Archiwa tagu: Krzysztof Krauze

anons

Nietypowo, ale jak się tak zastanowić, to już sama nie wiem, jaki mój typ. Co ze mnie za typ? Bo najchętniej pisałabym o książkach. O klasyce lub świeżynkach, o literackich retrospektywach intrygujących mnie pisarzy. Takie bym sobie przekrojowe podglądy robiła. Gdyby to było proste, oczywiste i ciut łatwiejsze. Tymczasem zauważam niebezpieczny zanik książkowych inspiracji. Nie jest to zjawisko ostateczne. Wciąż inspirują mnie głównie słowa. Rzadziej natomiast skłaniają mnie do zabrania głosu. Możliwe, że jest to przejawem eskapizmu (od codzienności, od wpisanych w zawodowy grafik rozmów o literaturze tudzież od studiowania literaturopodobnych konstrukcji zwanych potocznie wypracowaniami). Możliwe też, że tempo czytelnicze odrobinę pokryła rdza. Się kręci, ale brak oliwy. Trochę obwiniam Kindle`a. Dawniej czytałam jeden tytuł od początku do samego końca, a odkąd noszę z sobą całą bibliotekę (rosnącą z dnia na dzień!), przerzucam się i porzucam, niszczę dobre nawyki i czasem aż dziw, że mnie nie mdli od takiej diety. Tą konfesyjną dygresją zamierzam zmobilizować się do ucywilizowania dzikich obyczajów. Wierząc w magiczną funkcję języka: „nazwane istnieje, a przynajmniej jest in statu nascendi„.

Dziś piszę sobie ku pamięci (a może jeszcze komuś ku zauważeniu) o tym, na co się czaję i czekam lub co w przelocie dostrzegłam i uznałam za warte zauważenia. 

W sobotniej Trójce audycja o Rwandzie (Raport o stanie świata – z tej strony można przejść do odsłuchania audycji, 45`). Dziś czystej i bezpiecznej, objętej szeroko zakrojonym pakietem programów pomocowych, sterowanej polityką odzyskiwania tożsamości. Już niemal dwadzieścia lat minęło, od wiosny 1994 roku, od tych stu dni rzezi, które długo jeszcze będą stanowić cezurę między tym, co było przed, a tym, co po. Hutu i Tutsi, nie potrzebowali najeźdźców, by doświadczyć piekła. „Ścinać wysokie drzewa” – to hasło nadawało radio, zachęcając plemię Hutu do wzięcia w dłoń maczety i ruszenia ku sąsiadom. Znamy to z Hotelu Rwanda (reż. Terry George, 2004), z książek reporterskich Jeana Hathfelda (Stategia antylop) czy Wojciecha Tochmana (Dzisiaj narysujemy śmierć). Reportaże zazwyczaj posługują się metodą rekonstrukcji wydarzeń z perspektywy kilku, kilkunastu lat kwarantanny. Pisane po latach, rejestrują to, co zostało w umysłach i psychice. Diagnozują stan traumy. Pytają – jak żyć dalej?

Ludobójstwo przejmuje grozą. To, co nastało później, niepokoi czymś kuriozalnym, nie do pojęcia. Nową rzeczywistość tworzą przecież ci, którzy doświadczyli starej (w roli morderców lub w roli ofiar). Wiadomo, że nie sposób było ukarać winnych, bo brakło miejsca w więzieniach, kary były więc symboliczne. I oto dzisiejsza Rwanda – ponoć świetnie radząca sobie na płaszczyźnie działań państwowych, pozostaje miejscem, w którym trauma domaga się przepracowania w każdym z osobna. Z audycji zapamiętałam opowieść o mężczyźnie w dresie, który regularnie uprawia jogging. Zdrowo. Zawsze ma przy sobie paszport i mówi, że dba o kondycję, bo od niej zależy tempo ucieczki. Z polowania na Tutsich ocaleli tylko najszybsi.

