Archiwa tagu: Lambert Wilson

molier na rowerze

Molier na rowerze (Alceste à bicyclette), reż. Philippe Le Guay, Francja 2013

Molier na rowerze. Luchini i Wilson

Ach, bo też seans był spontaniczny, a potem się posypało. Główną akcję filmu tworzą próby molierowskiej sztuki, odsłaniające analogie między charakterami z komedii a bohaterami filmu. Wróciłam do domu i przeczytałam Mizantropa. Pierwszy raz w życiu.  Świetny! A potem wstęp Tadeusza Boya-Żeleńskiego (bo już w kinie chodziło mi po głowie, jakie świeże są frazy w jego tłumaczeniu). Nazajutrz, zachęcona rozmową, kupiłam eseje Tomasza Łubieńskiego Molier nasz współczesny(Poprzestanę na pierwszym i ostatnim eseju). Moment…, czyli tak: od filmu do sztuki, do tłumacza (aż mnie nosi, by zapoznać się z biografią Boya) i do interpretatora.

Dalej. Grający w filmie Fabrice Luchini odegrał rolę pomostu między Molierem na rowerze a Zakochanym Molierem (Molière, film Laurenta Tirarda z 2007), cudowną komedią, w której biografia mistrza francuskiej sceny utkana jest z reminiscencji z jego sztuk. W roli Jean-Baptiste Poqueline`a wystąpił Romain Duris, a Fabrice Luchini był tutaj panem Jourdin, czyli postacią bezpośrednio wziętą z Mieszczanina szlachcicem. A jak się okazało: kompilacją Jourdina z Alcestem, tym z Mizantropa. I tyleż o zbieżność postaci i aktorów mi chodzi, co o ten splot biografii i sztuki, z którego komedie Moliera wyrosły, a który w obu filmach tak pięknie się prezentuje. Stąd był już tylko kroczek, by przypomnieć sobie ubiegłoroczny film Ozona: U niej w domu. Primo, ze względu na rolę Luchiniego. Secundo, ze względu na przeplatanie się literackiego tekstu z realnym życiem tych, którzy go czytają.

Tak, posypały się skojarzenia, wpadłam w pułapkę intertekstualności. Nie istnieje tekst w izolacji, zewsząd atakują hiperłącza. Wiem, Czytelniku, że można dostać kręćka od tego, co piszę. Więc: hejże na rower, przewietrzyć głowę, poodcinać splątane synapsy powiązań i na spokojnie, brać tyle tylko, ile się chce. A w celu terapeutycznym chwycę się Mizantropa, by znaleźć grunt. Jakiś początek i koniec, jakąś ramę. Bez ramy ani rusz.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini i Lambert WilsonMolier napisał Mizantropa będąc u szczytu sławy, z bagażem doświadczeń i rozczarowań, które zapewne uzasadniały gorzkie prawdy o blichtrze salonów, o płytkości relacji, o fałszu i słabości ludzkiej natury. Swoje przeszedł (wcześniej – włócząc się z teatrem obwoźnym po prowincji, później – chroniąc się pod skrzydła Króla-Słońce przed atakami małostkowych świętoszków, pyszałków, pozerów i hipokrytów).

Wątki, choć zbieżne, dotyczą kilku spraw. Pierwszy skupia się na intrydze miłosnej. Panna Celimena ma adoratorów wielu, wszystkich zwodzi (czyli: źle), być może po prostu szuka (więc: nie osądzajmy). Jednym z zalotników jest Alcest – trochę dziwak, bo natrząsa się z dworskiego lizusostwa i obłudy, a kocha się w kobiecie, która jest generatorem intryg. Cnotliwy Alcest cnotliwych panien nie dostrzega. C`est la vie. Drugi wątek to konfrontacja Alcesta z Orontem, kiepskim wierszokletą, któremu wypalił ostry osąd bez pardonu, czym napytał sobie biedy. Nie dość, że kłócą się o wartość sztuki (Alcest niezmiennie odrzuca schlebianie czyimkolwiek gustom), to jeszcze zetrą się w szrankach o serce panny C. Trzeci wątek to po prostu plotki i obgadywanie każdego, kto się odwróci, a następnie przygarnianie w ramiona, gdy wypadnie rundka towarzyskich powitań. Szermierka na cyniczne bon moty. Wątek czwarty to dialogi między Alcestem a Filintem – których stawką jest akceptacja gierek lub niezgoda na ludzką wredność. Zgadzać się na zło? O, nie, zwracam bilet, uciekam na pustynię przed bandą salonowych prymitywów. Mówi Alcest niczym Hamlet w swoim odwiecznym „to be or not to be”. Filint obstaje przy kompromisach, przy opakowywaniu prawdy w ładne papierki i woale, słodzeniu i przemilczaniu. Jest w tym dwuznaczne przyzwolenie na słabość, ale też ludzka wielkoduszność wobec grzechów, od których samemu nie jest się wolnym. Pojedynek to wcale nieprzesądzony.

