Archiwa tagu: literatura faktu

angole

Ewa Winnicka, Angole, Wydawnictwo Czarne 2014

Jestem z tych, co nie przeczytali poprzedniej książki Ewy Winnickiej, choć dostała za nią nominacje do Gryfii (2011) i było o niej głośno. Mam za sobą lekturę świeżego tytułu. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne, włączając je tym samym do grona reportaży, na które na pewno warto rzucić okiem. A nawet oko zawiesić na dłużej, okiem swoim wczytać się uważnie, oko przetrzeć raz po raz ze zdumienia lub sobie okiem mrugnąć, gdy trafi się na coś bardzo znanego. Autorka przygląda się polskim emigrantom – tym dawniejszym, „rozbitkom z otoczenia Władysława Andersa” w Londyńczykach i tym najświeższym w Angolach. Bohaterowie Angoli to głównie trzydziesto- czterdziestolatkowie, ujawnieni z imienia (często z twarzy, bo dodano liczne fotografie) – ci, których bulwarowa prasa brytyjska nazywa „najeźdźcami” lub „kolonizatorami”, rodzynki z około dwumilionowej fali. 

Oczywiste pytanie: czy rozmowy ujęte w 34 rozdziały, eksponujące tyluż bohaterów, są dla milionowej rzeszy reprezentatywne? Zaplecze reporterki było rzecz jasna szersze, wspomina o trzystu interlokutorach, z których wybrała tych ciekawszych lub scalających w swej opowieści doświadczenia im podobnych. To wciąż nie milion. Ważniejsza obserwacja (poparta głosem Autorki): wcale nie chodzi o portret obiektywny, ani o publicystyczną syntezę. To studium różnych przypadków, zapis indywidualnych perypetii, obserwacji, rozczarowań lub spełnień. Przy czym decyzja, czy opowieść należy zaliczyć do ilustracji sukcesu czy porażki zależy od świadomości bohatera i od wyceny czytelnika. Reporterka zawiesza głos.

Kto ma oko, niechaj czyta. Dobrze też poprosić o pomoc ucho, bo zwierzenia podane są językiem rozmówców. Świetny pomysł! Jak najprościej, bez przeróbek, bez uogólnień i polerowania. Sposób mówienia jest przecież nieocenionym źródłem informacji. Odsłania mentalność i charakter, rejestruje wiele smaczków. Czasem uderzała mnie czyjaś pewność siebie, przeróżne mantry, potwierdzające, że jest ok. Jakby ów szklany sufit, dzielący Wyspiarzy od przyjezdnych, nie istniał. Nie wiem, czy istnieje (wielu zwierza się, że jednak tak). Gdy Roman opowiada, jak bardzo go akceptują i dodaje, że wrósł w ten świat, wiem, że to subiektywne. Mogę się zdystansować, bo „bycie meblem stąd” mnie nie przekonuje (Roman przywołuje komplement:„Jesteś częścią umeblowania, nie wracaj do Polski”). Mogę też to docenić. Bo przecież sukces zawsze jest subiektywny i być może najważniejsza jest gotowość, by tak właśnie na swoje życie spojrzeć. A gdy słyszę, jak Maciej opowiada o znienawidzonych Albańczykach, irytujących Pakistańczykach („ciapatych”) czy Hindusach, to nie tylko poznaję hierarchie społeczne, lecz i nadwerężoną godność, nieufność czy samotność.

Angole

Angole rozpoczynają się rewelacyjnie! To ponoć parafraza apeli zamieszczanych w bulwarowej prasie, w reakcji na doniesienia o kolejnych falach polskiej emigracji. I słuszna sugestia, że choć rozmówcami Winnickiej są Polacy, to bohaterami również tytułowi Anglicy i ich modus vivendi. I to, czy społeczeństwo angielskie wymusza na przyjezdnych uznanie swych imponderabiliów, czy też podlega transformacjom pod dyktando najeźdźców.

Ladies and Gentelmen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881 – 1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachowywać. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionych garstką Litwinów, Rosjan i Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancshire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie”.