Joanna Kos-Krauze, Krzysztof KrauzeGościem audycji była również Joanna Kos-Krauze, która wraz z mężem pracuje nad nowym, rwandyjskim projektem. Roboczy tytuł: Ptaki śpiewają w Kigali. Premiera zapowiada się na przyszły rok. Punktem wyjścia było opowiadanie Wojciecha Albińskiego (Kto z państwa popełnił ludobójstwo z tomu Antylopa szuka myśliwego). Podobno ostatecznie scenariusz podryfował w innym kierunku. Rzecz będzie o radzeniu sobie z przeszłością, a jednym z lejtmotywów są ptaki. Badania ornitologów wskazywały na wymieranie sępów. Tendencje zahamowało ludobójstwo – sępy odżyły, karmiąc się trupami, zagrożenie przesunęło sie na ptaki śpiewające. Dość wymowna metafora. 

PolańskiCiekawie zapowiadają się też kolejne  Rozmowy poszczególne Żakowskiego z Polańskim. Dziennikarz rekomenduje je na portalu pisma: „Polityka” on-line. Zapowiada się dwuodcinkowy wywiad – w TVP 2, o 17.20 – dziś i za tydzień. Konwencja latynosko-hitchcokowskiego serialu. Nie wiem tylko, po co rozdzielać na części 40 minutowy materiał. Wyjaśni się. Zapowiedzi Żakowskiego nieprecyzyjne, bo sam programu jeszcze nie widział, ale spotkanie z Mistrzem odbiera jako doświadczenie życiowe. Ja sobie uświadamiam oczywistość: Polański ma już osiemdziesiąt lat (!). Na oko, sądząc po stylu bycia i energii, dziennikarz oszacował go na czterdziestkę. Brzmi wiarygodnie. I skłania mnie do refleksji nad tym, co by tu robić i czego się wystrzegać, by mieć podobnie. Najbardziej przekonuje mnie pomysł, by nigdy nie robić tego, na co się nie ma ochoty, a zawsze to, co w duszy gra. Ale ten pomysł jest, niestety, samobójczy. Jeszcze mu się przyjrzę.

Agata KuleszaTrzeci anons dotyczy ogłoszonych w najnowszym numerze nominacji do Paszportów „Polityki”. Swoje zdanie mogę mieć tylko co do jednej kategorii: film. Ale nie żałuję, że nie mam mocy decyzyjnej, bo trudno wybrać. Wybór obejmuje Tomasza Wasilewskiego (Płynące wieżowce m.in.), Dawida Ogrodnika (Chce się żyć i Ida, m.in.) i Agatę Kuleszę (Ida, ale ostatnio aktorka bierze udział w wielu projektach – dla niej oglądam niedzielny serial Krew z krwi). Nie ma co dyskutować nad tym, komu się bardziej należy, bo i tak rozstrzygnie wybór kryterium. Ciekawe wydaje mi się przesunięcie granicy wieku. Wśród nominowanych i wśród kandydatów do nominowanych (również ciekawa lista!) sporo jest twórców wcale nie początkujących. Mój sentyment kieruje się w stronę pani Agaty. Dodam: szok-nie szok, ale dziw – Kulesza wciąż nie ma notki biograficznej na FilmWebie. Nominacje literackie nie budzą we mnie potrzeby trzymania kciuków, choć interesuje mnie rumuński reportaż Małgorzaty Rejmer (Bukareszt. Krew i kurz), który posiadam i który jest w moich czytelniczych planach. 

Kevin SpaceyPozostał anons ostatni. To odcinek FilmWebowego cyklu Znani nieznani, opowiadającego na ogół o początkach kariery lub mniej oczywistych odsłonach twórczości różnych ulubionych ulubieńców. W tej kategorii nie dziwi obecność bohatera najświeższego materiału. Kevin Spacey – i jego wcielenia sprzed American Beauty! Sprzed House of Cards. Nie skomentuję (ale wypomnę!) głosu z offu, który chyba nie mnie wybrał sobie na swój target, skoro sięga do takich wyjaśnień: „Po latach pracy w teatrze (…) aktor zdał sobie sprawę, że w ten sposób nie dorobi się fortuny i legionu fanek”. Wow! no tak, wszystkim nam chodzi właśnie o to, a Kevinowi Spaceyowi to już bez wahań. Ten, kto to mówi, wie, co mówi i wie, co czuje lekko w ten sposób uprzedmiotowiony podmiot jego wypowiedzi. Przecież.

