Archiwa tagu: literatura francuska

molier na rowerze

Molier na rowerze (Alceste à bicyclette), reż. Philippe Le Guay, Francja 2013

Molier na rowerze. Luchini i Wilson

Ach, bo też seans był spontaniczny, a potem się posypało. Główną akcję filmu tworzą próby molierowskiej sztuki, odsłaniające analogie między charakterami z komedii a bohaterami filmu. Wróciłam do domu i przeczytałam Mizantropa. Pierwszy raz w życiu.  Świetny! A potem wstęp Tadeusza Boya-Żeleńskiego (bo już w kinie chodziło mi po głowie, jakie świeże są frazy w jego tłumaczeniu). Nazajutrz, zachęcona rozmową, kupiłam eseje Tomasza Łubieńskiego Molier nasz współczesny(Poprzestanę na pierwszym i ostatnim eseju). Moment…, czyli tak: od filmu do sztuki, do tłumacza (aż mnie nosi, by zapoznać się z biografią Boya) i do interpretatora.

Dalej. Grający w filmie Fabrice Luchini odegrał rolę pomostu między Molierem na rowerze a Zakochanym Molierem (Molière, film Laurenta Tirarda z 2007), cudowną komedią, w której biografia mistrza francuskiej sceny utkana jest z reminiscencji z jego sztuk. W roli Jean-Baptiste Poqueline`a wystąpił Romain Duris, a Fabrice Luchini był tutaj panem Jourdin, czyli postacią bezpośrednio wziętą z Mieszczanina szlachcicem. A jak się okazało: kompilacją Jourdina z Alcestem, tym z Mizantropa. I tyleż o zbieżność postaci i aktorów mi chodzi, co o ten splot biografii i sztuki, z którego komedie Moliera wyrosły, a który w obu filmach tak pięknie się prezentuje. Stąd był już tylko kroczek, by przypomnieć sobie ubiegłoroczny film Ozona: U niej w domu. Primo, ze względu na rolę Luchiniego. Secundo, ze względu na przeplatanie się literackiego tekstu z realnym życiem tych, którzy go czytają.

Tak, posypały się skojarzenia, wpadłam w pułapkę intertekstualności. Nie istnieje tekst w izolacji, zewsząd atakują hiperłącza. Wiem, Czytelniku, że można dostać kręćka od tego, co piszę. Więc: hejże na rower, przewietrzyć głowę, poodcinać splątane synapsy powiązań i na spokojnie, brać tyle tylko, ile się chce. A w celu terapeutycznym chwycę się Mizantropa, by znaleźć grunt. Jakiś początek i koniec, jakąś ramę. Bez ramy ani rusz.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini i Lambert WilsonMolier napisał Mizantropa będąc u szczytu sławy, z bagażem doświadczeń i rozczarowań, które zapewne uzasadniały gorzkie prawdy o blichtrze salonów, o płytkości relacji, o fałszu i słabości ludzkiej natury. Swoje przeszedł (wcześniej – włócząc się z teatrem obwoźnym po prowincji, później – chroniąc się pod skrzydła Króla-Słońce przed atakami małostkowych świętoszków, pyszałków, pozerów i hipokrytów).

Wątki, choć zbieżne, dotyczą kilku spraw. Pierwszy skupia się na intrydze miłosnej. Panna Celimena ma adoratorów wielu, wszystkich zwodzi (czyli: źle), być może po prostu szuka (więc: nie osądzajmy). Jednym z zalotników jest Alcest – trochę dziwak, bo natrząsa się z dworskiego lizusostwa i obłudy, a kocha się w kobiecie, która jest generatorem intryg. Cnotliwy Alcest cnotliwych panien nie dostrzega. C`est la vie. Drugi wątek to konfrontacja Alcesta z Orontem, kiepskim wierszokletą, któremu wypalił ostry osąd bez pardonu, czym napytał sobie biedy. Nie dość, że kłócą się o wartość sztuki (Alcest niezmiennie odrzuca schlebianie czyimkolwiek gustom), to jeszcze zetrą się w szrankach o serce panny C. Trzeci wątek to po prostu plotki i obgadywanie każdego, kto się odwróci, a następnie przygarnianie w ramiona, gdy wypadnie rundka towarzyskich powitań. Szermierka na cyniczne bon moty. Wątek czwarty to dialogi między Alcestem a Filintem – których stawką jest akceptacja gierek lub niezgoda na ludzką wredność. Zgadzać się na zło? O, nie, zwracam bilet, uciekam na pustynię przed bandą salonowych prymitywów. Mówi Alcest niczym Hamlet w swoim odwiecznym „to be or not to be”. Filint obstaje przy kompromisach, przy opakowywaniu prawdy w ładne papierki i woale, słodzeniu i przemilczaniu. Jest w tym dwuznaczne przyzwolenie na słabość, ale też ludzka wielkoduszność wobec grzechów, od których samemu nie jest się wolnym. Pojedynek to wcale nieprzesądzony.

ALCEST
Patrzeć co dzień na ludzi, jak żyją ze sobą,
To grozi melancholią lub ciężką chorobą.
Gdzie spojrzeć, wszędzie zgraja pochlebców przebrzydła;
Podstęp, niesprawiedliwość; zdrady, fałszu sidła;
Dłużej już nie wytrzymam; dławię się; a zatem
Wolę do upadłego walczyć z całym światem. (…)

FILINT
Słabą naturę ludzką sądzisz zbyt surowo.

ALCEST
Nienawidzę jej, powiedz: to zbyt wątłe słowo.  (…)

Nie odmienisz mych uczuć nazwaniem niczyjem:
Jednymi gardzę, bo są źli i niegodziwi,
Drugimi, że na podłość ludzką zbyt cierpliwi
I że nie płoną dla niej tym gniewem wieczystym,
Jaki winien występek budzić w sercu czystym. (…)

Do kroćset! to są dla mnie rany nazbyt krwawe 
Patrzeć na tę uprzejmą z łajdactwem zabawę
I doprawdy czasami bierze mnie ochota
Uciec gdzie na pustynię od waszego błota.

FILINT
Mój Boże! mniej się troszczmy o moralność cudzą,
A błędy świata tyle gniewu w nas nie zbudzą;
Nie wnikajmy w naturę ludzką zbyt głęboko,
Na słabostki jej uczmy się przymykać oko.
Być szlachetnym, rozumnym, to jeszcze za mało:
Bądźmy ludzcy, gdy z ludźmi wciąż nam żyć przystało. (…)

I ja, jak ty, spostrzegam co dzień rzeczy tysiąc: 
Że mogłyby iść lepiej, gotów jestem przysiąc,
A przecież, choć spotykam złe na każdym kroku,
Gniewu z tego powodu nie dojrzysz w mym oku.
Biorę człowieka za to, czym on jest w istocie;
Nie potępiam słabości, nie dziwię niecnocie
I mniemam, że filozof podzieliłby ze mną
Raczej mój chłodny spokój, niż twą żółć daremną.