 Mam swoje ulubione historie. Oli z Belfastu – o tym, jak żyje się w mieście podziałów, jak duże trzeba mieć wyczucie rzeczywistości, by nie wpakować się w absurd. Pół żartem: „Nie wejść w zielonej koszulce do klubu oranżystów”. Serio: balansować między katolikami i protestantami, republikanami i lojalistami, zwłaszcza w lipcu i w okolicach „muru pokoju”. 

Albo opowieść Miki, dziewczyny, która odniosła sukces, choć jak twierdzi: „W Polsce byłam duża rybą w małym stawie, tutaj jestem małą rybką w wielkim jeziorze”. Udało jej się w życiu zawodowym i osobistym, ma perspektywy. Może dlatego, że jak się już jest rybą, to się nie tonie? Podobało mi się w jej charakterze to, że nie pozbywała się inności, lecz wygrywała na swą korzyść. Wśród wycofanych, unikających mówienia wprost, szukających okrężnych dróg tubylców, umie nazywać „słonia”. Angol czeka, aż słoń sam zniknie, wystrzegając się bezpośredniości (Mika: „Widzę tu słonia w pokoju. Mamy kłopot”). 

Może najwięcej sympatii mam dla Adama, młodego chłopaka pracującego jako opiekun niepełnosprawnych (fizycznie lub intelektualnie). To nie jest bułka z masłem, najpewniej tylko etap życiowej drogi, ale sądząc po sposobie odnalezienia się w swej roli – etap szczęśliwy. „Moi podopieczni dali mi pogląd na to, kim jestem i czego w życiu oczekuję.  W skrócie: oczekuję zbyt wiele”. Rodzice w Polsce martwią się, że syn jest zmęczony, że doświadczenie trudne, a sami znają z autopsji odpowiedzialność za niepełnosprawnych, więc wiedzą. „Niech mi tata nie mówi, że ja się męczę. Kiedy rano przychodzę podać śniadanie lokatorom, Morgane, moja pani czterolatka, uśmiecha się radośnie i mówi: „Good morning, my prince. „Czterolatka” ma lat pięćdziesiąt.

Lekko zapada w pamięć historia Marcina, dowcipnego kierowcy z Manchasteru, który tłumaczy Angolom różnice kulturowe. I nieźle puentuje zabawne insynuacje, miedzy innymi tę o łabędziożercach. Doniesienie prasowe: „W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?”  Odpowiedź Marcina: „łabędzie smakują mi tylko z grilla, gotowane zupełnie nie” i dodaje, że to nic innego jak podążanie wzorem króla Henryka VIII, który łabędzie jadał.

Duże wrażenie robią na mnie ci, którzy są gotowi pomagać rodakom w potrzasku. Monika z Henley ogłosiła w internecie, że pomaga. Irracjonalne! Oczywiście, dzwonek za dzwonkiem, problem za problemem. Łatwo zgadnąć, że nadszedł czas, gdy trzeba było akcję zawiesić. Wyciągnęła z kłopotów 120 osób (!). „To było naprawdę wariackie posunięcie. Pewność siebie mnie zgubiła, można powiedzieć”. „Czy jeden człowiek może dokonać zbawienia? Myślę, że niestety nie, za co chciałabym serdecznie przeprosić”. Zostawia Winnickiej apel do Polaków, a diagnozuje on krótko-celnie sytuację wszystkich marzących o „ziemi obiecanej”, krainie lepszej niż miejsce i ludzie, otaczający nas tu i teraz. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”. 

***

Tych, którzy mierzą się z trudnościami, są „jedną wypłatę [tygodniówkę!] od bezdomności”, odchorowują decyzję lub godzą się na cichą desperację jest naprawdę wielu. Jeden z bohaterów, o podziwu godnej umiejętności wyszukiwania niszy do działania, założył i z sukcesem prowadzi firmę pogrzebową. Między innymi dostarcza ciała zmarłych do Polski, jeśli taka jest wola rodziny. Twierdzi, że połowa jego „klientów” to samobójcy. Połowa tych, którzy do niego trafiają. Nie połowa emigrantów. Bo większość sobie lepiej-gorzej radzi. A czasem można uwierzyć, jeśli trafi się na optymistę, że bycie bezdomnym w Londynie też ma swoje dobre strony, bo tutaj całkiem łatwo kradnie się alkohol ze sklepów.

