują się dzieciaki. Bodajże pierwsza scena: czteroletnia ufna dziewczynka, sama na olbrzymim pastwisku. Zmienia się światło, aż dzień przechodzi w mrok. A ona biega, radośnie nazywając krowę, osła czy psa. Tapla się raz po raz w błocie, ale wciąż jest zajęta, pochłonięta przez teraźniejszość. W dużo późniejszej scenie mężczyzna, ciężko chory (ranny), wspomina swoje dzieciństwo, takie błahe chwile, jakieś lizanie poręczy łóżka… i towarzyszącą temu pewność, że jedyne, co trzeba, to być. Ale dorosłość to czas wygnania z raju niewinności, więc błogość jest tylko wspomnieniem. 
O tym śpiewa Nathalie, żona bohatera, wtórując jego wyznaniom.

Otóż to jest właśnie kluczowe, że u Reygadasa czasy się przeplatają. Miniona przeszłość i niezrodzona jeszcze przyszłość istnieją niemal (?) tak samo jak teraźniejszość. Bo żyjąc, wspominamy i wyobrażamy sobie siebie w mających nadejść zdarzeniach. Dezorientujące dla widza może być to, że coś, co bierzemy początkowo za czasowy przeskok, tak naprawdę nie może zaistnieć, bo jesteśmy świadkami śmierci, która te wyobrażenia niszczy. Takiej przyszłości nie będzie… ale przecież była, w pewien sposób – wtedy, gdy ją wymyślaliśmy.

Harmonia, za którą tęskni filmowa rodzina, nie jest bynajmniej oczywista. Piękno natury zakłócane jest złem, demonicznością lub mordem. Nie dziwne, że na zwierzęta z pierwszej, ufnej sceny, w scenie ostatniej pada czerwony jak krew deszcz. Że krew tryska z aorty mężczyzny, który urwał sobie głowę. A jednak trochę dziwne. Gdy film się kończy, nie wiem, o czym właściwie był, choć nie odrywałam oczu od ekranu. Reżyser mówi po projekcji, że niczego nie trzeba rozumieć, że filmu nie wolno streszczać (a jego filmu po prostu nie sposób), że należy go odbierać tak, jak był tworzony, czyli siłą podświadomych skojarzeń.
Czy można zrozumieć morze? Albo zinterpretować sens piękna dostrzeżonego w zachodzie słońca? Pyta Reygadas w wakacyjnym numerze „Kina”. Po seansie (gdy trwam w mocnej dezorientacji) reżyser zapewnia, że przechodzący przez dom fluorescencyjny (czerwony) byczek-diabeł to nie żadna fantastyka, tylko rzeczywistość. Bo to, co realne, nie musi mieć wymiaru materialnego, sensorycznego. Może w ten sposób przemyka tuż
obok nas cień zła? Mnie to intryguje. Zazwyczaj tak właśnie odbieram filmy, że szukam w nich opowieści, scalam rozproszone elementy, porządkuję linię czasu, łączę zobaczone z kontekstami, które – jak mniemam – są im przypisane. Reygadas proponuje coś innego. A ja bardzo bym chciała zobaczyć ten film jeszcze raz i zdecydować ostatecznie, czy przekonuje mnie ten język. Bo nie jest to kino dla każdego, o czym świadczy choćby reakcja krytyków. Z jednej strony: nagroda za reżyserię w Cannes, z drugiej – wypowiedzi dziennikarzy-filmoznawców (np. Jerzy Płażewski, „Kino” nr 7/8), które widzą w Post tenebras lux reżyserskie kalectwo. I gdy przypomnę sobie niektóre sceny, to muszę przyznać, że nie tylko „nie rozumiem” filmu, ale nie umiem też jednoznacznie się wobec niego określić.

2. Najbardziej arcydzielny [to znaczy, że choć wymieniam go raz, jest jak joker, mógłby obsadzić każdą kategorię] – Miłość, reż. Michael Haneke, Francja (choć reżyser-Austriak).
Złota Palma w Cannes. Wielkie nazwiska: Michael Haneke, Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva (na drugim planie jeszcze Isabelle Huppert) . Każdy zrobił to, co potrafi, z prostotą i maestrią. Temat ważny: doświadczenie usuwania się najbliższej osoby w chorobę, demencję, w nieuchronność; towarzyszenie jej w tym znikaniu; cierpliwe akceptowanie rzeczywistości i bunt, gra o ocalenie tego, co jeszcze ocalić się da. Czyli? Walka o godność, trwanie w miłości, przynoszenie ulgi swą obecnością lub decyzją, która wymaga posunięć kontrowersyjnych. Ale najważniejsze, że to jest takie kino, które porusza, ujmuje swą dramaturgią, każdym gestem, spojrzeniem i słowem. Tak, że nieważne jest w gruncie rzeczy to, że spadł na ten film deszcz nagród i pełnych zachwytu komentarzy – nieważne, to wcale nie przeszkadza, by wzruszyć się na swój rachunek. 

Odpowiada mi, że Haneke wybrał ten właśnie tytuł, a nie musiał, bo w kolejce stały słowa bardzo adekwatnie ujmujące tę historię a dużo bliższe pustki, bezradności, poczucia kresu. Dobrze, że „miłość”, bo to zgodne z duchem opowieści, która pozbawiona jest sentymentalizmu i emocjonalnego szantażu, ale uchyla okno jakiejś… nadziei?, poezji?, sile mierzenia się po ludzku z czymś nieludzkim.
Ważne wydają mi się te pierwsze sceny, gdy choroba czai się, uśpiona, nie zakłócając niczego. Dwoje starszych ludzi, ich piękne paryskie mieszkanie, pełne książek, płyt, obrazów, przestrzeń oswojona, budowana przez lata, wypełniona treścią ich życia. I różne drobne rytuały: wyjście na koncert do teatru (oboje są koneserami muzyki klasycznej), czułe gesty, komplement zgrabnie podrzucony żonie, uśmiech posłany mężowi. Starość to takie zatrute słowo, a tu naprawdę – na początku – wygląda całkiem nieźle. Dopiero pewnego zwykłego dnia, przy śniadaniu, niby nic takiego, ale coś zaczyna się sypać, puszczają szwy, maleje władza ducha nad ciałem. Dobrze oswojone miejsce, rytuały, solidnie zbudowana relacja zaczynają nabierać niepokojących kształtów. 

Jednym zdaniem tylko powiem: wspaniała gra Trintignanta i Rivy! Grają ich ciała, ich aktorska mądrość, jakieś niezwykłe wyczucie umiaru i odwagi jednocześnie.

