Archiwa tagu: kino greckie

bokser i frustratka

Do utraty sił (Southpaw), reż. Antoine Fuqua, USA 2015
Płomień (A Blast), reż. Syllas Tzoumerkas, Grecja 2015.

Inauguracja sezonu. To był dzień, w którym oderwałam się od Downton Abbey (seria 2, 3 i 4) i wyszłam z domu na seans na naprawdę dużym ekranie. Od razu na dwa seanse, żeby zwiększyć szanse na poruszenie, które mnie pchnie w jakimś kierunku – zachwytu, smutku, namysłu. Wiadomo, w końcu po to oglądamy, żeby jakaś reakcja chemiczna zaszła. Coś zatliło, nie powiem. Ale wracałam do domu z myślą, że jednak tradycyjne, zachowawcze, piękne w każdym detalu życie rodziny Crawley`ów ekscytowało mnie bardziej. Samej trudno mi uwierzyć w to, co piszę. Tak, kąśliwa ciotka hrabina Violet, wyniosła lady Mary, niezłomny kamerdyner pan Charles Carson, przewidywalni bądź co bądź, pozostają po kilkakroć bardziej wielowymiarowi niż kreacje ze świeżutkich premier.

Do utraty silDo utraty sił – moim zdaniem – obejrzeć nie zaszkodzi. Kto lubi Gyllenhaala i McAdams, będzie miał w kogo się wpatrywać, pozostali (są tacy, co nie lubią Jake`a i Rachel?) tę korzyść odniosą, że wszystko będzie spójne, umotywowane, ze zwrotami akcji i napięciem narastającym tak, jak trzeba. Powiedziałabym, że to film logiczny i uczuciowy. Proszę sprawdzić, czy to możliwe, by opowieść o boksie, o ciosach w twarz, rozbitych łukach brwiowych, sińcach, wylewającym się lewym oku, ogłuszeniach etc. była logiczna i wzruszająca. 

Ale w tym rzecz, że cudowny paradoks zbudowany na zderzeniu brutalnego sportu z kruchością i tęsknotą za czułością, nie wyważa żadnych drzwi. Raczej przypomina znaną już baśń, w kinie amerykańskim obecną w tylu wariantach, że nie mogłam się nadziwić, jak często serwuje się nam znane od lat menu. Sedno w tym, że ocena filmu Antoine`a Foquy zależy od tego, czy mamy apetyt na nowe smaki, czy zaspokaja nas chleb z masłem. Decyzja zależy od żołądka.

W dwunastu zdaniach: Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest mistrzem wagi półciężkiej. Tworzy życiowy duet z Maureen (Rachel McAdams). Znają się z czasów, gdy oboje byli wychowankami sierocińca. Teraz stworzyli dom dla siebie i córeczki Leili. Bogaty, ciepły. Maureen ma sex appeal i głowę na karku, Billy rozważny jest mniej, co nie dziwi – gdyby za dużo myślał, pewnie by nie boksował. Oczywiście, wszystko się odmieni, Billy straci tyle, że zostanie mu tylko – nomen omen – nadzieja na kolejny zakręt losu. Fanom Rachel McAdams doradzam, by wpatrywać się intensywnie, bo jest na ekranie krótko. Jeśli przed zakrętem był szczyt, to za zakrętem jest jama depresji w fuzji z wściekłością. Znika dwuznaczny manager, pojawia się guru. Stary doświadczony życiem bokser jest jak Wergiliusz u Dantego: prowadzi przez piekło, wie więcej i grzecznie pozostaje na drugim planie. Wzbogaca bohatera głównego w samoświadomość i empatię. Zresztą – bohater ma sporo bodźców do przemiany, a najsilniejszym motywatorem jest córka.

Tyle. Słabe strony wydają mi się oczywiste (100% widzów wie, że utracony tytuł Billy Hope musi odzyskać, choćby miał w tym celu ubić kotlet z przeciwnika),  skupię się więc na tych dobrych. Po pierwsze: montaż walk bokserskich. Trzeba przyznać, że mistrzostwo. Mnie ujęły te zwolnienia, którym towarzyszą mocno podbite plaśnięcia uderzeń. Znika wtedy rozgardiasz tłumu, są tylko ciosy. Runda za rundą. To mnie nie nudzi, może dlatego, że nie jestem kibicem bokserskim, raz na jakiś czas mogę więc zobaczyć, jak to działa. Fuqua pokazuje boks z desperackim zacięciem. Jak spektakl, w którym muszą wybrzmieć upadki, poderwania, kiwanie się na zdezorientowanych nogach, odrzuty głowy, w której chyba miesza się z sobą sens i bezsens całej gry. Zwycięzca unosi ramię poharatany, dostaje ozdobny pas, idzie się umyć. Potem pozwoli się poskładać na wzór siebie sprzed walki.

