Archiwa tagu: kobieta

wywrotka

„Życie często rozgrywa się w dwóch setach: najpierw cię usypia, dając ci złudzenie, że nad wszystkim panujesz, a w drugiej części meczu, gdy widzi, że jesteś już rozluźniony i bezbronny, przypuszcza kolejny atak i niszczy cię do szczętu”.
(Virginie Despentes, Vernon Subutex. Tom 1)

Jedna rzecz to to, że tyle mam w głowie tekstów, filmów, o których chciałam napisać, że już mi się mieszają. Nie wszystkie motylki wkłuję do gablotki, niektóre będą sobie fruwać dalej. By nie pozwolić na ulotnienie się zbyt wielu, sięgnę po trik łączenia w grupy, a co za tym idzie: obcinania co nie pasuje i wybiórczego koncentrowania się na tym, co wspólne. 

Druga rzecz – no nie wiem, wierzyć w znaki? Dlaczegóż to gdzie nie spojrzę, tam wywrotka? Temu się kończy miłość, tamtemu zdrowie, komuś innemu praca. Niektórym wszystko naraz. Mam ochotę zapakować się w zbroję ze stali nierdzewnej, by mnie nie dźgnęło. A różne znaki na ziemi i na niebie przemawiają złowieszczo. Do siebie brać, czy wyluzować? Bohater powieści Virginie Despentes (którego wezmę pod lupę kiedy indziej), po 25 latach prowadzenia sklepu muzycznego „Rewolwer” ląduje na bruku. Ma na karku cztery dychy (prawie pięć), w oczach błysk, w głowie historię rocka, w „adresowniku” namiar na dziesiątki kumpli i setki eksprzyjaciółek, a mimo to: ulica i to nie każda, bo nie ma samowolki w świecie bezdomnych. Mówi się, że ZMIANA to wartość sama w sobie – szansa, wyjście ze strefy komfortu, wyzwanie. Eeee… No, też mi, ale gdzieeee… Naocznie widać, że nie każda zmiana dobra.

„W obliczu katastrofy Vernon trzyma się pewnych zasad: zachowuje się jak facet, który nie zauważył niczego szczególnego. Patrzył, jak wszystko wokół zapada się w zwolnionym tempie, a potem proces destrukcji uległ przyspieszeniu. Postanowił jednak być obojętny i zachować fason.”

W najlepszych z obejrzanych w sierpniu filmach zachodzi analogia.

Komuna

Anna (Trine Dyrholm) jest dziennikarką telewizyjną, piękną, spełnioną 40-letnią kobietą. Z mężem i córką przy boku, i jeszcze z dużym domem, który mąż właśnie otrzymał w spadku. Dom tak ogromny, że zginęliby w nim we troje, więc Anna – mająca chęć na coś nowego – rzuca pomysł: załóżmy komunę. Na plakacie doborowe towarzystwo, pod jednym dachem dzielące się posiłkami, organizacją codzienności i mniej lub bardziej spektakularnymi przypadkami, które podsuwa im los. Anna w środku, w niebieskim golfie, promienna. 

Nie da się oddzielić tego, co przydarzy się jej rodzinie, od tego, co wydaje się tematem głównym filmu Vinterberga (komuna). Zniknęła gdzieś prywatność, możliwość ukrycia przed światem bólu, wyjścia z foremki radzącej sobie ze wszystkim dojrzałej kobiety. Ani poryczeć w poduszkę przez tydzień, ani zapić do imentu, ani potrzaskać talerzy i kubków, bo bractwo przecież musi na czymś jeść. W pracy też lustra, kamery i milionowa publiczność. 

Na czym polega wywrotka? Ano na tym, że mąż się zakochał. W dwudziestolatce, podobnej do Anny jak kropla do kropli, tylko oczy ma piwne, nie niebieskie. I lat o dwadzieścia mniej. Proszę sobie wyobrazić taką scenę, gdy siedzą obie na ławce: Anna przyjęła strategię akceptacji nieuchronnego, więc próbuje polubić Emmę, która też z szacunkiem wyznaje: zawsze panią podziwiałam, OD DZIECKA (!). Nawiązuje do tego, że od berbecia oglądała ją na szklanym ekranie. Dziecko wyrosło i zabrało jej faceta, cóż. Jeden domownik więcej. Wywrotka w miłości pociąga za sobą kilka innych, bo nieszczęścia chodzą jak nie w parach, to stadem. 

Mniejsza o perypetie, zatrzymam się na jedne scenie: Erik wyznaje Annie, że jest jakaś „ona”, że coś się zmieniło. Noc, bliskość, niczego niepodejrzewająca Anna, bezpieczna przy Eriku i odprężona. Erik gnieciony w środku dyskomfortem sytuacji. Anna w samym centrum katastrofy. Jak reaguje? A jak może zareagować? Ma zamienić miłość w nienawiść? Założyć mundur asertywnej mścicielki? Rozpłakać się i zaklinając rzeczywistość, oczekiwać, że wyznanie było żartem? Szantażować? Nie wiem, co jeszcze mogłaby zrobić, ale robi to, co doskonale rozumiem. Z kosmiczną empatią wspiera Erika, któremu jest niezręcznie. Przecież nadal go kocha i jeśli wszystko się zmieni, to jedno nie. Jakby problem był wciąż czymś wspólnym, co ich łączy. Erik natomiast właśnie zrzucił z serca stukilowy głaz. Leciutko mu się zrobiło, więc ciągnie dalej: wiesz, ale nie będę mógł z tobą spać. Uważam, że to kluczowa scena filmu.

Wszystko, co dalej wydarzy się Erikowi i Annie zostało rozpisane w tej wymianie zdań. To, że Erik uwierzył, że to się dzieje poza nim, że „zakochało mu się” i w sumie: i szczęśliwy jest, i biedny, bo przecież znokautować Anny nie chciał. To, że coraz śmielej będzie wprowadzał Emmę w swoje życie, już nie wnikając w emocje Anny. To że uwierzyli oboje w dojrzałość Anny, nie biorąc pod uwagę, że strata miłości (jeszcze w tym momencie nieuświadomiona, więc w stanie hibernacji), będzie destrukcyjną torpedą. Nie do udźwignięcia. Chyba że… zacznie się coś naprawdę od nowa. Tu sytuacja przypomina drugi film: Co przynosi przyszłość. Rzecz w tym, że „nowe” nie oznacza tu nowej oferty (miłości, pracy, pomocnej dłoni), lecz decyzję, by ruszyć bez asekuracji w coś, co wydaje się pustką (oby nie). Komuna to film Trine Dyrholm, dostała za rolę Anny Srebrnego Niedźwiedzia. Absolutnie zasłużenie.

Co przynosi przyszłość

Nathalie ma lat mniej więcej tyle co Anna. Uczy filozofii francuskich licealistów. Tak jak jej mąż, z którym dogadują się od lat. W jej życiu wiele jest punktów stałych, niekoniecznie wygodnych, lecz zaakceptowanych i przyprawionych tym, co lubi najbardziej. Bo Nathalie wie, co lubi. Wie, co myśli, co jest dla niej ważne. Gdyby się pogubiła, wiedziałaby, od czego zacząć rozpoznanie. 

A konkretnie: lubi uczyć i łączyć filozofię z życiem. Ma dwoje dzieci, które wyfruwają z gniazda i którym daje dużo wolności. Jest na każde wezwanie swej chorującej na depresję matki. Przewidywalność to – rzecz jasna – pozory, bo ani prywatność, ani świat wokół Nathalie nie zastygają w jednej formie. Mąż odejdzie do innej. Jedno po drugim zobowiązanie zamieni się w wolność, która może ciążyć, może przynosić lekkość. Nathalie umie ją unieść.