Film zaczyna się sceną, w której wszystko już się dokonało. Dość szokujące rozwiązanie losu Anne i Georges’a towarzyszy nam, gdy później krok po kroku obserwujemy retrospektywną narrację. I wydaje się, że tego początku nic już nie przebije, co najwyżej pogłębi się zrozumienie, dlaczego tak właśnie się stało. A tymczasem końcowa sekwencja, czyli poetycka, niezwykła, tajemnicza „dogrywka”, sugerująca los Georges`a, jest mistrzowska. Może się komuś wydawać, że śmierć stawia kropkę. Ale tyle jeszcze nut chce się dorwać do głosu, chce wybrzmieć… Gołąb, wybór, zniknięcie… To, co dzieje się z bohaterem jest takie niejednoznaczne (choć przecież to musi być znów ona, znów śmierć), że wzruszenie nie wygasa. może nawet najsilniej kumuluje się w scenie, gdy Isabelle Huppert rozgląda się po pustym mieszkaniu swych rodziców, gdy ich już nie ma, ale też są – bo cztery ściany wytwornego wnętrza, które nasiąkły latami ich obecności i miesiącami finałowej tragedii nie mogą być tak po prostu, do końca, puste.

3. Oho! kino pełną gębą! – Holy Motors, reż. Léos Carax, Francja.
Znowu Paryż, tym razem wsadzony w jakiś szalony malakser, który kroi na plastry, miesza (składniki z różnych konstelacji, pozornie niemieszalne) i zapewne ubija na piankę. Wywrotowy film, jeśli zestawić go z klasyczną Miłością; na tyle jednak spójny i podszyty kontekstami, że ewentualną dezorientację zamienia w lekko absurdalną, lecz sensowną opowieść. O kinie? Tak, myślę, że to jest film o kinie i o byciu aktorem-artystą. Reżyser sugeruje w wywiadach (również w rozmowie po seansie), że ważniejszy jest kontekst życia niż sztuki,  że to film o nas, o podejmowaniu ryzyka działania, przeobrażaniu się, nieustannym szukaniu, przełamywaniu impasu, wchodzeniu w nowe role. Nie wiem, czy to właśnie sugeruje Carax, ale idąc tropem reżyserskiej sugestii, tak mniej więcej odczytałabym tę historię.
Oscar, mężczyzna w średnim wieku (w tej roli aktor Caraxa, Denis Lavant), mieszka w dość tajemniczym miejscu – okna wychodzą na dworzec lub lotnisko, drzwi prowadzą do sali kinowej, a samochód, do którego wsiada, okazuje się być niczym ruchoma garderoba lub kosmiczny transformator osobowości. Wehikuł to nie rekwizyt, bo – primo – to jest biała limuzyna, obłędnie wyposażona, secundo – ma szoferkę, tertio – mieszka w garażu (wytwórni) o nazwie Holy Motors, gdzie co noc spotykają się i trochę obgadują świat inne białe limuzyny. 

Oscar cały dzień wypełniony ma spotkaniami, na które limuzyna go podwozi, a on wyskakuje z niej w coraz to innym wcieleniu, odgrywa epizod, wraca, mknie dalej. Bez wytchnienia, samotnie, według założonego scenariusza, który chce wypełnić jak najściślej. Nie wiem, czy w ogóle istnieje Oscar, czy tylko kolejne role-maski. Czasem nabieram się, że któraś z ról jest życiem „prawdziwym”, ale co to w ogóle za określenie: gra to też życie.

Przebieranki są mistrzowskie! Filmu Caraxa nie da się opowiedzieć, nie uruchomiając podglądu na obraz. Wszystko, czym może być kino, tym jest film Holy Motors. Historią gangsterską, obyczajową, musicalem, miksem fantasy i s-f, burleską i tym, co przełamuje gatunki i jest kinem po prostu. Ponieważ nie sięgnę głębiej w tej krótkiej impresji, więc na marginesie pozostawię znaki, jakimi są mniej lub bardziej czytelne cytaty czy aluzje do świata filmu czy popkultury. Znakami takich kontekstów są między innymi występujący w epizodach aktorzy czy celebryci: Edith Scob (pani szofer!), Michel Piccoli, Eva Mendes czy Kylie Minogue. Lubię scenę, w której do Oscara przysiada się mężczyzna (Piccoli) i sonduje jego kondycję. Pyta o zatracony entuzjazm, o motywację, odsłania jakąś podszewkę: idealizm i przypisane mu nieuchronnie wypalenie. [tu niestety napotykam na dziurę: nie mogę sobie przypomnieć słów Oscara, mam wrażenie, że mówił coś o potrzebie piękna, jakim jest samo działanie, o tym, że wszystko usensownić może oko patrzącego… o ile wciąż ktoś umie uważnie patrzeć – głowy nie dam, może mówił coś innego?]

4. Dowcipnie ponury (a la Dostojewski) – Podziemie, reż. Zeki Demirkubuz, Turcja

Jeden jedyny film turecki, ale wystarczy, by mi przypomnieć, że ja to kino lubię. O Demirkubuzie i innych Turkach pisałam dwa lata temu, po 10.MFF NH (tutaj). Dostojewski jest dla tej kinematografii niemal ikoną, podobnie jak Andriej Tarkowski. Może czasami szukanie kulturowych analogii jest oglądaniem z tezą, ale tym razem wszystko sugeruje, że można i należy Fiodora D. obrać za punkt odniesienia. Bo to adaptacja Notatek z podziemia przeniesiona do współczesnej Ankary. Jest bohater, który choć na półmetku życia, ma idealistyczne dylematy pokroju Rodiona R.: dziwi się podłości świata, ale sam jest podły, mierzi go dążenie do sławy, ale zazdrości, bo jaki sens ma istnienie, jeśli się nie jest wybitnym, szuka upokorzeń, a potem się gruntownie obraża, spotyka szlachetną prostytutkę i jest wobec niej gburem, bo „niegburem” być organicznie nie może. Świetne zakończenie! Czyżby najcięższym balastem, który przeszkadza nam normalnie żyć, była niezgoda na pulsujące nam pod skórą zło? Przedtem bohater wył jak pies z rozpaczy (dosłownie!), obwąchiwał się i napraszał o ksywkę „świra”. Teraz – powiada – „Poczułem ulgę. Zrozumiałem, że już się nie zmienię”. Oho! Duszo rosyjska (w tureckiej translacji)! Oj, jakby to powiedział Rodion R.: „Człowiek jest podły i podły jest ten, kto go podłym nazywa”. Moja ulubiona scenka: Muhharem (główny bohater) siedzi vis-à-vis młodego urzędnika i mówi do siebie w duchu: „Patrzę na ludzi z pogardą i nienawiścią. I myślę, że oni robią to samo”. Pojedynek na miny, i jemu, i urzędnikowi gra w duszy ta sama melodia, urzędnikowi nawet głośniej. 

