Archiwa tagu: Leonardo DiCaprio

Spotlight & Zjawa

Ani się spostrzegłam, czas minął. Oba filmy widziałam dwa tygodnie temu i choć wrażenia pozostały, to sporo szczegółów umknęło. Odwołam się więc do maksymy, wg której „coś tam wiem, to się wypowiem”.  Ale oględnie, nie pretendując, nie roszcząc sobie praw i nie krojąc nadto zamaszyście. Oba filmy mają nominację do Oscara za najlepszy film roku. Porównywać trudno, bo każdy z filmów potrzebuje innego termometru do pomiaru, niewiele z zestawień może wyniknąć. Nie będę więc szukać wspólnego mianownika. Kilka słów o tym, co zapamiętałam.

Bardzo silne emocje po seansie Spotlight. Umiarkowane po Zjawie. Film McCarthy`ego budzi, film Iñárritu hipnotyzuje, przenosi w sferę półsenną, magiczną. Tam mamy aktorską drużynę, tu popisową rolę Leonarda Di Caprio (i depczącego mu po piętach Toma Hardy`ego). Spotlight jest wizualnie siermiężny – to budynek redakcji „The Boston Globe”, piwniczne (?) pakamery, korytarze, składowiska archiwów. Kilka wyjść na ulice Bostonu, co nieco bezpłciowych scenerii. Tymczasem Iñárritu otwiera przed nami kosmos. Naturę dziką, nieujarzmioną i bajecznie piękną. Ocena filmu po upływie czasu: Spotlight constans, Zjawa zwyżkuje.

Spotlight, reż. Tom McCarthy, USA 2015
SpotlightZ życia wzięte. Opisane w 2002 roku i nagrodzone Pulitzerem. Śledztwo dziennikarskiego „oddziału” do spraw specjalnych. Afera porównywana z Watergate i – jak tamta – roztaczająca nimb profesjonalizmu nad dziennikarstwem tropiącym nadużycia. Niemal każdy piszący o tym filmie podkreśla, że mamy tu obraz szlachetnej pasji i zaangażowania. Internet i żądza newsów źle się przysłużyły prasie. Więcej teraz partactwa, mniej wiary w czytelnika i prawdę, która może zmieniać świat. Ale w tym rzecz, że – dziś czy wtedy – rzetelność jest towarem ulotnym. Zmieniło się na nią zapotrzebowanie. Ale dawniej też nie była to bułka z masłem. Herosi z drużyny Spotlight odpracowali to, co wcześniej zaniedbali. Więc nie tyle gloryfikacja „The Boston Globe” A.D. 2002, co błysk nadziei, że wciąż zdarza się solidna robota.

Mowa o wykryciu afery pedofilskiej w Kościele: przenoszenia księży, którzy dopuścili się nadużyć, w inne miejsce. Tuszowanie zła, niewyciąganie konsekwencji, nieinformowanie ludzi o potencjalnym zagrożeniu ze strony pedofilów. Bostoński kardynał Bernard Law okrył się niesławą (po czym przeniesiono go na wygodny tron w Watykanie). W jego diecezji pedofilski proceder uprawiało co najmniej 70 księży. Przy świadomie milczącej i gorliwie zamiatającej skutki pod dywan „górze”. Skala zjawiska wstrząsnęła tamtejszym kościołem. Epicentrów podobnych historii są krocie. Gdy film się kończy, wyświetlane są nazwy miejsc, w których zdarzały się analogiczne skandale. Biały drobny druk na dwóch (bodajże) ekranowych „planszach”. Wśród napisów wypatrzyłam Poznań. I nie dziwi mnie to. Bo Spotlight to nie jest film, który odsłania nieznane. Ujawnione – rozniosło się falą i trudno dziś aferę seksualną z kościelnym backgroundem przyjąć z naiwnością jak pierwszyznę.