ALCEST
Patrzeć co dzień na ludzi, jak żyją ze sobą,
To grozi melancholią lub ciężką chorobą.
Gdzie spojrzeć, wszędzie zgraja pochlebców przebrzydła;
Podstęp, niesprawiedliwość; zdrady, fałszu sidła;
Dłużej już nie wytrzymam; dławię się; a zatem
Wolę do upadłego walczyć z całym światem. (…)

FILINT
Słabą naturę ludzką sądzisz zbyt surowo.

ALCEST
Nienawidzę jej, powiedz: to zbyt wątłe słowo.  (…)

Nie odmienisz mych uczuć nazwaniem niczyjem:
Jednymi gardzę, bo są źli i niegodziwi,
Drugimi, że na podłość ludzką zbyt cierpliwi
I że nie płoną dla niej tym gniewem wieczystym,
Jaki winien występek budzić w sercu czystym. (…)

Do kroćset! to są dla mnie rany nazbyt krwawe 
Patrzeć na tę uprzejmą z łajdactwem zabawę
I doprawdy czasami bierze mnie ochota
Uciec gdzie na pustynię od waszego błota.

FILINT
Mój Boże! mniej się troszczmy o moralność cudzą,
A błędy świata tyle gniewu w nas nie zbudzą;
Nie wnikajmy w naturę ludzką zbyt głęboko,
Na słabostki jej uczmy się przymykać oko.
Być szlachetnym, rozumnym, to jeszcze za mało:
Bądźmy ludzcy, gdy z ludźmi wciąż nam żyć przystało. (…)

I ja, jak ty, spostrzegam co dzień rzeczy tysiąc: 
Że mogłyby iść lepiej, gotów jestem przysiąc,
A przecież, choć spotykam złe na każdym kroku,
Gniewu z tego powodu nie dojrzysz w mym oku.
Biorę człowieka za to, czym on jest w istocie;
Nie potępiam słabości, nie dziwię niecnocie
I mniemam, że filozof podzieliłby ze mną
Raczej mój chłodny spokój, niż twą żółć daremną.

Film Philippe Le Guaya, Molier na rowerze, w centrum umieszcza przyjaźń (i wrogość) Alcesta i Filinta, pozostałe wątki zepchnięte są na dalszy plan lub wycięte. Jak wynika z powyższych wierszowanych ripost (trzynastozgłoskowiec zastępuje francuski aleksandryn) obaj panowie są mizantropami. Złudzeń nie mają, różnią się swą reakcją na znane im status quo. W sztuce Moliera byli to bohaterowie dość młodzi, w filmie Le Guaya – to mężczyźni w połowie drogi (albo ciut dalej).

Żeby w temacie była pełna jasność: dałam mu na FilmWebie dziewięć gwiazdek, co oznacza film „rewelacyjny”. Niszowy, bardzo teatralny, może nie najlepszy na weekendowe wyjście z paczką przyjaciół… Dla tych, co odrzucają mowę wiązaną może trudny do przełknięcia… Odczytywane fragmenty Moliera to ważny składnik struktury fabularnej. Na pewno nie dla wszystkich tak samo jak dla mnie rewelacyjny, ale ja mu niższej noty dać nie mogę. Bo nie dość, że temat i Molier, to jeszcze 104 minuty wpatrywania się w Fabrice`a Luchiniego. Super sprawa.