Różne są losy. Angole nie są zapewne wyważonym studium polskiej społeczności na Wyspie, ale nie są też książką stronniczą. Dają możliwość zdiagnozowania siebie. Przejrzenia się w historiach innych, obojętnie czy jest się jednym z emigrantów, czy planuje się być, czy też nosi się w sobie zastrzeżenie, że nigdy. Lektura książki Ewy Winnickiej dostarczyła mi wielu skrajnych rozpoznań. Trochę mnie przeraziła, bo wydobyła na jaw moją zachowawczość (nie, nie rzuciłabym się na głęboką wodę – a wielu ruszyło na Wyspy bez znajomości angielskiego i bez namiaru na pracę).

Może też uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy mam w sobie dość ambicji i woli walki, by grać o życie w obcym sobie świecie. A wydaje mi się, że wielu z tych, którzy wyjechali, taką wolę i energię w sobie odnalazło. Nawet jeśli zaczynali skromnie, mieli nadzieję, często zasadną, że urządzą się po swojemu. Choć w zawsze nie do końca swoim świecie. 

Wymieniłam swoje ulubione historie, pomijając te najbardziej wstrząsające. Bo dziwnie byłoby zostawić lajka tam, gdzie bohaterowie płacą wysoką cenę za swój wybór. Na przykład przy kuriozalnych opowieściach o Polakach oskarżonych o gwałt lub bicie dzieci. Restrykcyjne prawo brytyjskie bardzo serio podchodzi nawet do domniemanych podejrzeń (bohaterowie Winnickiej poznają piekło, choć są niewinni). Na przykład sytuacja Basi, sprzątającej w hotelach, która poszła na wojnę z pracodawcami, gdy zauważyła, że przy tej samej pensji, co miesiąc ma więcej obowiązków. Stała się na moment bohaterką medialną, o wiele dłużej będzie trwało jej wychodzenie z rozstroju nerwowego i depresji. Na przykład liczne codzienne tarapaty ludzi pracujących przy fabrycznej taśmie, którym się śni, że zamiast boczku pakują udka. Jest trochę tych przykładów.

aneks
Nominacja do Nagrody Nike 2014

Reklamy

anioły jedzą trzy razy dziennie

Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2014

Anioły jedza trzy razy dziennieKto czytał Miłość z kamieniapo ten tytuł sięgnie z pewnością. Naczynia połączone, z centralnym doświadczeniem zasygnalizowanym w podtytule: 147 dni w psychiatryku.
To nie jest fikcja. I nie są to puszczone samopas obserwacje. Literatura. Dobrze zredagowana, bez ekshibicjonistycznego szału, ciążąca ku uniwersalnym obserwacjom, wolna od mrocznej bebechowatości.

Grażyna Jagielska, żona korespondenta wojennego, trafia do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Życiowa niedyspozycja, przeciążenie lękiem, urojenia wojenne. Krótki pobyt na oddziale zamkniętym i niemal półroczna terapia szpitalna.

Pierwszy tytuł powstał z zapisków tworzonych w ramach terapii, sporo miejsca zajmuje w nim rzeczywistość spoza psychiatryka. Jagielska przygląda się przeszłości, wyprawom męża, własnemu wyczekiwaniu, potem osuwaniu się w niepoczytalność. Psychiatryk jest tu ledwie tłem, punktem dojścia. 

Anioły… to wejście na oddział, „świat” przestaje istnieć. Codziennością jest rutyna: posiłki, dzielony z kimś pokój, rozpoznawanie cudzych dziwactw, sesje terapeutyczne wzorowane na metodzie znanej AA. Opowiadanie „życiorysu”, przyjmowanie komentarzy na swój temat, psychodramy. Mądrze to Jagielska wyważyła. Wiadomo, że bohaterowie tego reportażu po to znaleźli się w klinice (wszyscy na własne życzenie, wielu po raz kolejny), by przejść żelazne fazy, a prawie wszystkie wydają się czymś trudnym. Nienaturalnym nawet. Lektura nałożyła mi się na przeżywanie seansu Smarzowskiego, więc bolesność terapii, pętla powrotów do stanu sprzed hospitalizacji, i niechęć do przełamania oporu przed „kręgiem” (à la Jureczek!) wydają mi się „mocne”. Mocne jak Anioł, który i u Pilcha-Smarzowskiego, i u Jagielskiej rozmościł się w tytule, niewiele mając wspólnego z cherubinem łagodności.