To jeden z walorów filmu. Reakcje widzów mogą być różne. Ale nie sądzę, by dominowało oburzenie na twórców lub antyklerykalne rozjuszenie. Mnie te skrajności są obce. Uderza natomiast zasięg, liczba krzywdzących i ofiar, a przede wszystkim ta paraliżująca bierność, która w filmie McCarthy`ego ogarnia nie tylko hierarchów i współbraci, lecz całą społeczność. 

„Boston Globe” pisał o jednym z księży. Potem okazało się, że może być ich 13 (sugestia ofiary), a rozmowa z psychologiem badającym temat rozszerzyła spektrum do 6% duchownych. Takiej liczby nie sposób przeoczyć (zwłaszcza, że pedofil, „działający” bezkarnie kilkadziesiąt lat, okaleczał niejedno dziecko). Ktoś miał interes w tuszowaniu (lub zalecenia). Ale dlaczego tak wielu ludzi różnych służb (prawników, pedagogów, dziennikarzy, aktywistów społecznych etc.) nie łączyło faktów, nie nazywało rzeczy po imieniu i albo przyklepywało sprawę, albo nie wierzyło w nią i już?

Gdyby wskazać dwie sceny, które najmocniej zapadły mi w pamięć, to jedną z nich jest wyznanie szefa grupy Spotlight – Waltera Robinsona (Michael Keaton), że przegapił informację, którą należało w swoim czasie nagłośnić lub zbadać. Był wtedy świeżo nominowany i dopiero co rozpoznawał swe obowiązki. To zmienia kierunek myślenia, bo przedtem wydaje się, że winny jest kardynał, prawnicy potrafiący utajnić akta aż do całkowitego zniknięcia albo jakieś miejskie szychy, chcące mieć wygodny układ z kościołem. A tymczasem bielmo na oku nie wymaga złej intencji i totalnej znieczulicy. Wystarczy nieuważność i tego rodzaju ślepota i głuchota, do której uciekamy się często, by selekcjonować wygodne od niewygodnego. Oczywiście, to nie zrównuje nas w winie.

Drugą sceną (to mogły być dwie sceny, nie pamiętam) jest rozmowa Mike`a Rezendesa (Mark Ruffalo) i Sachy Pfeiffer (Rachel McAdams). Dodam, że Boston początku XXI wieku wydaje się być miastem katolickim. Dziennikarze grupy Spotlight do najgorliwiej wierzących nie należą. Sacha jednak mieszka z babcią i regularnie towarzyszy jej podczas mszy kilka razy w tygodniu. Mike mówi, że za chłopięcych lat był ministrantem. Potem ufność zatracił, choć bez spektakularnej przyczyny. Im dalej brną w śledztwo, tym gorzej to wygląda. Ich emocje  (a nie emocje ofiar czy krzywdzicieli) są na planie pierwszym. I wtedy Sacha mówi, że już nie może bywać na mszach, nawet dla towarzystwa. A Mike, że zawsze miał nadzieję, że wróci. Może to było asekuranctwo, może wygodne odłożenie czegoś na później. Ale ta potencjalność powrotu i jakaś ważność związana z poczuciem wspólnoty były wsparciem, które rozwiało się bezpowrotnie. Można w tym zdystansowaniu widzieć przyczynek do krytyki kościoła. Mnie bliższe jest stanięcie nad przepaścią: nie ma busoli, nie ma azylu, a owce noszą wilczą skórę. Tak się zastanawiam: niby gorsze rzeczy mogą nas spotkać niż zwątpienie, ale niekoniecznie.

Spotlight2

 Zjawa (The Revenant), reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015
Zjawa
Plakat wybrałam bez Leonarda, bo wcale nie mam przekonania, że to on gra pierwsze skrzypce. Tom Hardy jest naprawdę dobry. Z głową na pół oskalpowaną. Człowiek bez skrupułów i pełen resentymentów. Wyrachowany, gdy chodzi o zysk i własną skórę. Słowem: ktoś bez „zbędnej” nadwyżki imponderabiliów. Gdy zaczyna się bać – a strach ogromnieje, im realniejsza staje się zemsta Glassa – jest nieprzewidywalny. W finałowym pojedynku waga postaci jest 1:1.

Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda. 

Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki. 

Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.

Zjawa. Pejzaż

django (d-nieme)

Django, reż Quentin Tarantino, USA 2012

DJANGO dr Schultz

Tak to się zaczyna. Dwa lata przed wojną secesyjną, gdzieś na Południu. Ciemny las, noc, kilku białych wiezie spętanych łańcuchami Murzynów na targ. Normalny układ sił, który bezceremonialnie zaburzy doktor „Ząbek”. Christoph Waltz, Niemiec i eksdentysta (stąd ten sprężynkujący ząbek na dachu jego wozu) po prostu rozsadzi sytuację. Zarówno: sposobem argumentacji, nonszalancką grzecznością, celnością strzału, jak i tym, że urządza spektakularną „rozpierduchę”, za którą jeszcze należą mu się w świetle prawa pieniądze. 

Kim jest? To dżentelmen-łotr (zależy od punktu siedzenia), łowca głów (ukłon w stronę Bękartów…), ktoś, kto poluje na poszukiwanych listem gończym i martwych spienięża. Jest równie ważny w tej historii jak Django i do pewnego momentu jest dla niego mentorem. Do czasu, bo Django z niewolnika przeistacza się w kwintesencję wolności, brawury, staje się fantazją o zemście i legendą, którą zrodzić może tylko western.:)

Póki co – Django (Jamie Foxx) jest jednym ze skutych łańcuchami niewolników, a dr King Schultz (vel Ząbek) potrzebuje go, by rozpoznać poszukiwanych przez prawo gagatków. Ale ten gest, którym uwolniony Django zrzuca z siebie koszulę! Te podrygujące w zwolnionym tempie umięśnione plecy, taneczny krok… Ech, to jest jak balet!

DJANGO. Schultz & Django

Jak dzień i noc, awers i rewers, jak biały i czarny – tak ci dwaj, Schultz & Django, przemierzali amerykańskie farmy i miasteczka, z szarmancją egzekwując prawo, rzucając bon moty i prowokując cudnie absurdalne sytuacje. Połączyła ich przyjaźń, wspólny interes i wyższy cel: Broomhilda! Niewolnica, znająca niemiecki, piękna żona Django, z którą go rozłączono, i której szuka wytrwale, by dać jej wolność i miłość, i co by tam jeszcze chciała. To tylko gwoli wyjaśnienia, dlaczego tandem trafi na plantację Candyland, gdziej włada Leonardo DiCaprio (Calvin Candi), słynący z zamiłowania do brutalnych walk niewolników. On ma Broomhildę i trzeba mu ją odebrać. Och, legendy… niemieckie pieśni o pięknych pannach i amerykańskie o dobrych bandytach i wolnych ludziach. Django (oczywiście, d-nieme) ma przybrane nazwisko: Freeman.

DJANGO 8

Ten film nakręcił Tarantino. Quentin Tarantino. Napisał, wyreżyserował i zagrał epizodzik, taki wybuchowy bardziej. I ponieważ Tarantino, więc bawełna nie jest biała, lecz nakrapiana czerwonym. Krew sika strumieniami, wodospady tryskają z brzucha, chluśnięcia, trzaśnięcia, trochę dymu, huku i wrzasku. To nieodzowne. Ale wcale nie przesądzające, by Django był dla widzów brutali albo że wyłącznie dla mężczyzn. Dama może śmiało oglądać, jest smacznie i widowiskowo. [Owszem, tamaryszek dwukrotnie przymierzał się, by wejść pod fotel, ale przemógł to w sobie, szybko nadrabiając śmiechem to chwilowe wahnięcie równowagi.]  Tarantino to mistrz pastiszu, więc mamy to, czego mogliśmy się po nim spodziewać. Grę kinową konwencją, zagęszczenie klasycznych chwytów, które mniej sprawne wyczucie reżyserskie mogłoby zamienić w kicz i żenadę, a Tarantino przemienia w majstersztyk. 

