Archiwa tagu: literatura polska

cybulski. podwójne salto

Dorota Karaś, Cybulski. Podwójne salto, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016cybulski-podwojne-salto

KSIĄŻKA

Święta z Cybulskim. Zjawił się pod choinką i roztoczył charyzmę. Trudno powiedzieć, by go kiedyś nie było. Kto raz widział Popiół i diament, ten o Cybulskim pamięta. A teraz okazje do przypomnień są szczególne. Niebawem (8 stycznia) minie pół wieku od feralnego skoku do pociągu. Cybulski był tuż przed czterdziestką. Nie zestarzał się, w pamięci pozostanie Maćkiem Chełmickim. Postacią, która dała mu sławę i kompleksy. 

Druga okazja, by pamiętać i na nowo odkrywać Cybulskiego to świetna książka Doroty Karaś. Biografia reportażowa – zasłyszany termin, uważam, że trafny. Nie jest to klasyczna monografia. Żywioł reportażu dostrzec można choćby w klamrze tworzonej przez pierwszy i ostatni rozdział. Oba noszą tytuł „Pociąg”. Chodzi o „ten” pociąg (Wrocław – Warszawa, 4.20) i wszystkie inne, do których wskakiwał spóźniony Cybulski. Ale też o pociąg, którym na pogrzeb do Katowic zjechała stolica i którym odjechała. „Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że jedziemy na pogrzeb najwybitniejszego Polaka” – zaczepiła Kalina Jędrusik ówczesnego ministra. W drodze powrotnej przytaknął. A przecież nie żegnali świętego. Cybulskim niejeden był znużony, zmęczony intensywnością, zamaszystością, nieustannym utrudnianiem rytmu pracy, jego własnym zmęczeniem sobą. Jakoś scalała się w nim jasność i mrok, siła przyciągania z odpychaniem.

Jak na reportaż przystało zaczyna się od „śledztwa” w sprawie podwójnej ceremonii pogrzebowej, wydłużonej trasy na cmentarz, budzika na grobie i fotografii, które to uwieczniają. O Cybulskim sporo wiemy. Ale Dorota Karaś szuka rozmówców, czyta, dopytuje na nowo, sprawdza naocznie. I naprawdę niejedno odkrywa. A czas goni i był to chyba ostatni moment, by spotkać świadków życia i rówieśników Cybulskiego. Autorka pracowała nad książką dwa lata. Przy wielu rozmówcach dopowiada, że już odeszli. Niedawno syn Cybulskiego i jego najważniejszy reżyser. W rozmowie w Tok FM, zapytana o selekcję materiału, stwierdza, że najradykalniej cięła anegdoty. Bardzo doceniam. Zwłaszcza, że Podwójne salto nie jest ich pozbawione, a wyobrażam sobie jak łatwo tu o przedawkowanie. Inna rzecz, że każdy rozdział rozpoczyna się cytatem z listu od wielbicieli, czystą groteską w roli kwiatka do kożucha. Szczególnego sensu w tym nie ma, wdzięk – owszem. Ulegam tej samej pokusie:

„Szanowny Panie Zbyszku (…), chcemy się dowiedzieć, gdzie mamy się udać, aby zostać czymś w rodzaju jakiejś aktorki, czy trzeba mieć ukończone LO, czy dałoby się bez tego (…). Nie mamy nadziei, abyśmy mogły zrobić karierę tak prędko jak Claudia Cardinale”.  „Szanowny Panie! (…) Zamieszczony autograf na zdjęciu nie zadowala mnie, ponieważ kolekcjonuję autografy i pisma oryginalne, a nie fotokopie”.

CYBULSKI

Co mnie zaskoczyło lub co dotarło do mnie ze szczególną intensywnością:

1. Ziemiańskie pochodzenie Cybulskiego. Myślałam, że – jak Maciek Chełmicki – był warszawiakiem z krwi i kości. Tymczasem jego genealogia sięga kresów. Majątek dziadków leżał nad rzeką, na której drugim brzegu rozciągała się Rumunia. Zasobność, koneksje, przywiązanie do tradycji. Jedynie pradziadek-Ormianin pasował do wizerunku, do typu urody pana Zbyszka. Jasne, że takim rodowodem nie było co się po wojnie afiszować.