Drugi tytuł (Anioły…) to portrety pacjentów kliniki psychiatrycznej. We wstępie pojawia się wyjaśnienie, że pierwowzory zgodziły się na publikację, że wygląd fizyczny, imię, rozpoznawalne szczegóły zostały zmienione. W przewadze są weterani afgańskiej wojny. Czasem to bohaterowie z gazet, nagrodzeni za męstwo, którym nie chce się już żyć. Często mężczyźni z koszmarami, w których powraca przyjaciel, poległy na ostatnim patrolu przed powrotem lub kumple wyciągani z wozu w cząstkach, trudnych do identyfikacji. Na ogół „zdradzeni”, obcy w swoich rodzinach, z narastającą agresją, w której wyładowuje się wściekłość i niemoc. Ale w klinice leczącej z lęku sporo jest pacjentów cywilnych. Pozornie zadowolona z życia kobieta z tupiącą nogą (p. Stasia), doktorantka, której zdaje się, że jest aniołem, wczytująca się w książeczki dla dzieci, bojąca się jeść, a czasem też ruszyć, by nie obudzić obserwującego oka (Karolinka). Młoda, aktywna menedżerka, ktora z każdym dniem chciała być lepsza, aż niespodziewanie obcięła sobie ucho… (Julia). Krzyś, zwany Jezuskiem, niepotrafiący bronić swego.  „Życie chyba nie polega na tym, żeby cały czas wyszarpywać coś dla siebie?” 

Spektrum przypadków. Otóż, nie tylko przypadków. Czytałam, będąc bardzo blisko tych postaci, nie dzielił mnie od nich mur psychiatryka. Coś się w nich rozregulowało, bo stężenie doświadczeń przekroczyło jakąś granicę. Ale esencja tych przeżyć jest dostępna mojej wyobraźni. To nie są doświadczenia kosmitów, lecz (w innej skali lub przy innej wrażliwości) nas wszystkich. Choroba narasta niepostrzeżenie. Na ogół nie tuż po traumie, dopiero później, gdy najgorsze wydaje się przeszłością, do głosu dochodzi wydrążona w człowieku pustka. I lęk przed nią.

Jagielskiej  udało się z empatią przedstawić pacjentów psychiatrycznej kliniki dlatego, że samej sobie dała ten sam status. Odważne. Miłość z kamienia, mimo wszystkich autobiograficznych tropów, zostawiała Jagielską w aurze niedosłowności. Coś tam jej się stało, za dużo lęku, smutku, może depresji. Anioły… są konkretne. Jeśli którykolwiek z pacjentów sprawia wrażenie dziwaka, to p.Grażyna patrzy na niego, stojąc po tej samej stronie linii, dzielącej dziwność od „normalności”. Świetnie oddają to dialogi. Można sobie wyobrazić, że wkurzenie afgańskiego weterana to nie będzie kwiecisty anonsik, lecz dosadna żołnierska wiązanka. Jagielskiej długo śnił się koszmar, w którym na afrykańskiej drodze zbierała części ciała swego męża. Miała natrętny zwyczaj, by nocą odwiedzać pokój weteranów i dotykając delikatnie ramion śpiących, pytać ich o wątrobę czy nogę. Przebudzony biedak dostawał szału, bo sam nie zawsze był pewien, czy wszystko ma na miejscu. – ” Weź się, ciotka, w garść albo będzie trzeba coś z tobą zrobić”. 

Nie wiem, czy nie zabrzmi to głupio, ale czytałam bardzo emocjonalnie. Od współczucia po irytację, od przerażenia po śmiech. Tak, chichotałam sobie w najlepsze. To z pani Stasi, to z absurdów, których niemało, gdy emocje są tuż pod naskórkiem. I to największa zasługa autorki: że niczego nie trywializując, oswaja patos tragedii humorem (albo po prostu dystansem).

