Archiwa tagu: kino izraelskie

o miłości i mroku

Opowieść o miłości i mroku, reż. Natalie Portman, Izrael 2015
Opowiesc o milosci i mroku
Od razu w odstawkę kładę jakiekolwiek porównywanie do literackiego pierwowzoru. Amos Oz napisał książkę przepiękną, pełną, gęstą od opowieści i nostalgii. W skali 1:1 nieprzekładalną na język filmu. Ale to, co wyszło Natalie Portman jest warte obejrzenia. Mrok jest gęsty, miłość jak woal. Jeśli zanurzyć się w uczucie starego pisarza, wspominającego matkę – z czułością, zdziwieniem, że mógłby być dzisiaj ojcem tej 38-letniej kobiety, którą była, gdy wybrała śmierć – to miłość może nie przegrywa z mrokiem. Może szale są w równowadze?

Jerozolima, tuż po wojnie. Inteligenckie małżeństwo z małym dzieckiem. Oboje pochodzą nie stąd. Korzenie sięgają polskich ziem, z których na czas uciekli przed Holocaustem. Wszyscy Żydzi, których znała mała Fania w Równem, przepadli. Fania jest już dorosłą kobietą, lecz jakiś mrok dawnych lęków ciągnie się za nią i daje o sobie znać. To, że są Żydami, dla których historia narodu jest czymś namacalnym i osobistym, temu nie przeczę. Są też ślady przekonań – tak charakterystycznych dla Amosa Oza – że można na palestyńskiej ziemi żyć w mądrym kompromisie żydowsko-arabskim. Jednak tło pozostaje tłem. Hebrajskie słowa, klimat, sceneria – one osadzają postaci w konkrecie. Lecz to, kim są bohaterowie, wymyka się zewnętrznym uzasadnieniom. Jest uniwersalne.

Natalie Portman zrobiła film o kobiecie, w której jest niezwykłe piękno i mrok. Miłość, czułość, opiekuńczość – i mrok. Kobiecie, która nosi w sobie opowieści z dawnych lat, dzieli się nimi, objaśnia nimi świat i które, o czym by nie były, są opowieściami o mroku. O tonącej dziewczynie uratowanej przez mnichów, o pięknym polskim oficerze, o którym zalotnie myślały żydowskie panienki, i o jego strzałach – najpierw w świat, potem w swoją głowę. O kobiecie, która odeszła od męża, lecz nie miała sił znieść odrzucenia przez córkę etc.

Chłopiec obserwuje swoją matkę. Starszy mężczyzna wspomina, jaką ją widział, będąc dzieckiem. Prawda jest nieuchwytna. Fania objaśniała to synkowi: nie znamy człowieka, który żyje obok nas. Czasem nam się zdaje. Lepiej wiedzieć, że nie znamy. Tym mniej wiemy, im bardziej ten drugi przypisany jest do swej roli. Matka, żona, młoda Żydówka. Podskórnie dużo więcej. Wszystko, co najistotniejsze, było poza tym, co zdarzało się naprawdę. Jakieś młodzieńcze marzenia, niespełnienia, rozczarowania. Smutek, trudny do przegnania. Pamięć o obietnicach, które życie rozdało nam u progu, a później porzuciło. 

Matka długo pokornie znosi codzienność. Ma uśmiechniętą twarz, staranną fryzurę, ładne sukienki. Przyjaciółkę, siostry, męża i syna. Pewnie nawet dużo mniej wystarczyłoby, by żyć szczęśliwie. Tymczasem niedobór energii i woli życia daje o sobie znać. Mnie ujął epizod, w którym Fania w niespodziewanie dobrej formie zabiera swoich mężczyzn do restauracji. Odbiera syna ze szkoły, męża z pracy, promienieje. „Zrobicie mi przyjemność, wybierając najdroższe dania. Ja zapraszam”. Zanim kelner przyniesie zamówienie, czerń obezwładnia Fanię, odbiera radość, gasi.