Bardzo mi się ten film podobał (obejrzałam dwa razy), ale nikogo nie namawiam, nie zapewniam, że fajny, że ma takie nie inne przesłanie. Wiele zależy od tego, jak łączy się epizody i jaką nadaje się im wagę. Tym, co scala tę historię jest postać. Można powiedzieć: rola Isabelle Huppert. Nie mogłam oderwać oczu od drobnej, dynamicznie przemieszczającej się, wciąż będącej w drodze Nathalie. Jest niejednoznaczna, wcale nie wiem, czy dobra z niej córka, matka, żona czy wcale nie. Nauczycielką jest świetną, zdecydowanie. Nie muszę jej oceniać. Fascynuje mnie spójność, wierność sobie. To, że wywrotka, choć sporo jej zabiera, nie niszczy jej. 

Jest wytrącona z równowagi: śmiercią matki, słowami męża, nadszarpnięciem zawodowej pozycji, rozbieżnością w podejściu do życia jej ulubionego ucznia. Jest krucha. Jeśli mówię, że zna odpowiedzi i umie podjąć decyzję, to powinnam dodać, że jej odpowiedzi są otwarte. Swoją drogą: odważnie (po francusku) reżyserka aplikuje widzowi sporo cytatów z filozoficznych ksiąg. Zwróciłam uwagę szczególnie na ten odczytany podczas pogrzebu. O niepewności, która jest kwintesencją ludzkiego życia. O ile łatwiej byłoby wiedzieć coś na pewno. Tymczasem żyjemy wśród przypuszczeń i założeń – gdy chodzi o to, czy istnieje Bóg (wspomniany cytat) lub gdy pytamy, co jest trwałe, co przelotne.

I pomimo tej kruchości, niepewności i braku podpórek Nathalie wcale nie zawalił się świat. Siła w tym, że akceptuje zdarzenia i niezwykle szybko przechodzi do działania. Coś zakończy, przetnie, postawi kropkę. Do niczego się nie nagina. Nie szuka nowej miłości, nie angażuje się w żaden ruch, by zagłuszyć samotność. I właśnie w ten sposób przychodzi do niej przyszłość. Odsłaniając tylko tyle, co jest teraz.

Też Srebrny Niedźwiedź z tego roku, dla reżyserki. 

Co przynosi przyszłość (L’avenir), reż. Mia Hansen-Løve, Francja 2016
Komuna (
Kollektivet). reż. Thomas Vinterberg, Dania, Szwecja, Holandia 2016

amerykaana

Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014

Kierunek: Nigeria & USA

Gdy ostatnio obwieszczałam, że Bukareszt. Kurz i krew jest najlepszą książką tych wakacji, to jednak trochę się pospieszyłam. Bo oto na szali stawiam świeżutką Amerykaanę Chimamandy Ngozi Adichie i waga ani drgnie. One właściwie nie mogą konkurować, bo eseistyczno-reporterski portret miasta trudno zestawiać z pełnokrwistą powieścią. Och! Chodzi mi o to, że to było cudne przeżycie! Książka jest grubiutka (760 stron, ale czcionka dość wyraźna), czytałam trzy dni, spowalniając pod koniec, żeby trwać w niewiedzy jak najdłużej… Szkoda, że już się trzeba rozstać. 

Zamiast brzydkiej okładki umieszczam zdjęcia autorki (znalezione na stronie Uniwersytetu Princeton oraz na osobistej stronie Chimamandy Ngozi Adichie). Po części z prostego powodu: jej uroda działa magnetycznie. Po drugie: przyglądam się włosom, bo one stanowią jedną z historii równoległych, współtworzących Amerykaanę. Powieść zaczyna się właśnie tak, że trzydziestokilkuletnia Ifemelu, stypendystka Princeton i znana blogerka, po trzynastu latach życia w USA postanawia wrócić do Nigerii. A przed powrotem chce sobie zrobić nowe warkoczyki. W salonie fryzjerskim spędzi ok. sześciu godzin. Kotłują się w nim zapachy, brzęczy zmasakrowany angielski, w chwilach przerwy fryzjerki oglądają kiczowate filmy z Nollywood. Ifemelu nie miała tu po drodze, bo świat, w którym mieszka jest inny: czysty, z udogodnieniami, amerykański – gdzie większość Afrykanek prostuje włosy i pozbywa się akcentu, który naznaczał ich angielszczyznę w rodzimym kraju. 

W tej zdawkowej informacji jest niejedna odsłona. Tak, to powieść o kobiecie coraz bardziej świadomej siebie – swoich pragnień, swej tożsamości, swej siły. Siły? Ifemelu nie jest może przebojowa, ale szczera (wobec siebie), poszukująca i inteligentnie bezpośrednia. Bardzo kobieca… Nie wiem, jak powieść Adichie czytają mężczyźni, bo wydaje mi się, że w tej historii jest pewna nadwyżka, którą rozkodują właśnie kobiety. Uwaga! nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z czytadłem dla pań. Mamy do czynienia z fenomenem. Mądra, uniwersalna, przenikliwa książka, pełna obserwacji socjologicznych i obyczajowych. Subiektywnie dodam: najwyższych lotów. A zarazem: nie ma wątpliwości, że pisała ją kobieta (mistrzowsko potrafiąca opowiadać!).

Chimamanda Ngozi Adichie. Princeton

O czym jeszcze jest Amerykaana? Tytuł jest ironicznym określeniem, jakim Nigeryjki diagnozują przybyłe  z Ameryki koleżanki, którym uderza do głowy sodówka. Dziwią się, że kuchnia nigeryjska jest tak nieodtłuszczona, że inaczej są obsługiwane w restauracjach etc. Słowem: powieść bierze na warsztat kwestie tożsamości i korzeni. Kilkanaście lat adaptowania się Ifemelu w Ameryce pokazuje, jak niełatwo i jakim kosztem przebiega asymilacja. Pomnóżmy obserwacje razy kilka, bo nie tylko spojrzenie głównej postaci zostało naświetlone. Stany Zjednoczone (zwłaszcza) i Wielka Brytania śnią się nigeryjskim nastolatkom latami. To wymarzone światy, Eldorado, prawdziwe życie. I często (nie zawsze) udaje im się niejedno z tych marzeń zrealizować. Aspirują wysoko: zdobywają dyplomy uczelni z Ligi Bluszczowej, wychowują dzieci, które zajść mają jeszcze dalej, żyją w demokratycznym świecie, w którym nikt nie użyje słów „czarnuch”, „Murzyn”, a nawet „Afrykańczyk” i „Afrykanin” nie pojawiają się często, by kamuflować różnice w myśl zasady „nienazwane nie istnieje”. [Zabawny epizodzik. Ifemelu kupuje w butiku  sukienkę. Ekspedientka, u której reguluje rachunek, wypytuje, która z dwóch dziewczyn jej doradzała. Czy miała długie włosy? (obie miały), czy była szczupła (obie były), itp. Nie pyta o najoczywistszą z różnic, bo byłaby to polityczna niepoprawność (czy obsłużyła ją biała czy czarna?).]