5. Delikatny, kruchy, goniący za nieuchwytnym (ex aequo) – Od czwartku do niedzieli, reż. Dominga Sotomayor Castillo, Chile; Niebieski ptak, Gust Van den Berghe, Belgia.
Pierwszy tytuł to film nagrodzony w głównym konkursie festiwalu (konkurs filmów nowohoryzontowych). Film drogi, film rodzinny, film, w którym trudne sprawy dotyczące rozsypującej się jedności, przefiltrowane są przez dziecięcą wrażliwość, wnikliwość, intuicyjność, świeżość. Portret rodziny we wnętrzu… samochodu, ze zmieniającym się tłem: pejzaż zewnętrzny z zieleni zmienia się w pustynię (Chile), pejzaż wewnętrzny analogicznie traci życiodajne soki. Niebieski ptak to również podróż, tym razem rodzeństwo przemierza (bliżej nieokreśloną) afrykańską przestrzeń w poszukiwaniu niebieskiego ptaka, który im uciekł. No, zdziwiły się, że odfrunął, bo wydawało się, że powinien się trzymać tych, którzy go pogłaskali. Naiwnie więc sobie wędrują i trochę tej naiwności po drodze gubią, zwłaszcza, że spotykają zmarłych (dziadka i babkę – zabawnych i bardzo ziemskich) i nienarodzone dzieci, które dopiero szykują się do przybycia na ziemski padół. Piękny film, sama nie wiem – chyba melancholijny, ale też lekki i pogodny. Oba filmy, choć różne, łączą mi się w dobrze zestrojony tandem.

6. Z tajemnicą i nieodróżnialną stroną prawą od lewej – Za wzgórzami, reż. Cristian Mungiu, Rumunia. 
Będzie w kinach, polecam pójść i zobaczyć. Można ze względu na reżysera, który zdobył sobie uznanie niegdysiejszym dramatem 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni; można ze względu na nagrodzone Złotą Palmą aktorki: Cosminę Stratan (Voichiţa – dziewczyna szukająca schronienia w oddalonym od świata klasztorze) czy Cristinę Flutur (Alina, która przybywa do dawnej przyjaciółki, próbując ją z klasztornego uśpienia wyrwać i na nowo oferując jej miłość). Naprawdę tragiczna sceneria i perypetie. I zło, które niełatwo wskazać jednoznacznie. Bo kto jest tu jego zarzewiem? Alina, ze swymi „grzesznymi” skłonnościami i niepokornym charakterem? Klasztorny ojciec czy matka (przełożona), którzy egzorcyzmują bezlitośnie i głupio? Może po prostu świat? W ostatniej scenie, gdy rozegrało się już to wszystko, o czym nie wspomnę, bohaterowie siedzą w samochodzie, gotowi do drogi. I wtedy – przy wtórze słów o jakiejś innej zbrodni, równie (jak każda) nieuzasadnionej – szybę samochodu obryzguje błoto. Niczym zło, z którego nie sposób się obmyć czy przed nim uciec. Ani w naiwność ani w trzeźwość, ani w pokorę, ani w bunt.

7. Z największą dozą wzruszenia – Proste życie, reż. Ann Hui, Hongkong.
Współczesny Hongkong, dobrze sytuowana rodzina (w H. żyje tylko 30-letni mężczyzna, reżyser, pozostali emigrowali do USA) i służąca, która pracowała dla nich 60 lat. Niańczyła, sprzątała, gotowała. Pysznie gotowała (ten kulinarny motyw jest silnie zaznaczony). Teraz ma lat 75 i gdy nadchodzi choroba, gotowa jest usunąć się w cień do domu starców. I tak się dzieje. Ale mężczyzna (Roger) budzi się z uśpienia i zaczyna się troszczyć o Ah Tao. Co jest reakcją tyleż sprawiedliwą (wobec Ah Tao) co ocalającą (dla Rogera). Proste życie to prosta historia o pięknie prostoty. Niebanalna.

8. Ze względu na dźwięki, które opowiadają historię – Play Timereż. Jacques Tati / Francja, Włochy 1967.
Film z Jacques`em Tati (w jego reżyserii i z jego scenariuszem), czyli nagrodzona cierpliwość. Moja cierpliwość i mój brak orientacji. Bohater Iluzjonisty w roli, z którą jest utożsamiany, w roli pana Hulot! Niezgrabny pan Hulot – czasem nogi mu się plączą jak stonodze, to znów podskakuje leciutko jak motylek, gubi się wszędzie, przegapia, co się da przegapić i uruchamia tysiąc zwiewnych psot. Ale film ważny
 również ze względu na genialnie manipulujący odbiorem dźwięk. Mistrzowski. Spadająca na piątym planie łyżeczka czy szelest kartek, nagłośnione, wydobywają detal spośród tysiąca innych detali. Więc pomijamy plan pierwszy i obserwujemy źródło brzdęku. Super! Coś jak zabawa w odnajdywanie szczegółów, którymi różnią się obrazki. Obraz tu niby jeden, ale szczegóły i tak trzeba tropić. Wdzięk, elegancja, zabawne qui pro quo i ciągłe mijanie się w labiryncie (ulic, boksów, zaułków, stolików, czego bądź).

9. Ważny ze względu na bohatera – Inny świat, reż. Dorota Kędzierzawska.
Ta panienka z kijem to Danusia (w papierach na pierwsze imię ma Zofia), czyli Danuta Szaflarska. W Kosarzyskach, wiosce, w której spędziła pierwszą dekadę swego życia (niby nic, gdy żyje się długo – pani Szaflarska jest dziś 97-letnią damą). Tam nauczyła się ślebody, która emanuje z tego, co mówi,  jak żyje, kim jest. Trzecie spotkanie z Dorotą Kędzierzawską. Najpierw była Wiedźmą w Diabłach, diabłach (1991, Złote Lwy Gdańskie za drugoplanową rolę kobiecą), później nadeszła Pora umierać (2007, Złota Kaczka i Orzeł za główną rolę kobiecą) i zamarzyło się reżyserce zrobić film, w którym pozwoli Szaflarskiej opowiadać. Pomysł prościutki, ale więcej nie trzeba, gdy ktoś opowiada tak jak pani Danusia i ma o czym mówić. Z wdziękiem nieznanym dzisiejszym celebrytom, z humorem wolnym od jakiegokolwiek sarkazmu za to podszytym autoironią i zmysłem obserwacji, z pamięcią … z genialną i bezcenną pamięcią. Absolutnie nie do przeoczenia.