Tu ciekawa jest postawa Cybulskiego wobec oficjalnej linii politycznej. Nie był w żadnej kontrze, raczej ponad ideologią. Przyjmował ją chyba tak, jak się diagnozuje smog, niby niezdrowy, ale do szafy się przed nim chować, byłoby stratą czasu. Studia rozpoczął w 1949, wraz z dyktatem socrealizmu. I znów – choć obyczajowość jego pokolenia trudno określić mianem konserwatywnej, to jednak zawsze bardzo się liczył z religijnością i zasadami rodziców.

Dwunastoletni Zbyszek wraz z bratem Antonim zostali na początku wojny rozłączeni z rodzicami. Otrzymali wiadomość o ich śmierci, a potem – po siedmiu latach – odnaleźli się. Dziewiętnastoletni Zbyszek pisze do nich listy, przygotowuje rodziców na to, kim się obaj z bratem stali. Niesamowite, jak bezpośrednie i szczere (s.75). Podobno również później, gdy jako dorosły wracał do domu, z matką zdarzało mu się przegadać całą noc.

2. Zdziwiła mnie wszechstronność działań, zwłaszcza w młodości. Był roztrzepany, spontaniczny, o skłonnościach do idealizacji. Czytał i dawał w prezencie Małego Księcia. Jakim cudem potrafił być zarazem super zorganizowanym twórcą drużyny harcerskiej (w Dzierżoniowie), odpowiadać za istnienie teatru Bim-Bom, dbać o swych aktorów jak najlepszy opiekun (narzucający gdy trzeba morderczy rygor) – tego nie pojmuję. Z tej wszechstronności, oczywiście, najbardziej przypadł mi do gustu epizod trójmiejski, czyli czasy teatrzyku Bim-Bom.

3. Miłość do sportu. Nieodwzajemniona. ;) Miał taką idée fixe, że aktor potrzebuje sportu jak ryba wody. Sport uruchamia ciało, daje naturalność ruchu, wspomaga grę, jakby oczyszcza kanał improwizacji. Zarządzał, by wszyscy (w jakikolwiek sposób mu podlegli) stawali do zawodów. Sam był pierwszy na starcie, ostatni na mecie. Może upodobanie do szermierki nie budzi moich zdziwień. Zabawne natomiast jest to, że kochając sport, miał mnóstwo kompleksów związanych z ciałem. Nogi za krótkie, za białe, tyłek za duży etc. Legendą stało się jego chodzenie na plażę w szlafroku, by nie odsłaniać dolnej partii ciała. Oj, wytykali mu to liczni. Zwłaszcza ci, którzy podśmiechując się z jego nie najlepszej dykcji (niewymawianie nosówek), mawiali o nim „Stary Polak z tako nisko dużo dupo”. Polskość to dla niego było człowieczeństwo, wiec chyba równie często można było od niego usłyszeć „cześć, starenia”, jak i motywujące: „Stary, bądź Polakiem!” (=okaż serce).

4. Nerwica natręctw. Zdziwiła, ale też uzasadniła impulsywność scenicznych zachowań (np. Maćka szukającego naboju w hotelowym pokoju). Wiecznie sprawdzał, czy czegoś nie zostawił, podnosił rozrzucone przedmioty. Przylgnęło to do niego tak, jak inne „mitotwórcze” gesty i rekwizyty: plecak, buty, czarne okulary, blaszany kubek z powstańczej menażki.

5. Intensywność i jej przemiany. O młodzieńczych latach Cybulskiego czyta się zachłannie, z fascynacją. Coś w nim płonęło. Żarliwość, dowcip, scalanie ludzi, bycie w dwójnasób. Jeden z rozmówców Doroty Karaś mówi, że gdy się dosiadał do towarzystwa, unieważniał dotychczasowe tematy, narzucał własny. Było to naturalne i akceptowane. Do czasu. Albo coś się w nim zmanierowało, albo pogubił się, zmęczył, staczał boje z przyklejonym wizerunkiem… Człowiek bez domu, człowiek z pociągu, uzależniony, nadużywający, mogący w każdej chwili rozwalić wszystko. Oczywiście, to uproszczenie. Nie jest tak, że białe przenicowało się na czarne. Może tych białych i czarnych nitek w osnowie było cały czas tyle samo, a po prostu wyczerpywała się percepcja otoczenia. Ktoś potrzebował snu i regeneracji… Cybulski spalał się gorączkowo: „Ty nie śpij, żyj”.