Tożsamość tych, którzy podjęli próbę życia na emigracji i którzy z jakichś (przeróżnych) powodów wracają odmienieni w rodzinne strony – to temat główny. Ale motorem opowieści, najsilnieszą nicią osnowy jest wątek starej, nierdzewiejącej miłości, przeplatany próbami odnalezienia szczęścia w związkach, które są możliwe i wypełniają lukę po czymś, co miało trwać wiecznie. Naprawdę nie tylko miłość wciąga w Amerykaanę, ale miłość wciąga naprawdę – ostatecznie to ona przecież uruchamia wszystko inne: dojrzałość, odpowiedzialność, gorycz i zgodę na rozstania i wreszcie odwagę bycia sobą, jak najpełniej.  

Chimamanda Ngozi Adichie, Hay festival 2012

Ifemelu pisze bloga: rasowe obserwacje czarnej nie-Amerykanki na temat życia plemiennego w USA. Kąśliwie wskazuje „plemienność” w dojrzalym demokratycznym społeczeństwie, ale ma po temu powody. Aż dziw jak bardzo jej komentarze są zasadne. Później bierze na warsztat Nigerię i tropi jej specyfikę, szuka tego, z czym może się utożsamić, ale też bezceremonialnie demaskuje pozerstwo. 

Blogowe zapiski okraszają raz po raz narrację powieści. Ja wolę te, które powstają na użytek nigeryjskiej odsłony. Dla blogerów to smaczny kąsek, bo choć popularność Ifemenu jest oszałamiająca i nie każdemu dana, to można tu odnaleźć emocje, bliskie wszystkim tworzącym posty. Na przykład gorączkowe tropienie tematu, który by się nadawał do obróbki. ;)

Czytanie Chimamandy Ngozi Adichie to przyjemność. Niegdyś urzekła mnie jej Połówka żółtego słońca, doceniłam późniejsze opowiadania (To coś na twojej szyi) i choć to wbrew moim przyzwyczajeniom (żadnych rankingów i „ulubionych” pisarzy!) deklaruję, że na jej opowieści będę czekać z utęsknieniem. I sądzę, że z obu równie istotnych powodów: bo są takie nigeryjskie, zanurzone w świat dla mnie nierozpoznany i dlatego, że absolutnie mogę się w nich odnaleźć – afrykańskie znaczy uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dla Nigeryjczyków ta powieść może mieć kolosalne znaczenie. Gdyby istniał jej polski odpowiednik – byłby czymś błogosławionym.

amerykaana***

Tymczasem główną inspiracją do tworzenia mojego postu było coś, czemu ostatecznie poświęcę ostatni fragment. Siła powieści. 

Najpierw dwa epizody. Pierwszy – w salonie fryzjerskim jedna z klientek podpytuje zaczytaną Ifemelu:
” – Dobra?
– Tak.
– To powieść, prawda? O czym?
Czemu ludzie pytają «o czym jest?», jakby powieść była tylko o jednej rzeczy. Ifemelu nie znosiła tego pytania (…)”. (s.312)

Drugi epizod ma miejsce w Nigerii, podczas jednej z imprez dla nowobogackich. Oczytany Obinze, który całą młodość pochłaniał amerykańskie powieści i wpatrywał się w filmy stamtąd, zagaduje młodziutkiego chłopaka, z sympatią obserwując jego zagubienie. Rozczarowuje go jednak płytkość odpowiedzi. 
„Yemi studiował angielski na uniwersytecie i Obinze zapytał go, jakie książki lubi, ucieszony, że w końcu porozmawia o czymś interesującym, ale szybko okazało się, że dla Yemiego książka nie była literaturą, jeżeli nie zawierała wielosylabowych słów i niezrozumiałych fragmentów.
– Problem w tym, że powieść jest zbyt prosta, człowiek nie używa żadnych wielkich słów – powiedział Yemi”. (s.56)

Z zazdrością i podziwem przyglądam się temu jak opowiada Adichie. Oczywiście, to jest proste. Bez erudycyjnych akapitów i filozoficznych dywagacji właściwych esejom. Żeby jednak powieść była „nie tylko o jednej rzeczy” potrzebna jest pisarska intuicja, rzemiosło kompozycji, wykreowanie świata, który – nie tak jak w świecie fantasy, gdzie wymyśla się go od początku – szkicuje się dialogami, sytuacjami, zdarzeniami nie zawsze kluczowej wagi, całym tym ekwipunkiem retrospektywnej pamięci i introspektywnych namyśleń, i niewypowiedzianych, bo nieuświadamianych sobie przez bohaterów (a otwartych przed czytelnikiem) rozpoznań. Łatwość powieści jest złudna.  Gdy dobrze skrojoną historię próbuje się ogarnąć ponownie, otwierają się całkiem nowe znaczenia. Przynajmniej takie są moje wrażenia, gdy po dobrnięciu do okładki, zaczęłam wertować strony z przylepionymi karteczkami. 

zupa z gwoździa

Anna Onichimowska, Zupa z gwoździa, EZOP Agencja Edytorska, Warszawa 2013

Bardzo przyjemne, bardzo. Lekkie, wciągające, absurdalne, zabawne i otwierające moje czytelnicze serducho na faceta-narratora, który nie bez winy, a i tak całkiem ok. Słowem: polecam. Teraz właśnie jest najlepszy czas, by po Onichimowską sięgnąć. To już moja świecka tradycja: w ubiegłym roku w świateczne dni czytałam jej Pomiędzy. Teraz Zupę z gwoździa. Jeśli Autorka postara się na następne święta dostarczyć kolejny tytuł, to siłą rozpędu (i świadomego wyboru!) drogą kupna nabędę. Dobry tytuł na prezent. Trzeba tylko wyrachować komu go dać. Poniżej pomoc dla dedukujących.

Zupa z gwoździaRzecz rozgrywa się w Warszawie (skąd raz po raz bohaterowie wyjeżdżają do Krakowa). Zaczyna się w początkach grudnia – sporo mówi się o nadchodzącym końcu świata (21.12.2012!), co w pewnym sensie się ziści, bo jasna sprawa, że końce nie potrzebują nazywać się od razu Armagedon. Koniec czasami jest nieuchronny i niezbędny, by móc coś zacząć. Albo – jeszcze lepiej – wyrwać się z pętli czasu, z pogoni za przyszłością, z uzależnień od przeszłości i włączyć opcję Teraźniejszość. 

Małżeństwo niedoskonałe, acz bez frustracji i jadu. Marysia i Jan. Ze stażem ponaddwudziestoletnim (w dorobku córka Zosia i zięć Wiktor, omyłkowo zwany Franciszkiem). Kilkoro spowinowaconych (osiemdziesięcioletni rozamoryzowany wuj, siostrzeniec zbierający żołnierzyki dla partnera, amerykańska siostra bohatera, która kocha krokodyle etc.). Kilkoro bliższych i dalszych znajomych: zdystansowany Kurdeblaszka, moherowy Rycerzyk lubiąca krówki-ciągutki, bosostopa Murzynka, która na balu wystąpi w duecie z Janem (jako „kapusta” przy „schabowym”). Mądrze gadający pies i bez sensu trujący szef. Tu uściślę, że małżeństwo ma niezbyt intratne wykształcenie: polonista (zaczepiony w redakcji prasowej) i psycholog (sprzedająca lodówki). 

Nie wchodząc w szczegóły, o czym to jest? O tym, że gdy codzienność skrzeczy rozlicznymi brakami, praca z dnia na dzień wydaje nam się bardziej durna (przekraczając limity naszej odporności), gdy to wszystko wkracza inwazyjnie w bliskie relacje, zaniedbywane od niechcenia i bez premedytacji – to wtedy ocalający jest humor, dystans i swing. Swing rozumiem jako melodię własną, ze splotu naszych osobistych skłonności wypływającą, która pozwala nam nawet w chórze śpiewać swoje. Precyzyjniej: jeśli się rozbuja, to nauczy nas żyć poza chórem, solo lub w parze. 