10. Worek z dobrymi tytułami, które mogłyby powalczyć o miejsce na tej liście, bo warto je było obejrzeć:

Niewinność, reż. Lucile Hadžihalilović, Belgia, Francja (& others) – nadal uważam, że to jeden z moich ulubionych filmów.
Donoma, reż. Djinn Carrénard, Francja – rzecz o związkach, można się uspokoić: wszystkie są pokręcone i każdy na swój sposób, co nie znaczy, że te skręty są bez sensu.
Pokój 237, reż. Rodney Ascher, USA – filmowy esej o Lśnieniu Kubricka; o rany! taka interpretacja (liczne, liczne interpretacje) to nie w kij dmuchał, zabawne i imponujące.
Cygan, reż. Martin Šulík, Czechy, Słowacja – film minionego już sezonu, ale żal przegapić.
Marina Abramović: artystka obecna, reż. Matthew Akers – dokument o radykalnej performerce i o tym, że artysta, działając mniej, tworzy więcej. Marina patrzy w oczy.;)
Cztery słońca, reż. Bohdan Sláma, Czechy – film czeski, z tym wszystkim, co w czeskim filmie da się lubić.
Sąsiedzkie dźwięki, reż. Kleber Mendonça Filho, Brazylia film z najbardziej zaskakującą puentą.

Druga liga (ale wciąż warto): WrongNa zawsze Laurence, Bestie z południowych krain.

magicy (nie) istnieją

Iluzjonista, reż. Sylvain Chomet, Francja, Wielka Brytania 2010.

„Kiedy życie traci swój czar, wszystko czego trzeba, to jedna osoba,
która wciąż wierzy w magię”.

Kto jest kim?

Sylvain Chomet (ur.1963) – utalentowany autor komiksów i filmów animowanych; krótkometrażową animację (jego debiut, nominacja do Oscara) – Starsza pani i gołębie (1998) – zobaczyć można TU. Sławę przyniosła mu pełnometrażowa animacja (znów oscarowe nominacje) Trio z Belleville (2003). W 2010 powstał Iluzjonista nagrodzony Cezarem i Europejską nagrodą Filmową. Chomet parał się również filmem aktorskim: reżyserował jedną z części Zakochanego Paryża (2006).

Jacques Tati (1907-1982) – francuski aktor, reżyser, scenarzysta, szczyt popularności osiągnął w latach 50. Zasłynął z roli pana Hulot (Wakacje pana Hulot, Mój wujaszek etc.) – fajeczka, kapelusz, przykrótki płaszcz, niezdarny krok. Komik porównywany z Chaplinem czy Busterem Keatonem. Również scenarzysta. W roku 1956 napisał scenariusz, którego nigdy nie zrealizował. Reanimował go Chomet i w roli głównej: starego magika, którego sława już przygasła i który traci wiarę w sens iluzji, „obsadził” postać przypominającą Jacquesa Tati. Prawa do scenariusza sprzedała Chometowi córka Tatiego (inspiracja tej opowieści), sugerując, by powstała animacja, której kreska odrywa się od dosłownego odgrywania roli jej ojca, symbolicznie przenosząc postać w stronę archetypu.

O co chodzi?

To nie jest świat dla magików (czytaj: artystów). Iluzjonista z cylindrem, grubym królikiem i napełniającymi się kieliszkami ustępuje miejsca aktorom popkultury: rockowym zespołom, reklamie, medialnym gwiazdom. Nie dla niego estrada Londynu czy Edynburga. Wyrusza na prowincję, gdzie przez chwilę utrzymuje się na fali, zanim nadejdzie nowe. Przegrywa z tym, co skoczne, merkantylne, lepiej wypolerowane. I nie on jeden: brzuchomówca sprzedaje lalkę (cena zniżkuje aż do zera!), cyrkowiec ma myśli samobójcze. Są lata 50., lecz równie dobrze mógłby to być świat współczesny. To nie jest świat dla artystów (wytwórców magii). 

Iluzjonista spotyka Alice, dziewczynę-sierotę, sprzątającą w hotelu, w którym się zatrzymał. I ona wierzy w iluzję. A iluzjonista dla niej czaruje. Zabiera ją ze sobą w świat. Nadal jest trudno, ale zwyżkują akcje sensu. Bo przecież  „wszystko czego trzeba, to jedna osoba, która uwierzy w magię”. Znaczące, jak bardzo potrzebny jest odbiorca. To, że artysta kocha sztukę, nie wystarcza. On przecież zna swe rzemiosło, a chodzi o wiarę w czary. 

Iluzjonista wyczarowuje dla dziewczyny buciki, płaszczyk, sukienkę… Dorabiając nocami gdzie bądź. Najgorzej, gdy musi wykorzystywać swój talent do wyciągania z cylindra staników i pończoch (reklama). Pieniądze nie biorą się znikąd, choć taką iluzję podsuwa dziewczynie. Ale wszystko ma swój kres. Alice zakochuje się i wkracza w świat zupełnie innych czarów. Czas Iluzjonisty przeminął: odchodzi, zostawiając kartkę z wyznaniem: „magicy nie istnieją”. I nie istnieją wymyślone przez nich światy. Ale moc przemiany trwa: Alice z kopciuszka staje się piękną panną. Sztuka daje siłę do metamorfozy.

Świetna animacja! Nostalgiczna. Piękna wizualnie. Pełna delikatnych uczuć. Niewypowiedzianych, bo film, choć mówi odgłosami, jest pozbawiony dialogów (niemal, kilka razy bohaterowie dopełniają sytuację słowem, ale mam wrażenie, że nie nie były to słowa francuskie, lecz onomatopeiczne  zgłoski). Wspaniale nastrojowa muzyka. Duża porcja melancholii, ale i dowcipu, energii, anegdotycznych sytuacji. Jeśli odsłaniam zarys fabuły, to dwie przyczyny mną kierują. A pierwsza z nich to przekonanie, że ta opowieść składa się z tylu anegdotycznych sytuacji, scenek, występów etc., że proste ramy fabuły nie zdradzają esencji, a są przecież dość przewidywalne. Druga przyczyna wynika z okoliczności, o których na marginesie.

No cóż, szkoda, że magicy są tak często usuwani w cień. Ale nieprawda, że nie istnieją. Nawet jeśli potykają się o własne skrzydła i śmieszni są jak złowiony przez marynarzy albatros. Gdy poderwą się do lotu, to ho, ho! Jeszcze magia może zwyciężyć… Chociaż chyba jednak zbyt optymistycznie próbuję spuentować ten film. Wyrastanie z naiwnego odbioru świata ma naturę ciągu geometrycznego, postępuje w zastraszającym tempie. 

