Archiwa tagu: kino niemieckie

żona policjanta

Żona policjanta, reż. Philip Gröning, Niemcy 2013

Z oferty objazdowej: T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee. Informacja znacząca, bo film zdecydowanie nie z mainstreamu. Jeśli ktoś kojarzy poprzedni film Gröninga, Wielką ciszę (2005), może oczekiwać podobnej estetyki.  Co to znaczy? Mówiąc zwięźle: że będzie w czasie seansu obserwował strumień wykruszających się widzów. Szerzej: że film trwa 3 godziny, więcej w nim ciszy niż dźwięków, nie ma tradycyjnie rozumianej akcji, wyrazistych punktów zwrotnych, kulminacji czy finału. Poprzedni film tego reżysera był dokumentem o życiu francuskich kartuzów, więc ascetyczna poetyka współbrzmiała z monotonią, ciszą, ograniczeniem zewnętrznych bodźców i skromnością życia mnichów.  Żona policjanta jest fabułą zakrojoną na trzy role (w tym jedna dziecięca). Trzy-czteroletnia Clare, mama spędzająca z córeczką całe dnie, tata policjant, widziany wyłącznie w roli domowej. Mieszkają w małym miasteczku, we własnym domu, odgrodzonym od tego, co zewnętrzne.
Żona policjantaFilm pocięty na pięćdziesiąt dziewięć sekwencji, rozdzielonych planszami. Całość staje się albumem, zbiorem etiud. Ich kolejność zdaje się przypadkowa. Niektóre są statycznym obrazem, utrwaloną obiektywem chwilą. W innych można obserwować interakcje: rozmowy z córeczką, rodzinny spacer, oglądanie telewizji, doglądanie roślinek w ogródku. Czas płynie bez przynagleń. Uśmiech na twarzy Christine, jej ufność są albo wciąż te same, albo wyczerpują się niezauważalnie. Zmienia się jej ciało. Coraz więcej na nim sinych, fioletowych, zielonych plam. 

Gröning zajmuje się przemocą w rodzinie, toksyczną relacją, w której chora miłość i chora agresja idą ramię w ramię. Przyzwyczajenie czy niedowierzanie uspra-wiedliwiają stężone od złych emocji ciosy. 

W napisach końcowych wyświetlają się podziękowania dla wszystkich, którzy zwierzyli się reżyserowi z życia wśród analogicznych toksyn. I rzeczywiście czuje się, że Gröning chce się zbliżyć do codzienności, do tych najzwyklejszych przejawów, interwałów między momentami cielesnego i psychicznego bólu. Stąd tyle monotonii. Żadnej sensacji. Agresja jest zakamuflowana. Pamiętam może pięć rozdziałów, w których się ujawnia. To rozrzedzenie jest najgorsze. Pozwala kobietom, takim jak Christine, „posprzątać po rozruchach”, uładzić, zdobyć się na współczucie wobec kata, zminimalizować jego winę. Znów być gotową, by przytulić, całować, troszczyć się i usuwać w cień. 

Chodzi też zapewne o to, by widzowi nie tyle opowiedzieć czyjąś historię, lecz go w nią włożyć, osaczyć nią, pozwolić doświadczać jej w nieefektownych dawkach, które po trzech godzinach urastają do wymiarów kuriozalnych. Pomyśli ktoś: wyjście na seans jest w takim razie aktem sadomasochizmu. Dobrowolnie wchodzić w taką duszność? Jest w tej uwadze sporo racji. Więc nie namawiam, że trzeba koniecznie zobaczyć. Ale zaświadczam, że dla mnie było to doświadczenie cenne. Zapamiętam.

Kilka wybranych rozdziałów. Rodzina Perkingerów idzie na wiosenny spacer. Jest tuż przed Wielkanocą, Uwe wyprzedza dziewczyny,  maskuje w lesie zostawione przez zajączka prezenty. A potem oboje (Uwe i Christine) bawią się w znajdowanie ich razem z Clare. Inna scena: wszyscy troje śpiewają przedszkolną piosenkę. Ustawieni jak do zdjęcia, do obiektywu kamery (vide: plakat). Trochę im się zapominają słowa, tylko Clare jest bezbłędna. Ale bawią się i wchodzą w rolę na całego. Najbardziej myli mnie jasność Christine i niepozorność Uwe. Christine ma anielską cierpliwość, dłubie kijkiem w ziemi, by udrożnić drogę glistom, rozmawia z Clarą z uwagą, łagodnie, radośnie. Cieszy się tym, co jest, choć to tylko strzępy i atrapy. Ale skąd wiedzieć, kiedy należy zadowalać się drobiazgami, a kiedy podnieść bunt żądając całości?