I jeszcze jest o tym, o czym mówi blurb Macieja Wojtyszki: „Tę wnikliwą, dowcipną i mądrą książkę powinna przeczytać każda normalna kobieta, która pragnie zrozumieć współczesnego mężczyznę, i każdy współczesny mężczyzna, który i tak nigdy nie zrozumie, w jaki sposób się w to wszystko wpakowujemy. (…)”
Na potwierdzenie wyciągnę kilka nitek z osnowy. Marysia mówi z niepokojem do Jana, że gdy śpi, to wygląda, jakby śnił nieswoje sny. Jan najpierw się nieopatrznie dziwi (bo też czyje jak nie jego?), a potem po męsku radzi, żeby się nie przyglądać, wziąć coś na sen. (Arcymęskie! Usunąć bodziec zamiast próbować zrozumieć). Marysia po babsku drąży dalej. Konstatacja Jana: „Problem między nami polega na tym, że przez 25 lat bycia razem ona często werbalizuje, czego nie chce, a rzadko, czego chce”.

I jak znam siebie, mogę przytaknąć, że brzmi znajomo taka oto sytuacja. Marysia zbiera się do rozmowy. Znienacka wciąga w nią Jana. Temat rozmowy zahacza o pyłek i księżyc („wszystko między nami”). Pytania są logiczne i konkretne, choć rzeczywiście przeskakują z planety na planetę. A facet nie nadąża, bo niepotrzebnie się asekuruje, próbuje zgadywać, co padnie za chwilę i idzie w zaparte, że żadnego problemu nie dostrzega. Dla mnie to bardzo esencjonalne, a przed pretensjonalnością ratuje zmysł absurdu (i humoru). W praktyce wygląda to tak. Zarzut głównego kalibru: miałeś romans. Marysia nie umie pojąć tego, co dla Jana oczywiste: że bez znaczenia skoro bez uczuć i dwie dekady temu. Dalej: nie zauważyłeś, że mam nową marynarkę, nie chcesz się poświęcić i wyjechać na wakacje gdzieś daleko, w roli telefonicznej tapety masz nosacza (małpę z Borneo – to obsesja Jana) a nie mnie, nie chciałeś wziąć kundelka ze schroniska, dlatego nie mogę spać… I znów większy kaliber: nie dbasz o grób rodziców, o mnie też zapomnisz bez żalu. Et caetera. Marysia – dla wspólnego dobra – mówi mu, co stoi na przeszkodzie, by było normalnie. Jaś próbuje poskładać puzzle i nic mu nie wychodzi. Podpowiadam (zgadując), że w takiej sytuacji po prostu trzeba bezdyskusyjnie zrealizować jedno z kobiecych pragnień i jeszcze jedno (ekstra) spoza listy. 

Trzy pasje ma mężczyzna (nadmienię, że to on prowadzi narrację). I w każdej z nich bardzo mu sekunduję. Jedną jest nosacz, którego podgląda dzięki mapom Google. I ja zajrzałam, dziwny dziw, zgodność nazwy z wyglądem niezwykła. Drugą jest gotowanie. Trzecią – pisanie. Jest blogerem! Niezbyt chyba poczytnym, ale nie o to w tym chodzi, pisać trzeba, nawet gdy brak chętnych odbiorców. Wiadomo: dziś czytelnik to skarb, a piszący jest tylko jednym z milionów. 

Zupa z gwoździa jest możliwa do upichcenia, przepis na blogu o tym samym co książka tytule. Sednem kulinarnego gustu Jana jest prostota. Nie wiem, czy jest to zamysł ironiczny, mnie akurat przekonuje. Gdy razu pewnego cała rodzina zamawia kolację w restauracji, wybory trafiają na frymuśne w nazwie dania: „wątróbki cielęce na gnieździe z brokułów, z pieczonymi kasztanami, nadziewanymi szynką parmeńską i wędzonym pieprzem, pod dymną osłoną” i inne, w których odrobina konkretu jest „pod kołderką” lub „wsparta na postumencie”…. Jan prosi o herbatę miętową. Jako jedyny zamawia „spaghetti z wody, osobno oliwa i parmezan”. 

Pisze Jan bloga i pisze listy. Zawodowo odpowiada za kontakt pisma z czytelnikami. Gdyby czekał aż listy same nadejdą, toby pracę stracił, więc pisze do siebie sam. Listy są cudnie absurdalne i świetnie komentują perypetie życiowe Jana. Skoro na niego coś padło, to mogło też paść na innych. Przykład: 
„Kochany Panie Redaktorze,
może mi pan odpowie, dlaczego jednym coś się udaje, a innym nie. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: zderzają się trzy samochody na pustyni. Zwykle tylko wielbłądy po niej biegają, a tu – takie zjawisko nadprzyrodzone. Że samochody, że trzy, no i wypadek. Dwa trupy, a trzeci nawet niedraśnięty. Kto tym kieruje? (…) U mnie póki co aż tak źle nie jest, ale odpukuję w niemalowane, unikam trzynastek, spluwam przez lewe ramię, nie przechodzę pod drabiną, robię, co mogę. Chociaż przesądny nie jestem. Gdyby miał Pan jakiś pomysł, jak oszukać przeznaczenie, albo chociaż przechytrzyć, proszę o kontakt.
Jarosław z Milanówka, skrytka pocztowa 33”

Cóż, z fatum nikt nie wygrał (vide: Edyp), ale dużo daje dobre przemycie oczu i odnalezienie tego, co już się ma. Nie przeczę, że satysfakcjonuje mnie taki przebieg fabuły, który wyjaśnia mężczyźnie, że nigdy dość doceniania kobiety i trzymania za rękę, by nie uciekła (bo też czasami każda ma na to ochotę). Choć, myślę sobie, że w swej lekkości książka Onichimowskiej jest jednak dość przewrotna.
(Jan o Marysi): „Ona nie ma takich lęków. Czasem wydaje mi się, że jest odważniejsza ode mnie. Nie boi się latać, przebiega na czerwonym świetle, chodzi na wysokich obcasach, no i w ogóle”.

wypełnić pustkę

Wypełnić pustkę, reż. Rama Burshtein, Izrael 2012 

W polskich kinach ten film pojawił się latem (lipiec 2013). Kto to widział, by taki film wprowadzać w obieg w takim czasie?! I właśnie dlatego niejeden może westchnąć, że nie widział. A szkoda, bo warto. Ja mogę dodać, że nawet nie słyszałam, choć zapewne mogłam, bo tytuł został doceniony m.in. Pucharem Volpi (Wenecja 2012), czyli nagrodą dla najlepszej aktorki – Hadas Yaron w roli Shiry.
I tak jak wszystko w życiu przydarza się parami, tak jednym przypadkiem zobaczyłam ten film w sali kinowej, a drugim przypadkiem dostrzegłam go dwa dni później w roli gadżetu przy najświeższym numerze „Focusa”. I już go mam.

Chasydzi

Wchodzimy w świat współczesnych chasydów. Brzmi co prawda jak oksymoron: jaka tam współczesność, skoro rytuały i styl życia wywodzą się z najstarszych tradycji, a celowe zamykanie się na wpływy świata (media, kontakty z gojami, modne trendy) tworzy warstwę impregnującą przed nowoczesnością. Ważne, że poznajemy współczesnych chasydów z perspektywy reżyserki, która się z tego środowiska wywodzi. I darzy je zrozumieniem, które i widzowi może się udzielić. Rzecz jasna oglądam świat egzotyczny. Rozumienie bierze się stąd, że w tę opowieść nie wkracza „obce oko”, więc to, co się zdarza, przyjmowane jest naturalnie, osadzone w zrębach, które nikogo tu nie dziwią.