Na marginesie

Oglądałam w sali pełnej nastolatków (seans z prelekcją i dyskusją), niektórym zdarzyło się przysnąć (widać nie są jeszcze odpowiednim targetem dla nostalgii). Żwawo natomiast zabrali się do wymiany poglądów po seansie. Przynajmniej „moja” gromadka łapczywie chwytała w dłoń mikrofon i perorowała. Dyskusję prowadziła studentka, którą polubili  (ja też) już podczas poprzednich poseansowych rozmów. Zadawała sensowne pytania, można było odpowiadać bardzo swobodnie i wyczerpująco. Żadnej tam z góry założonej tezy, każdy trop równoprawny. Zabawa świetna. I wielkie brawa, że podsumowując, niczego dydaktycznie nie ujednoliciła. A zadanie było trudne, bo pędy „do wycięcia”, dzikie i absolutnie wbrew logice opowieści, wystrzeliły wyjątkowo mocno, dopiero w drugiej fazie lekko zneutralizowane kontrą.

Otóż, film okazał się opowieścią o niewdzięcznej dziewczynie, pazernej na prezenty. Która później zdradza starszego pana i umawia się na randkę z rówieśnikiem. Tu pytanie, czy sympatyczny skądinąd magik nie był nadto dziwny, biorąc ze sobą młode dziewczę i spełniając jej zachcianki zakupowe. Poza tym: czas cyrkowców minął, faktycznie co innego przyciąga dziś uwagę. 

A nostalgia przemijania? A czary magii? A czysta naiwność dziewczęcia, która dodaje wiary artyście i ma tę samą siłę przemiany, co iluzja? 

Wspominam, bo symptomatyczne. Zwłaszcza to podejrzliwe dopatrywanie się anomalii relacji. Dorosły przyjaźniący się z dzieckiem? Lampka: pedofilia. Chłopięca przyjaźń? Lampka: widocznie geje (tu coraz częściej neutralna aprobata). Dziewczyna przyjmująca prezenty? Lampka: sponsoring (słowo padło w dyskusji kilkakrotnie!).

Jakie to dziwne. Świadomość dzieciaków pełna jest takich demitologizujących podejrzeń. Niejeden film już widzieli, nie raz, nie dwa śledzili dyskusje o odmienności. Aż wydaje się, że mniejszość to większość. 

I choć wiem, że upraszczam (z konieczności), bo terminem „odmienność” objęłam zgoła różne zjawiska. Poza tym: jest jakaś siła w przełamywaniu wyobrażeń stereotypowych i zasiedziałych (w uświadomieniu sobie „podtekstów”). To jednak  nostalgia Iluzjonisty dopadła mnie i przyłapała na refleksji wykraczającej poza opowieść o starym magiku. Czar iluzji pociąga za sobą czar naiwności. Znikają. „I może tak jest dobrze” – cytuję głos z sali. Ale żal mi tej magii przemiany, którą mogła wprawić w ruch nieskażona niczym ufność.

polisse

Polisse, reż. Maïwenn, Francja 2011.

Wpada się od razu w środek, jakbyś budził się w roju. Wokół chaos i tłum – nie rozpoznajesz twarzy, nie przyporządkowujesz etykietek „kto jest kto”, wątki się plączą (ale kołtun nie powstanie), scenografia nie ma nic wspólnego z przemyślanym wnętrzem czy wyselekcjonowanym terenem. I właściwie galimatias trwa do końca. Do końca nie wszystko jest jasne. Ale czujesz na czym polega ta robota i kim są bohaterowie – lepiej, niż gdyby ktoś prowadził cię za rękę i wskazywał palcem na każdy element z osobna.

To francuska policja, Departament Ochrony Dzieci, którego chlebem codziennym jest wyrywanie dzieciaków z najróżniejszych zagrożeń, w pobliżu których nigdy nie powinny były się znaleźć. To ochrona przed dorosłymi, często z najbliższego otoczenia. Pedofilia, kazirodztwo, wykorzystywanie w najróżniejszych celach i na różne sposoby. 

Film nakręcony metodą zbliżoną do cinéma-vérité, bliską dokumentowi, podpatrującą świat bez naginania go do scenariuszowych torów, kreującą „potok życia” bez ustalania parametrów jego nurtu. 

Czas na sprostowania. Film jest paradokumentalny, ale ma fabularny nerw, który podpatrywanie pracy policji uzasadnia, ufikcyjnia i indywidualizuje. Oto Melissa przygotowuje fotoreportaż o tym, jak „działa” ta placówka. Wchodzimy więc wraz z nią w ten hermetyczny świat jako ludzie z zewnątrz. Ona jest tu pomostem. 

Na planie pierwszym praca. Przesłuchania. Czasami dzieci. Czasami dorosłych, niebudzących sympatii, bo choć wyrok sądowy jeszcze nie zapadł, ich rola jest dwuznaczna. Akcje w terenie. Ale ta praca ma swoje przedłużenie w klimatach całkiem prywatnych. Po pierwsze: rodziny, prywatne problemy policjantów. Czyjś rozwód, czyjaś bulimia, alkoholizm, nieustabilizowana sytuacja, ciąża. Po drugie: policjanci znają się na wylot, przyjaźnią, spędzają ze sobą mnóstwo czasu, wspólnie odreagowują napięcie, czasem się wspierają jak nikt, to znów wyładowują na sobie skumulowane emocje. Taki rój. I gdy się przypatrujesz, możesz poczuć powiew rutyny, silną dawkę adrenaliny, coś co wypala, ale nie pozwala odłączyć się od kroplówki, bo ona jest dla uzależnionych życiodajna.

Myślę sobie, że lubię (lubimy?) filmy o życiu jakiejś grupy zawodowej, jakiegoś zespołu połączonego wspólnym zadaniem a rozczłonkowanego siłą indywidualności, które go tworzą. Bo to z jednej strony odsłona jakiejś profesjonalnej niszy. Z drugiej strony – gra rutyny ze świeżością. To otwiera lufcik na wzruszenia (w Polisse – np. – wątek Freda przeżywającego rozpaczliwy płacz chłopca, zostawianego przez mamę, która wie, że nie da rady go wychować). To daje szanse na wtargnięcie w zawodowy świat żywiołu emocji prywatnych –  bardzo kuszące i absorbujące również emocje widza.