Uwe nie jest potworem. Raczej sfrustrowanym, małym, niedojrzałym facetem. Pierwsza scena, w której traci równowagę wygląda mniej więcej tak. Przysnął przed telewizorem, ocknął się i szuka Christine. Nie ma jej w kuchni, w łazience, ani tu, ani tam. Znajduje ją śpiącą w sypialni, więc z rozmachem zrzuca ją z łóżka. „Jak mogłaś mnie tak zostawić?” – jest wściekły z bezradności. Ona ma przy nim być, bo bez niej traci poczucie tożsamości. Uzależnienie, jak widać, jest obustronne. Christine zachowuje się tak, jakby go rozumiała. Jakby można było dopatrzyć się w tej histerii jakiejkolwiek racji.

Innym razem Uwe przychodzi naburmuszony, nie chce spróbować zrobionej przez Christine sałatki owocowej. Christine zabiera się za jedzenie, a po chwili torpeduje ją reprymenda męża: „Nie ciamkaj!”. Jejku, no próbuje nie ciamkać. Jeszcze gorzej! Pokornie odstawia miseczkę. Ostatecznie nie musi jeść, może ustąpić.

Najmocniejszym obrazem, który zostanie ze mną na pewno, jest ten, który ukazuje przejście Clary na stronę ojca. Najpierw Christine słyszy od córeczki: „Śmierdzisz!”. Ojciec milcząco potakuje i bawi się z dzieckiem, wystawiając mamę poza nawias. Christine idzie wziąć kąpiel. Ciało ma całe w sińcach. Kąpie się chyba za długo, bo Uwe dobija się do łazienki. Rozwala zamek, otwiera drzwi. Mała jest przerażona widokiem mamy. Kilka chwil później tatuś tłumaczy córeczce, że mama ma taką chorobę, że śmierdzi i że ciało jej się przebarwia od byle czego. 

Obecność dziecka działa stymulująco. Ono ich łączy. Wymaga ochrony, więc tłumaczy łagodzenie sytuacji przez Christine, unikanie konfrontacji. Dziewczynka pozornie pozostaje nietknięta, lecz toksyny działają podskórnie. Osadzają się cieniutkimi warstwami obserwacji. Ciekawym zabiegiem jest przeplatanie obrazów z wnętrza i z pleneru. Sceny zewnętrzne aż oślepiają jasnością. Dom może nie jest mroczny, lecz klaustrofobiczny, podszyty dziwną pustką (wzmocnioną selektywnie przepuszczonymi dźwiękami). Przydomowy ogródek to skrawek ziemi spod wyjętego betonowego kwadratu, ciasna przestrzeń, którą moje kinowe sąsiadki z rzędu wyżej ochrzciły „spacerniakiem”.

Dziwne jest to kino Gröninga. Działa skutecznie, choć równie skutecznie płoszy. Nie jestem przekonana, czy wszystkie rozdziały są niezbędne. Ktoś o innym reżyserskim temperamencie sięgnąłby jednak po nożyczki. Ja usunęłabym sceny ze starym mężczyzną, który nie wiadomo kim jest, a my obserwujemy go jak się ubiera, rozbiera, patrzy, nie patrzy. On jest w tym filmie chyba po to, by zapytać po co.

Gdyby przypadkiem Gröning zajrzał na tamaryszka, świeżo po kursie polskiego, i chciał ode mnie usłyszeć cenną sugestię, to mam coś w zanadrzu. Otóż: przy następnym tytule proszę zaszaleć. Wydłużyć film do siedmiu godzin, okroić listę dialogową i nie zezwolić na opuszczanie kina przed końcem.

Żona policjanta 1

W kinach Żona policjanta zagości w marcu.

Reklamy

bardzo poszukiwany

Bardzo poszukiwany człowiek, reż. Anton Corbijn, USA, Niemcy, Wielka Brytania 2014
John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, Sonia Draga 2014

Minął już prawie miesiąc od seansu, co nieco uleciało, zostały mi w głowie te najmocniejsze akcenty. Jest ich jednak sporo i koncentrują się na roli Philipa Seymoura Hoffmana. Ostatniej filmowej kreacji, która – na szczęście – godna jest tych, z których go zapamiętam. Chciałam jakoś przedłużyć porażająco silną emocję, wykreowaną w ostatnich sekwencjach filmu. Podpatrzeć, z czego ją Hoffman ulepił. Sięgnęłam więc po pierwowzór scenariusza: powieść szpiegowską mistrza tego gatunku, Johna Le Carrégo. 