Co my tu mamy? Western, jeden z silniej skodyfikowanych filmowych gatunków. Musi być dobry i zły (tu są przesunięcia, ale z grubsza biorąc czarni są ok, biali są niehalo – z wyjątkami po obu stronach). Sprawiedliwości stanie się zadość (względna rzecz ta sprawiedliwość, ale nie filozofujmy). Męska gra zakłada, że padną ciosy – tu: szybkie, celne, niespodziewane strzały. Ale w duszy herosa (tu raczej nie szeryf, lecz szlachetny rewolwerowiec) brzmią takie honorne zasady, że aż się serducho wyrywa. No i jest akcja. I dowcip – o westernowej prowieniencji, lecz przyprawiony gustem Quentina Tarantino, dowcip z mrugnięciem, że wszystko jest umowne, że właśnie dlatego, że znamy to i lubimy, trzeba zagrać raz jeszcze, dodając korkociąg.

DJANGO.Samuel L. Jackson

Myśląc o bohaterach, zamiennie używam ich filmowych imion i nazwisk aktorów. Bo są synonimiczne – w tym znaczeniu, że nie mogę sobie wyobrazić, by którakolwiek postać miała inny image. Django to Jamie Foxx, a Schultz to Christoph Waltz, zły plantator jest Leonardem DiCaprio, a jego sługą Stephenem – czarny, przewrotny Samuel L.Jackson. 

Można się zachwycić scenariuszem (wczoraj rozmawiałam z A. i jest zgoda, że parę scen można by wyciąć…, ale nie trzeba). Bezapelacyjnie świetna jest muzyka! Sam Ennio Morricone sygnuje kilka filmowych motywów Django. Klimat spaghetti westernów naznacza każdą scenę. Scenerię, napisy, konieczne w tego rodzaju opowieściach smaczki. 

Dla mnie najcudniejsze jest tempo: zwolniony rytm ruchu, najazdy kamery na twarz (vide u góry: Samuel L. Jackson wypatrujący któż to nadjeżdża. Wzrok go nie myli: Murzyn w kowbojskim stroju, z ciemnymi lenonkami na nosie, Murzyn na koniu – chyba widać, co o nim myśli ta postać). Niesamowite są te momenty, w których kolejny szybki Bill (ale najczęściej Schultz lub Django) wyciąga broń i zmienia statyczną sytuację w pełną ekspresji kanonadę dźwięków i gestów. Podam przykład egzekucji na szeryfie (lokalnym, bo na federalnego nie była jeszcze kolej;)), gdy zebrani na ulicy świadkowie padają groteskowo jak pajace, mdlejąc z wrażenia. Oczywiście, szeryf padł nie dla żartu.

DJANGO. Ku-Klux-Klan

Moją ulubioną scenę uwiecznia powyższy kadr. Oto Don Johnson (grający plantatora) skrzyknął okolicznych białych, by jako Ku-Klux-Klan rozprawić się z irytującym ich duetem – bezczelnym białym i paradującym z nim czarnym. Duet jest sprytny i elegancki, a banda białych w workach na głowie rozbrajająco nieporadna. Nie opowiem, to jest scena, dla której warto obejrzeć film ponownie. Aż skrzy się od komentarzy i odzywek, po których można ocierać łzy śmiechu. 

Wyrwane z kontekstu. Gdyby ktoś miał ochotę dorzucić inne, to zapraszam. Zrozumiałe wyłącznie dla widzów ze „skasowanym” biletem.

 – Nie szkodzi, że nie widzisz, ważne, że koń trafi.
 – A teraz powiedzcie: do widzenia, pani Laro.
 – Co słychać, Mała Psotnico?
 – [Podejdź bliżej], Śnieżynko.

ps.
Jeśli istnieje cień wątpliwości, rozwiewam go bezzwłocznie. Przyznaję sześć gwiazdek w sześciostopniowej skali. Gdyby mnie ktoś zaprosił raz jeszcze, jestem gotowa!