Wreszcie trzecia strona, którą uwzględniam, gdy myślę o tym, dlaczego lubię wchodzić w te profesjonalne kręgi, to toksyczność różnych zawodów. Polisse dostarcza rewelacyjnych podpatrzeń. Ktoś zauważy, że zaangażowanie w pracę (tu policji, ale to naprawdę można sięgnąć do analogicznych profesji) niemal gwarantuje poharatane życie prywatne. Ojciec-gość w domu, partner, któremu stygnie cierpliwość, przegapione dzieciństwo własnych dzieci. Rozjazdy, rozstania i wywrotki. Ale nie dość na tym! Co dzieje się z psychiką głównych obserwowanych!
W filmie Maïwenn ta niemożność rozładowania napięć jest naprawdę przejmująca i najmocniej wybrzmiewa w zakończeniu. Bo przecież ciężar problemu i krzywda wyrządzana dzieciom naznacza nie tylko bezpośrednie ofiary. Osadza się również na tych, którym przypada rola ratowników: Iris w dramatycznym finale, Nadine w furii atakującą przyjaciółkę, Sue Ellen znieczulającą się alkoholem. 

Maïwenn zrobiła naprawdę dobry film. Bo bliski życia i prawdziwy. Bo balansujący między tragizmem a komizmem – to jest moim zdaniem kryterium wartościujące dobre filmy. Bo niektóre sceny to prawdziwe majstersztyki.

Nie wiem, może i nie ma się z czego śmiać, ale scena, w której Nora tłumaczy muzułmańskiemu uzurpatorowi życia własnej córki, że niech no ją sprzeda, a ona oskarży go o gwałt zanim naprawdę wybrzmi – scena energetycznie rewelacyjna! Albo gdy zmęczeni przesłuchują dziewczę „zmuszone” do czynów nierządnych, gdyż ukradli jej telefon, a ona go chciała odzyskać… Wszystkich ogarnia głupawka, gdy dziewczę przekonuje, że musiała, bo to był smartfon.;)

Lub inna nastolatka, która tonem pogardy patrzy na trzydziesto- czterdziestoletnie policjantki, nijak nierozumiejące, że życie erotyczne młodych to ciężka praca i nadążanie za nowościami, by nie wypaść z obiegu.;) I wszystkie te przekomarzania małżeńskie, dyskusje… Ależ ci Francuzi są czupurni! Więc naprawdę doceniam, że udało się w tym filmie podejść tak blisko życia, udźwignąć spory ciężar i nie przytłoczyć.

Poza tym: sama Maïwenn! Dla mnie odkrycie. Nie tylko reżyserka, również scenarzystka (i podejrzewam: producentka) oraz aktorka. To ona wciela się w Melissę. Piękną fotografkę, która nie chcąc się wyróżniać, chodzi w okularach-zerówkach i koczku. A jej kariera modelki i aktorki ma już sporo zapisanych stron. Oczywiście, to ona na zdjęciu powyżej.

I znów sięgam na blogi francuskie, gdzie wszystko już wcześniej było opisane, i polecam uwagi o mocno zakręconej biografii tej reżyserki. Pisze o tym Katasia na voyages,voyages.

nietykalni

Nietykalni (Intouchables), reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, Francja 2011.

„25 milionów widzów…” – ojojoj, jeśli tylu widziało, to już niewielu pozostało w zbiorze ludzi niezorientowanych. Może i tacy są, ale to kraina liczb nierzeczywistych. Widzieliśmy. Śmialiśmy się. Ubaw był przedni, choć szarża goniła szarżę i ocierała się o granice przyzwoitości. Źle powiedziane: przyzwoitość to jest kręgosłup tego filmu, więc była poza podejrzeniem. Ale żart z tematów granicznych (kaleka, pochodzenie społeczne, rasa, seksualność, snobizm kulturalny) nieustannie te granice ostukiwał i sprawdzał ich elastyczność. 

Przyzwoitość dlatego ma takie mocne karty, że to jest film o czymś, co można by nazwać francuskim snem o dobrych (z gruntu) ludziach. Sen na podbudowie Amelii, tyle że bardziej „wywrotny”. Sparaliżowany arystokrata, unieruchomiony po wypadku i chłopak z przedmieścia (albo z tych mniej lubianych paryskich dzielnic), z pochodzenia Senegalczyk – w roli pielęgniarza-opiekuna.

Dwa nieprzystawalne światy, ale – jak się okazuje – nie taka przepaść głęboka. Dwa różne temperamenty: wysublimowany gust, takt i inteligencja a w kontrze spontaniczność, nieokrzesanie, energia. Dwa różne ciała (to takie powierzchowne, ale tutaj zasadnicze): bezwładne, nieadekwatne do psychiki, ciało-więzienie (tylko uszy się nie poddają i wciąż czegoś pragną!) i pełne ekspresji (taniec w dniu urodzin Ph.), silne (Driss-pielęgniarz), trochę agresywne (akcja z przywołaniem do porządku źle parkującego kierowcy lub musztra „mopa”) czarnoskóre młode ciało Drissa. Rany! Co za mimika! 

Elita jest przyzwoita. I przyzwoity jest świat podmiejskiego żywiołu. A przynajmniej Phillippe i Driss. A nie musiało tak być.

Ilu widziało, tyle opinii. Zacytuję recenzenta „Kina”, z którym nie zgadzam się w całej rozciągłości: „Humor opiera się raczej na niewyszukanym dowcipie sytuacyjnym”. „Słabość wykonania nie przekreśla jednak tkwiącego w Nietykalnych potencjału wyjściowego”.
Co jak co, ale aktorstwo przednie: świetny François Cluzet (jako tetraplegik Phillippe) i rewelacyjny Omar Sy (jako Driss), który zgarnął Artyście (Dujardinowi)  Cezara sprzed nosa.
Co jak co, ale humor bardzo mi odpowiadał! No, sytuacyjny, tak (ale i komizm postaci, które bynajmniej nie są karykaturami, lecz mają przypisany zmysł humoru i wynikającą z ich osobowości vis comica).

Rozmowa o Nietykalnych to najlepiej taka, w której ci, którzy widzieli, przerzucają się sytuacjami i bon motami z filmu. Co tu dużo komentować? Jajko Fabergé w roli Kinder-niespodzianki. Podryw na wannę. Śpiewające drzewo w operze lub samochód na konia w bagażniku. Rajstopy i czajnik z wrzątkiem. Nonszalanckie podawanie telefonu i podpytywanie o wagę epistolarnej przyjaciółki. Et cetera.

Jazda bez trzymanki!