Konkluzja: powieść dobra, silniej niż film polifoniczna; scenariusz mistrzowski (sporo przesunięć, które klarują sytuację i uwypuklają lejtmotyw); rola Günthera Bachmanna, charyzmatycznego agenta niemieckich tajnych służb,  nieporównywalnie silniejsza jest w filmie. Za sprawą reżyserskiej koncepcji (zapewne), ale też dzięki talentowi Hoffmana (niezaprzeczalnie).

Z powieścią (filmem) szpiegowską jest ten szkopuł, że czego by nie powiedzieć, wszystko jest jakąś przedwczesną odsłoną tajemnicy. Pozostaje milczeć lub nie przejmować się oskarżeniami o spojlerowanie. Ostrzegam, że przerwałam milczenie. Trochę sama dla siebie zestawiam tu słowa powieści z zapamiętanym obrazem. Myślę, że można się tymi cytatami poczęstować.

Bardzo poszukiwany czlowiek. plakat

Afera dotyczy zagrożenia islamskim terroryzmem. Szerzej: zderzenia cywilizacji, które możemy przetrwać, jeśli dążenie do konfrontacji zastąpimy kompromisem i dyplomacją. Oczywiście, obie strony, pielęgnując poczucie krzywdy i potrzebę rewanżu, brną w drogę bez wyjścia. Islamiści zatracają się w terroryzmie, cywilizacja zachodnia – w jego tępieniu (na oślep i nieskutecznie). Czujność, spryt, szybkość działania – są niezbędne. Grożą jednak schematyzmem w przypisywaniu ról. I niszczą szanse na kompromis, wymagający zaufania, poświęcenia części swych przekonań, złagodzenia radykalizmu. Opowieść Le Carrégo najpierw w sporych emocjach pozwala podglądać misterną, budzącą nadzieję, konstrukcję, by później gruchnąć ciężkim ciosem zdrady, która jak nic wznosi najpotężniejsze mury na przyszłość.

Rzecz rozgrywa się na bardzo poszczególnym przypadku, w który zaangażowanych jest kilkoro osób. Nie rozwiązujemy więc spraw globalnych, lecz jednostkowe, choć one jak soczewka skupiają wiele typowych  trendów i mechanizmów.

Hamburg i konie lipicańskie

W Hamburgu pojawia się zbiegły z rosyjskiego więzienia imigrant Issa Karpov, czeczeński islamista. Szuka kontaktu z bankierem (Tommy Brue), u którego zdeponowana jest zapisana mu w testamencie pokaźna suma. Ma szczęście, bo trafia na młodą ambitną adwokatkę działającą w ośrodku dla bezpaństwowców i nielegalnych imigrantów (Annabel Richter). Ma też  pecha, bo niezwykle szybko namierzają go specsłużby, dla których muzułmanin-buntownik, z nieklarowną przeszłością, jest jak zapłon nieszczęścia, które trzeba w czas ugasić.

Islamista z grubą kasą – to pachnie prochem. Zrozumiała jest ich podejrzliwość. Zrozumiały jest też idealizm młodej prawniczki, która już widziała brutalne akcje przedstawicieli prawa. Ich manipulacje, odsyłające imigrantów tam, gdzie prawo niemieckie wysyłać zakazuje (tam, gdzie czekają ich tortury). Właściwie równie zrozumiałe powinno być to, że Issa Karpov nie myśli o podkładaniu bomb, lecz o medycynie. Choć kto go tam tam wie – obsesyjnie związany jest z cierpiącymi współbraćmi. Ale postać to łagodna, nieco naiwna, niezbrukana zachłannością na pieniądze. Szuka bankiera, lecz pieniędzmi się brzydzi (skoro od ojca, więc na pewno są zbrukane – jego ojcem był rosyjski oficer, gwałciciel czeczeńskich dziewcząt).

Dafoe, Hoffman

Dlaczego ważny jest Hamburg? Bo jest miastem z kompleksem. „– Kiedy zdarzył się jedenasty września, było nie jedno Ground Zero, tylko dwa (…). Pierwsze było w Nowym Jorku. Druga strefa zero tej katastrofy, o której tyle się nie mówi, była tu, w Hamburgu. (…) Hamburg zawalił”.