Tak się więc sprawy mają, takie są moje typy na dziś. Trochę ulotne, bo z aury informacji wyrwane. Ale wszystkie dotyczą twórców z kręgu niezmiennie przeze mnie docenianych.

tabor za taborem

Papusza czyta o sobie w gazetach

Papusza, reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Polska 2013

Wysmakowane kadry, które można zabrać „na wynos”. Pejzaże: lasy (droga wśród kolumnowych brzóz!, drzewa odbite w zalewisku, obrysowujące horyzont), łąki i pola przecięte wijącymi się drogami, którymi ciągnie cygański tabor. Zrywające się do lotu ptaki. Czasem aż gęsto od liści, od przepychu zieleni i barw, które przeczuwamy, wpatrując się w czarno-biały obraz. Skala kolorystyczna jest niezwykła, rozświetlona promieniami słońca, przyćmiona dymem z ogniska, poddana ekspansji ognia (wtedy na przykład, gdy Papusza rozmawia z Ficowskim o słowach, których nie nazywa poezją, bo wydają się być czymś dużo bardziej naturalnym i oczywistym). Aż kłująca biel śniegu. Piękno dostępne ludziom drogi. Niewykluczone, że gdyby ktoś ruszył z nimi i zobaczył świat z perspektywy cygańskiego wozu, tęskniłby później bezpowrotnie. Bezpowrotnie, bo nie dałoby się zobaczyć tego samego z perspektywy gadzia.

tabory


Twórcy odrzucili cepeliadę – świadomie i na początku pracy nad projektem. Korale, chusty, spódnice romskich dziewcząt i kobiet nie skrzą się czerwienią, błękitem, fioletem jak w popularnej piosence, którą na przekór przytoczę, bo słowa napisał bohater tego filmu, Jerzy Ficowski:

Jadą wozy kolorowe taborami 
Jadą wozy kolorowe wieczorami 
Może z liści spadających im powróży 
Wiatr cygański wierny kompan ich podróży 
Zanim ślady wasze mgła mi pozasnuwa 
Opowiedzcie mi Cyganie jak tam u was jest 

U nas wiele i niewiele bo w sam raz …

Na przekór, bo życie taboru, choć niewątpliwie dynamiczne, wspólnotowe, nieprzewidywalne, nie jest takie znów bajeczne, by piosenkowy refren („…ale zawsze kolorowo jest wśród nas”) nie brzmiał naiwnie.

Papusza

I pozostając wciąż przy wizualnej stronie Papuszy, trzeba do nieskalanych obrazków natury dołączyć scenki obyczajowe (życie taboru, stacjonowanie w miasteczkach, próby zamieszkania w czterech ścianach) i atmosferę napięć. Między Cyganami a władzą PRL-u, zdeterminowaną ich cywilizować, osadzić, kontrolować. Między taborem a ludźmi, dla których są „utrapieniem” – już choćby z tego powodu, że mentalnie nie do pojęcia (inne wyobrażenia o relacjach społecznych, o etyce i estetyce życia). Między nimi, wewnątrz taboru – choć nie wiadomo, jak boli bezpośrednio krzywdzonych, którzy akceptują romskie status quo, bo na pewno inaczej niż wydaje się to patrzącemu z boku. Myślę tu o dziewczynkach rodzących dzieci, poślubiających mężczyzn nierzadko wbrew swej woli, znoszących niepojęty patriarchat, a czasem – jak w przypadku Papuszy – tragiczne wykluczenie. Bo również wykluczenie znaczy dla Romów więcej, mroczniej, beznadziejniej niż dla nas.

tabor na zakręcieI tak jak szłam na seans bez żadnego przygotowania, tak po seansie czułam potrzebę dowiedzenia się więcej. Niekoniecznie po to, by zrozumieć film. Raczej dlatego, że film uświadamia, jak mało wiemy i jak niełatwo romski świat pojąć. To nie jest tylko kwestia niesprawiedliwych stereotypów (nie ma żadnego porównania z „obcością” mniejszości żydowskiej!).