Film jest melancholijny. Zdjęcia Sławomira Idziaka przenoszą depresję Fani na poziom poezji i piękna. Czy to dobrze? Tak, bo choć ten czarny potwór bywa często mniej efektowny i silniej ciążący najbliższym, to przecież nie o oddanie czerni tu chodzi, lecz o ocalenie. Więc i o miłość, bo ona ocala najskuteczniej. Wspomnienie syna o matce nie jest bilansem zysków i strat, raczej próbą zrozumienia i zaklęcia w opowieść. Może też po części wyjaśnieniem, skąd się biorą pisarze. Ale przede wszystkim – o tym, że opowieści są esencją życia. W nich przekazuje się siebie i zaklina pamięć o tych, których zapomnieć nie chcemy. Bez opowieści to niemożliwe – wszystko by zbladło, wypłowiało. Ostatecznie to, czego się trzymamy w największym mroku, to kilka zdań wyrwanych z opowieści. „Lepiej być wrażliwym niż szczerym. Ważniejsze byś okazał empatię niż niezłomnie tropił prawdę”.

Nie szafuję określeniem „arcydzieło”, bo nie. Natalie Portman wzięła na siebie kilka kluczowych wyzwań: jest producentką, reżyserką, scenarzystką i aktorką. Najlepsza jest w aktorstwie. Wystarczy, by polecić.

wśród swoich obcych

Kierunek: Izrael

Kontekst ostatnich wydarzeń kieruje skojarzenia izraelskie w Strefę Gazy. Gorące miejsce i czas. Eskalacja konfliktu, ostrzał cywilów, jakieś racje za radykalnymi rozstrzygnięciami i jakieś racje przeciwko nim. Dyskusje o terroryzmie Hamasu i o rozpadzie wspólnoty arabskiej oraz o tym, czy Izrael użył adekwatnych działań, które dałoby się jakoś usprawiedliwić. 

Im więcej na ten temat oglądam, czytam, myślę, tym bardziej wydaje mi się ten konflikt nierozstrzygalny i nie do pojęcia przez kogoś z zewnątrz. Albo inaczej: pojąć można, wyrobić sobie pogląd i zebrać argumenty też, ale zawsze pozostanie się kimś impregnowanym na to, co przekazuje kultura (tradycja), z której wyrastają strony konfliktu. Coś tu jest przekazywane w „genach”, mentalny software, bez którego żadne wtajemniczenie nie jest wystarczające. Oczywiście, to bycie w centrum jest tyleż wtajemniczeniem ile obciążeniem i ślepotą.

Świeżo mam w głowie obejrzany na Transatlantyku dokument z Sundance – Zielony Książę i przeczytane dwa tygodnie temu opowiadania Amosa Oza – Wśród swoich. Łączy je spojrzenie na wspólnotę, na siłę więzi i na samotność, której się mimo wszystko (albo: tym bardziej) w niej doświadcza.

***

Zielony Książę, reż. Nadav Schirman, Izrael, Wielka Brytania, Niemcy 2014
Transatlantyk Festival Poznań, 8 – 14.08.2014

Zielony Książę

Konstrukcja dokumentu jest prosta: mówiące przed kamerą głowy. Wyznanie „grzechu”, który popełniłoby się ponownie, nawet jeśli świadomość konsekwencji przytłacza. Prostota kompozycji, jej dwubiegunowość dążąca do kontrapunktu, jest chyba ok. Temat ma taką wagę, że forma schodzi na drugi plan.

Sprawdzałam po seansie, czy to aby na pewno miało miejsce. Niewiarygodne! W opisie festiwalowym pojawia się określenie „dokumentalny thriller”, można by też powiedzieć „antyczna tragedia” – mimo polityki w tle, egzystencjalna i osobista.

Mossab Hassan Yousef ma dziś 36 lat i mieszka w Stanach Zjednoczonych. Jako 19-latek rozpoczął współpracę z Shin Bet, izraelską służbą bezpieczeństwa. Jego agentem prowadzącym był Gonen Ben Itzak. Pierwsza dziwność (ujawnienie danych agenta) – wyjaśniona w filmowej opowieści. Zwerbowanie młodego Yousefa było nie lada sukcesem. Strzeżono tajemnicy i czerpano ze źródła ile się dało. Przez dziesięć lat (1997-2007)! Yousef, czyli Zielony Książę. Czyli „syn Hamasu”, pierworodny syn założyciela tej terrorystycznej organizacji. Dostarczał bezcennych informacji, roztaczając zarazem płaszcz ochronny nad ojcem, któremu nie groziło nic skrajniejszego niż więzienie.