Ale też jest to miasto portowe, otwarte, bez ksenofobii. Mówi Bachmann: „Nasi obcokrajowcy nie są dla nas obcymi. Nie jesteśmy jakimś tam zapyziałym miasteczkiem w głębi lądu, gdzie na obcokrajowców patrzy się jak na Marsjan. Obcokrajowcy wtopili się u nas w obraz miasta. Od wieków miliony sobowtórów Mohammeda Atty piją nasze piwo, rżną się z naszymi dziwkami, a potem wracają na swój statek. I ani ich nie witamy, ani nie żegnamy, ani nie pytamy, co tu robią, bo jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Tutaj są Niemcy, lecz jakby obok Niemiec. Jesteśmy lepsi od Niemiec. Jesteśmy Hamburgiem, ale też Nowym Jorkiem. W porządku, nie mamy Bliźniaczych Wież. Co z tego? Nowy Jork już też nie ma. Ale jesteśmy interesujący. I ciągle przyciągamy niewłaściwych ludzi”. 

Kluczowy „niewłaściwy”, a w związku z tym „bardzo poszukiwany” przez specsłużby człowiek, to Issa Karpov. Nie on jeden. Istnieją pewnie tysiące teczek (folderów), w których gromadzi się materiały na jemu podobnych. Albo na takich jak muzułmański autorytet, Abdullah, który w 95-ciu procentach jest wzorem cnót, a w pięciu procentach jest łotrem. Albo na przeróżnych aferzystów, którzy właśnie tu lubią wyprać swoje zyski. Stąd te konie lipicańskie, o których mówi bankier Brue, że: „mają tę ciekawą właściwość, iż rodzą się czarne jak noc i dopiero z wiekiem stają się białe. I że właśnie z tego powodu użyczyły swego miana kuriozalnemu typowi rachunku bankowego wymyślonemu przez wybitnego bankiera Edwarda Amadeusa Brue, kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, mojego ojca, którego skądinąd nadal szanuję jako ucieleśnienie bankierskiej uczciwości, pod koniec jego bezgrzesznych lat w Wiedniu, gdy brudne pieniądze z upadającego Imperium Zła płynęły strumieniami – czy raczej całymi ciężarówkami – przez zetlałą do cna żelazną kurtynę”.

Dafoe, Dobrygin

Jeszcze tylko wyjaśnię, że „specsłużby” to liczba mnoga. I że są między nimi tarcia. Zwłaszcza między frakcją amerykańską a tą hamburską Bachmanna. Nie ma jednego frontu, są ludzie, którzy mają swoich ludzi i swoje priorytety. Właśnie to, że style działania się wykluczają, stanowi siłę napędową akcji. Może nawet uda mi się nie odkrywać wszystkich kart, gdy krótko wskażę, że cała sympatia jest po stronie Bachmanna. Nie żeby był czysty jak łza, lecz dlatego, że dostrzega niuanse. A jego cel to nie zemsta, lecz werbunek. I możliwie honorowe dotrzymywanie słowa tym, których zaufanie pozyskał. 

Philip Seymour Hoffman 2

Sedno konfrontacji widać jak na dłoni w zestawieniu cytatów. Bachmann, idący na kompromisy, trzyma się idei pozyskania informatorów. A na zarzuty, że prędzej doczeka się samobójczej eksplozji niż sensownej relacji z donosicielem, odpowiada: „Zresztą my nie będziemy go namawiali do zdrady, tylko damy mu nową definicję wierności”.

Gdzieś w okolicach końca wkurzony Bachmann podchodzi do człowieka, który poplątał mu szyki i słyszy:
„- Sprawiedliwości stało się zadość, chłopie. Możemy spokojnie iść do domu. (…)
– Zadość? – powtórzył tępo. – Zadość? O jakiej ty sprawiedliwości mówisz?
– O amerykańskiej, baranie. A niby o jakiej? O prawdziwej sprawiedliwości, takiej, kurwa, co strzela z biodra. A nie byle jakiej, takiej jak wasza, co wystarczy byle adwokat, żeby ją wypaczyć. (…) Oko za oko, Günther. Sprawiedliwość, czyli zemsta, jasne?” 

Każdy, kto widział film, rozpozna sytuację i poczuje niedosyt. W filmie to wszystko rozgrywa się jednym słowem. I jest to jedno z najgenialniejszych użyć trywialnej „kurwy”. Philip Seymour Hoffman włożył w to cały swój aktorski sznyt. W moich oczach tą sceną pożegnał się z rzeszą fanów, którzy chętnie zawyliby wraz z nim. Z rozpaczy i bezradności albo po prostu ze wstydu i wkurzenia. Scena przełamuje  chyba kontekst i nabiera samodzielności. Jakby się nie układać ze światem, karty i tak są znaczone.

