Archiwa tagu: kino islandzkie

w cieniu drzewa

W cieniu drzewa. 1

Oto chór męski spod Reykjavíku. Niezbyt sexy, nie szkodzi, to nie chór jest w centrum opowieści. Chór to ekwiwalent papierosów. W tym sensie, że gdy bohater ma ochotę czmychnąć, by odreagować, to czmycha nie po paczkę Marlboro a na próbę śpiewu. Mowa tu o Baldvinie (to ten, który nie śpiewa). Moja ulubiona postać i wabik dla każdego, komu podobał się film Barany. Islandzka opowieść. W roli Baldvina – Sigurður Sigurjónsson, jeden z braci, o których opowiadał ww.film. Nazwiska nie spamiętam, ale twarz zapada w pamięć. Dobrze się ją ogląda, bo sugestywna i do rozczytywania. Jest taka scena – W cieniu drzewa – gdy Baldvin po prostu jest swoją twarzą: oniemiałą, otępioną, potraktowaną obuchem absurdu sytuacji, w której utknął. Dobrze więc, że tego rodzaju komunikaty niesie twarz wymowna.

I co z tego, że nie sexy, skoro to film o czym innym? Niby innym, lecz od filmu porno się rozpoczyna. I ten początek pozornie nijak ma się do całości, jak cały wątek dotyczący małżeńskich kłopotów Atliego, młodszego syna Baldvina i Ingi. Jak się już wszystko w całość poskłada, okaże się, że boczny wątek potrzebny jest, by dopiąć intrygę oraz po to, by uwierzyć w przebaczenie.

Główny wątek to sąsiedzki spór o drzewo. Drzewo rośnie na posesji Baldvina i Ingi, lecz rzuca cień na ogród Konrada i Eybjorg. Pierwsi mają dwóch dorosłych synów (starszy nie żyje, z czym nie mogą się pogodzić, młodszy wrócił pod dach wygnany z domu przez małżonkę). Drudzy starają się o dziecko. Ci mają kota, tamci psa. A drzewo rośnie i zacienia…

W cieniu drzewa. 2– Nie ścięlibyście kilku gałęzi? – Właśnie o tym myślimy. 

Zaczyna się ugodowo, z gotowością na ustępstwa. Dalej trzeba przemilczeć, by nie zdradzać zbyt wiele. Jedno pewne: to będzie jazda bez trzymanki. Wojna na słowa i na domysły.

– Oni specjalnie tak…. – Jak można coś takiego powiedzieć? – Jak nieludzkim trzeba być, by to zrobić?

Nie skończy się dobrze. Zaklasyfikowanie tego filmu jako komedii (opis dystrybutora) to żart. Nawet jak na standardy komizmu skandynawskiego lekko tu rzecz nagięto. Owszem, jest aura absurdu, jest swoista śmieszność ludzi zacietrzewionych i nie nazbyt logicznie działających. Wszystko jednak zmierza ku takiemu stężeniu niezgody na drugiego, że jeżeli już sięgać po kategorie estetyczne, to tragizm. Tragizm i absurd (o ile to się nie wyklucza). Tragizm w szekspirowskim  sensie, czyli – można byłoby zachować spokój i zasady, gdyby nadepnięcie na odcisk nie uruchomiło w bohaterach emocji silniejszych od nich samych. Każdy kolejny rewanż podbija stawkę.

Świetny film o tym, jaką siłę sprawczą ma domniemanie czyjejś złej woli. Można przećwiczyć na sobie, wszędzie tam, gdzie czyjeś zachowanie jest nam nie po myśli. Wyobrazić sobie, że istnieje jakiś podtekst, celowość, uprzedzenie względem nas etc. Albo lepiej tego nie robić, tylko obejrzeć islandzki film i przeżyć katharsis. Zanim w grę wejdą pies z kotem… 

W cieniu drzewa (Undir trénu) – reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson, Islandia & Dania 2017

Barany. Islandzka opowieść

Barany są wielce ok. I mają dobrą prasę. Pewnie dlatego, że są inne, na inność się nie siląc. Proste, takie „po prostu”, aż może się zdawać, że każdy by mógł małym kosztem coś podobnego nakręcić. To wrażenie jest zmyłką. Nie zaglądam do kosztów producenta, ale jeśli chodzi o wkład scenarzystów, aktorów czy reżysera, to czyste złoto, waluta nie do przecenienia.