Największe natężenie (jakiś wir odśrodkowy) jest tam, gdzie pozornie czysta tafla. Pani Stasia – niepozorna siedemdziesięciolatka, która uparcie twierdzi, że wszystko w swym życiu robiła jak należy i w ogóle na nic się nie uskarża. „Miałam wrażenie, że czegoś jej brakuje, jest cała tylko na pozór i z wierzchu”. Nikt nie irytował bardziej niż ona. Każdy, kto podzielił się żywą raną swoich lęków, nie mógł zdzierżyć samozadowolenia pani Stasi, tego, że potrafiła zasnąć, gdy omawiany był najboleśniejszy życiorys. Została przezwana Królicą vel Starą Wydrą i była to metka nie do zdarcia. Weterani klęli w żywy kamień, trzeba było powstrzymywać się od rękoczynu (Mikołaj opowiadał sobie Króla Lwa lub Szeregowca Ryana, by się uspokoić). Sporo komizmu w tym paradoksie. Wojnę przetrwali, a rozwalała ich staruszka. Ściślej: jej kłamstwo, które unieważniało zasadę szczerości. 

„– Człowiek sobie flaki wypruwa, ludzie sobie flaki wypruwają, próbują coś ze sobą zrobić, aż krew im z nosa idzie, a kurwa tylko siedzi albo śpi, mówi, że nic jej nie jest. Dzieci ją zostawiły, powiedziały, że nie chcą jej znać, ale ona nie! Nic jej nie jest, wszystko jest cacy, „ja nic złego nie zrobiłam”. Ja to pierdolę, wychodzę! Nie będę na to czasu tracił…”

„(…) Królica patrzyła prosto przed siebie, raz po raz podrywało jej nogę. – Byłam zawsze dobrą żoną, matką. Zawsze gotowałam, sprzątałam, mieszkanie lśniło jak lustro, dzieci chodziły ładnie ubrane, niczego im nie brakowało. – Ja się na to nie zgadzam – ryczał Mikołaj i uderzał pięścią w to, co było najbliżej. – Nie zgadzam się. Niech idzie kłamać gdzie indziej! Nie tutaj!”

„– To jest oddział psychiatryczny, ale grubo przesadziliście. Skąd ją wytrzasnęli? – Zwrócił się do grupy: – Nie wierzę, żeby ona była prawdziwa. Chcę zobaczyć jej kartę chorobową, inaczej nie będę tu z nią siedział. – Wysunął stolik, grzmotnął w niego pięścią i schował z powrotem. – Wchodzę do tej sali i nie wierzę własnym oczom, co rano wchodzę i nie wierzę! Wstaję rano i myślę, no nie, znowu mi się śniło, a potem tu wchodzę, i widzę, że nie, wcale mi się nie śniło! Diablica siedzi tu sobie jakby nigdy nic, siódmy tydzień mówi, jakie ma piękne życie, w ogóle nie wie, po co tu jest. Znowu więc myślę, że to mnie całkiem pokręciło, coś tu okropnie nie gra”. 

Nikt bardziej nie szkodził, i nikt bardziej nie pomógł. Gdy pani Stasia wracała do domu (do pustej klatki, w której raz na dwa lata odwiedzała ją przypadkowo sąsiadka lub listonoszka), nie zmieniła się ani o jotę. Terapia spłynęła po niej, nie naruszając naskórka. Świadomość, że tak można – że nic się nie zmieni, że nie ma ratunku, że daremny jest ten cyrk pracy w kręgu… – działała jak kubeł lodowatej wody. 