Polifoniczność

To à propos powieści. Gdyby nie pierwszeństwo filmu, Bachmann zostałby zepchnięty na drugi plan. W książce równie ważny jest złamany wewnętrznie i odrodzony mocą niemożliwej miłości bankier Brue. Wciela się w niego William Dafoe, bardzo udanie, lecz w okrojonych scenariuszem możliwościach. Sześdziesięciolatek na życiowym zakręcie, który spotkanie z prawniczką reprezentującą klienta przypłaci życiową wywrotką. Bezkompromisowa Annabel wkracza w jego życie bezpardonowo: „Mojego klienta by tutaj nie było, gdyby nie ten pana pierdolony bank!”. Tommy Brue widzi w niej kogoś, kim sam nie jest, a chciałby być, gdyby mu starczylo odwagi. Zresztą: ona w nim tę odwagę budzi. Powieściowy Brue zabiega o paszport dla Issy i zabezpiecza Annabel przed ewentualnymi reperkusjami. Otacza ją gwarancją bezpieczeństwa – i tyle tylko jest tego, co może dać z szansą na przyjęcie. „Zainwestował samego siebie na niewłaściwym rynku”. Nie wzbudzi wzajemności, może nawet otrze się o śmieszność. 

„Ale jeżeli w życiu człowieka pojawia się osoba o połowę młodsza i od razu mianuje się przewodniczką moralną, to ten człowiek musi zainteresować się i słuchać, nie ma wyjścia. A jeżeli tak się składa, że osoba ta jest równocześnie najbardziej pociągającą i najbardziej interesującą kobietą, i najbardziej niemożliwą miłością w całym jego życiu, to tym bardziej”.

Szkoda, bardzo szkoda, że pozbawiono filmowego Tommy`ego Brue rewelacyjnej sceny w restauracji. Gdy on i ona są podsłuchiwani (każde przez inny zespół służb), a Brue ceremonialnie lekceważy konspirację, wręcza Annabel dokumenty i rozpoczyna piękną opowieść o swojej córce. Najdziwniejsze z możliwych wyznań, bo oczywiście, jego troska o dorosłą już Georgie jest ekwiwalentem uczuć do Annabel. Ale też jest wycofaniem się i świadectwem miłości, która nie zniewala i ktora nie usycha, lecz przemienia.

Powieść dopuszcza do głosu bohaterów zdegradowanych w filmie. Więc świetnie uzupełnia wrażenia z seansu. Gdybym jednak miała wybrać, co odpowiada mi bardziej, powiem: film. Ze względu na szansę obserwowania Philipa Seymoura Hoffmana. Bo to jest bardzo nieodżałowany człowiek.

Dafoe, McAdams

Na koniec – konia z rzędem (zastrzegam: koń nie lipicański) temu, kto mi wyjaśni motto powieści. „Najważniejszą zasadą jest to, by pomóc tym, których kochamy, uwolnić się od nas”. (Friedrich von Hügel) Trochę rozumiem. Ale mniej niż więcej.

nerwy mocne, nadszarpnięte

A jeśli Bóg jest (Tore Tanzt), reż. Katrin Gebbe, Niemcy 2013
Transatlantyk Poznań Festival 8 – 14.08.2014

***
TRANSATLANTYK

Festiwalowe kategorie, kierunki i specyfika to rzecz trudna na zdrowy rozum do ogarnięcia. Jest „Sundance na Transatlantyku” – zrozumiałe i pożądane. Jest „Panorama”, „Transatlantyk Docs” – jasne. Do „Kina Kulinarnego” przywykłam, bo nagłośnione medialnie i wzbogacone o pozafilmowe atrakcje, robi tu za maskotkę. Wygląda jednak na to, że im więcej sponsorów, tym więcej sekcji. A póki biznes rządzi, póty merytoryczne racje można sobie schować do kieszeni. Takie na przykład Kino Trzeciego Wieku – co łączy Tajemnicę Filomeny i Pół żartem, pół serio? Z czapy kategoria i tyle.