BaranyRzecz dzieje się na islandzkiej prowincji (tautologia?). Pejzaż wokół ogromny, ale nikomu w głowie go kontemplować. Ludzi niewielu i wszyscy się znają. Każdy robi z grubsza to samo – hoduje owce. Z potrzeby, z konieczności i z pasji. Do owiec można się przywiązać i czuć się z nimi jak z rodziną. Kąpać je w swojej wannie, dawać im buziaki i szczypać w boki. Owce potrzebują zachodu od świtu po zmierzch, więc absorbują, w zamian dając poczucie sensu i bycia potrzebnym. Jeśli dodać, że raz do roku odbywa się prestiżowy konkurs na najlepszego barana, to znaczy, że życie nabiera barw i tętna rywalizacji. Na horyzoncie majaczy nadzieja wielkiej satysfakcji, dumy, radości i napędu na kolejne lata życia z owcami, wśród owiec, dla owiec etc.

Monotonia? A gdzie tam! Esencja bez bitej śmietany. Takie espresso, powiedzmy. Mało, a daje kopa.  

Przyjrzyjmy się robocie scenarzystów. Pewnik pierwszy: wybrali minimalizm, rezygnując z szumu wątków pobocznych. Trzęsawka na planie pierwszym. Rzadka choroba owiec, brzemienna w skutki. Trzeba wybić całe stado i stada, które mogły mieć z chorą owcą jakąkolwiek styczność. Słowem – kataklizm ogarniający świat. Nie ma przed nim gdzie uciec. Dla stworzenia podobnego potrzasku inni potrzebują efektów specjalnych (inwazja Imperium, tsunami, zderzenie Ziemi z asteroidą, zatonięcie Titanica), a tu wystarcza jeden chory baran. Efekt jest analogiczny.

Dwa: wybór protagonistów. Dwaj bracia, około sześćdziesiątki (+), Kiddi i Gummi. Jeden mieszka w starym rodzinnym domu, drugi w sąsiedztwie, obaj samotni. Im bliżej, tym dalej. To, że nie znikają sobie z oczu, podsyca pamięć o jakiejś zadrze, z powodu której nie rozmawiają ze sobą od czterdziestu lat. Mówi się, że siłą opowieści jest fascynujący bohater, święty czy łajdak, z hiperbolicznym naddatkiem. Powinien grać o dużą stawkę, mieć silną motywację i jakiś bagaż zranień tudzież innych życiowych szturchańców, które raz po raz dadzą o sobie znak niczym reumatyzm duszy wracający przy byle deszczu. 

W Baranach tak właśnie jest, ale całkiem „na odwyrtkę”. Starsi faceci bez kobiety, bez sporu z dziećmi (których nigdy nie było), bez widoków na fortunę czy ambicji władania światem. Twarze mają interesujące, typy islandzkie, niecelebryckie. Ciała sfatygowane. Bagaż dźwigają kamienny, ale czort wie jaki. Konflikt między braćmi, choć pozostaje siłą napędową opowieści, nie doczeka się retrospekcji, która wskaże na źródło. A wydawałoby się, że to żelazny składnik narracji. Pokłócili się i już, teraz są skłóceni, a jeśli trzeba coś sobie powiedzieć, to mają psa za kuriera.

Dominuje perspektywa Gummiego, może dlatego, że ciągnięcie opowieści równolegle niewiele by wniosło. Wiem, kim jest Kiddi, bo przyglądam się, jak reaguje na to, co robi Gummi. Konflikt trwa, ma swój plan przeszły i plan teraźniejszy.