Z tej intensywności charakteru czy temperamentu brał się styl gry. Wytykano Cybulskiemu brak dykcji i warsztatu. Rzeczywiście, nie potrafił powtórzyć wyćwiczonej sceny. Za każdym razem wchodził w nią całym sobą, dodawał nowe. Dlatego film, nie teatr.

To, kim był Cybulski, zawsze będzie niepełne, jeśli nie wspomni się o ludziach z jego otoczenia. Same barwne ptaki. Upływ czasu dodaje im kolorów. 

***

Więc jeszcze raz o tym, o czym każdy wie, ale co trzeba koniecznie powiedzieć głośno. Najlepiej słowami Holoubka, w których jest odrobina patosu – kto jak kto, ale Gustaw-Konrad może sobie na nią pozwolić.

„Gdyby z ekranu naszych czasów pozostał wyłącznie on, wiedzielibyśmy o nas więcej niż z kronik wydarzeń i uczonych ksiąg”.

Może to nie najściślej moje czasy, ale i dla mnie Cybulski jest teraźniejszością dzięki kilku filmowym postaciom. Wyliczam jak on sam w hotelu Monopol, gdy zapalał kieliszki ze spirytusem (de facto z benzyną):
* wyrzucony na śmietnik historii Maciek Chełmicki z Popiołu i diamentu,
* tchórzliwy Wiktor Rawicz partnerujący Krafftównie w Jak być kochaną,
* romantycznie zakochany Jacek szukający swojej róży w Do widzenia, do jutra... (Mały Książę to ulubiona książka Cybulskiego),
Alfons Van Worden w magicznej podróży po Hiszpanii z Rękopisu znalezionego w Saragossie,
* komiczny Staszek w przygodach włoskiego żołnierza w okupowanej stolicy  – Giuseppe w Warszawie.

A jednak to były czasy…! Jak się żyło i w jakiej kompanii…!

Reklamy

skucha

Jacek Hugo-Bader, Skucha, Wydawnictwo Czarne, 2016
skucha

Czytałam miesiąc temu. Pierwszy czerwcowy weekend jest najlepszym z możliwych terminów, by o Skusze mówić i po nią sięgać. Powtórzyć pytanie i bardzo uważnie wysłuchać odpowiedzi tych, których na bohaterów wybrał Hugo-Bader. „Jak ci się żyje w Polsce, którą sobie sam wywalczyłeś?” Książka dotyczy konfrontacji z minionym 25-leciem. Jest lustrem podstawionym nam wszystkim, takim, jakimi dziś jesteśmy, o skrajnie różnych diagnozach polskiej rzeczywistości, o innym zapleczu emocji, które nami rządzą, innym zapotrzebowaniu na wolność i różnym natężeniu głodu wyrównywania rachunków. 

Warto czytać, bez dwóch zdań. Choć lektura nieco dźga i smakuje gorzko. 

Piszę (przełamując zramolenie) także dlatego, że naziemne życie książek trwa dziś zbyt krótko. Naziemne, czyli medialne, promocyjne, rozgrywane w czasie gorącej percepcji tekstu przez szerszą społeczność. Owszem, Hugo-Bader pisze reportaże, które się zauważa. I na tematy nieobojętne. A mimo to – wydaje mi się, że nagłośnienie powinno tu być dłuższe i wyrazistsze. Oczywiście, poza życiem naziemnym jest egzystencja podskórna, nurt głębinowy, póki co nie do zdiagnozowania. Podskórność jest niezależna od mody i bieżących motywacji. Nią się nie martwię. Natomiast szybkie znikanie gorących tytułów z publicznej wokandy przeraża mnie. Tym bardziej, że jest to dyktat kolejnych książek proszących o literackie bycie. Ludzie za dużo piszą, wydawcy za szybko wydają, czytelnicza przemiana materii niestety nie przyspiesza, a  koniunktura czytelnicza jest jaka jest.