Film Philippe Le Guaya, Molier na rowerze, w centrum umieszcza przyjaźń (i wrogość) Alcesta i Filinta, pozostałe wątki zepchnięte są na dalszy plan lub wycięte. Jak wynika z powyższych wierszowanych ripost (trzynastozgłoskowiec zastępuje francuski aleksandryn) obaj panowie są mizantropami. Złudzeń nie mają, różnią się swą reakcją na znane im status quo. W sztuce Moliera byli to bohaterowie dość młodzi, w filmie Le Guaya – to mężczyźni w połowie drogi (albo ciut dalej).

Żeby w temacie była pełna jasność: dałam mu na FilmWebie dziewięć gwiazdek, co oznacza film „rewelacyjny”. Niszowy, bardzo teatralny, może nie najlepszy na weekendowe wyjście z paczką przyjaciół… Dla tych, co odrzucają mowę wiązaną może trudny do przełknięcia… Odczytywane fragmenty Moliera to ważny składnik struktury fabularnej. Na pewno nie dla wszystkich tak samo jak dla mnie rewelacyjny, ale ja mu niższej noty dać nie mogę. Bo nie dość, że temat i Molier, to jeszcze 104 minuty wpatrywania się w Fabrice`a Luchiniego. Super sprawa.

Molier na rowerze. Alcest i Filint

Molierowski Alcest odgrażał się, że opuści Paryż i będzie wiódł samotne życie. Voilà! Serge (Fabrice Luchini) realizuje tę groźbę. Niegdyś wzięty aktor, dziś odżegnuje się od zawodu, w zaniedbanym domu, bez fajerwerków, upływają mu kolejne dni. Źle wspomina wielki paryski świat. Przegrał jakiś proces na własne życzenie. A tak! – żeby mieć dowód, że świat jest podły. Spokój naruszy Gauthier (Lambert Wilson), dawny przyjaciel, aktor u szczytu popularności, któremu marzy się powrót na sceniczne deski. Na co dzień gra gwiazdę serialu telewizyjnego Dr Morange. Na prowincji kogo spotka, ten opowiada mu swój ulubiony odcinek. Każdy schlebia, ale czy to jest prawdziwe uznanie? Obaj są nieufni wobec świata. Na pozór Serge to Alcest, Gauthier to Filint. Jednak gdy dojdzie do prób z Mizantropem, obaj chcą grać Alcesta. Uzgadniają, że innowacyjnie wyreżyserują spektakl, grając zamiennie obie role, tymczasem rzucają monetą kto jest kim na kolejnej próbie. A później życie pokaże swoje…

I trwają przymiarki, recytacje, analizy. Komiczne w tym samym stopniu co Mizantrop. W zasadzie wszyscy są tu serio, lecz komizm wchodzi szczelinami. Jest zadziorny taksówkarz, adeptka aktorstwa, doskonaląca warsztat w filmach porno, piękna Włoszka porzucona przez męża, właścicielka restauracji z zamiłowaniem do jacuzzi etc. Są próby, rowerowe przejażdżki i wypady samochodem do miasta. Wielkie entrée (fot. poniżej), fiasko i triumf.

Co z tego wynika? Z jednej strony śmieszność naczupurzeń. Niechby Alcest miał najsłuszniejsze racje, idealizm ciągnie ze sobą wredność. Świetna scena, w której we troje (z Franceską) zamierzają oglądać serial z Gauthierem. Ten niby się wstydzi, ale jest ciekaw reakcji, gotów wysłuchać oceny. Serge „ogrywa” tę sytuację bezlitośnie. O, nie, nie krytyką – to byłoby godne, lecz nonszalanckim zlekceważeniem. Inna rzecz, że ta satysfakcja jest przemyślnym rewanżem i „na niewinnego nie trafiło”. Małe triumfy Serge`a pokazują, ile teatralności jest w jego grze ze światem (że to chłopięca gra). Mistrz kompromisu nie jest dojrzalszy ani ciut bardziej. Filozoficzny spokój i akceptacja słabości ma swe granice i – tak jak w Molierowskiej sztuce – okazuje się, że dopóty się sprawdza, dopóki ukłucie nie staje się bezpośrednie. Kompromisy są zawsze podejrzane. A jednak coś tu trzeba wybrać. Więc komizm komizmem, ale i pytań serio nie braknie. Dodajmy, nie wszystko odsłaniając, że potyczki ze światem mocno stymuluje fart lub niefart sercowy. Co wiele przekonań ujmuje w cudzysłów.

Molier na rowerze to świetne studium gry aktorskiej, rozłożone na warstwy. Jedna z nich to popis Luchiniego i Wiliamsa. Druga, jakby wydzielona, to odgrywana na naszych oczach próba, w której pewne kwestie padają po wielokroć, nasycone różnym stężeniem emocji, sztuką aktorską in statu nascendi. Wzajemne przenikanie gry i życia. Każdy gra sobą, tym, co sam uzbierał i kim się stał. I to już naprawdę nie ogranicza się do sceny. Bo w życiu jest analogicznie.

Molier na rowerze. Fabrice Luchini jako Alcest

Zaczynam kolekcjonować sceny ze śpiewem w samochodzie. W Molierze na rowerze jest scena pierwszorzędna. Włoszka prowadzi, więc płyną włoskie piosenki. A ona śpiewa, z pasją, która zarazi zdezorientowanego Serge`a. Miniasty Serge z początku nie dowierza. Coś go jednak porusza, bo niemrawo, półgębkiem, nieporadnie próbuje wskoczyć w ton. Być Alcestem i śpiewać? Niepodobna. :)
Pamiętam inną z Pokoju syna Morettiego. Cała rodzinka zapakowana do auta i tata-kierowca rozochocony przy miłosnej melodyjce. Śpiewa na całego, mimo uśmieszków żony, córki i syna. I kto wygra? Po chwili dołączają do niego ochoczo, lekko się wygłupiając. Na moment przed tragedią ten obrazek ilustruje rodzinne szczęście i bliskość.
Początek kolekcji. Innych scen chwilowo nie pomnę.

pieprz, pępowina i Paryż

Leïla Marouanne, Życie seksualne muzułmanina w ParyżuWydawnictwo Claroscuro, Warszawa 2012

Co by tu spieprzyć? 