Uderza mnie zwłaszcza silne poczucie wspólnoty. W czas jednego z chasydzkich świąt mężczyźni tłoczą się w domu rabina, wchodzą gromadnie do salonu, gdzie dzielą się problemami, otrzymując po wysłuchaniu stosowne finansowe wsparcie. Jak – nie przymierzając – na seansie u Vito Corleone ;). Śpiewa się przy tym i energicznie wystukuje rytmy. Śpiew i muzyka są fenomenalne. I te oryginalne pieśni chasydzkie, i to, co przygotowano specjalnie do filmu. Akordeonowa muzyka Shiry czy tło muzyczne ilustrujące wybrane sceny. Proszę posłuchać motywu przewodniego.

Drugie, na co zwracam uwagę, to określony model rodziny. Małżeństwa kojarzone przez swatów, tworzone pod czujnym okiem starszyzny, z konieczną aprobatą rabina. Spojrzenie człowieka Zachodu bywa w tym temacie sceptyczne. Bo mamy w głowach inne wzorce: miłość, która wiąże nie czekając na błogosławieństwo, która rodzi się z ognia i bez przymusu albo ze wspólnoty przeżyć, z bliskości, manifestującej się na tysiąc sposobów zanim okrzepnie w decyzji na tak. Różne tam mieć możemy w głowie i sercu matryce, ale na ogół chcemy spontaniczności i nieskrępowania w wyborze. A tu: swaty, ślub z człowiekiem, o którym więcej nie wiesz niż wiesz i w ogóle… ta gotowość do małżeństwa jakby ono było jedyną możliwą drogą i jakby trzeba było na nią wstąpić najszybciej jak się da. Powiem tak: nie będę tu roztrząsać wolności człowieka zanurzonego we wspólnocie i tradycji, bo nie starczyłoby mi kompetencji i mogłoby zabraknąć wirtualnej przestrzeni. W tym konkretnym przypadku, którego dotyczy opowieść, ujmuje mnie dojrzałość, gotowość do miłości i świadomość, że ona możliwa jest wtedy, gdy nie zatracasz siebie.

Fotografia powyżej, „portret rodziny we wnętrzu”, jest dobrym punktem wyjścia. Panowie w czarnych chałatach, z obowiązkowym nakryciem głowy – żonaci w futrzanych sztrajmlach, kawaler ma kapelusz. Kobiety ubrane skromnie, odświętnie, więc na biało, również z nakryciem głowy (na co dzień ten zmyślny kapelusik bywa weselszy). Niezasłonięte włosy może mieć tylko panna.
Plan pierwszy: rabin i jego żona, Rivka. Ich córki: niezamężna Shira z zaproponowanym przez swata kawalerem oraz (po prawej) Esther z mężem Yochayem. 

W środku drugiego rzędu – ciotka, nie ma rąk, nigdy nie wyszła za mąż, a mimo to w kapeluszu, bo tak doradził rabin. To unik od uciążliwych pytań. Nie unika ich nieobecna na zdjęciu Frieda – piękna i dobra, ale niemająca szczęścia do swatów. Gdy zaręcza się jej młodsza siostra, słyszy zewsząd: „obyś ty była następna”. Słowa ciepłe i współczujące, ale nie wątpię, że doprowadzające do szału („myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?!” – odpowie później i brzmi to tak, że chętnie obejrzałabym film o Friedzie).

Esther jest w ciąży, niestety, umrze przy połogu. A jej (przystojny jak sto diabłów!) mąż, który wyznawał: „Kocham cię, jesteś moją Torą”, pogrąży się w rozpaczy. Pustka, którą w sobie odnajdzie, wyda się nie do wypełnienia. Pustkę, równie dotkliwą, choć inaczej doskwierającą, czuje również ojciec i matka Esther. I jej osiemnastoletnia siostra, Shira, której swatanie usunie się na dalszy plan, by móc wpierw przeżyć ból i stratę. Tylko co dalej z pustką? Życie domaga się, by ją wypełnić.

Shira, Yochay, Rivka i MordechajŚmierć Esther jest jedną z początkowych scen, to pierwszy moment zwrotny. Dalsze wydarzenia koncentrują się na tytułowym wypełnianiu pustki  i priorytet ma to, co dzieje się wewnątrz bohaterów. Jeśli zdążyłam zaakceptować chasydzkie otwarcie się na wspólnotę, która wkracza i porządkuje świat każdego brata i siostry od spraw najprozaiczniejszych (kupno kuchenki) po egzystencjalne, to teraz muszę to przyzwyczajenie porzucić. Są propozycje i sugestie, ale też mocne veto samych zainteresowanych, którzy znają cenę życiowych decyzji. Nie podejmują ich nim dorosną, by je udźwignąć i zaakceptować skutki. 

Nietrudno się domyślić, że równolegle do swatania Shiry pojawi się temat szukania drugiej żony dla Yochaya. I że prędzej czy później pojawi się pomysł, by… Ale ani on tego nie chce, ani ona. Nie będzie fabularnych atrakcji, które zawiłością perypetii przekonałyby widza do nieuchronności tego związku. Paradoksalnie: ograniczenie akcji na rzecz subtelnej ilustracji dojrzewania i rodzenia się szansy na szczęście okazuje się czymś fenomenalnym. Kilka rozmów, spojrzenia, obecność i znikanie. Konieczność odsłonięcia swych pragnień, a najpierw rozpoznanie ich w sobie. Pomaga w tym prowadzenie kamery. Przewaga ujęć bliskich, zbliżenia twarzy. Dialog musi być oszczędny, by nie dublować obrazu. 

Oglądałam z dużymi emocjami. To bardzo kobiecy film – choć ma niejedno do powiedzenia mężczyznom.

Ujęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy gotowości serca, która poprzedza cały ciąg dalszy (i której brak ów „cdn” uniemożliwia). Druga to lęk, by nie być kimś zastępczym, nie wypełniać pustki po kimś innym. Dopóki nie zabliźnią się rany, nic nie jest możliwe. Zabliźnienie nie oznacza tu zapomnienia, zwłaszcza, że istnieje Mordechaj, synek Esther i Yochaya – to stan, w którym potrafimy widzieć tę drugą osobę bez potrzeby konfrontacji z własną (i jej) przeszłością. 

Yochay i Shira

ida, i jazz, i mozart, i portofino

Ida, reż. Paweł Pawlikowski, Polska 2013

IdaIda ma osiemnaście lat, Wanda jest siostrą jej matki. Jedna dla drugiej jest kimś najbliższym z rodziny, choć przecież kimś obcym, o kim niewiele się wie lub zgoła nic. Nie szukają się, więc gdyby do spotkania między nimi doszło, mogłoby… ledwie musnąć naskórek, trwać chwilę, zniknąć w niepamięci. Mogłoby również coś zmienić, zburzyć lub stać się nowym elementem puzzli, niespodziewanie dopełniającym przewidywalny dotąd wzór.

Idę wychowały zakonnice, teraz jest nowicjuszką i za kilka dni złoży zakonne śluby. Nie wie, kim byli jej rodzice, nie szuka śladów. W świat zza klasztornej furty wysyła Idę jej przełożona: „- Czy to konieczne?” – pyta Ida asekuracyjnie. „- Tak”. Więc wkłada szary płaszcz, pakuje walizkę, dociera autobusem pod wskazany adres i poznaje Wandę, swą ciotkę.