Transatlantykowi partnerzy to m.in.: Piotr i Paweł (Kino kulinarne), Škoda (sprawdzone hity w ramach Mobilnego Kina Škody), Aquanet (Kino Ekologiczne), Nivea (Kino dla Matek) etc. A propos ostatniego: wybrałam się, nieświadomie, młodą matką nie będąc, na Ulicę w Palermo. Film opowiada o tym, jak na cichej sycylijskiej uliczce zawrzało, gdy zaklinowały się nadjeżdżające z naprzeciwka auta. Nikt nie będzie chciał się wycofać, sąsiedzi zrobią zakłady, kto jest twardszy: paniusie z miasta czy stara matka, której zięć pogroził, by karnie broniła swego. Ja bym tej opowieści młodym mamusiom nie zalecała – wszystkie kiedyś będą teściowymi i oby im los oszczędził analogii. W czym rzecz? Wzbogacona o „szamponik” i „balsamik” firmy Nivea, dostałam w pakiecie muzyczny podkład do scen rozgrywających się w milczeniu. Berbecie informowały, że są i nie wszystko im się podoba. Dzieciątka z metryką najdalej kilkumiesięczną. Sporo z nich miało wymieniane pieluchy (trzy stanowiska pod ekranem – mocno obstawione!). Ładnie, pięknie, ale złośliwie dodam: niezdrowo. Senior, mama czy osesek – też człowiek, po co wyodrębniać?

I dla kontrastu wspomnę o patronie, który sobie oddzielnej sekcji na Transatlantyku nie wyznacza, lecz kilka filmów nagłaśnia i poprzedza prelekcją. Wydawnictwo miesięcznika „W drodze” tradycyjnie wytypowało tytuły budzące religijne konotacje czy kontrowersje. Prelekcję wygłaszał dominikanin, redaktor naczelny, o. Roman Bielecki. W tym roku (a śledzę ten cykl corocznie) były to: Gloria, Droga krzyżowa i A jeśli Bóg jest. Przyzwyczaiłam się, że na tych seansach czeka mnie coś drażniącego.

Bardzo taktowne są prelekcje – skoncentrowane na filmie, nie nazbyt „religijne”, nie wyprzedzające zdarzeń. Przywołany przed filmem Katrin Gebbe Dostojewski nasunąłby się być może sam. Dużo, dużo z Fiodora D. Nawet tytuł jest jakąś grą z tezą jednego z braci Karamazowów: „Jeśli Boga nie ma, to wszystko dozwolone”. Jeśli jest…, jeśli nie ma…, czy brak zakłada dowolność a obecność nieustającą interwencję? Tytuł A jeśli Bóg jest ma swoje altenatywne tłumaczenia. Najbliższe oryginału: „Tore tańczy”. Z prelekcji wiem, że film budził kontrowersje, że często opuszczano seans nim dobrzmiały sceny i wątki. Potwierdzam – był ruch na sali. I została mi w pamięci uwaga o alegoryczności tej historii. Niepokojąca. Odrzucam interpretację alegoryczną, trzymam się tego, co przedstawione. Niech Tore będzie sobą – bo kim mógłby być? (Chrystusem?). Fabuła zainspirowana faktami.

A jeśli Bóg jestTore jest znikąd. Nie wiadomo, w jakiej wyrósł rodzinie i od kiedy żyje jak hipis. Dwudziestolatek (?). Przylgnął do Fanatyków Jezusa, samozwańczej wspólnoty, szukającej w swym życiu potwierdzenia obecności Pana. Tore chłonie religijne impulsy całym sobą, bez intelektualnych barier czy zdroworozsądkowych asekuracji. Jezus jest jego przyjacielem. Modli się do Niego, dziękuje za wszystko, prosi o dar obecności, oddaje Bogu każdą swą myśl i emocję. Święty? 

Zawiązaniem akcji jest przypadkowe spotkanie z rodziną, której pomaga naprawić auto. Nie zna się na samochodach, ale: Jezus działa! Tore wydaje się tym ludziom dziwny. Co zrozumiałe: twarz cherubina, wyrośnięte, chude ciało, chodzi jakby potykał się o skrzydła. To, co mówi, brzmi jak nawiedzone majaki, ale dla niego jest czymś naturalnym, czymś, czym żyje. Dziwak? Wariat?

Niebawem Tore straci kontakt z Fanatykami Jezusa – grupa okaże się efemerydą i zniknie po niej ślad. Trafi natomiast do letniego domku poznanej rodziny. I tam przejdzie próbę charakteru, wiary, życia i śmierci. Tu kończą się odsłony katalogowe, więc nie będę relacjonować dalszego ciągu. Jest straszny.