Jest tak czasami, że czego się człowiek nie tknie, to wypaczy. Więcej: jak już mu się to zdarzy, to powinien się spodziewać serii. Ja to mam, jestem w środku, już się zaczęło, a nie wiadomo kiedy koniec. Najlepiej byłoby solidną kwarantannę przejść. Jakiś czas się nie ruszać, nie komentować głupio, nie pisać niepotrzebnych e-maili, napisać te sensowne, nie przygadywać niewinnym, nie słuchać pokornie winnych, nie brać na siebie zadań, które wykonać jestem w stanie drastycznie tnąc potrzebę snu. Kropka tylko dla interpunkcyjnego oddechu, wyliczam dalej. Trzeba by – asekuracyjnie – nie wpraszać się, gdy nie sposób stawić się na czas, nie zamawiać Kindle`a, gdy ma się głupią kartę debetową, nie „umawiać się na lekturę”, której samemu nie zdąży się wchłonąć. Nie angażować się w niezaangażowanych, dostrzegać dostrzegających, być tyle samo minut „przed”, ile zazwyczaj jestem „po”. 

Wszystkie te grzechy mam na koncie, ale żaden nie nadaje się do rozwinięcia, chyba że ten. No bo co jeszcze można spieprzyć? – co, o czym można opowiedzieć i trochę się w ten sposób zrehabilitować? W moim katalogu spieprzeń jest lektura książki lekkiej, bystrej, spostrzegawczej i sprawnie napisanej, która trwała – zamiast dwa dni – ze dwa tygodnie. I uważam, że tą metodą co nieco zamordowałam. Ok, sama książka pozostaje nietknięta (dlatego jest idealnym obiektem, który niczego mi nie zarzuci, bo stoicko zniesie każdą bylejakość). To mój odbiór się rozparcelował, więc rzutem na taśmę, po doczytaniu ostatniego zdania, próbuję go scalić i zreanimować. 

Paryż 

Czytam o Paryżu, bo skusiła mnie paryska Czara, która rekomendowała tę książkę u siebie. A ja polecam Wydawnictwo Claroscuro. Primo: za dbałość edytorską i cud-okładkę (tytuł znaczący linię kobiecego ciała, dwuznaczność i naga czytelność). Secundo: za pomysł serii „Z innej perspektywy”, obejmującej twórczość imigrantów, a więc to, co napisano w drodze do własnej tożsamości i w starciu z tym, co dominujące. Życie seksualne muzułmanina w Paryżu to powieść Leïli Marouanne, mieszkającej we Francji Algierki. Opowieść snuje czterdziestoletni Mohamed Ben Mokhtar (wersja dla swoich) a zarazem  Basile Tocquard (wersja dla świata), rozdarty między imionami, obyczajami, tym, co oferuje mu tradycja (osadzona na przedmieściach) a tym, czym kusi nowoczesność (umiejscowiona w centrum). 

Trochę zdrajca, trochę zdobywca. Wykorzeniony, ale nie do końca zasymilowany. Co z tego, że wyrugował z image`u  wszystko, co mogłoby być tropem: akcent, kręcone włosy, zbyt ciemną karnację. Wygląda jak „tubylec”, jest nieprzyzwoicie bogaty i ma ochotę używać życia na wszelkie sposoby. Być bardziej francuskim od Francuza (choć korzenie ma algierskie), być tak niezależnym i samosterownym jak arcysingiel (choć tysiące tasiemek wiąże go z rodzinnym domem), a nade wszystko: być sercołamaczem i wirtuozem erotycznych gier (pomimo braku seksualnych doświadczeń i krępującego piętna „prawiczka”). Stoi w rozkroku i jest to źródłem komizmu. Do czasu aż spoza zasłony dymnej wychodzi na wierzch tragizm rozdarcia. Jakby atrament sympatyczny, ogrzany, wykrztuszał zapis tego, co w tożsamości pierwotne.

Nie do przecenienia jest lekkość, otwartość spojrzenia, brak kompleksów – jako cechy pisarstwa Marouanne.  Owszem, w Algierii książka spotkała się z cenzurą. Ale zdolność pisania o tragizmie zagubionej tożsamości z taką dozą autoironii i dystansu… to jest naprawdę coś. To nie jest rękawica rzucona w twarz cynicznej cywilizacji Zachodu. I nie jest to lament niedocenionego imigranta (Mohamed jest rekinem finansjery). Po prostu: życie seksualne muzułmanina w Paryżu. Opowieść z perspektywy pustego łóżka, które ktoś za wszelką cenę chce zaludnić, w czym przeszkadza mu głównie własna niezgrabność, błędna strategia i przesadne staranie.

Gdyby w Polsce rzucić na wokandę analogiczny temat… Źle, gdyby podjął go ktoś reprezentujący większość (każda wada imigranta urosłaby do rangi ataku). Źle, gdyby oddać głos mniejszości (zarzut panoszenia się w nieswoim świecie i domaganie nienależnych praw, kalanie własnego gniazda etc…). Vide: Pokłosie

pępowina: „moje ty oczko w głowie”

Zaczyna się tak, jak lubię. Gdy w powszedni dzień, w środku codziennych zajęć, komuś przychodzi do głowy myśl, że coś nie gra, że niby jest, a jakby go nie było. Mohamed postanawia, że od tej pory będzie bardziej – a wiadomo, jeśli chce się coś zmienić, trzeba zacząć działać inaczej niż dotąd. Na przykład wyprowadzić się od mamy, wynająć luksusowe mieszkanie i spotykać się z dziewczynami z częstotliwością odwrotnie proporcjonalną do dotychczasowej. 

Mama. Rany boskie! Życie mu oddała, oczkiem w głowie nazywa, szuka narzeczonej i się zamartwia. Budzi go z erotycznych snów, nagrywa się na automatycznej sekretarce, zaprasza na obiadki. „Moja matka jak rzep, jak lep, jak łatka”. Zdzieranie łatki to jak zdzieranie plastra, boli do czerwoności. 

Lekiem na matczyny rumianek ma być pieprz. Pieprz, pieprzność, pieprzny… Czasowniki pomijam, bo działanie jest hipotetyczne. Wyobraźnia rusza w tan. Już cała piękna płeć ściele się gęsto na ekskluzywnych kanapach w marmurowych wnętrzach. Mohamed obmyśla i wybrzydza. „Piersi pani Papinot podskakiwały jak małe gołąbki”, ale ona sama wydała mu się zbyt ironiczna i na pewno za bardzo samotna jak na jego gust. Cóż, o męska naiwności!:
„Zaznaczam, że interesowały mnie wyłącznie białe kobiety, oswojone z pigułką i prezerwatywą, wyzwolone obyczajowo i światopoglądowo, które świadomie, z radością i w dobrym samopoczuciu, bez skrupułów i wyrzutów sumienia wybierają życie bez małżeństwa”. 