Mossab wybrał los, który sam określa jako najcięższą z hańb. Świadomy, że najbliżsi dostrzegą w tym zło, on sam był przekonany, że postępuje dobrze. Tu jest ta puszka z tajemnicą, która pozostanie zamknięta. Jousef, oczywiście, tłumaczy, ale i tak nie rozumiem, nie mogę tego ogarnąć. Jest etap zapatrzenia w ojca, nienawiść do Izreala, wiara w słuszność idei Hamasu. Potem izraelskie więzienie (trafia do aresztu za szmugiel broni) i więzienie arabskie. Nie mogę sobie przypomnieć, jakim cudem do niego trafia, ale to, co widzi jest traumatycznym rozczarowaniem. Terror, samobójstwa, poświęcanie ludzi dla idei i zemsty. Z psychologicznego punktu widzenia decyzja Mossaba Hassana Yousefa wydaje się szalona. Zwłaszcza w kontekście opowieści o bliskich relacjach z rodziną. Podziw dla ojca, szacunek dla matki, więź z rodzeństwem. Żaden tam nastoletni bunt. Raczej iluminacja i poczucie misji zbawczej.

Dramturgia zmierza nieuchronnie do punktu kulminacyjnego: wycofania się i (dziwne, bo chyba niekonieczne) wyznania prawdy swoim. Pierwsze słowa ojca (w rozmowie telefonicznej) są ojcowskie: jesteś moim synem, tylko to się liczy. Później karty się rozsypią. Rodzina się go wyrzeka, życie jest zagrożone, wyklęcie smakuje gorzko. I całkiem niespodziewanie pojawia się motyw przyjaźni i bliskości między agentem tajnych służb i jego podopiecznym. Coś niebywałego. Coś, co niszczy karierę Gonena i co całkowicie przełamuje odwieczną wrogość obu stron. Przy czym „przyjaźń wrogów” napotyka na ostracyzm – odpowiednio: Hamasu i Shin Betu.

Zdradzam może zbyt wiele, ale i tak całe pokłady informacji, zwerbalizownych lub zasugerowanych, pozostawiam za zasłoną. Film zdobył nagrodę publiczności na festiwalu w Sundance. Działa oszałamiająco. Ale im dalej od seansu, tym więcej podejrzeń nabieram.

Samotność Mossaba – odrzucenie przez swoich, nieufność obcych (USA), wyrok śmierci ze strony tych, których zdradził – to taki ładunek doświadczeń, który niesamowicie obciąża. Trudno mi nie uruchomić podejrzeń, że konfesja Mossaba jest pewnego rodzaju autokreacją. Szlachetny samotnik, odważnie (?) głoszący, że islam jest religią wojny, liżący rany po bolesnym odrzuceniu jest dla mnie figurą podejrzaną. Przesadzam? Dostrzeżenie w Hamasie obłędu i grozy nie musi budzić podejrzeń. Hamas j e s t  irracjonalnie bezwzględny. Ale samowydziedziczenie się Mossuba Hassana Yousefa jest gestem może i słusznym, lecz tak bardzo pozbawionym instynktu samozachowawczego i tak bardzo ogołacającym, że aż niepojętym. Przykre, że wyrzekli się go najbliżsi. Choć przecież on wyrzekł się ich pierwszy – rozczarowania Hamasem skierowały go nie do ojca, lecz do służb izraelskich. Ta samotność jest piętrowa i ma swój prolog w czymś sprzed podjęcia decyzji. Czas samotności wśród swoich (choć Mossub jej zaprzecza, mówiąc wyłącznie o bliskości) jest najciekawszym – ukrytym – tematem tego dokumentu. Zwłaszcza, że symetrycznie doświadcza go również izraelski funkcjonariusz.

***

Amos Oz, Wśród swoich, Rebis Dom Wydawniczy, Poznań 2013
To jedna z najnowszych książek Amosa Oza (Bejn chawerim 2012). Zbiór ośmiu opowiadań rozgrywających się w latach 50. w kibucu Jikhat. Subtelne opowieści o jego mieszkańcach. Każdy tekst o kimś innym. Ci, którzy przewijają się w tle, wypłyną na plan pierwszy w innym opowiadaniu. Pomysł prosty i bardzo piękny. Cieszyły mnie te wzmianki, dopowiedzenia, epizody, bo przecież opowiadanie skupia się na jednym wydarzeniu, ledwo odsłania czyjąś przeszłość, zostawia niedosyt. Pojawianie się znanych mi postaci w jakimś kolejnym wątku dawało im nowe życie. Formalnie jest więc to zbiór opowiadań, de facto mikropowieść.