Otóż, Jacek Hugo-Bader pracuje nad tryptykiem, który Skucha zwiastuje, będąc jego częścią drugą. W planach są Ćwiara i Refluks. Skuchę pisał 22 lata. Zaczął pięć lat po zwycięstwie opozycji w 1989 r. Wracał, gromadził materiał, przeprowadzał rozmowy i wreszcie nadał projektowi kształt reporterskiej książki. Ma dar przekonywania do swych pomysłów i chyba żadna promocja nie znaczy tyle, co rozmowa z Hugo-Baderem. Inteligencko-zawadiacki ton, bezpośredniość, błyskawiczne tworzenie więzi ze słuchaczem, gawędziarstwo. Celne ukłucia szpilą, niecenzuralne akcenty. Wróciłam do nagrania Z najwyższej półki (polecam), w którym Trójka wypikowała „przerywniki”, na szczęście piknięcia słychać. Rekomendacja Hugo-Badera jest tak silna, że lekko przyćmiła mi książkę, łudząc przejrzystym konceptem, który się zmącił  w czytaniu*.

Założenia do Skuchy były następujące. Wybrać ludzi, którzy walczyli o wolną Polskę i spytać ich, jak  tę wolność wykorzystali. Tylko kogo pytać? Selekcja ma znaczenie. Wybór padł na MKK (Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny NSZZ „Solidarność”), zwany też Firmą. Jedną z wielu podziemnych organizacji z lat „wojny jaruzelskiej”. Tę, w ramach której działał Hugo-Bader. A potem zawężenie kolejne: tylko ci, których autor znał osobiście, czyli „koledzy z partyzantki”. Jasna rzecz, że to, co mogłoby być ułatwieniem, było utrudnieniem.

Jeśli komuś się zdaje, że krąg 20 ludzi jest niereprezentatywny, zmieni zdanie diametralnie. Ci, którzy siedem trudnych lat szli w tym samym kierunku, po odzyskaniu wolności rozproszyli się promieniście. Wtedy byli młodzi (Kolumbowie, rocznik 50.). Lata, które upłynęły od 1989, to esencja ich dorosłego życia. Były sukcesem lub porażką, czymś zależnym od nich i czymś, w co zostali wmanewrowani lub co po prostu było ceną, jaką płaci się za wcześniejsze wybory.

„Wśród polskich konspiratorów przedostatniej dekady XX wieku panuje bezwstydnie egalitarny duch. Mamy tu arystokratów i chuliganów, takich, w których żyłach płynie błękitna krew, i takich, u których jest to roztwór pół na pół z bimbrem; takich, którzy mają siedem klas, i takich z doktoratami; ludzi, którzy piszą uczone eseje o rewolucji francuskiej, wolności, równości i braterstwie, i ludzi, którym Komuna Paryska kojarzy się tyko z placem na warszawskim Żoliborzu”. Tych, którym przypadną w udziale ministerialne teki i tych, którzy zostaną bezrobotni, bezdomni i pominięci nawet przy świętowaniu rocznic.

Mówi Hugo-Bader w rozmowie – wybrałem gladiatorów, buntowników, herosów. Ale czas zrobił z nimi swoje. Poturbował, zranił lub choćby postarzał. A z wiekiem coraz trudniej jest konfrontować się z tym, co boli. Człowiek robi się kruchy, bezradny. Wie, że już nie wyprostuje, nie naprawi, nie wymyśli sam siebie na nowo. Zostaje bagaż, który kilkakrotnie, w tym również w tytule, jest określany jako SKUCHA.

Dawno nie miałam w ręku tak gorzkiej opowieści. Szalenie interesującej, bo ludzie, którzy się tu pojawiają są nietuzinkowi. Żyją intensywnie, ryzykancko, czasem awanturniczo. I z jednej strony (tej społecznej) Skucha jest wnikliwą diagnozą dzisiejszych rozczarowań i wczorajszych błędów. Niedoraźną, niesłużącą zbijaniu kapitału jakiejkolwiek partii, lecz pytającą o los generacji. Żeby nie wykrzywiać intencji, dodam, że Skucha nie lansuje „Polski w ruinie” i tego typu populistycznych głupot. Tytułowy błąd nie jest wytykany żadnym „onym”, tylko sobie i nam. Hugo-Bader, skądinąd podkreślający, że należy do tych zadowolonych z życia, nie odcina się od przeoczeń. Z rozmowy w Trójce:To jest także nasza skucha. Również moja, bo jestem elementem mozaiki. O tyle ważnym, że jako reporter opisuję społeczeństwo i mam obowiązek pokazywania miejsc bolących. A ja se, kurwa, opisywałem to, co na Kołymie czy na Dalekim Wschodzie, Wietnam i Mongolię opisywałem. No, Michał, kurde balans”. Wina, nie-wina. Poczucie, że nie wszystko jest ok. I solidarnie za to odpowiadamy. 