Po drugie: Gyllenhaal. Ostatnio widziałam go w Wolnym strzelcu, gdzie jako wychudły paparazzi ocierał się o obłęd. Tu demonstruje wyćwiczoną muskulaturę, dla lepszego efektu ustrojoną tatuażami. Nie przypadkiem zapewne są to tatuaże gotyckie, podobne do kroju napisów rozpoczynających film. Jakiś podtekst? Mile widziana podpowiedź. Zastąpię słowa dwoma fotkami, które oddają skalę odgrywanych przez aktora emocji. Aktor się sprawdził. Mógłby zagrać ze trzy razy tyle, gdyby mu ktoś rolę skomplikował. Zadanie miał dość proste – o ile nie wliczać scen walki.

SOUTHPAW

Oona i Jake2

Po trzecie: dziewczynka w okularkach (gdyby nie były jej naturalnym wyposażeniem, należało je wymyślić, trafienie w punkt). Córka, której zafundowano emocje ponad miarę, w skali o niezwykłej rozpiętości – od nienawiści do ojca po ból towarzyszenia mu w walce. Poniekąd również „typ”: mądrej, rezolutnej, nad wiek dojrzałej dziewczynki. Rolę Oony Laurence uważam za mocny punkt obsady. 

***

Jeśli więc przy Do utraty sił mogłam nieco pokręcić nosem na przewidywalność i ogrywanie schematu, to przy greckim Płomieniu ujścia domagało się wołanie o odrobinkę wyjaśnień: co, dlaczego i po co. 

Plomien. plakatOpis dystrybutora prowadzi na manowce, a przynajmniej wkłada do filmu sensy wcale nieoczywiste. We mnie rozbudziło się pewne oczekiwanie. Otóż: że będzie to opowieść o kobiecie, która w szalonym związku z marynarzem utopiła szansę na uporządkowanie swojego życia. Czuje się uwięziona życiową sytuacją (samotnością, balastem wychowywania dzieci w pojedynkę, kryzysem). Dotarła do ściany. Chciałam zobaczyć, jak ją obejdzie. Czy będzie walić w mur, czy przypnie skrzydła, by przefrunąć. Ale to wcale nie o tym. Co gorsza: nie wiem, o czym. Więc mały dyskomfort.

Syllas Tzoumerkas, reżyser, był gościem kina Muza. Sympatyczny i bardzo ciekaw rozmowy. Zgadzał się na każdą interpretację otwartego zakończenia. Niewiele mi pomógł. Jak twierdzi – film ukazuje losy typowej greckiej rodziny, na tle społecznych kryzysów współczesnej Grecji, z odniesieniem do archetypów (Grek to zawsze jakiś archetyp, nie dziwi nic). Jednym z nich jest potrzeba zabicia matki i ojca. No, a niech to! Powiedziałabym raczej, że oglądam perypetie kobiety mocno szurniętej (ciekawe, lecz trudno uznać ten stan za typowość), opętanej seksem, którym niestety nie da się rozwiązać wszystkich problemów. To, czy rzecz dzieje się w Grecji, jest czymś totalnie wtórnym. Najbardziej grecka jest symptomatyczna symbioza błękitu i szarej zieleni. Sytuacja społeczna rysuje się niewyraźnie. Chyba że należy podążać za łopatologią i długi matki odczytać jako zamiennik greckiej niewypłacalności. Nie sklejają mi się obrazy w całość.

To moja druga – zakończona fiaskiem – próba zrozumienia Syllasa Tzoumerkasa. Kilka lat temu oglądałam jego Ojczyznę. Jedno, co mogę, to zastanowić się, dlaczego jestem na niego głucha, choć czasem zatli się w oku płomyk zrozumienia.

Nowe kino greckie olśniło mnie trzykrotnie: Attenberg (2010),  Alpy (2011) i The Lobster (2015). I tyle umiem sobie wyjaśnić, że nie jest to kino realistyczne. Twórcy niby się nie odżegnują od komentowania greckich aktualności, ale na pewno nie należy oczekiwać kina spod znaku Kena Loacha. Nie są to filmy społeczne. Nie są to filozoficzne metafory i nie są to opowieści budowane motywacją psychologiczną. Tym, co jest nerwem znanych mi greckich filmów ostatnich lat, to ekscentryczność, przekraczanie granic, demaskowanie ograniczeń, które zwykle pękają pod naporem absurdu i zakręconych konceptów. Obłęd, okrucieństwo i dużo rzadsze, tym nie mniej ważne, współczucie. Czasami odnajduję w tych historiach niesamowitą świeżość, lubię bohaterów, akceptuję wariactwa i nie domagam się, by było „realistycznie i po kolei”. Szaleństwo rządzi się własnymi prawami i nie wiadomo, kiedy się udzieli, a kiedy nie. Jeśli się nie udzieli, to klapa. I tak się sprawy mają między mną a Syllasem Tzoumerkasem, że mnie się jego zmysł sensu nie udziela. Teraz, gdy wiem, jak on wygląda i jak miło się uśmiecha, jest mi trochę żal, że tacy jesteśmy niekompatybilni. No cóż.