Bardzo mi się podobały korepetycje z męskiej interpretacji kobiecych zachowań. Nie ma takiego gestu odmowy, rezerwy, dystansu, którego nie dałoby się wytłumaczyć zawoalowaną aprobatą. Może ona mówi „nie”, bo nie może uwierzyć w swoje szczęście, „nie spodziewała się, że taki przystojniak będzie ją uwodził i nie zrobiła sobie depilacji”, boi się, że będzie zbyt łatwa?
„W praktyce nie bardzo znałem się na kobietach. To prawda. Ale w teorii wiedziałem wystarczająco
dużo”.

Jedna tylko zdecydowanie (tak w praktyce, jak i w teorii) wymyka się jego rozpoznaniu. To „złodziejka opowieści”, Loubna Minhar. Pisarka, ktoś, kto wysysa soki ze swoich ofiar, z tych, którzy zawierzyli jej opowieść. Bo muszę dodać, że cała książka jest niczym konfesja – spowiedź Mohameda Ben Mokhtara vel Basile`a Tocquarda – czyniona „w świecie ognia i lodu. Tam, gdzie wyją wilki i milkną ludzie„.  A każda opowieść – jeśli usłyszał ją pisarz – zaczyna żyć swoim życiem, trochę stygnąc w słowach, a trochę dzięki nim pulsując. Od tego bym zaczęła, gdyby nie ten pieprz.  

nic się nie oprze

Delphine de Vigan, Nic nie oprze się nocy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012

Opór? Gdyby był, znikłby w okamgnieniu. Czytałam tę książkę, coraz silniej poddając się jej wpływom. Zaskoczona, że ból i melancholia mają w sobie tyle jasności, że są delikatne, płowowłose, idą lekko, choć niespiesznie, uśmiechają się i błyskotliwie żartują. Ból i melancholia skondensowane w pięknej, inteligentnej  dziewczynie, Lucile.

Nie mogłam się oderwać. A jednak niezbyt dużo byłam w stanie wyczytać na raz. Może to sprawa czerni (zapowiedzianej w motcie, powracającej), której jedna kropla – umieszczona przy palecie barw –  starczyła, by poczuć gorycz. A może to sprawa pióra Delphine de Vigan, którego atrament (w kolorze blue blue – taki mógłby być, gdyby był), zapisywał dość skondensowane emocje, które wolałam przyswajać porcjami.

Czytałam, zainspirowana tekstem Czary, który zapowiadał tę książkę w zimowym numerze „Archipelagu” (7), a niedawno został wznowiony na Jej blogu. Odsyłam, to dobre wprowadzenie, spróbuję nie dublować.

portret Lucile 

Lucile Poirie. Śliczna dziewczynka, której twarz zna cała Francja. Agencja fotograficzna nieźle płaci rodzicom, reperując domowy budżet. Rodzina Poirie jest hałaśliwie radosna, witalna, dźwigająca się z tragicznych doświadczeń niczym feniks z popiołu. Lucile dorasta w gwarze i samotności. Jest jednym z dziewięciorga dzieci Laine i Georgesa…

Lucile. Fascynująca kobieta – nieśmiała, zabawna, podziwiana i pożądana, zraniona… Nie wiadomo, kiedy „to” się zaczęło. Czy wtedy, gdy była niebezpiecznie blisko „tragicznych doświadczeń”? Czy dopiero po przetworzeniu ich w smutną, nieodwracalną refleksję, na przykład tę, którą przynosi pojawienie się adoptowanego brata „w miejsce” tego, którego zabrakło: „W ten sposób, pomimo wyjaśnień i zaprzeczeń, niejasno odkryłam, że jesteśmy wymienni. Nigdy potem, ani w miłości, ani w przyjaźni, nic nie zdołało mnie przekonać, że jest inaczej”. A może wydarzenia zewnętrzne nie mają tu nic do rzeczy, bo Lucile już taka była? Tajemnicza, nieuchwytna, samotna.

Lucile –  szalona i toksyczna, nieobliczalna. Jej ból ma moc autodestrukcji, lecz nie zamyka się w niej samej, promieniuje na córki, w których duma z pięknej i mądrej mamy miesza się ze wstydem i buntem… Choroba psychiczna, upadki i imponujące zwycięstwa. Aż po ostateczną decyzję, samobójstwo, o którym dowiadujemy się na pierwszych stronach opowieści Delphine de Vigan. 

pisanie jątrzy i leczy

Delphine jest córką Lucile i pisze biograficzną książkę o swojej matce. 

„Już sama nie wiem, skąd się wziął pomysł, żeby napisać o matce (…), wiem, jak bardzo [go] odsuwałam (…), sporządzając niekończącą się listę autorów, którzy pisali o swoich matkach, od najstarszych po tych najbardziej współczesnych, tylko po to, aby samej sobie udowodnić, jak mocno to zaminowany teren i ograny temat (…), sporządziłam spis przeszkód, na które z pewnością natrafię, porywając się na takie przedsięwzięcie”. 

Gdy bliski mężczyzna zada jej pytanie, czy na pewno musi  o  t y m  pisać – odpowie, że czuje potrzebę, by pisać i nie może pisać o czymkolwiek innym.
Nic nie oprze się nocy jest więc tyleż portretem Lucile, ile zmaganiem się i autokomentarzem dotyczącym tworzenia tego portretu. Awers i rewers, dyptyk, tekst właściwy i glossa. 

Uważam, że ten pomysł się broni. Gdy po tygodniu od lektury, sięgnęłam do niej ponownie, by przeczytać fragmenty odsłaniające warsztat pisarski i emocje piszącej, dostrzegam w nich siłę i słabość książki. Słabość, bo oderwane od zdarzeń z życia Lucile bledną, sporo w nich repetycji; zmagania z warsztatem przeplatają się z uwagami o bezsenności, impasach twórczych, bólach ciała, różnego typu ekspiacjach. Nie jest to odsłona metodyczna, raczej zapis tego, co przydarza się w kolejnych fazach pracy. Siła tkwi natomiast w tym, że odbieram te zapiski jako wiarygodne. Wierzę, że są ważnym dopełnieniem portretu Lucile, bo przecież dotyczą tego, co pozostawiła z siebie w swych dzieciach. Wierzę też, że zmagania Autorki mogą być potencjalnie odczytane jak próba radzenia sobie z własnym bólem i lękiem. Bólem utraty i lękiem, że wina lub gorycz nie opuszczą nas nigdy. Oba te „ukłucia” są mi osobiście dość bliskie. 