Niemal klamra. Film zaczyna się sceną pościgu i na niej kończy. Na szczęście z dopisanym epilogiem. Tak mnie wciągnęła ta bajka, że przebudzenie „wszystko psuło” – dobrze, że znalazł się sposób na względny happy end. Życie toczy się dalej. A dopóki kieruje nim scenariusz tandemu Nakache & Toledano jest śmiesznie, czule, wzruszająco. Można nawet trzymać kciuki za udaną randkę Phillippe`a i za rozsądek Drissa. 

Chyba nie ma sceny, w której bohaterowie byliby równie zgrani, jednakowo zdesperowani, dogadujący się bez słów i recytujący tę samą kłamliwą wersję zdarzeń.

Auto ma niezłe przyspieszenie – żal nie skorzystać. Policja ma zastrzeżenia, ale zabawa w kotka i myszkę jest ekscytująca (więc Driss daje popis jazdy bez konwenansów). Hmm.. Spotkanie ze stróżami prawa jest chwilowym patem, ale nie tylko siła fizyczna, nie tylko brawura stanowi o charyzmie. Kilka dobrze rozegranych komunikatów werbalnych potrafi zamienić groźnych panów w mundurach w potulną eskortę dwójki zadziornych rebeliantów.

Co jeszcze? Chciałabym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Pierwsza to dowcipnie i ciekawie rozegrane role kobiece. One są w tle, rzecz jasna, bo przecież to film o męskiej przyjaźni. Ale wnoszą świeży ton, czasem równoważący chłopięco-męską beztroskę (Mama Drissa), czasem przypominający, że nie tylko faceci prowadzą swą rozgrywkę (Ivonne i Magalie) albo pojawiają się (deus ex machina) niczym archetyp pięknej, mądrej, kochającej (Eléonore). 

Sceny z mamą-ciocią Drissa wprowadzają realizm, dom na przedmieściach czy praca sprzątaczki to niewesołe przypomnienie, że istnieją obywatele drugiej kategorii. Ale ile w tej mamie dumy, troski i bezwzględności zarazem, ile moresu wzbudza. Może dzięki jej obecności postać Drissa zyskuje warstwę głębszą, bo jeśli za swą opiekę nad Ph. otrzymuje zapłatę, to szacunek dla mamy jest już zdecydowanie odsłoną charakteru. Ivonne – z kolei – jest dyskretna, ułożona, ale nie sztywna, nieźle się bawiąca wysiłkami Drissa, by uwieść lesbijkę. Ona stoi na straży arystokratycznego rytmu dnia, ale potwierdza, że ci na górze też mają zmysł życia i – na przykład – sympatię do ogrodnika. Może najmniej udaną i wykorzystaną postacią jest zostawiona sobie samej adoptowana córka Phillippe`a, Elisa.

Druga sprawa: podobała mi się w Nietykalnych gra z taką „pierdołowatością” (mało eleganckie słowo mogę od biedy zastąpić synonimem „poprawności politycznej”). Szereg scen wprowadza przerysowane, ale prawdziwie podpatrzone stereotypowe zachowania, ilustrujące to, co „wypada”, choć niekoniecznie wiadomo dlaczego.

Casting na opiekuna: wszyscy z referencjami, z autoprezentacją, że mucha nie siada, każdy wie, co dobrze brzmi, więc recytują głupoty – „od dziecka lubiłem kaleki” ;)

Inwestycja w malarstwo współczesne i zachwyt nad abstrakcją. Niewątpliwie słuszny, ale zdecydowanie dający się wmówić i wynikający raczej ze snobizmu niż ze znawstwa (skoro obraz Drissa tak absurdalnie się sprzedaje).  Snobistyczna jest opera. Jasne: dla wyrobionych słuchaczy lub dla tych, którzy mają ucho otwarte na operowe dźwięki, to z pewnością uczta. Ale znacząca część publiczności czuje pewnie to, co nazwać może tylko nieokrzesany „prostak”, który parska i chichocze widząc na scenie faceta z liśćmi na głowie. I śmiałby się dłużej, gdyby mu nie przepowiedziano, że to się przed upływem czterech godzin nie skończy. Słowa „prostak” użyłam oczywiście bardzo umownie, bo Driss przecież zna Berlioza;) a tutaj występuje w roli dziecka z baśni Andersena o szatach cesarza.

Konwenanse rozwala też scena, w której Driss spóźnia się na koncert muzyki klasycznej, a bardzo chciałby siedzieć na zajętym już miejscu przy Magalie. –  Halo! Przesuwamy się wszyscy o jedno krzesło! Dalej! Już!. I na komendę zmienia się usytuowanie ustrojonych gości. A ta panienka, która sterczy niczym słupek, bo dla niej miejsca zabrakło, to już naprawdę.:)) Gdzieś tam, odrobinę lub bardziej, żarty są głupawe. Ale mają siłę. I to między innymi dlatego, że nie omijają tego, z czego śmiać się „nie wypada”. Wiadomo: nic trudniejszego do zrobienia niż komedia. Im łatwiej się ją ogląda, tym większy kunszt. 

Polecam wpis Katasi o Trzech kumplach (Omar Sy, Nicolas Anelka, Jamel Debbouze), czyli o karierze aktora, piłkarza i komika, o tym, jak z pozycji imigranta można zawojować Francję! Tutaj.

wstydliwie (1)

Sponsoring (Elles), reż. Małgośka Szumowska, Polska, Francja, Niemcy 2011.
Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

                

O seksie, bardzo bezpośrednio.
Oba filmy odważnie odsłaniają życie intymne swoich bohaterów. Unaoczniają, obserwują, podążają po śladach ich seksualnych doświadczeń, przyglądając się jak wpływają one na to, kim są lub kim się stają. Nie mogę napisać, że analizują „tę sferę życia” bohaterów, bo nie oddałoby to istoty rzeczy. Brandon Sullivan (Wstyd) zdaje się być tak bardzo pochłonięty swą seksualną obsesją, że inne sfery są przez nią zdominowane, jej podporządkowane, przez nią zmarginalizowane etc. Alicja i Charlotta (Sponsoring) to paryskie studentki, które zarabiają na utrzymanie seksem – „znudzeni mężowie” zgłaszają się na ich anons i słono płacą. Dziewczyny nie angażują się (?) emocjonalnie, ale czy można powiedzieć, że te erotyczne doświadczenia oddzielone są od sedna ich tożsamości? Seks wkrada się i przemienia wszystko. A opowieść wciąga w swój wir również widza, który doświadcza konfuzji przekraczania czyichś intymnych granic, wślizgiwania się w cudzą sferę intymną.