Tekst z plakatu: „Nothing Bad Can Happen” oddaje mniej więcej credo Tore`a. Wszystko, co go spotyka ma jakiś sens, czemuś służy. Nic nie może być złem, skoro nad światem czuwa Bóg. Wszystko jest znakiem. Cierpienie można zamienić w poświęcenie lub ofiarę. Ofiara z siebie musi być bezgraniczna. Z Bogiem nie sposób się targować. Bunt jest nie z tego porządku. 

To, co najtrudniej znieść, to brak instynktu samozachowawczego. I przeczucie, że ta ufność bez asekuracji prowokuje zło. Wydobywa je z ludzi. Im bardziej…, tym bardziej. Może gdyby ofiara nie była tak niewinna, trudniej byłoby znaleźć oprawców? Dostojewski. U niego te chodzące świętości – Sonia Marmieładowa, Lizawieta, Alosza etc. były figurami z porządku serca. Kontrpostaciami dla Raskolnikowa, Iwana Karamazowa, Łużyna czy Swidrygajłowa. Dostojewski chciał w nich widzieć ocalenie dla świata. Po seansie filmu Katrin Gebbe przeraża mnie Dostojewski. 

Ale odrzucić Dostojewskiego, to jakby wylać z kąpielą wszystko, co czyste, niepojęte, irracjonalnie pokorne. Strasznie mnie irytował główny bohater A jeśli Bóg jest. W sferze rozumu odrzucam taką postawę absolutnie. W ogóle: ta cała bezkompromisowość, dualizm z przeakcentowaniem na duszę, wyzbywanie się „ja”… W takim świetle chrześcijaństwo wymaga przedefiniowania. Jest zdecydowanie mniej wygodne niż to się na ogół sądzi. Jest też niebezpieczne! Może pomieszać zmysły lub nakręcić tych, którym nie daje spokoju cudza ufność.

Czy ktoś z Czytających tamaryszka widział ten film? Warto było, choć może się wydawać, po tym, co piszę, że nie zachęcam. 

ćmik na odwagę

Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, Niemcy, Francja, Luksemburg 2012

Hannah ArendtĆmik, po poznańsku: papieros, to bohater pierwszoplanowy. Ach, jak się Hannah zaciąga! Gdy gawędzi z przyjaciółmi (kto inny piłby kawę), gdy obserwuje oszklonego Eichmanna (zamiast gryzienia paznokci), szukając słów nad maszyną do pisania (mogłaby zagryzać wargi), myśląc nad niepojętą „banalnością zła” (tu w zasadzie nie ma zamiennika, musi być papieros). A najbardziej widowiskowy wydaje mi się dymek podczas zajęć ze studentami. To były czasy! Profesor Hannah Arendt nie musiała zważać na poprawność polityczną, ani troszczyć się o zdrowie biernych palaczy. Gdy z zaawansowaną grupą lektoratu niemieckiego zapuszczała się w tyrady o źródłach i przejawach zła, gdy jak na talerzu miała przed sobą powszechną aprobatę i zachwyt… siadała na stole, zakładała nogę na nogę i najnaturalniej w świecie uruchamiała gest, który jej ciało niezawodnie miało wdrukowany na amen. W kulminacyjnej scenie wykładu, podczas którego zmierzy się z postawionymi jej oskarżeniami, wyciąga papierosa już na początku: „Pozwólcie, że dziś od tego zacznę”.

Film mi się podobał. Chyba najbardziej ten retro styl przyprawiony „niemieckim” temperamentem uczennicy Heideggera. Archiwalne materiały z Jerozolimy, wypowiedzi osądzanego Eichmanna, fragmenty zeznań świadków… integrowały się z nim bez zarzutu. Oczywiście, pomysł na „biografię” myślicielki (de facto rok z jej życia) niósł z sobą karkołomne zderzenie niefilmowego intelektualizmu z obrazem, który jeśli miał zachować dynamikę dyskursu, musiał „rozprawy” filozoficzne sprowadzić do chwytliwych cytatów. Takich w sam raz na gazetowy lead. Ale to ryzyko – z drugiej strony – stało się błogosławieństwem, bo Hannah była nie nie tylko myślą, lecz i ciałem.

Mnie się podobało, ale natrafiłam nazajutrz na filmwebową recenzję Darka Aresta, która nicuje film – i to, niestety, przekonująco. Więc w końcu nie wiem, jak jest, ale będę się trzymać swoich wrażeń i dla wygody nie wchodzić w polemikę.