W komentarzach Delphine de Vigan – moim zdaniem – postawione są trzy pytania. Jak prawdziwie opisać Lucile (własną matkę)? Jak ją zrozumieć, wyjaśnić ją sobie samej? Jak ocalić siebie od traumy?

Jak ją opisać?

W fabule (zmyśleniem wypełniając luki), w przytoczonych rozmowach z tymi, którzy byli blisko (rodzeństwo!), w cytatach z tekstów Lucile, w rekonstruowaniu wspomnień swoich i siostry. Kolosalna praca, chodzenie po śladach, które parzą. A i tak niemożliwy jest sukces. To nie zarzut, przecież każdy literacki portret pozostanie szkicem. Pisanie niewiele może – „co najwyżej umożliwia stawianie pytań i przeszukiwanie pamięci”.

W gruncie rzeczy najbardziej brakuje mi jej własnego punktu widzenia, słów, które sama by dobrała, (…) znaczenia, które nadałaby wydarzeniom, szczegółów, które należałyby do niej”.

Jak zrozumieć?

Jest wśród licznych wspomnień Delphine taki obraz, gdy idą we trójkę w stronę paryskiego metra. Lucile trzyma za rękę Manon, młodszą córkę, odwraca się i uśmiecha do starszej. Jest w fazie chwilowego zneutralizowania depresyjnych cieni. Taka utrwali się w kadrze pamięci Delphine: „Lucile stała się maleńką, kruchą, posklejaną, połamaną rzeczą, której tak naprawdę nie dało się naprawić. Ze wszystkich zachowanych obrazów matki ten sprawia mi bez wątpienia największy ból”.

Co chciała zrozumieć? Początki, źródła osobowości matki. Sekrety, jeśli były i miały znaczenie. Co ciekawe – nie przepytuje mężczyzn, z którymi była związana matka, nie chcąc rozgrzebywać tego, co intymne, niekonieczne i wymagające ochrony. Wobec innych jest nieustępliwa w zadawaniu pytań, gromadzeniu okruchów. 

Najtrudniejszą fazę życia Lucile – gdy faszerowana lekami lub z powodu ich braku nie była sobą – Delphine zna z własnych obserwacji. Miała wtedy 10-20 lat. Tylko ile można wtedy zrozumieć? Na wierzch wypływa głównie poczucie odrzucenia, braku czułości, niepewność, niestabilność, lęk przed samobójstwem (towarzyszył Delphine od zawsze). Niewiele więcej może, gdy ma lat czterdzieści, bo tajemnica wymyka się lub otworzona podlega deformacji. Liczą się – na wagę złota, na wagę bezcennego piękna uśmiechu Lucile – wszystkie próby wykreowania portretu.

Jak ocalić siebie?

Ten temat zepchnięty jest na trzeci plan, Delphine koncentruje się na Lucile, nie pyta o siebie wprost. Ale pytanie to jest niczym główna podziemna arteria, główna żyła krwiobiegu. Posłuchajmy:

…musiałam to zrobić, nie po to, by cokolwiek zrehabilitować, uhonorować, udowodnić, odbudować, wyjawić czy naprawić, tylko żeby się do tego zbliżyć. Zarazem dla siebie samej i dla moich dzieci – na których ciąży mimo wszystko echo lęków i wyrzutów – chciałam wrócić do początku.

Piszę tę książkę, ponieważ mam dzisiaj siłę, aby się zatrzymać nad tym, co mnie przenika, a niekiedy zalewa, ponieważ chcę się dowiedzieć, co przekazuję, ponieważ chcę przestać się bać, że spotka nas coś złego, jakbyśmy żyli pod piętnem klątwy, chcę móc korzystać ze szczęścia, z energii, z radości, nie myśląc o tym, że niszczy nas coś przerażającego i że w cieniu zawsze będzie na nas czekał ból”.

Gdy mówi o „śladach, które opierają się upływowi czasu i przeczeniom”, mówi w gruncie rzeczy o bólu utraty (niedającej się niczym wypełnić) i lęku, że poczucie winy (niedopełnienia, zaniedbania, nieuważności, niedokochania) może naznaczyć nas tak, że aż okaleczy. Tego nie mogę zreferować, ale moje doświadczenie lektury potwierdza, że choć zgodnie z tytułem „nic nie oprze się nocy”, to jednak pozostaje nadzieja, że światło oddziałuje z tą samą siłą, więc również  „nic nie oprze się dniu”.

Poprę to epizodem, który mnie poruszył. Delphine sporadycznie wspomina o własnych dzieciach (Lucile była świetną babcią, one ją pamiętają, na pewno nie są wolne od aury, którą żyje rodzina). A ich reakcje genialnie łączą w sobie obie treści – tę o bólu i tę o leku (nie lęku).

„Kilka miesięcy temu, kiedy zaczynałam pisać tę książkę, mój syn (…) rozsiadł się w salonie, żeby odrobić lekcje. Miał odpowiedzieć na pytania z czytania ze zrozumieniem (…). Na dziewięćdziesiątej dziewiątej stronie podręcznika do francuskiego Lettres vives, classe de 5e, widniało następujące pytanie: Jakie szczegóły dowodzą, że matka Jana domyślała się, iż jej syn nie wyleczył się z miłości? Czy mimo to jest ona w stanie zapobiec samobójstwu? Dlaczego?

Mój syn zastanawia się przez chwilę, po czym starannie zapisuje w zeszycie pierwszą część odpowiedzi. Następnie głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu i obojętnym, jakby w ogóle nas to nie dotyczyło, mój syn odpowiada powoli, jednocześnie notując:
– Nie. Nikt nie jest w stanie zapobiec samobójstwu”.

Zapobiec odejściom, rozstaniom, przeróżnym decyzjom, które uruchamiają odruch niezrozumienia i buntu.

życie przed sobą

Romain Gary (Émile Ajar), Życie przed sobą, Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 2005.

***

W sumie: chodzi o to, by kogoś kochać. Tak zupełnie „bezwzględnie”. To znaczy bez względu na walory i zasługi. Tak jak Momo kochał panią Rozę. Ona na pewno jego też. 

Dlaczego? Może ze względu na to, by uniknąć jałowości i spranych kolorów. Chociaż czy miłość ubarwia życie? Czy tu chodzi o barwę raczej czy o smak? 