Z drugiej strony – Skucha ma wymiar uniwersalny, bo zderza czytelnika dowolnej generacji najpierw z mitem na temat tego, o co w życiu chodzi i że robimy, co trzeba, by to osiągnąć, a potem z deziluzją i smutkiem. Mam wrażenie, że wszystko, na co patrzy się z takiej nostalgicznej perspektywy jest zaprawione posmakiem gorzkich migdałów.

***

Kłopoty z nadmiarem koncepcji

Teraz, gdy książka wraca do mnie już przeczytana, widzę zdecydowanie pełniej niż wtedy, gdy się gubiłam w tropach. Doceniam, polecam, zapamiętam. W trakcie lektury miałam wrażenie nadmiaru.  Bo Hugo-Bader pisze literacko i ma 1001 pomysłów na dobudowanie drugiego dna. 

Tekst podzielony jest na trzy części: 1) Kolumbowie, rocznik 50., 2) Siedem lat w trumnie, 3) Początek świata szwoleżerów. Świetne, intertekstualne tytuły (aluzje do książek Bratnego i Brandysa). Potem każda z części rozpada się na kilkadziesiąt rozdzialików. Większość z metaforycznym nagłówkiem. To każe główkować, łączyć, tropić. W sumie – rozprasza. Z każdym z bohaterów przebywa się króciutko, każda postać wielokrotnie wraca, trzeba ją sobie poskładać z fragmentów. Bohaterów jest wielu i zanim człowiek wsiąknie, może się zgubić. Jest kilku Andrzejów, trzy Ewy (w tym jedna, która była Markiem), jest Michał zwany Tomkiem, Fred zwany Tolkiem, Staś zwany Adamem i w ogóle, prawie wszyscy mają pseudonimy. To raz.

Dwa – materiały są z różnych lat. Z rozmów bezpośrednich, z blogów i wpisów internetowych (tam, gdzie obrażeni na rzeczywistość bohaterowie odmówili rozmowy), z reportażu napisanego w 2009, teraz na nowo posklejanego, wreszcie z kompilacji kilku osób w jedną etc.

Do tego dorzućmy pomysły Hugo-Badera na lejtmotywy przeplatające opowieść, wypływające raz po raz na powierzchnię. Lejtmotyw tytułowej „skuchy”. Albo psów – często podniesionych do rangi metaforycznego odpowiednika ludzkiego losu. W ogóle: ktoś powinien napisać o Skusze, śledząc wtrącenia o pieskim życiu. Poza tym – motyw poturbowania i epigońskiej potrzeby walki. Widoczny niemal w każdej historii. To trzy.

Cztery – wtrącenia metaliterackie, czyli uwagi reportera o pisaniu reportażu. Owszem, reporter jest jednym z bohaterów, kimś przynależnym do świata opowieści. I te uwagi są ciekawe. Ale rozgrywają się na dobudowanym piętrze.

Wszystko ok, zgodne z hybrydyczną naturą gatunku i zasadami sztuki. Pomysłów na łączenie i zestawianie z sobą puzzli jest tyle, że można by Skuchę czytać po wielokroć. Tym bardziej, że jeśli jedną z wielu koncepcji pominiemy, to coś zazgrzyta. Np. rozdział o psich kupach bez odniesienia do wielokrotnych „pieskich aluzji” wydaje się ciałem obcym. Jeśli nie wyjaśnimy sobie, dlaczego wszystkie rozdziały o Michale Bonim mają w tytule „tajemnica”, może irytować ta powtórka etc. 

Nie twierdzę, że bogactwo pomysłów jest złem. Mówię tylko, że czytało się kłopotliwie.