Jest papieros, i jest pocztówkowy Manhattan – w ekspozycji i na finiszu. Czerń nocy i tysiące światełek w drapaczach chmur. A w środku zbliżenie na Nowy Jork i Jerozolimę (1960-1961). 

Wybitna filozofka (Żydówka, która emigrowala z Niemiec, doświadczając po drodze obozu dla internowanych), mająca już w swoim dorobku książki, z którymi liczył się akademicki świat (Korzenie totalitaryzmu), na wieść o procesie Eichmanna gotowa jest wcielić się w korespondenta z Jerozolimy. „New Yorker” daje jej szansę. (To nobilitacja dla pisma, ale też spore ryzyko – nie przypuszczano nawet, jak wielkie). Jedzie, obserwuje i widzi nie to, co założono, że zobaczy. I zgodnie z tym, co zrozumiała, pisze relację, która narobi sporo zamieszania, stając się z czasem publikacją o kluczowym znaczeniu: Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła.

Film akcentuje kilka aspektów widzenia sprawy przez Hannah Arendt. Primo: ukrywający się w Argentynie Eichmann, porwany w spektakularnej akcji Mossadu i postawiony przed jerozolimskim sądem, jest człowiekiem, którego chcą osądzić za całe zło nazizmu. Prawda, że jako główny koordynator Zagłady, obciążony jest potworną zbrodnią, ale jednostka to nie system i tylko za swoje winy może być sądzona. Secundo: dostrzega w „potworze” miernotę, urzędnika, wykonawcę rozkazów, bez diabolizmu i dewiacji. Eichmann jest kimś, „kto odebrał sobie prawo bycia człowiekiem”, zwolniwszy się z myślenia i podejmowania świadomych decyzji. Doprowadziło to do katastrofalnych skutków, a mimo to, on mógł czuć się niewinny, bo zdegradował się do roli wykonawcy rozkazów. Takich jak on są rzesze, zło jest banalne, ma twarz biurokraty. Arendt interesują nie tylko bezpośrednie ofiary Shoah, lecz sam proces wyzbywania się woli i myśli, czyli kastracja człowieczeństwa. Tertio: skala zbrodni zależna była od postawy żydowskich przywódców, których współdziałanie z nazistami najprawdopodobniej ją zwiększyło. (Arendt nie nazywa ich współwinnymi, jedynie nie dość mocno stawiającymi opór).

Hannah Arendt ani nie oskarża, ani nie uniewinnia, lecz płazem jej to ujść nie mogło. Uderz w stół… Nożyc odezwały się tysiące. I ta część filmu jest najbardziej interesująca. Bohaterka nie ustępuje. Póki może, nie chce nawet tłumaczyć się ze swoich wniosków. I jest to niezłomność bezkompromisowa. Drżą w posadach jej uniwersyteckie stanowisko, dobre imię, przyjacielskie układy. Interpretatorzy zniekształcają myśl, wedle swych możliwości percepcyjnych lub ambicji politycznych, dość, że deformują ją znacznie. Naczelnym orężem w walce z Arendt staje się oskarżenie o deprecjonowanie ofiar (kalanie żydowskiego gniazda) i „bycie bez uczuć” – to zawsze zręczny zarzut wobec kobiety-intelektualistki.

Hannah Arendt. Barbara SukowaNiuanse

1) Tony papieru, plon obserwacji jerozolimskich – do przeczytania, zanim stworzy własny tekst. A i tak najważniejszy jest proces czytania w myślach, tu się kłania papierosik i leżenie na kanapie z dala od papieru. 

2) Komentarze sceptycznej redaktorki „New Yorkera”: „Tołstoj potrzebował mniej czasu na Wojnę i pokój„! 

3) Bezpardonowość Hannah, w drobnych szczegółach, zdecydowana nie-miękkość. Na przynaglający telefon naczelnego NY, odpowiada bez skruchy: proszę nie przeszkadzać, to skończę wcześniej. ;) 
Spytana, czy aby nie uważa, że nie wszyscy zrozumieją greckie słowo w jej tekście, stwierdza, że owszem, należy je zostawić: niech się uczą greki.

4) Piękne róże, od męża lub od Mary, białe z różowymi przebarwieniami.

5) Zdjęłam z półki Eichmanna w Jerozolimie, jeśli nie całego, to choć kilka rozdziałów przeczytam. Kupiony w czasach, gdy zdawało mi się, że wszystko, co ważne, przeczytam osobiście…