Wanda ma przewagę – wie więcej, jest starsza, poza tym przywykła do roli kogoś, kto wydaje werdykt. Dekadę wcześniej była prokuratorem w publicznych procesach stalinowskich. Teraz jest tylko cieniem siebie dawnej. Konfrontacja z siostrzenicą (o, jak łatwo mogłaby ją zbyć!) staje się szansą powrotu do zatrzaśniętej przeszłości. 

O tym przede wszystkim jest film Pawlikowskiego: o spotkaniu dwóch samotnych kobiet, jednej przed progiem, drugiej przed metą życia. To nie jest kwestia metryki, lecz sytuacji, która im obu każe spojrzeć wstecz (by zacząć, by domknąć) i dojrzeć do ważnej decyzji. Na moment przed inicjacją, na chwilę przed zmierzchem.

Przeszłość to prawda o śmierci Róży (m.in.) – Żydówki, której los przypomina losy wielu innych: ukrywanie się, zależność od czyjejś dobrej woli lub jej braku. To siostra Wandy, matka Idy. Został po niej witraż w stodole, lubiła patrzeć na świat przez kolorowe szkiełka.

Polskie miasteczko, które przed wojną było sztetlem. Chrześcijanie bojący się powrotu dawnych właścicieli swych dzisiejszych domów. Przeszłość nie jest zaprzeszła, to kilkanaście lat wstecz. Każdy ma po tamtych latach jakąś traumę, jakieś zranienie czy doświadczenie utraty. Albo świadomość winy, którą wolałby unieważnić. To, co się stało nie jest szokiem i nie o odkrywanie przeszłości tu chodzi. Ida nie jest Pokłosiem. Niesamowite! Tu nikt nikogo nie osądza, do czego innego potrzebna jest prawda. Pozornie –  użytek z niej niewielki, w istocie – ogromny. By świadomie dokonać wyboru, choć zarówno wybór Idy, jak i Wandy, pozostają dla widza czymś tyleż koniecznym, co niejasnym. Jak każdy wybór, podjęty w imię logiki wewnętrznego musu. 

Ida. TrzebuchowskaIda. Kulesza

Agata Kulesza (Wanda) i Agata Trzebuchowska (Ida) – duet niezwykły! Nie będę charakteryzować postaci, w które się wcielają, bo to przyjemność rozpoznawać je bez pośrednictwa czyjegoś opisu. Kulesza trafia na bohaterkę o niezwykłej sile – cyniczną i czułą jednocześnie, obcą i troskliwą. Jej pusty świat przyciąga goryczą rozpoznania, bólem, który próbuje zatańczyć, rzecz jasna – bez złudzeń. Trzebuchowska i jej cicha, nieświadoma życia bohaterka ani na chwile nie schodzą w cień. To wielka sztuka, bo Kulesza przyciąga uwagę, rozdaje karty… A Trzebuchowska sobie jest, patrzy, robi swoje. Gdy tak idzie drogą w ostatniej sekwencji, to trudno o większą siłę i pewność. Emanuje z niej – i udziela się widzowi – skupienie, zgoda na to, co odkryła w sobie samej. 

Rok sześćdziesiąty drugi. Czas fabularny i czas, który zawładnął dźwiękiem i obrazem tego filmu. Zachwyciła mnie Ida: mocą historii, kreacjami aktorskimi, ale klimatem przede wszystkim. Jakby wehikuł czasu przeniósł mnie do filmów z tamtych lat. Gdy w podróży Idy i Wandy pojawia się Chłopak (Dawid Ogrodnik) i jego saksofon altowy, jego melodie jazzem podszyte – z Naimą Johna Coltrane`a na czele – to przecież krok już tylko, by wskoczyć w film Morgensterna Do widzenia, do jutra. Spotkanie, nadzieja, szukanie się i zniknięcia. 

Opowieść Pawlikowskiego pisana jest muzyką właśnie. Najpierw klasztorną ciszą. Koncertem na łyżki i widelce. Mam wrażenie, że postsynchrony z zakonnych posiłków tworzą własną melodię. Cisza wchodzi wraz z Idą w biało-czarne obrazy świeckiego świata. Przerywa ją raz po raz skoczny przebój sączący się z radia. Jakieś: Serduszko puka w rytmie cha-cha, Rudy, rudy, rudy rydz…, Nie płacz, kiedy odjadę.… By znów powracać do klimatów w stylu muzyki Coltrane`a. 

A ponieważ tak się składa, że bohaterki zatrzymują się w hotelu, w którym świętuje się Dni Miasteczka i noc wypełnia koncert zespołu z seksownym saksofonistą i naprawdę zjawiskową (w obsadzie: „występ gościnny”) Joanną Kulig, więc robi się tak, że aż trudno uwierzyć w kolory za oknem i mniej wytrawne dźwięki radiowych stacji Anno Domini 2013. Przeplata się pop i jazz. Może zresztą – nie znam się – oba style żyły wówczas w ścisłej symbiozie. Nawet popularne szlagiery – Alabama, Jimmy Joe, Miłość w Portofino podbija rytm saksofonu.

Ida. Joanna KuligIda. Dawid Ogrodnik

To nie wszystko. Muzyki jest znacznie więcej: klasztorny klimat ilustruje przecież Bach, a tragiczny finał Mozart – jego Symfonia „Jowiszowa” wprowadza przestrzeń, którą zgodnie rozszerza fruwająca firanka i otwarte okno.

Wybór biało-czarnych zdjęć koresponduje z dźwiękiem, a przecież nie tylko o tonację tutaj chodzi. Uroda Trzebuchowskiej nie tak odległa od wdzięku dziewczyn z lat 60. (Teresy Tuszyńskiej czy Ewy Krzyżanowskiej), a Ogrodnik – Ogrodnik jest jak młody Cybulski. Kadry są piękne: w zbliżeniach (na twarz, ale i na stopy) i w „dziwnym” kadrowaniu, gdy przestrzeń usuwa jakby głównych bohaterów  z centralnej części obrazu. Mam w głowie wiele niezwykle pięknych wizualnie scen, które choć miałabym ochotę wyliczać, zostawię obrazami, z góry uznając fiasko przekładu na słowa.

blue jasmine

Blue Jasmine, reż. Woody Allen, USA 2013

Lot z Nowego Jorku do San Francisco – pierwszą klasą, z walizkami marki Vuitton. Nieco (jeszcze nie wiemy, że owszem, mocno) neurotyczna blondynka opowiada o sobie. Komu? Ta, która słucha, nie wie, czy do niej ta mowa, czy to monolog przed wyimaginowaną widownią. Jasmine gada do siebie, o tym, co jej się przypomni. Bo w życiu przytrafił się jej krach: była bogata, teraz ma długi. Trzeba zacząć od początku. Ale z nawyku lata pierwszą klasą, z walizkami marki Vuitton i daje taksówkarzom hojne napiwki etc. Zrównoważona to ona nie jest. Postać z Woody`ego Allena, skóra zdjęta z twórcy.

Blue JasmineO tym, co się dzieje, w dwóch słowach: bogaty mąż Jasmine okazał się oszustem, a ona z dnia na dzień z księżniczki stała się żebraczką.

Prawie. Bo choć wszystko wskazuje na klęskę, Jasmine nie przyjmuje tego do wiadomości, otrzepuje piórka i zamierza stanąć na nogi. Tymczasem zatrzymuje się w San Francisco, u swej przyrodniej siostry, Ginger.