Wśrod swoichPo pierwsze: kibuc. Amos Oz dobrze zna te realia, dorastał w analogicznej rzeczywistości, porzucił kibuc, gdy był już po czterdziestce (47). Pewnie jednak nie ja jedna odbieram rzeczywistość tak zorganizowanej społeczności jako coś, co dawałoby mi się we znaki. Symbioza syjonistyczno-socjalistycznych idei. Wspólnota, rządząca się ideą równości, podporządkowania planów życiowych dobru społeczności. I szereg konkretnych ustaleń i reguł, którym na co dzień trzeba się podporządkować. Owszem, wszystko można przedyskutować i przegłosować. Tutejszy demagog, nauczyciel (i kibucowy kobieciarz) David Dagan powie wtedy: „Daj mi chwilę, żeby uporządkować te sprawy”, po czym powoła się na więzi, jedność, zbieżne cele, zależność. Kibuc jest metaforą wspólnoty, tradycji, z której wyrastasz, myślenia i odczuwania, których główne zręby są ci bliskie.

Niby się zgadzasz, chcesz być jednym z nich, lecz i tak hodujesz w sobie smutek, który zjadasz sam. To nie są opowiadania o kibucu, rzecz jasna. Raczej o tym, jak uniwersalna jest samotność, jak nie do przełamania, jak można ją oswajać lub wmawiać sobie, że jest tycia i prawie nie ma o czym mówić. A jest. 

Samotny jest Cwi Prowizor – śmieszny stary kawaler, rozpowiadający o nieszczęściach, które wyławia z radia czy prasy. Jakby całe zło świata miało umniejszać ciężar włożony nam na nasze własne barki. I prześmiewca Roni Szindin, ratujący się kpiną i plotką.

Albo Ariel, do której odszedł mąż Osnat, a która nocą siada przy biurku i pisze listy do porzuconej. I czuje, że silniejsza jest to więź niż to, co czuje do śpiącego w jej łóżku mężczyzny.

Mosze Jaszar, nastolatek, który jest w Jikhat od niedawna i którego ciągnie do Camusa, Kafki, Dostojewskiego, chce być człowiekiem kibucu, ale wie, że zawsze będzie osobny. Niektórzy to wiedzą. Gdy wymyka się popołudniem, diagnozuje w myślach istotę sprawy.
„Cwi Prowizor, ogrodnik, klęczał na jednej z rabat i pielił perz. Uniósł głowę i spytał Moszego, dokąd jedzie. Chłopak zamierzał odpowiedzieć, że jedzie odwiedzić ojca w szpitalu, ale zamiast tego powiedział tylko: – Do‍ miasta! – Po co? – spytał Cwi Prowizor. – Co jest tam, czego tu nie ma? Mosze zmilczał, chociaż chciał powiedzieć: «Obcy‍ ludzie»”. To, że oprócz „swoich” są i inni, zdejmuje z tych pierwszych nieszczęsne przypisanie, które drażni.

Samotny jest mały Juwal, dręczony przez dzieci w dziecińcu (rodzice oddają tam swoje latorośle, by wychowywały się wspólnie, tam spędzają całe dnie i noce). Gdy desperacko ucieka w nocnym deszczu, przekonany, że goni go wilk, a mimo to chce być dalej od tych, którzy drwią sobie z niego i z jego zabawki. 

Samotność kobiety, która rozumie, że trzeba jej odejść od męża, bo czuje, że żyje nie swoim życiem. I mężczyzny zatroskanego o całą społeczność, przeczuwającego, „że wszystko, co wydaje nam się ważne, w gruncie rzeczy jest bez znaczenia, a o tym, co naprawdę się liczy, nie ma czasu myśleć. Całe życie mija bez bodaj chwili namysłu nad prostymi, wielkimi sprawami, jak samotność, tęsknota, namiętność i śmierć”.