***

Jakby nie było, opowieść Hugo-Badera ma niesamowitą moc. Historie, z których każda wywołuje dreszcze (podziwu, bólu, smutku), są katalogiem portretów. Właściwie nie katalogiem, lecz kolejnymi warstwami, dzięki którym portret pokolenia nabiera wyrazistości. Skucha zostaje ze mną w tych indywidualnych losach, w tytule, który – niestety – jest niezwykle trafiony, i w diagnozie, otwierającej oczy, uszy i myśli na ludzi, których przytłacza rozczarowanie i z napędu frustracji są gotowi na wiele lub niepokojąco bezsilni.

zawsze nie ma nigdy

Zawsze nie ma nigdyJerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, Wydawnictwo Literackie
Zawsze nie ma nigdyNie recenzja a anons. Rozmowa z Pilchem o Pilchu wychwytuje z jego życia różne wątki, komentuje je pilchową frazą, sama w sobie jest wyborem, szukaniem różnych oświetleń etc. Pisanie o tej książce wydaje mi się dublowaniem (acz niepomiernie mniej sprawnym) tego, co już zrobili rozmówcy. Nie zaanonsować jednak nie mogę, bo przyjemność miałam ogromną.

Autobiografizm to w prozie Pilcha trakt główny. Wcześniejsze Dzienniki (dwa tomy), podjęta (i zarzucona) na łamach „Tygodnika Powszechnego” próba autobiografii. Poza tym felietony – w jakiejś olbrzymiej chyba liczbie – mają subiektywizmów pilchowych co niemiara. Proza też. Jedna bardziej, inna ciut mniej, ale zawsze. Więc czyta się o Pilchu za każdym razem, gdy Pilch pisze o czymkolwiek. A jeszcze nadmienię, że in statu nascendi jest biografia pisana przez Katarzynę Kubisiowską (Pilch się nie wtrąca, aprobuje bez autoryzacji).

Mniejsza o to, o czym się tu mówi, dużo istotniejsze – jak. Ważne, że rozmówczynią jest ktoś bliski Pilchowi (Ewelina Pietrowiak to jego muza z czasów Pod mocnym aniołem). I że – choć napomina się o problemach z głosem, tudzież różnistych zniżkach formy fizycznej – kondycja Pilcha-opowiadacza jest niezmiennie wysoka. To stary wyga gawędziarstwa, szafarz anegdot, ripost i puent. Złośliwych jakby ciut mniej niż można by oczekiwać, ale niezmiennie (auto)ironicznych, podszytych zmysłem humoru, którego nikt Pilchowi nie odmówi. Wołami nie odciągną tego, kto zacznie czytać.

Jeśli Pilch sięga po autobiografizm, pisząc teksty stricte literackie, to świadomie. Ceni dewizę realistów: opisz swoją wieś, a opiszesz świat. Musi być babka Czyżowa, biskup Wantuła i pani Mazurowa, bo to filary. A w dygresjach kolejni niepospolici. Tischner przemknie tu i tam, Filipowicz, a za z nim Szymborska. Mariana Stali nie może zabraknąć, bo wszędzie był i wszystko wie. 
„Urodziłem się w Wiśle, arcyciekawym miejscu, i z natury rzeczy – na początku lat pięćdziesiątych – w arcyciekawych czasach. Ale czy dla człowieka piszącego są miejsca, czasy, rzeczy, ludzie – jego miejsca, jego ludzie, jego czasy, jego rzeczy – niewarte uwagi? Wszystko, co się znajduje w polu jego widzenia, ma metafizyczną nadwyżkę”.

Człowiek piszący i człowiek czytający. O takim Pilchu jest tu najwięcej. Mogłabym przepisać z pół książki, gdyby to z prawem autorskim nie kolidowało, a i tak byłby to ledwie wybór miejsc zakreślonych. Szalenie mi się te metaliterackie dywagacje podobają. Zwłaszcza, że mówi ktoś, kto umie pisać. A jak potrafi czytać! – to jest dopiero coś, w czym chciałabym u Pilcha praktykować! Że odkrył Masłowską, to wiadomo. Podobno według Stasiuka to Pilch pierwszy entuzjastycznie wyraził się o jego Murach Hebronu. A Zygmunt Miłoszewski wyłonił się z konkursu na opowiadanie, który Pilch (na łamach „Polityki”) zorganizował, rozczytał, po czym zwycięzcę wskazał. To jest nos.