Chwyt pierwszy: antytezy

San Francisco i Nowy Jork. Teraźniejszość i przeszłość. Dwie skrajnie różne kobiety (dwa style życia, reakcji na życiowe niefarty…). Skontrastowane kobiety, więc i mężczyźni, którzy wokół nich krążą są jak wierzchnia i spodnia strona kromki chleba. Antytetyczni.

Nowy Jork to świat Jasmine (Cate Blanchett), wracający w retrospekcjach, pełen luksusu i iluzji. Przyjęcia high life`u, elegancja, kosztowne drobiazgi, horrendalnie drenujące konta kolekcje pana męża, tudzież jego romanse. Zamaszyste transakcje. Lewe, co na pierwszy rzut oka jest „prawie” oczywiste. Gust, smak i dobre samopoczucie – wszak dajemy na biednych, jesteśmy hojni i mamy dobrą prasę. 

Retrospekcje ilustrujące to, co prysło, byłyby ciut jałowe – od pierwszej sceny wiemy, że mąż (Alec Baldwin) nabroił i odsiaduje – ale co rusz do zamkniętej już przeszłości wkrada się nowy ognik i zmienia zarys kształtów czy długość cieni. Słowem: nie wszystko było, jak się zdawało widzowi, który uwierzył w komunikat z prologu.

San Francisco to przestrzeń Ginger (Sally Hawkins), kelnerki z dwójką hałaśliwych dzieciaków. Aranżacyjny miszmasz, do którego chętnie wprowadziłby się adorujący ją Chili (gdyby nie najazd wyniosłej siostry!). Tamta – blond, niebieskooka delikatność i dystans, ta – ciemna, ruchliwa crazy girl, bardziej przytulna. Ginger mówi, że wszystko rozgrywają geny: Jasmine ma wyjątkowe dobre, a ona ze swoimi tak sobie radzi, że akceptuje kompromisy. Która mądrzej? Ta, która aspiruje do związków gwarantujących przynależność do establishmentu, trafia na dżentelmenów łajdackich (oksymoron, ale adekwatny). Ta, co woli mieć wróbla niż śnić o kanarku, spotyka chłopaków prostych a wyrywnych (mecz, pizza, wyszarpnięty ze ściany aparat telefoniczny…). Kobiety od zawsze i po wsze czasy mogą deliberować, czy lepiej stawiać na drabinę, czy kulę u nogi (brzmi zniechęcająco, ale proszę zauważyć, że taka kula przy nodze j e s t, nie znika na horyzoncie, nie czmycha w siną dal). A drabina, jak szczeble się rozregulują, obija pupę, na głowę ściąga ambaras. 

Chwyt drugi: komedia śmieszna, ale nie do śmiechu

Mówią niektórzy: to nie komedia, tyle dramatu, tak mało nadziei, sytuacja przytłacza, a niebo się nie rozjaśnia. Prawda, gdy w ostatniej scenie zdesperowana Jasmine mamrocze coś na ławce w parku, zaczyna padać. San Francisco nie stało się pocztówką, jak zwykło się mówić o poprzednich filmach Allena. Niemniej: komedia. Co przypieczętować może wyżej wspomniany – uproszczony, biegunowy – koktajl światów. Sytuacje, w których zderzają się ze sobą kontrpostaci, nieporozumienia, które z tego wynikają, to najczęstsze źródło zabawy. Komizm allenowski, absurdalno-paranoiczny, podszyty obsesjami. 

Scena rozmowy na tarasie restauracji („z europejskim widokiem”!): Ginger i Jasmine, Chili i jego kolega. Proste chłopaki zapytują, co Jasmine ze sobą zrobi i oczekują jakichś krótkoterminowych planów na to, by się ogarnąć. A Jasmin, kobieta po przejściach, odpowiada, że poszłaby sobie do szkoły. Pouczyć się, rozwinąć… Chłopaki drążą: czego się chce uczyć, czy może na pielęgniarkę albo pomoc dentystyczną? Sztylet w błękitnym oku Jasmine: o, nie! Spłukana i zadłużona planuje zrobić kurs projektanta wnętrz. Internetowo. Więc najpierw zapłaci za kurs obsługi komputera. Nieżyciowość Jasmine jest ekstremalna. Co nie znaczy, że swojego nie osiąga. Jak to działa? – ot, sekret.

Ponieważ jest to film Cate Blanchett, więc właśnie ona uruchamia komiczne sytuacje lub pada ich ofiarą. Scena, w której wpatrzone w nią dzieciaki Ginger nieruchomieją, słuchając jej tyrady. Świetna. Scena rozmowy z mężem o francuskiej au pair. Popisowa. Ale najlepsze sceny to te, w których Jasmine (de facto Janette) dostaje prztyczki i się z nich otrząsa. Tak, życiowo to jest bardzo smutne, ale filmowo: zabawne. Jasmine wysiadająca z samochodu mężczyzny, który ją rozczarował: lekka dezorientacja, w którą stronę zrobić krok, po czym wyprost, otrząśnięcie się (jakby z deszczu, kurzu, bierności) i nonszalancka niezgoda na porażkę. Podobnie – gdy wraca styrana, z plamą potu pod pachą, gdy wychodzi od Ginger w ostatniej sekwencji… Co prawda Allen nie otwiera przed nią perspektyw, lecz ona nie przyjmuje do wiadomości takiej opcji. I to w wykonaniu Blanchett (podtrzymywanej siłą martini, tabletek, osłabianej bezdechem) bywa komiczne. Choć przerażające i nie krzepi ani trochę.

Chwyt trzeci: przymknięte oczko

Może się wydawać, że blond i blue Jasmine do najbystrzejszych istot świata nie należy. Ale głowy bym za to nie dała. To jest kobieta, która dobrze wie, w czym jej do twarzy. Kiedy ma wiedzieć mniej niż trzeba, a kiedy więcej. Kiedy przymknąć oko na to, co lewe, z promiennym uśmiechem świętej naiwności, a kiedy to oko otworzyć. Oczko to gra: zgadnij, czy ono z natury się zamyka czy z rozmysłu?

Chwyt czwarty: znaki firmowe i konteksty

Wiesz, że to film Allena od pierwszej sceny, tej na lotnisku, z paplającą neurotyczką. Chociaż  do rozpoznania wystarczyłoby kilka pierwszych akordów jazzującej muzyki. Towarzysz nieznikający, a w roli lejtmotywu standard Blue Moon. To przy tej piosence Jasmine poznała swego męża i odtąd przy każdej okazji o tej okoliczności nadmienia. Rozejrzysz się: wciąż allenowsko, miejska przestrzeń, przestronne wnętrza domów (zwłaszcza ten nowojorski jest bliski klimatu Allena). Dialogi-skecze: po mowie ich poznacie! To o czym i jak się tu rozmawia, i jak się nad tym unosi schizofreniczno-neurotyczny dym, to znak firmowy filmów Woody`ego Allena.

Intryguje mnie  gra kontekstami, lecz nie podejmę się ad hoc drążenia tematu. Nie wszystko było dla mnie rozpoznawalne podczas seansu, ale wierzę, że jest niejedno na rzeczy i świetnie, gdy można bawić się w tę grę razem z twórcą. Najczęściej spotykam sugestie, że Jasmine to wcielenie Blanche DuBois z Tramwaju zwanego pożądaniem Tennessee Williamsa albo April z Hanah i jej siostry Woody`ego. Powróciłam po seansie do piosenki – Richarda Rodgersa i Lorenza Harta – mającej swoją zakręconą historię i licznych wykonawców. Idealna melodia, by przy niej się zakochać, tekst mówi o tym, jak ktoś pragnął kogoś pokochać i właśnie spotkał taką ją czy jego. Jasmine nieco perwersyjnie trzyma się tej melodii, bo przecież miłość na dobre jej nie wyszła. Chyba że silniej ma w pamięci słowa o smutku i tęsknocie, by móc pokochać i o tym, jak pusto jest „bez marzeń w sercu i bez własnej miłości”. Desperacko siedzi na ławeczce, zamknęła drzwi, nowe się nie otwarły. Nie wiadomo, czy otrząśnie się raz jeszcze. Może jednak?  Proszę nie mówić mi, że nikt się do Jasmine nie dosiada.