Zawiązanie akcji, perypetie, punkt kulminacyjny.
Oczywiście, nie zamierzam odsłaniać więcej, niż to konieczne. Dlatego głównie, że zdarzeń jest w sam raz, ani trochę nadto, i nie ma czego wyciągnąć, nie rozwalając przy tym piramidki. Ale przypomnijmy, że zawiązaniem akcji jest coroczny ranking baranów. Triumf braci (każdy z nich tyleż się cieszy swoim, co smuci sukcesem wroga) i dzień następny, czyli chmura po słonecznym święcie. Zdjęcie poniżej oddaje klimat zdarzenia. W szeregu stoją hodowcy i ich barany. Pani weterynarz sprawdza kolejne zady, co wszyscy śledzą niczym eliminacje do Euroligi czy innego EURO. Rozdzielenie na plan pierwszy i drugi – znamienne. Karteczki z imieniem barana noszą nie barany, lecz ludzie. Trzeci z lewej to Gummi, drugi z prawej – Kiddi.

Barany. prezentacja zadów

Wiadomo, że owce będą musiały zniknąć i że to diametralnie zmieni życie hodowców. Bracia mają naturę zakapiorów, więc nie poddadzą się łatwo. Walczą, a póki co, każdy prowadzi wojnę na własny rachunek. Grają o wszystko, bo nawet jeśli przeżyliby dwa lata bez owiec, to późniejsze odrodzenie i tak nie wskrzesi wytępionej na rozkaz owczej rasy. Pytanie, czy wzajemna wrogość braci zaszkodzi im czy pomoże, urasta do rangi fundamentalnej.

Są perypetie (czyli nagłe zwroty akcji) i niczego im nie brak, choć przebiegają niepozornie. Przypadkowa reanimacja pijanego Kiddiego, wizyta kogoś z nagłą potrzebą (WC), czy załamanie pogody – to są bardzo realne zagrożenia. Punkt kulminacyjny wyraźnie ustawia hierarchię wartości. Pewnie Was nie zaskoczę, gdy powiem, że na szczycie są owce, ale może nie każdy się spodziewa, do jakich kompromisów i odtajań może dojść, gdy topi się lód. Droga od kulminacji do rozwiązania biegnie mistrzowsko. 

Tonacja
Gama nastrojów jest szeroka. Od rejestrów rozpaczliwej powagi po humorystyczne wykorzystanie psa i koparki. Gummi ma wrodzony zmysł humoru, choć wcale nie opowiada dowcipów. Żadnych tanich mrugnięć okiem. Jego tajna misja ocalenia owczych wybrańców jest niczym budowa alternatywnej rzeczywistości. Bez rozgłosu, z „owczą miną”, która gasi podejrzenia.

Kiddi bywa ponury, ale gdy z nadmiarem powagi strzela w okno Gummiego, jest więcej niż trochę groteskowy. Podobnie, gdy obudziwszy się z kacem w cudzej wannie (tej samej, w której niedawno moczyła się owieczka), zmierza nago na suchy tapczan. 

Dowcipne wstawki nie zakłócają szczodrej porcji samotności, która tu wcale nie jest garbem. Gdy nadszedł czas Bożego Narodzenia, Gummi wystroił okno światełkami i zapakował dla siebie książkę na prezent. Być może prosty gest mógłby otworzyć drzwi lub serce, lecz nie każdy prosty gest jest możliwy, a wtedy pozostaje wystrój i pielęgnowanie rytmu. 

Zakończenie
Punkt kulminacyjny podkręca tempo i wprowadza wymiar tragiczny. Ucieczka, pojednanie, świadomość, że jest za późno. Czy można by zmieścić więcej? Ostatnia scena jest nie do zapomnienia. Rozgrywa się bez słów, w ciemności, w bólu. Jest w niej nagość i czystość, i łzy. Katharsis i nieodwracalność. 

Barany. Islandzka opowieść, reż. Grímur Hákonarson, Islandia 2015