„Po powrocie do domu Osnat nalała sobie szklankę zimnej wody z kwaskiem cytrynowym i zdjęła sandały. Stanęła boso przy otwartym oknie i pomyślała, że większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości, niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zlikwidować żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, a jest niełatwa, myślała. Zazdrości, małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu”.

Inaczej niż w Zielonym Księciu, konflikt izraelsko-arabski jest tu zawieszony. Ktoś stracił męża w wojnie sześciodniowej, w pobliżu są ruiny arabskiej wioski zmiecionej w akcji militarnej, ale to tylko odpryski. Wokół sami swoi. 

wypełnić pustkę

Wypełnić pustkę, reż. Rama Burshtein, Izrael 2012 

W polskich kinach ten film pojawił się latem (lipiec 2013). Kto to widział, by taki film wprowadzać w obieg w takim czasie?! I właśnie dlatego niejeden może westchnąć, że nie widział. A szkoda, bo warto. Ja mogę dodać, że nawet nie słyszałam, choć zapewne mogłam, bo tytuł został doceniony m.in. Pucharem Volpi (Wenecja 2012), czyli nagrodą dla najlepszej aktorki – Hadas Yaron w roli Shiry.
I tak jak wszystko w życiu przydarza się parami, tak jednym przypadkiem zobaczyłam ten film w sali kinowej, a drugim przypadkiem dostrzegłam go dwa dni później w roli gadżetu przy najświeższym numerze „Focusa”. I już go mam.

Chasydzi

Wchodzimy w świat współczesnych chasydów. Brzmi co prawda jak oksymoron: jaka tam współczesność, skoro rytuały i styl życia wywodzą się z najstarszych tradycji, a celowe zamykanie się na wpływy świata (media, kontakty z gojami, modne trendy) tworzy warstwę impregnującą przed nowoczesnością. Ważne, że poznajemy współczesnych chasydów z perspektywy reżyserki, która się z tego środowiska wywodzi. I darzy je zrozumieniem, które i widzowi może się udzielić. Rzecz jasna oglądam świat egzotyczny. Rozumienie bierze się stąd, że w tę opowieść nie wkracza „obce oko”, więc to, co się zdarza, przyjmowane jest naturalnie, osadzone w zrębach, które nikogo tu nie dziwią.

Uderza mnie zwłaszcza silne poczucie wspólnoty. W czas jednego z chasydzkich świąt mężczyźni tłoczą się w domu rabina, wchodzą gromadnie do salonu, gdzie dzielą się problemami, otrzymując po wysłuchaniu stosowne finansowe wsparcie. Jak – nie przymierzając – na seansie u Vito Corleone ;). Śpiewa się przy tym i energicznie wystukuje rytmy. Śpiew i muzyka są fenomenalne. I te oryginalne pieśni chasydzkie, i to, co przygotowano specjalnie do filmu. Akordeonowa muzyka Shiry czy tło muzyczne ilustrujące wybrane sceny. Proszę posłuchać motywu przewodniego.

Drugie, na co zwracam uwagę, to określony model rodziny. Małżeństwa kojarzone przez swatów, tworzone pod czujnym okiem starszyzny, z konieczną aprobatą rabina. Spojrzenie człowieka Zachodu bywa w tym temacie sceptyczne. Bo mamy w głowach inne wzorce: miłość, która wiąże nie czekając na błogosławieństwo, która rodzi się z ognia i bez przymusu albo ze wspólnoty przeżyć, z bliskości, manifestującej się na tysiąc sposobów zanim okrzepnie w decyzji na tak. Różne tam mieć możemy w głowie i sercu matryce, ale na ogół chcemy spontaniczności i nieskrępowania w wyborze. A tu: swaty, ślub z człowiekiem, o którym więcej nie wiesz niż wiesz i w ogóle… ta gotowość do małżeństwa jakby ono było jedyną możliwą drogą i jakby trzeba było na nią wstąpić najszybciej jak się da. Powiem tak: nie będę tu roztrząsać wolności człowieka zanurzonego we wspólnocie i tradycji, bo nie starczyłoby mi kompetencji i mogłoby zabraknąć wirtualnej przestrzeni. W tym konkretnym przypadku, którego dotyczy opowieść, ujmuje mnie dojrzałość, gotowość do miłości i świadomość, że ona możliwa jest wtedy, gdy nie zatracasz siebie.