Pominęłam barwne, wzruszające, niepokojące opowieści pozostałych bohaterów. Warto odnaleźć je w Aniołach…. Niejedna historia ma w sobie pestkę, która ściska coś uniwersalnego. Jak ten wspomniany lęk przed brakiem zmiany. Każdy go zna. Na ogół jest sprzężony z lękiem przed zmianą. Chcemy trwać w stabilności i żywimy nadzieję, że coś się będzie zmieniać. Bez tej paradoksalnej perspektywy trudno jest żyć.

miłość jako symbioza

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2013

Grażyna Jagielska. Milość z kamienia

Żona korespondenta wojennego, laureata nagród dziennikarskich i literackich, niewątpliwej osobowości świata ambitnych i wnikliwych mediów, napisała książkę o cenie, jaką oboje zapłacili za intensywność wojennych zbliżeń.
Miała to być forma terapii, o czym informują dwa pierwsze zdania:
Dzisiaj mijają trzy miesiące, odkąd przyjęto mnie do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Tak naprawdę jest to stres mojego męża, ale on zawsze oddawał mi wszystkie swoje kłopoty”. 

Trzy razy towarzyszyła mężowi, by zrozumieć, co buduje między nimi mur. On był na 53 wojnach. Traumy doświadcza jednak ona – połączona z nim dwudziestoletnim wyczekiwaniem, niepokojem, potwornym stresem, repetycjami opowieści stamtąd, cieniami ofiar, które zamieszkały w jej głowie. 

Jedno uważam za pewnik: Grażyna Jagielska to wyśmienita pisarka. Miłość z kamienia jest zapisem autoterapii – tak, ale nie tylko. Studium psychicznego „rozpadu i składania” wystarcza, by warto było czytać, doświadczając niemocy i nadziei. Opowieść ma swoje stałe punkty odniesienia: Lucjana, również pacjenta kliniki, z którym wymieniają się wyznaniami, Siwego (terapeutę, cierpliwie pytającego: „jakaś dobra myśl na dzisiaj, słoneczko?”) i pojawiające się we wspomnieniach rozmowy z mężem. I czytany od czterech lat list od męża, którego słowa nie są w stanie jej uspokoić: „… i już naprawdę nigdy nie pojadę w rejon, który uznasz za niebezpieczny. Dlaczego nie chcesz o tym pamiętać?”

Drugi ważny temat to współczesny świat, w którym wojna jest stanem permanentnym. Przebieram w swoich wojennych wspomnieniach jak inne kobiety w biżuterii. Więc co na dzisiaj? Wojna w Górskim Karabachu, w Osetii Północnej, wybory w RPA?” Gruzja, Azerbejdżan, Tadżykistan, Afganistan, Sri Lanka, Czeczenia, Kongo, RPA – a to tylko wycinek świata, ten, którym „zajmował się” Wojciech Jagielski. Niespokojne miejsca i ludzkie historie, jak ta o Merabie Kakubawie, któremu pocisk oderwał głowę razem z kołnierzykiem, o Tai, gwałconej notorycznie przez żołnierzy, o chłopcu Samuelu, któremu kazano meczetą zabić rodzinę. Nie tylko taki jest świat. Bo we wspomnieniach są też cudne wyprawy do Indii, w głąb Afryki, świat oglądany oczami marzycieli, którzy chcieli życie spędzić w podróży. To było „zanim…”. Te obrazy są niedostępne dla kogoś, kto doświadczył sytuacji ekstremalnych. Nie da się wskrzesić dawnego oglądu: budowle sprzed stuleci czy egzotyczne pejzaże są wyblakłe.

Książkę Grażyny Jagielskiej można czytać jak reportaż z życia korespondenta wojennego. To trzeci temat. Jak wyglądają przygotowania (studia nad regionem), zabiegi, by dotrzeć na czas, szaleństwo przekraczania rozsądnych granic (inna nazwa: bohaterstwo), doświadczanie powrotu, sakramentalne: „– No to jestem”, szukanie pomysłu na artykuł, przeobrażanie się z  korespondenta w pisarza. Świetne! A ponieważ równolegle czytałam tekst Wojciecha Jagielskiego o Afganistanie: Modlitwa o deszcz, więc wyznania o charyzmie Ahmada Szaha Massuda i ekscytację związaną z tym regionem przyjęłam jak dopełnienie afgańskiego tytułu. Więcej: obie książki są wobec siebie jak aneksy. Jedna uzupełnia reportaż z wojny portretem reportera, druga dodaje postaci „męża-korespondenta” wyobrażenie pracy reporterskiej, także warsztatowej. 