Molier na rowerze. Alcest i Filint

Molierowski Alcest odgrażał się, że opuści Paryż i będzie wiódł samotne życie. Voilà! Serge (Fabrice Luchini) realizuje tę groźbę. Niegdyś wzięty aktor, dziś odżegnuje się od zawodu, w zaniedbanym domu, bez fajerwerków, upływają mu kolejne dni. Źle wspomina wielki paryski świat. Przegrał jakiś proces na własne życzenie. A tak! – żeby mieć dowód, że świat jest podły. Spokój naruszy Gauthier (Lambert Wilson), dawny przyjaciel, aktor u szczytu popularności, któremu marzy się powrót na sceniczne deski. Na co dzień gra gwiazdę serialu telewizyjnego Dr Morange. Na prowincji kogo spotka, ten opowiada mu swój ulubiony odcinek. Każdy schlebia, ale czy to jest prawdziwe uznanie? Obaj są nieufni wobec świata. Na pozór Serge to Alcest, Gauthier to Filint. Jednak gdy dojdzie do prób z Mizantropem, obaj chcą grać Alcesta. Uzgadniają, że innowacyjnie wyreżyserują spektakl, grając zamiennie obie role, tymczasem rzucają monetą kto jest kim na kolejnej próbie. A później życie pokaże swoje…

I trwają przymiarki, recytacje, analizy. Komiczne w tym samym stopniu co Mizantrop. W zasadzie wszyscy są tu serio, lecz komizm wchodzi szczelinami. Jest zadziorny taksówkarz, adeptka aktorstwa, doskonaląca warsztat w filmach porno, piękna Włoszka porzucona przez męża, właścicielka restauracji z zamiłowaniem do jacuzzi etc. Są próby, rowerowe przejażdżki i wypady samochodem do miasta. Wielkie entrée (fot. poniżej), fiasko i triumf.

Co z tego wynika? Z jednej strony śmieszność naczupurzeń. Niechby Alcest miał najsłuszniejsze racje, idealizm ciągnie ze sobą wredność. Świetna scena, w której we troje (z Franceską) zamierzają oglądać serial z Gauthierem. Ten niby się wstydzi, ale jest ciekaw reakcji, gotów wysłuchać oceny. Serge „ogrywa” tę sytuację bezlitośnie. O, nie, nie krytyką – to byłoby godne, lecz nonszalanckim zlekceważeniem. Inna rzecz, że ta satysfakcja jest przemyślnym rewanżem i „na niewinnego nie trafiło”. Małe triumfy Serge`a pokazują, ile teatralności jest w jego grze ze światem (że to chłopięca gra). Mistrz kompromisu nie jest dojrzalszy ani ciut bardziej. Filozoficzny spokój i akceptacja słabości ma swe granice i – tak jak w Molierowskiej sztuce – okazuje się, że dopóty się sprawdza, dopóki ukłucie nie staje się bezpośrednie. Kompromisy są zawsze podejrzane. A jednak coś tu trzeba wybrać. Więc komizm komizmem, ale i pytań serio nie braknie. Dodajmy, nie wszystko odsłaniając, że potyczki ze światem mocno stymuluje fart lub niefart sercowy. Co wiele przekonań ujmuje w cudzysłów.

Molier na rowerze to świetne studium gry aktorskiej, rozłożone na warstwy. Jedna z nich to popis Luchiniego i Wiliamsa. Druga, jakby wydzielona, to odgrywana na naszych oczach próba, w której pewne kwestie padają po wielokroć, nasycone różnym stężeniem emocji, sztuką aktorską in statu nascendi. Wzajemne przenikanie gry i życia. Każdy gra sobą, tym, co sam uzbierał i kim się stał. I to już naprawdę nie ogranicza się do sceny. Bo w życiu jest analogicznie.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini jako Alcest

Zaczynam kolekcjonować sceny ze śpiewem w samochodzie. W Molierze na rowerze jest scena pierwszorzędna. Włoszka prowadzi, więc płyną włoskie piosenki. A ona śpiewa, z pasją, która zarazi zdezorientowanego Serge`a. Miniasty Serge z początku nie dowierza. Coś go jednak porusza, bo niemrawo, półgębkiem, nieporadnie próbuje wskoczyć w ton. Być Alcestem i śpiewać? Niepodobna. :)
Pamiętam inną z Pokoju syna Morettiego. Cała rodzinka zapakowana do auta i tata-kierowca rozochocony przy miłosnej melodyjce. Śpiewa na całego, mimo uśmieszków żony, córki i syna. I kto wygra? Po chwili dołączają do niego ochoczo, lekko się wygłupiając. Na moment przed tragedią ten obrazek ilustruje rodzinne szczęście i bliskość.
Początek kolekcji. Innych scen chwilowo nie pomnę.