To znaczy, że nie są to filmy dla każdego, choć w pewnym sensie o nas wszystkich. Nie, bynajmniej nie doszukuję się w Brandonie everymana, ani w dziewczynach z filmu Szumowskiej nie widzę jakiejś nadchodzącej generacji. Trawestując frazę poetki, przyznam jednak, że: Jesteśmy dziećmi epoki. Epoka jest erotyczna.
[Szymborska, Dzieci epoki (tu: epoka jest polityczna)]

Zbieżność wejścia obu tytułów na ekrany polskich kin sprawia, że one z sobą rozmawiają. Sugerują, że współczesny świat sprzyja erotycznym zawirowaniom, ułatwia je lub wymusza.
Jestem pod dużym wrażeniem filmu McQueena i roli Michaela Fassbendera. Sponsoring mnie nie przekonuje,  mówiąc językiem innej polskiej reżyserki: jest jak artystyczna wydmuszka. Siła Wstydu odbiera impet opowieści Szumowskiej. Wstyd jest odważny, Sponsoring, mimo sięgnięcia po dość drapieżny temat, jest mdły, rozmyty…, a przynajmniej mnie taki się on wydaje.

Studentki marzą o wyrwaniu się ze swoich światów – Alicja przyjechała do Paryża z Polski, Charlotte rozpoczyna w nim życie po opuszczeniu szarej rzeczywistości francuskiego blokowiska. Obie chciałyby żyć elegancko, być kimś takim, jak Anna – dziennikarka poczytnego pisma, która pisze artykuł o studentkach-prostytutkach. Ona ma wszystko, czyli odpowiedni standard życia (!). Ale spotkanie z dziewczętami uświadomi Annie, że „wszystko” to za mało, gdy ze związku (rodzina!), w którym tkwi, wyparowała bliskość.
Ona chciałaby być – trochę – jak one.

Mogłoby być ciekawie, gdybym potrafiła w to uwierzyć. Że dziewczyny zaprzedają się po coś (że to, co chcą osiągnąć jest warte ceny lub przynajmniej „konieczne”). Albo że Anna rzeczywiście ma czego im zazdrościć (że w czymkolwiek one nad nią górują).

I nie chodzi o to, że to nie współgra z moją percepcją świata, zasadami etc. Nie jestem przekonana, bo to, co widzę na ekranie jest niewiarygodne. Mówię sobie: a może tak jest? może Szumowska dotarła do ludzi, którzy tak myślą, sama tak myśli, więc jest w tym jakaś prawda? Ale dlaczego to nie wybrzmiało? Źle zagrane? Chaotycznie poprowadzone? Zbanalizowany scenariusz?

Po kolei. Czego chcą dziewczęta? Szumowska w wywiadzie tłumaczy:  „One po prostu chcą mieć pieniądze. Chcą żyć na takim poziomie, na jakim żyje Anne – zejść rano na śniadanie do kawiarni, kupić fajne ciuchy. A żeby tak żyć w Paryżu, trzeba mieć mnóstwo kasy. One w końcu tę kasę mają, jedyny problem polega na tym, że muszą ukrywać skąd i pewnie płacą za to jakąś wewnętrzną cenę”.

Standard życia jako wartość sama w sobie? Cena, jaką płacą, to poczucie, że muszą kłamać, bo ten obłudny świat nie zniósłby, gdyby mówiły wprost, że pełnią taką a nie inną rolę społeczną? Wydaje się, że cena jest wyższa. Film sugeruje rozpad związku Ch. z jej chłopakiem i A. z matką. Dlaczego aż tak ten koszt zaniżać?

Gdy Anna pyta, czy relacje z klientami je upokarzają – odpowiedź brzmi: nie. Jedna z dziewczyn rozmawia przez telefon z klientem tak czule jak z kimś bliskim, ale fragmenty „spotkań” mówią co innego. Gdy dziennikarka pyta, co sprawiało trudność (oczekuje wyznania, że musiały przełamać jakiś wewnętrzny opór), słyszy, że to w ogóle nie było trudne, a prawdziwą przeszkodą życiową jest „ten zapach”. Jaki? – pyta Anna, mając na myśli chyba co innego, niż usłyszy w odpowiedzi: zapach blokowiska, z którego pochodzę.

Dziewczyny mówią, że ich klienci są „normalnymi, zwyczajnymi facetami” – no tak, ale nie przychodzą do nich, by zaznać zwyczajności. I tylko decyzja reżyserki sprawia, że widzimy ich jako trochę smutnych, trochę niezaspokojonych facetów. Równie dobrze mogliby to być osobnicy bardziej ześwirowani, na prasowy anons może przecież odpowiedzieć każdy.

Dalej: co takiego intryguje Annę, że zaczyna inaczej postrzegać swoje życie? Tu na plan pierwszy wysuwa się Binoche i jej wierzę trochę bardziej (rodzina nie leczy z samotności, mąż przypomina tych podtatusiałych klientów, którzy przychodzą do dziewczyn).
Miota się kobieta po mieszkaniu, przyjemnie się ją ogląda (bo Binoche – elegancka czy rozchełstana – wygląda kobieco i inteligentnie), no musi coś w tej swojej wydmuszce zmienić, ale czy mogą jej w tym pomóc nowo poznane pannice? One są jej potrzebne jako bodziec. Jedyne, czego mogłaby im zazdrościć, to młodość. Ale płacz nad rozlanym mlekiem, czyli wyrośnięciem z wieku wczesnostudenckiego i przebywanie w świecie ludzi dorosłych (zazwyczaj przecież nie dość dojrzałych) to nie jest jeszcze koniec świata.

Mimo to podoba mi się w Sponsoringu kilka scen. Kolacja i śniadanie w finale opowieści. Bratanie się Anne z Alicją (np. ten śmiech z ustami pełnymi makaronu), bliskość z Charlottą, wizyta polskiej mamy w Paryżu (czyli Janda w różowym sweterku!). Może ta scena, w której Alicja i „facet z gitarą” śpiewają piosenkę. I okulary Juliette Binoche, te czarne i te kolorowe. 

*****************

Wolę Fassbendera! To, o czym opowiada film McQueena, mogłoby budzić więcej oporów i zastrzeżeń. Nie budzi, bo jest wiarygodne. Tu opowieść broni się sama. Jest Brandon, jest jego siostra Sissi, jest Nowy Jork… Jest jakieś okaleczenie, narośl, pułapka. Trochę wytwarza je świat, a trochę my sami. Mam pytania, ale nie mam zastrzeżeń. Poza jednym: że nie zmieszczę swoich uwag w tej notce, więc rozbijam ją na „wpis w odcinkach”.