W moim odczuciu ryzykiem Miłości z kamienia jest wyeksponowanie prywatności małżeństwa Jagielskich. Ryzykiem obustronnym – dla nich i dla czytelników, którzy mogliby ugrzęznąć w roli obserwatorów cudzego katharsis. Moja lektura broni się przed tym poślizgiem całkowicie. To, co prywatne wydaje się być kontrapunktem do tego, co uniwersalne. Zarówno gdy chodzi o koszty ekstremalnych zawodów, jak i o naturę relacji mężczyzny i kobiety. 

JagielscyBo ja powiem szczerze: przeczytałam tę książkę dwa razy. Za drugim razem interesowała mnie wyłącznie symbiotyczna miłość. I nie daje mi ona spokoju. 

Najpierw: jedność, której można pozazdrościć. „Ludzie mówią, że podstawą udanego związku są wspólne zainteresowania, nie miłość. Mieliśmy jedno i drugie, a przynajmniej bardzo długo tak sądziliśmy”. Sprawdzili się w podróży, która miała się nigdy nie skończyć. Bardzo długo utożsamiali swoje szczęście z byciem w drodze. Później jedno z nich będzie wciąż dokądś gnać (w innym stylu i celu niż pierwotnie), a drugie czekać. 

Mówi się o „martwej przestrzeni” między nimi. O tym, że on odnalazł na wojnie ekscytację, „momenty pełnej obecności” i odtąd to, co jest esencją życia, było doświadczane oddzielnie. Ale symbiotyczność trwała. Jagielski potrzebował pewności, że świat Grażyny jest stabilny, że może wziąć jej trwanie jak amulet. Ona rozpadała się, gdy znikał, zawieszała się w wyczekiwaniu i ćwiczyła w przeżywaniu jego śmierci. I to nie podczas jednej wyprawy na wojnę, co można by spróbować ogarnąć wyobraźnią. Ale podczas 53 wojen rzeczywistych i następnych – urojonych. 

Zadziwiające jest takie współistnienie. I przegapienie wszystkich znaków ostrzegawczych. Ona nie stawiła tamy destrukcji, on nie dostrzegł, że obciąża ją ponad miarę. „Jak mogłaś pozwolić zrobić sobie coś takiego?” – pyta Lucjan. I rzeczywiście wygląda to na syndrom bezradnej ofiary. Jednak gdy pada odpowiedź, ta postawa nie wydaje się już wcale postawą bierną. Przeważył Afganistan. Wspólna wyprawa i moment olśnienia, że to naprawdę wciąga. Stąd bierze się zrozumienie dla intensywności doznań. Stawiając veto pracy męża, musiałaby zabrać mu jego pasję. A – jak mówi w wywiadzie (DF) – pasja jest w życiu bezcenna, jest wartością, której ona nie mogłaby komuś odebrać.
Nie mam tu nic do komentowania. Ale jestem oszołomiona intensywnością tej relacji. Tym, że można się tak w kimś drugim zatracić. Albo odnaleźć (gra słów).

Historia Jagielskich jest traumatyczna, nie wolna od poczucia winy względem siebie nawzajem, względem bliskich czy nawet względem tych, których wojenne doświadczenia złowili w formę relacji (uwieczniając ból, ale mu nie zapobiegając). Ale jest wolna od pretensji, oskarżeń, żalu i brudu. 

„Opowiadając Lucjanowi moją historię, zwykle zaczynam od tego, że mamy udane życie: ja i mój mąż korespondent wojenny. To nieodmiennie bawi Lucjana. (…) Pyta, czy widzę komizm takiego stwierdzenia. Ale ponieważ lada chwila się obrażę, przybiera na siłę poważny wyraz twarzy i już nie żartuje, mówi tylko, że to dziwnie brzmi w ustach kogoś, kto siedzi w zakładzie dla obłąkanych. Chyba to wyczuwam?”

„Myślę o tamtych czasach i nie odkrywam w nich żadnego błędu, jakby wszystko poszło dobrze, a my nie wyrządziliśmy sobie żadnej krzywdy. Może rzeczywiście nie zrobiliśmy nic złego, mieliśmy być właśnie tacy, jacy jesteśmy”.