Bo motto jest następujące:
Powiedzieli: „Oszalałeś przez Tego, którego kochasz”.
Odrzekłem: „Smak życia jest tylko dla szalonych”.

***

Książka ma ciekawą historię. Nie jest to bowiem tytuł nowy. W 1975  roku Émile Ajar otrzymał za Życie przed sobą Nagrodę Goncourtów. Fenomen polegał na tym, że pod tym pseudonimem ukrywał się pisarz, który tę nagrodę otrzymał kilka lat wcześniej. Jako jedyny wymusił podwójne potwierdzenie swego talentu. Mistyfikacja trwała aż do śmierci pisarza i obejmowała również osoby postronne, m.in. „figuranta” podszywającego się pod tę postać. Romain Gary – to oficjalne personalia. Ale gdyby sięgnąć do czasów przedliterackich (pochodził z Wilna, skąd emigrował po I wojnie światowej do Francji) to mamy do czynienia z Romanem Kacewem. Te przebieranki są jak mrużenie oka, gra, przekora. Podobają mi się i diagnozuję, że impulsem był zmysł humoru, skłonność do odwracania świata do góry nogami, do kabaretowych w swych korzeniach chwytów qui pro quo. Może zbyt pochopny wniosek? Romain Gary zmarł śmiercią samobójczą. To niby niczemu nie zaprzecza. Ale poczucie humoru miał czarniejsze niż można by przypuszczać.

***

Kurewski świat pani Rozy. Tak, kurewski, ale czysty jak łza. Literatura lubi zapuszczać żurawia w te pograniczne rejony i tak wywracać nasze przekonania i uprzedzenia, że ostatecznie wierzymy w świętość kolejnej Soni Marmieładowej czy Małgorzaty Gautier. Tu mamy świat trochę odmienny. Nie tak mroczny jak u Dostojewskiego i nie tak romantyczny jak  u Dumasa (syna). 

Paryż wczesnych lat 70., dzielnica Belleville, gdzie obok siebie żyją imigranci: Żydzi, Arabowie i Murzyni. Kamienica, w której na szóstym piętrze niegdysiejsza prostytutka wychowuje dzieci kobiet z branży, oddane jej i opłacane z różną regularnością. Pani Roza jest Żydówką, która przeżyła Holokaust w Polsce. Czasem, gdy bardzo jej źle, wyciąga spod łóżka portret Hitlera i przypominała sobie, że pierwowzór jest już  nieszkodliwy.

Stara jest, ale „kiedyś była kobietą i trochę jej z tego jeszcze zostało”. Ma swoje dziwactwa, jest gruba i rozpada się mentalnie na naszych oczach. Ostatnią dekadę życia ubarwia (albo przyprawia, gdyby trzymać się metafory miłości-smaku) jej Momo, przybrane dziecko, z którego perspektywy prowadzona jest narracja. Momo, czyli Mohammed. W ochronce pani Rozy nie przywiązywało się wagi do religii jako takiej, ale pilnowano, by nikomu niczego nie odebrać, więc Arab wysyłany był na nauki do uczonego w Piśmie, Żyd dostawał koszerne jedzenie, a Murzyna zaprowadzano na ulicę, gdzie żyli jego współplemieńcy, „by się napatrzył na czarne”.

Nie wiadomo, ile lat ma Momo, gdy spisuje wspomnienia, pisze z perspektywy, w której wszystko się już dokonało, ale wciąż myśli i mówi jak dziesięciolatek. O, pardon: dziesięciolatek, który pewnego dnia postarzał się o cztery lata w ciągu kwadransa. Momo jest do pani Rozy przywiązany tak cudnie, prawdziwie, dziecięco i dojrzale, że dla tej wzruszającej relacji trzeba tę książkę przeczytać. 

„Z początku nie miałem pojęcia, że pani Roza zajmuje się mną tylko dlatego, żeby dostać przekaz pod koniec miesiąca. Kiedy się o tym dowiedziałem, miałem już sześć czy siedem lat. Jakbym dostał w łeb na wieść, że jestem opłacany. Myślałem, że pani Roza kocha mnie za nic i że jesteśmy dla siebie kimś. Przepłakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie”.

” – Nie trzeba płakać, Momo, to naturalne, że starzy ludzie umierają. Ty masz jeszcze całe życie przed sobą.
Chciał mnie drań nastraszyć, czy co? Ciągle słyszę, jak starsi mówią z poczciwym uśmiechem «jesteś młody, masz całe życie przed sobą», jakby im to sprawiało przyjemność. Wstałem. No dobra, wiem, że mam całe życie przed sobą, ale nie będę z tego robił afery”.

Książka jest zabawna, świeża, pełna błyskotliwych podpatrzeń, jakichś łez wychlipanych w ukryciu i bezpośrednich, zadziornych puent. I jest zarazem smutna, tak bardzo, jak tylko smutne może być przemijanie. Zwłaszcza w tej fazie, gdy nie chodzi już o ubytek urody, mniejszą energię, spadek kondycji fizycznej. Ale wtedy, gdy miesza się pamięć, kretyniejemy, nikną podpory i drogowskazy, dzięki którym wiedzieliśmy z grubsza, o co nam w życiu chodzi. Gdy najbliżsi mruczą pod nosem, że byłoby już najlepiej dla nas, gdyby czas dobiegł mety. To, że starość podpatrywana jest przez wrażliwego chłopca, który zaskakuje wiernością (a chwilę później myślę sobie: dlaczego zaskakuje? dlaczego oczywisty miałby być egoizm i komfort?) – buduje niezwykły efekt. Trochę makabryczny, trochę komiczny. 

Właściwie – tyle. Niczego już nie mogę dodać, by nie zepsuć nikomu lektury. 

Ale jeszcze chętnie wspomnę o jednej z moich ulubionych scen, dygresyjnej wobec tego, co tworzy nurt główny opowieści. Rzecz w tym, że Momo portretuje sąsiedzki światek: transwestytę panią Lolę (do rany przyłóż!), pana Hamila, który studiował Koran, a później pomylił go z Nędznikami Wiktora Hugo (Momo: „jak dorosnę, też napiszę nędzników, to się zawsze pisze, kiedy się ma coś do powiedzenia”.), jakichś przybyszów z Afryki, co tańce plemienne w kamienicy odgrywali, prostytutki i alfonsów. I jeśli przyjaźń pani Rozy z Momo to kolor bazowy opowieści, to dygresje o postaciach drugiego planu stanowią niezłą paletę odcieni.