Gdyby tylko o to chodziło, że ktoś nie akceptuje Cygana, bo inny… Zastrzeżenia wynikają często z niezgody na cygańskie bycie poza prawem, które społeczność uznaje za regulujące zasady współżycia.

tabory2Mam z tym problem, choć wstydziłabym się wygłaszać negatywne opinie. Trudno mi ogarnąć, jak to możliwe: nie pracować, naruszać czyjeś prawo własności, nie asymilować się… Skrajny przykład: opisanie swojego świata uznają za zdradę. Napiętnują i Ficowskiego, i Papuszę, choć żadnej złej intencji nie miało żadne z nich. Wręcz przeciwnie: oboje dostrzegają w tym świecie wartość, z którą się utożsamiają. Czyżby więc Romowie chcieli być obcy, a później mieli pretensje, że nimi są? 

znikający tabor

Zaskoczeniem i dużym walorem filmu jest brak emocjonalnego szantażu. Krauzowie nie kreują mitu wolnych ludzi, których zrodził las i dźwięki skrzypiec. Nie znikają moje obawy, że romski świat (przynajmniej z czasów Papuszy) nie mógl nieść z sobą harmonii, nie mógł liczyć na bezkolizyjne przyjęcie czy choćby neutralność ze strony tych, w których społeczność wkraczał. Jakby tragizm wpisany był z definicji w los Cygana. Cygan chce być wolny, nie chce dbać o czystość w mieszkaniu, bo gna go do lasu, musi ukraść kurę (to jest honorowe, w odróżnieniu od pogardzanego przez nich żebractwa; anegdota z Papuszą, która trafia do więzienia za kradzież kury i trzeba ją stamtąd wyciągnąć, by dać nagrodę od ministra – super!). Z obawą o tym piszę, bo posługuję się skrótem i może to zabrzmieć obskurancko, ale tyleż w tym widzę wolności i niespokojnego ducha, ile nieodpowiedzialności, ignorancji, a nawet pewnego ograniczenia horyzontów (przy skądinąd otwartych na oścież horyzontach wyobraźni wędrowca). Oczywiście, współczuję Romom i dostrzegam, jak katastrofalnie obeszła się z nimi władza PRL-u. I pouczona po seansie rozmową, rozumiem, że należy przedefiniować podstawowe pojęcia (praca, własność, wolność, rodzina, wspólnota), by otworzyć się na to mroczne światło i zabłocone barwy świata polskich, romskich taborów. 

Dlatego bezcenny jest Jerzy Ficowski i jego monograficzne dzieło Cyganie w Polsce. Dzieje i obyczaje. I bezcenni są twórcy filmu, który – gdy teraz o nim myślę – powinien powstać koniecznie i właśnie w takim kształcie, w jakim mogłam go obejrzeć. Większość występujących w filmie to statyści, odtwarzający znany sobie świat. Tym razem obdarzyli artystów zaufaniem i – mniemam – również zezwoleniem. Przełamując izolację i niewiarę, by istniało cokolwiek poza teraźniejszością, a podobno nawet język nie zezwala Romom wchodzić w przeszłość lub przyszłość, bo obie strefy czasowe nazywa jedno słowo.

Dużo teraz zewsząd głosów rozwija ten temat. Dobrze, to dla nas wielka szansa. Ale też przyczyna, zwalniająca mnie z relacjonowania dramatu, który rozgrywa się w życiu bohaterów. Papusza – tragiczna poetka, która wyrzeknie się części siebie, przekreślając i paląc swoje wiersze, bo mogąc wybierać, wybrałaby szczęście w taborze: „Gdybym nie nauczyła się czytać, byłabym szczęśliwa”. Dionizy Wajs, mąż Papuszy, któremu nie drży ręka, gdy „trzeba” przyłożyć żonie, lecz który z empatią (nie przestając marudzić) towarzyszy jej w wykluczeniu. Kreacja Zbigniewa Walerysia jest najbarwniejszą w tym filmie. Jerzy Ficowski – fascynujący człowiek (bardziej jako pierwowzór niż filmowa postać stworzona przez Pawlickiego), przygarnięty i okrzyknięty zdrajcą, obciążony nieprzewidzianymi skutkami pomocy udzielonej Papuszy. Spisek dwóch poetów (Tuwim & Ficowski), który w zamierzeniu miał ratować poetkę, w rezultacie strącił ją w przepaść, choć ocalił dla dzisiejszych odbiorców, więc i uwiecznił.

Jowita BudnikI sama Bronisława Wajs, zwana Lalką, czyli Papuszą – kobieta o niezwykłej wrażliwości, obciążona społeczną klątwą przez swoich, płacąca za podążanie za swym głosem niebotyczną cenę. Bezdyskusyjnie dobra Jowita Budnik, zastępowana w retrospektywnych fragmentach aktorką romską – Palomą Mirgą. 

Zbigniew waleryś jako Dionizy WajsJerzy Ficowski