Aggeliki Papoulia

Niczego nie utrudniają retrospekcje. Wydają się wręcz niezbędne, by unieść ładunek emocjonalny głównej protagonistki. Marią jest Aggeliki Paupolia, aktorka świetna, przyciągająca wzrok, znana z Kła, Alp i The Lobstera. Intuicyjnie zestawiam ją z Kingą Preis (czego nie wytłumaczę, lecz sugeruję klasę i charyzmę). Sceną, którą reżyser uznał za kulminację, wokół której krążył, rekonstruując potknięcia Marii, jest scena zwierzeń na spotkaniu psychoterapeutycznym. Otwarcie na oścież przed obcymi. Zanegowanie dotychczasowych relacji, zobowiązań, wizerunkowych przebieranek. Chyba wściekłość na życie. 

Można by pogdybać, skąd to wkurzenie. Powody się znajdą. Niełatwo wychowywać samotnie trójkę dzieci. Owszem, ale o relacjach z dziećmi Thoumerkas ani się zająknie. Dzieciaki plączą się po planie bez sensu. Trudna jest relacja z wiecznie nieobecnym mężem. Ok, wydaje się jednak, że jedyne, czego Maria od niego chce, to wysokiej temperatury wariackich zbliżeń. Dostaje. Marynarz wygląda na takiego, który się nie domyśla, że chodzi o coś jeszcze. Może trzeba mu było powiedzieć? Relacje z rodzicami mogą być frustrujące, to oczywiste. Ale naprawdę grubą przesadą jest bicie kalekiej matki po tyłku i wymawianie ojcu, że na starość stał się ciężarem. Widz, który nosi w sobie nienawiść do rodziców być może utożsami się z Marią siłą rozpędu. Ja potrzebuję wyjaśnień. Pewnie, że upośledzona siostra również może ciążyć jak kamień. Tylko że mnie brakuje cierpliwości, by przytakiwać frustracji Marii. Mam wrażenie, że mogłaby ją dobić nawet przypalona grzanka. Dlaczego mam rozumieć frustratkę? Czy frustratka nie mogłaby czegoś odpuścić? I trochę mniej krzyczeć? Nie trzepać rękami bez ładu i składu… 

 ***

W repertuarze kin  jest naprawdę niezła Pieśń słonia z aktorską kreacją Xaviera Dolana. Polecam. Może gdzieniegdzie uda się upolować Mr.Turnera. A jak nie, to zanurkować w Downton Abbey – w świecie arystokratów i ich służących, w świecie, który umiera na naszych oczach. Ale wciąż uwodzi, wymusza podziw nawet na radykałach. Powiedziałabym, że – być może, co niektórych – leczy z frustracji.

Tonino

To będzie odstępstwo od reguły. Sytuacja jest wyjątkowa. Zasada, którą naruszam dotyczy niecytowania własnych tekstów. Przytoczę notkę sprzed roku, zapisaną na starym tamaryszku. Słowa, których użyłabym dziś, miałyby kształt klepsydry i podporządkowane by były dyktatowi czasu przeszłego. Nie ma już Tonina Guerry (od dzisiaj), nie ma Theo Angelopoulosa (od 25 stycznia 2012). Przynajmniej w pewien sposób ich nie ma, bo całkowicie nie znikną nigdy. 

[tamaryszek – opowieści zebrane, wpis z dnia 3.02.2011]

Scenarzysta. Poeta

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi – to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu Amarcord – to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: Ginger i Fred, A statek płynie) przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni (Przygoda, Zaćmienie, Czerwona pustynia, Zabriskie Point i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore. Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. Pejzaż we mgle, Spojrzenie Odyseusza, Wieczność i jeden dzień).

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.

„Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.
Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.
Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.
– Jadłeś?
– Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.
– Jadłeś? – powtórzył. – O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.
– Słowo, którego szukałem.” (Theo Angelopoulos)

Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej – trudnych dla obcokrajowca – kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.
Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród
sąsiadów – Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości – cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, Miód. Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku – Guerra „wraca do rodzinnej krainy – z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym”.

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

Wiersze – jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

„U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja.”

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełniła ulewa – „a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów”. W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
„listami z Chin”. W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu – że kiedyś było takie, „które nie pokładało się podczas wichury”, podczas gdy dzisiejsze „wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię”. I ciąg dalszy:

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.

Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: „Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam”. :)

To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez Niebo obraca się (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.

Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.