***

Film wart obejrzenia. Cate Blanchett nie schodzi z ekranu. Daje to efekt przedobrzenia, lecz komu przejadłaby się Blanchett? Dobre są poszczególne sceny, które   złożone razem   tworzą raczej nie genialną, całkiem niezłą całość. 

Blue Jasmine. Cate Blanchett

kobieta i mężczyzna

Przed północą, reż. Richard Linklater, USA 2013 
Przed północą. plakat2Wybrałam plakat bez przesłodzenia. Większość jest pełna retuszu: młodzieńcza Julie Delpy, Ethan Hawke z balejażem. W filmie wizerunek jest realistyczny i nie fałszuje upływu czasu. To mnie ujęło. Oboje są barwną, piękną, bardzo aktywną, ekspresywną parą. Ale czas nie stoi dla nich w miejscu. Gdy rozmawiają, przekomarzając się, ona zarzeka się (nie wypierając się różnych wcześniejszych miłości), że nigdy nie spała z kimś równie starym, z facetem po czterdziestce. Gdy Jesse pyta, czy gdyby cofnąć czas, wysiadłaby dziś z pociągu, by spacerować z nim nocą po Wiedniu, Celine odpowiada, że skąd?!, ze starym kozłem, w nieznanej przestrzeni?, nie ma mowy. On nie wypomina jej wieku, lecz Delpy nie jest poddawana sztuczkom: ramiona, piersi, twarz… to ciało czterdziestoletniej (pięknej!) kobiety. 

Plakat obok reklamuje, że oto niebawem ukaże się trzecia część trylogii. U góry kadr z filmu Przed wschodem słońca (Celine i Jesse mają po 23 lata, przypadkiem się spotkali, rozpoznali w sobie bratnie dusze i ciała), w środku kadr z części drugiej, Przed zachodem słońca (mają dziewięć lat więcej, spotykają się, pamiętając o tym, co było niegdyś, lecz już w innej scenerii życia, już nie tak wolni, choć jeszcze gotowi zacząć coś od nowa). U dołu brakuje kadru, bo film był in statu nascendi, ale już można by było go uzupełnić. Minęło kolejnych dziewięć lat, ukończyli czterdziestkę, są razem, mają kilkuletnie śliczne bliźniaczki, spędzają wakacje na greckiej wyspie. I rozmawiają, czyli jest jak zwykle. 

Trudno mi sobie wyobrazić, jak to jest, gdy ktoś ogląda Przed północą, nie znając wcześniejszych filmów o tych dwojgu. Ja jestem do nich bardzo przywiązana, o obu pisałam, nie zmieniam zdania, że jest to moja najukochańsza (i chyba jedyna asymilowana) wersja romantyzmu. Czy można o kobiecie i mężczyźnie powiedzieć coś prawdziwego, pozwalając im rozmawiać, przekomarzać się, wygłupiać, kłócić, uciekać w anegdotki, mijać się w rozumieniu słów, dotykać się nimi niechcący, oczyszczać nimi pole wzajemnej relacji? Nie można. Z tego powodu, że relacja nie zamyka się w słowach. I nie każdy, ściślej: mało kto, jest tak wygadany jak tych dwoje. Tym bardziej, że oni rozmawiają nie tylko słowami. Najciekawsze (arcyromantyczne!) jest to, jak się słuchają, jak przy sobie są. Lecz w gruncie rzeczy sporo jednak można tym sposobem odsłonić. Linklater robi to fenomenalnie, Julie Delpy i Ethan Hawke są nie do zastąpienia i nie do przecenienia. Dla mnie bomba!

Celine & JessePomysł jest kontynuacją, więc sporo tu rzeczy spodziewanych. Aktorzy, konwencja rozmowy, podobne poczucie humoru, te same osobowości. Wrażliwy, inteligentny mężczyzna, pisarz. Bezpruderyjna, przejęta ekologią, kobieta niezależna (spokojnie można użyć słowa „feministka”, ale omawiam je ze względu na stereotyp). W rozmowach mnóstwo aluzji do kwestii, które pamiętamy. Podobne punkty zapalne. Analogiczne koncepty. Na przykład: w Przed wschodem słońca bohaterowie odgrywali hipotetyczną rozmowę telefoniczną (ona opowiada koleżance, a on koledze o tym, co im się przytrafiło). Tu mamy hipotetyczną przyszłość: Jesse czyta list, który rzekoma 80-letnia Celine mogłaby napisać do tej obecnej, o połowę młodszej, na temat tego, co się właśnie zdarza.

Tamte rozmowy były jednak inne: wyrwane z kontekstu codziennego życia, uwodzicielskie, podszyte radością spotkania kogoś bliskiego – po raz pierwszy, ponownie. Teraz Jesse i Celine są małżeństwem, wychowują dzieci, właśnie mija ich grecki urlop, jedyne co uzasadnia sytuację długiej romantycznej rozmowy to zafundowana im przez przyjaciół noc w hotelu, we dwoje. To jest ten trudny próg, który stał przed twórcami: wiarygodnie pokazać relację, która osiadła w codzienności, ma mnóstwo przyziemnych problemów, jest mocna, ale nie może być mocna aż tak, by nie dało się jej zerwać, by znów wszystko nie stanęło na brzeżku jakiejś bolesnej niewiadomej. 

Punktem zapalnym są dzieci i praca. I przemijanie, i niespełnienie – jedno i drugie dołączone do pakietu życia zupełnie gratis i bez szans na wymiganie się od przydziału. Nie ma sentymentalnej waty, tylko trailery plują o romansie wszech czasów. Bzdura. Po prostu kobieta i mężczyzna, i tysiące ograniczeń, które mogłyby wypuścić dżina z butelki i pozwolić ulotnić się tym nieuchwytnym fluidom. Bo to jest dużo łatwiejsze, wygodniejsze, naturalne nawet. Tymczasem oni mają kilka żelaznych atutów. Błyskotliwość, swobodę wyrażania siebie, zmysł humoru i działającą na partnera atrakcyjność. 

Przejście od sceny miłosnej do ostrej kłótni jest szybsze niż zjazd na rollercosterze. Oj. Niebezpiecznie. Ręce w górę i krzyczeć. Bo wygląda to na wywrotkę. Chyba rzeczywiście kobiety szarżują mocniej. Jak coś powiedzą, to idzie w pięty. Trzeba być mądrym, cierpliwym facetem, żeby łagodnie zapewnić, po raz enty powtórzyć, na nowo zdobyć wiarygodność, próżnością się nie unieść. I rzeczywiście być przekonanym, że warto.

Faceci, którzy tak mają, są bezcenni. Mogę tylko zalecić, że to dobry kierunek. I pozostać w nadziei, że przecież dojrzałość nie jest zarezerwowana dla starych filozofów z dziesiątym krzyżykiem na karku.

A tak serio – bo ostatnie zdania lekko ubajeczniają sytuację – Przed północą to naprawdę świetny i niegłupi podgląd na kobiecość i męskość. W jednym z możliwych wcieleń.