Co do pisania – najmocniej zapamiętałam nutę nieuchwytności przyszpiloną sentencją: „W obliczu tego, co nienapisane, rzeczy napisane zawsze bledną”. Dopóki się słów nie ustawi według wymyślonego porządku, można mniemać, że tworzy się rzeczy najprzedniejsze i „ekstra virgin”, co zmaterializowane niemal nigdy się nie potwierdza. A inny smaczek, to gdy Pilch podpytywany o to, jak dobrą literaturę wyczuć i jakie kryterium względem siebie stosuje, sięga po kryterium intuicji.

„Czuję frazę, a fraza ma swoją tonację. Ale jest to bardziej intuicyjne, trudne do opisania. Z drugiej strony, jak to świętej pamięci Henryk Bereza mawiał: trzeba się znać na literaturze jak na wełnie. Dobry krawiec, który ma uszyć ubranie, bierze do ręki materiał i od razu wie, czy się nadaje na garnitur czy na płaszcz. To się czuje. Nie musi uszyć, by wiedzieć, tylko dotknie i wie”.

Pilch pisaniem żyje. W znaczeniu tyleż zawodowym, co egzystencjalnym. Niektóre z wyznań łączących pisanie z samotnością (niemal totalną) mrożą konsekwencjami i – gdyby ktoś żywił romantyczne złudzenia – rozwiewają mrzonki. „… dostosowałem świat do mojego biurka” – nie oznacza to izolacji, z czegoś przecież trzeba brać materiał do szycia, ale ustawienie hierarchii. Co o tym myśleć? Nie jest to przecież żadna żelazna zasada, a jedynie (aż) konkret z życia Jerzego Pilcha. To, co bardzo odpowiada mi w tym wywiadzie-rzece, to wyważenie tonu. Są przecież wyznania na tematy arcyważne, nawet ostateczne. A nie ma patosu, nadęcia, tonacji prawd objawionych, żadnych emocjonalnych wymuszeń. Gdy rozmówczyni usiłuje wydobyć od pisarza wyznanie, co postrzega jako swą zaletę, pada (bo paść musi) dbałość o porządek i pracowitość. Luterskie z ducha. Ale tuż za nimi drepcze skromność. Co jest o tyle zjawiskowe, że Pilch to facet i skromny, i nie nazbyt pokorny zarazem. Autoironia jest kodem, który to scala. 

Bo też Pilch ma dziwactw krocie. Począwszy od tych 39 zaostrzonych ołówków, gotowych do służby, po szafę pełną spodni i koszul. Nie pada liczba, lecz wyobrażam sobie ilości hurtowe. Koszule czarne (w użyciu i jeszcze nierozpakowane), a w sąsiedztwie koszule „wielobarwne”, czyli białe. Na moją wyobraźnię działa też mania spacerowa. Nie wiem, czy wciąż aktualna? Pilch bowiem samochodu sobie nie zawłaszczył, a komunikacja miejska go irytuje. Ma takie naznaczenie, że wchodzi do niewłaściwych autobusów, co mocno mu wydłuża trasę. Antidotum na pomyłki jest w chodzeniu.

Jako że lepsza puenta nie przychodzi mi do głowy. A o Pilchu gadać można bez końca, więc niech będzie, że podniosę nawyk łażenia po mieście do rangi zaleceń dla wszystkich. Skoro można tym sposobem uniknąć choć kilku pomyłek, to łaźmy.


Lailonia

Leszek Kołakowski, 13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2015

Sięgnęłam „interesownie”, czyli zawodowo, ale warto bezinteresownie ten tytuł przypomnieć. Jasne, że pewnie wielu zna. Ze względu na autora, którego Mini wykłady o maxi sprawach, Czy diabeł może być zbawiony albo Moje słuszne poglądy na wszystko wpadły w niejedno czytelnicze oko, a skoro wpadły, to gdzieś tam, w którejś podocznej warstwie nadal tkwią. Znany na wyższych szczeblach nauk filozoficznych, z ciekawą biografią i po prostu renomą w intelektualnym świecie, jest Kołakowski zarazem kimś, kto sięga po formy przewrotne, literackie, na pewnym wygłupie oparte. 