Muzułmanin szuka syna. Odwiedził raz panią Rozę licho wyglądający mężczyzna, dopiero co zwolniony z psychiatryka, który postanowił odebrać dziecko zostawione u niej dziesięć lat temu. Cóż, pani Rosa nie zamierza rozstawać się z Momo, podsuwa mu więc inną ofertę, doprowadzając mężczyznę do szału. Twierdzi, że jego syn ma teraz na imię Mojżesz i jest, co sugeruje nazwa, Żydem. Oto jego reakcja.

„Jedenaście lat temu powierzyłem pani trzyletniego syna, muzułmanina o imieniu Mohammed. Dała mi pani pokwitowanie na muzułmańskiego syna, Mohammeda Kadira. Jestem muzułmaninem, mój syn był muzułmaninem. Jego matka byla muzułmanką. Powiem więcej: oddałem pani arabskiego syna w należytej formie i takiego chcę widzieć. Absolutnie nie chcę żydowskiego syna, madame. Nie chcę go, koniec, kropka. Zdrowie mi nie pozwala. (…) Pozwalam sobie nadmienić, że nie wolno mi doznawać podobnych wzruszeń. Przez całe życie byłem obiektem prześladowań, mam na dowód zaświadczenia lekarskie, które stwierdzają na wszelki użytek, że jestem prześladowany.

– Ale w takim razie czy jest pan pewien, że nie jest pan Żydem? – zapytała pani Roza z nadzieją.

Po twarzy pana Jusefa Kadira przebiegały skurcze boleści.
– Jestem prześladowany, nie będąc Żydem. Nie macie monopolu. Koniec z żydowskim monopolem, madame. Są inni ludzie poza Żydami, którzy też mają prawo być prześladowani. Chcę mojego syna Mohammeda Kadira w arabskim stanie, w jakim go pani powierzyłem za pokwitowaniem. Nie chcę żydowskiego syna pod żadnym pozorem, i tak mam dość zmartwień”.

Wyrwany z kontekstu cytat oddaje klimat językowy tej opowieści. Gdyby cokolwiek mąciło jego odbiór, dodam, że książka o żadne rasizmy czy nazizmy nie zahacza. Wręcz przeciwnie: zachowuje wobec nich jak najsłuszniejszy dystans.

*************************

ps.
Rany! jak się cieszę, że mogłam to napisać. Miałam szlaban, dopóki nie wywiążę się z innej inszości. A jako prawdziwy grafoman, gdy nie mogę sobie popisać, jestem na głodzie. Usycham, rozpada mi się świat wartości, nie wiem, co robić z rękoma, mam nerwowe tiki i inne takie okropieństwa. Jeszcze chwila a groziła mi wysypka. Uff, co za ulga.

muszkieterowie (z przymrużeniem oka) cz.2

Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie, Biblioteka Gazety Wyborczej t.27, 2005

Ciało i duch, czyli uczty & literatura

Prawda z gatunku oczywistych: muszkieter lubi wino i kocha biesiady. A że kieszenie ma często dziurawe, więc ucztuje na zapas, gdy jest okazja, a kiedy jej nie ma, stosuje środki zastępcze. Jakie? Kto chce, niech słucha. :)

Miał d`Artagnan sługę, bo tak trzeba, niezmienny tercet: kobieta – koń – służący.

…nagle ktoś zapukał lekko do drzwi. D`Artagnan obudził Plancheta i kazał mu otworzyć.
Niech Czytelnik przez słowo „obudził” nie sądzi, że było to w nocy albo że dzień się jeszcze nie zaczął. Nie! Wybiła dopiero czwarta po południu. Przed dwiema godzinami Planchet upomniał się o obiad u swojego pana, który odpowiedział mu: kto śpi, ten je. Toteż Planchet we śnie jadł obiad. (s.86)

Planchet sroce spod ogona nie wypadł i radził sobie w życiu przebiegłością, jak jego pan. Znalazł tego bystrzachę Portos, a było to tak:

… czcigodny muszkieter spotkał [Plancheta], odbywając przechadzkę po moście de la Tournelle, plującego do wody. Portos twierdził, iż to zajęcie dowodzi jednostki myślącej i roztropnej i zabrał go ze sobą. (s.77)

Wpraszanie się w gościnę (i przyprowadzanie w gości również swoich przyjaciół) było zachowaniem powszechnie przyjętym. Tym razem proszony obiad jest szczególny, bo u kochanki, pod okiem jej męża. Portos odwiedza prokuratorową Coquenard, mąż patrzy nań spode łba, muszkieter cieszy się na wyżerkę. Rozczarowanie jest kosmiczne.

Wniesiono kurę, rarytas dla domowników, dla Portosa zgroza, dla nas powtórka z Harpagona  (Skąpiec):

Biedna kura była chuda i uzbrojona w grubą, najeżoną skórę, której kości, pomimo wszelkich usiłowań, nie mogły przebić. Musiano jej długo szukać, zanim ją znaleziono na grzędzie, gdzie się schroniła, by zakończyć dni swego żywota – wskutek nadmiernie podeszłego wieku.
– Do pioruna! – pomyślał Portos. – To bardzo smutny widok, szanuję starość, ale nie gotowaną lub pieczoną.
I spojrzał dokoła, aby się przekonać, czy podzielają jego zdanie. Ku swemu zdumieniu zobaczył, że oczy wszystkich pożerały już kurę, będącą przedmiotem jego pogardy. (s.332)

Nadeszło wino. Pan Coquenard nalał każdemu praktykantowi jedną trzecią szklanki, sobie prawie tyle samo i butelka natychmiast przeszła do Portosa i pani Coqenard.
Młodzież dopełniła wodą tę trzecią część wina, a gdy wypili połowę szklanek, znowu dolali wody. Robili tak aż do czasu, kiedy w końcu obiadu rubinowy napój zmienił barwę na przydymiony topaz. (s.333)

Strategia do przemyślenia, ale radzę odrzucić. Trudno… lepszy już wegetarianizm i abstynencja. A w razie czego można przewertować kilka stron i znaleźć opis buńczucznego Atosa, zamkniętego podstępnie w piwnicy. Genialnie filozoficzne podejście do przeciwności losu: ograniczenia są szansą. Dzięki nim Atos wyżłopie niewiarygodną ilość beczek wina, zachowując do końca jasny umysł i niezmordowany zapał.

A skoro głód i alkohol, to już blisko do poezji, syci i trzeźwi jej nie piszą. Mistrzem słowa poetyckiego i natchnionych listów jest Aramis. Możliwe, że pisał kwieciście i z rozmachem, ale mnie w pamięci utkwił wiersz-eksperyment.