Fotografia powyżej, „portret rodziny we wnętrzu”, jest dobrym punktem wyjścia. Panowie w czarnych chałatach, z obowiązkowym nakryciem głowy – żonaci w futrzanych sztrajmlach, kawaler ma kapelusz. Kobiety ubrane skromnie, odświętnie, więc na biało, również z nakryciem głowy (na co dzień ten zmyślny kapelusik bywa weselszy). Niezasłonięte włosy może mieć tylko panna.
Plan pierwszy: rabin i jego żona, Rivka. Ich córki: niezamężna Shira z zaproponowanym przez swata kawalerem oraz (po prawej) Esther z mężem Yochayem. 

W środku drugiego rzędu – ciotka, nie ma rąk, nigdy nie wyszła za mąż, a mimo to w kapeluszu, bo tak doradził rabin. To unik od uciążliwych pytań. Nie unika ich nieobecna na zdjęciu Frieda – piękna i dobra, ale niemająca szczęścia do swatów. Gdy zaręcza się jej młodsza siostra, słyszy zewsząd: „obyś ty była następna”. Słowa ciepłe i współczujące, ale nie wątpię, że doprowadzające do szału („myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?!” – odpowie później i brzmi to tak, że chętnie obejrzałabym film o Friedzie).

Esther jest w ciąży, niestety, umrze przy połogu. A jej (przystojny jak sto diabłów!) mąż, który wyznawał: „Kocham cię, jesteś moją Torą”, pogrąży się w rozpaczy. Pustka, którą w sobie odnajdzie, wyda się nie do wypełnienia. Pustkę, równie dotkliwą, choć inaczej doskwierającą, czuje również ojciec i matka Esther. I jej osiemnastoletnia siostra, Shira, której swatanie usunie się na dalszy plan, by móc wpierw przeżyć ból i stratę. Tylko co dalej z pustką? Życie domaga się, by ją wypełnić.

Shira, Yochay, Rivka i MordechajŚmierć Esther jest jedną z początkowych scen, to pierwszy moment zwrotny. Dalsze wydarzenia koncentrują się na tytułowym wypełnianiu pustki  i priorytet ma to, co dzieje się wewnątrz bohaterów. Jeśli zdążyłam zaakceptować chasydzkie otwarcie się na wspólnotę, która wkracza i porządkuje świat każdego brata i siostry od spraw najprozaiczniejszych (kupno kuchenki) po egzystencjalne, to teraz muszę to przyzwyczajenie porzucić. Są propozycje i sugestie, ale też mocne veto samych zainteresowanych, którzy znają cenę życiowych decyzji. Nie podejmują ich nim dorosną, by je udźwignąć i zaakceptować skutki. 

Nietrudno się domyślić, że równolegle do swatania Shiry pojawi się temat szukania drugiej żony dla Yochaya. I że prędzej czy później pojawi się pomysł, by… Ale ani on tego nie chce, ani ona. Nie będzie fabularnych atrakcji, które zawiłością perypetii przekonałyby widza do nieuchronności tego związku. Paradoksalnie: ograniczenie akcji na rzecz subtelnej ilustracji dojrzewania i rodzenia się szansy na szczęście okazuje się czymś fenomenalnym. Kilka rozmów, spojrzenia, obecność i znikanie. Konieczność odsłonięcia swych pragnień, a najpierw rozpoznanie ich w sobie. Pomaga w tym prowadzenie kamery. Przewaga ujęć bliskich, zbliżenia twarzy. Dialog musi być oszczędny, by nie dublować obrazu. 

Oglądałam z dużymi emocjami. To bardzo kobiecy film – choć ma niejedno do powiedzenia mężczyznom.

Ujęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy gotowości serca, która poprzedza cały ciąg dalszy (i której brak ów „cdn” uniemożliwia). Druga to lęk, by nie być kimś zastępczym, nie wypełniać pustki po kimś innym. Dopóki nie zabliźnią się rany, nic nie jest możliwe. Zabliźnienie nie oznacza tu zapomnienia, zwłaszcza, że istnieje Mordechaj, synek Esther i Yochaya – to stan, w którym potrafimy widzieć tę drugą osobę bez potrzeby konfrontacji z własną (i jej) przeszłością. 

Yochay i Shira