[rozmowa Aramisa z d`Artagnanem]

– Zacząłem pisać poemat wierszem jednozgłoskowym. To bardzo trudne, ale interesujące. (…) Przeczytam wam pierwszą pieśń, ma czterysta wierszy i trwa tylko minutę.
– Wiesz co, mój Aramisie – rzekł d`Artagnan, który nie cierpiał wierszy, tak jak łaciny – dodaj do trudności jako zaletę także krótkość, a możesz być pewny, że twój poemat będzie miał podwójną wartość. (s. 300)

Krótko i węzłowato. Jednosylabowo. Niestety, Dumas zapomniał zacytować.

*****

A dziś wieczorem TVP2 pokazała ekranizację Trzech muszkieterów z 1993 roku (reż.Stephen Herek)- z Julie Delpy w roli Konstancji (rólka epizodyczna).

Inne przygody, nie zgadza się intryga, pogubi się ten, kto chciałby rozpoznać powieściową akcję. Również postaci poddane modyfikacjom. Ale wszystko jest ok. Nawet jeśli scenarzysta zastąpił Dumasa, to i tak dusza opowieści jest ta sama. I to jest dopiero fenomenalne. Nic, tylko zacytować Arura Pereza-Reverte`a, że rozpoznalibyśmy d`Artagnana, nawet gdybyśmy nie znali pana Dumas.

To ciekawe. W literaturze pojawiają się postacie fikcyjne o tak silnej tożsamości, że stają się bliskie nawet tym, co nie czytali książek, w których występują. W literaturze angielskiej mamy trzech takich bohaterów: Sherlocka Holmesa, Romea i Robinsona. W hiszpańskiej dwóch: Don Kichota i Don Juana. We francuskiej jednego: d`Artagnana. (Klub Dumas)


muszkieterowie (z przymrużeniem oka) cz.1

Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie, Biblioteka Gazety Wyborczej t.27, 2005

Dawno, dawno temu w kardynalskiej purpurze paradował Richelieu, królem Francji był Ludwik XIII a jego śliczną żoną Anna Austriaczka (na zabój kochał się w niej Lord Buckingham – nie mylić z Beckhamem, również Anglikiem). Żyli wtedy – i stroili się w kapelusze z piórami – muszkieterowie. Kardynała nienawidzili, królowi byli oddani.

A działo się to nie za siedmioma górami, ani nigdzie za lasem, tylko w środeczku Paryża, w pobliżu Ogrodów Luksemburskich (o ile nikt nie był w podróży). Nie opowiem wam o intrygach, podstępach, zdradach… ani o błysku szabli nad piórkiem, bo w ogóle nic tu nie będzie z opowieści. Będą cytaty. I to na raty.

Znacie tę bajkę? – To posłuchajcie…

*****

… a propos króla…
„Pan de Tréville śmiało wszedł do gabinetu króla, zastając go w bardzo złym humorze. Ludwik XIII siedział na fotelu i z gniewem uderzał szpicrutą o buty. Nie przeszkodziło to jednak kapitanowi najspokojniej zapytać o zdrowie Jego Królewskiej Mości.
– Źle, panie, źle – odpowiedział król.  – Nudzę się.
Rzeczywiście, była to jedna z najgorszych chorób Ludwika XIII, mającego zwyczaj wzywania jednego z dworzan, prowadzenia go do okna i mówienia:
– Panie, nudźmy się razem.” (s.69)

*****

… a propos potrójnego pojedynku d`Artagnana z każdym z kolejnych muszkieterów: z Atosem (któremu potrącił ramię) z Portosem (którego zdemaskował, że nosi strojny pas, który tylko z przodu błyszczy) i z Aramisem (bo wskazał na damską chusteczkę, którą ten dyskretnie usiłował ukryć)…

„– A teraz, kiedy zebraliśmy się tutaj  – powiedział d`Artagnan – pozwólcie, że was przeproszę…
Na słowo „przepraszam” chmura przebiegła po czole Atosa, pogardliwy uśmiech błysnął na ustach Portosa, a znak zaprzeczenia był odpowiedzią Aramisa.
– Nie rozumiecie mnie, panowie – powiedział d`Artagnan, podnosząc twarz, na której igrał w tej chwili promień słońca, oświetlając jej zarysy delikatne i śmiałe. – Chcę przeprosić, w razie gdybym nie był zdolny do walki po pojedynku z Atosem. Pan Atos pierwszy ma prawo mnie zabić, co może zaszkodzić waszej zapłacie, panie Portosie, i co czyni prawie żadną waszą, panie Aramisie. A teraz, panowie, powtarzam, wybaczcie mi, ale tylko to, że trzy razy zabity być nie mogę. Dalej, do dzieła!” (s. 53)

*****

…a propos niebezpiecznej wyprawy do Anglii, by przekazać Lordowi Buckingham, że królowej potrzebny jest naszyjnik, który nieopatrznie mu podarowała (rzecz jasna była to rzecz wagi państwowej)…

„– A więc wybieramy się na wojnę?
– I to na bardzo niebezpieczną, uprzedzam was.
– Ale skoro narażamy się na śmierć – powiedział Portos – chciałbym przynajmniej wiedzieć dlaczego.
– I co by ci to pomogło? – rzekł Atos.
– Ja również jestem zdania Portosa – powiedział Aramis.
– Czy król ma w zwyczaju zdawać wam sprawę ze swoich poczynań? Nie, mówi wam po prostu: „Panowie, jest wojna w Gaskonii albo we Flandrii, idźcie się bić”. I wy idziecie. Dlaczego? Nic was to nie obchodzi.
– Dobrze mówi d`Artagnan – powiedział Atos. – Oto trzy zwolnienia pochodzące od pana de Tréville i trzysta pistoli, które pochodzą nie wiadomo skąd. Chodźmy dać się zabić tam, gdzie nam każą. Czy życie jest warte tylu pytań? D`Artagnanie, jestem gotów udać się z tobą.
– Ja także – rzekł Portos.
– I ja również – dodał Aramis. – Nie martwię się, opuszczając Paryż. Potrzebuję rozrywki.” (s.195)

*****

…i a propos niczego, co by się wiązało z tą powieścią, bo to cytat z trzeciej części trylogii, czyli z Hrabiego de Bragelonne (część środkowa: Dwadzieścia lat później)

„– Jestem zdradzony – szepnął. – Wiedzą o wszystkim.
– Zawsze wszyscy o wszystkim wiedzą – odparł Portos, który nie wiedział o niczym.”