Mówię „wygłup”, choć bajeczki mają swoje drugie, trzecie dno. I zawsze są o czymś istotnym, nawet jeśli trudno jednym zdaniem określić o czym. Ja sobie pookreślam, bo nie piszę pracy badawczej tylko bloga, więc z założenia nie będę łowić sensów wszystkich – takie zadanie odebrałoby mi cały impet.
13 bajek... OkładkaPierwsza sprawa: Lailonia. Kraina, której nie znajdziesz na żadnej mapie ni globusie. Próbowali tego bracia z pierwszej bajki, życie tracąc na szukanie. Skutek żaden. Lailonia istnieje w innej przestrzeni. Może być kostiumem, spod którego wyziera rzeczywistość polskich lat 60. Może być światem mentalnym, z tysiącem umownych zasad, które wywrócone na nice wyglądają dziwacznie, ale nie mniej dziwne są te, które akceptujemy z nawyku. Umowność jest względna. 

Dziś dopatrywanie się w tych historiach aluzji do PRL-u nie jest konieczne. Bajki bronią się bez tego. Są zwariowane i absurdalne. Zwięzłe, ale rozbudzające wyobraźnię i łączące konkret z abstrakcją. Czytając, nabieramy dystansu. Przede wszystkim do tego, co z przyzwyczajenia uważamy za oczywiste. Kołakowski usuwa nam grunt spod nóg. Stąpamy po grząskich piaskach krainy, w której ktoś chowa twarz do kuferka, dziurawi globus, walczy z naleśnikami, przegrywa z własnym garbem, który się usamodzielnia, eliminując nosiciela.

Po pierwsze: ukłon w stronę 35-letniego wówczas Autora, który łączył pisanie dzieł naukowych (filozofia XVII wieku czy filozofia egzystencjalna) z formą trochę popularyzatorską, trochę niezobowiązującą. Właśnie to uciekanie przed morałkiem jest tu czymś najcenniejszym. Po drugie: mariaż absurdu z logiką. Jak to jest zrobione?! Jak to możliwe, że fantazja, której nie brakuje pomysłów i racjonalnych wywrotek, jest zarazem tak „logiczna”?! To nie magia, cuda czy inne senne prawa tu panują, lecz te same, którym wierzymy, gdy po przebudzeniu uznajemy, że z grubsza wiadomo, dokąd i po co? A Lailonia przypomina, że to, co wiesz, tylko się zdaje.

Zanim przejdę do ulubionych, wspomnę, kogo tu można spotkać. Jest Gyom, który chce być kimś innym niż jest, Tat, marzący o sławie (z bylejakiego powodu), Nino, co nie używa twarzy, żeby wciąż była nieskazitelna. Pigu, któremu córka Memi napytała biedy. (Tu dodam, że imiona nie są przypadkowe: „Memi” w języku starolailońskim jest to czasownik oznaczający: „jeździć brawurowo na małym różowym słoniu bez ucha, potrząsając zarazem chorągiewką bladoniebieską z jedwabnej wstążki i kręcąc młynka palcami krwiście polakierowanymi”; śliczna Memi bawiła się często w ten sposób i stąd jej przezwisko). Rio, który ze wstydu, że nie pamięta koloru oczu ukochanej, zmalał doszczętnie. Król Hanuk, chcący zapewnić poddanym długowieczność i dający się zwieść dość pokrętnym receptom, w wyniku których naród wyginął. I Ditto wierzący w złośliwość rzeczy martwych, i Lina, wierząca w ich niewinność. Etam, któremu od niedojrzałych (kradzionych!) gruszek rozrosła się czerwona łata na spodniach – a przecież nie wiadomo, jak duża może być łata, by była dodatkiem do spodni a nie nimi… 

Trzy historie lubię najbardziej. Zacznę od trzeciego miejsca na podium, potem wzwyż.

Jak bóg Maior utracił tron
Ubi i Obi, wyrabiacze kulek kauczukowych, żyli w mieście, w którym obowiązywały prawa boga Maiora. Kto ich nie przestrzegał, temu groziło piekło, kto był posłuszny, miał gwarancję raju. Prawo brzmiało: „Trzeba wiedzieć, że to wszystko, co dla ludzi znajduje się na dole, dla boga znajduje się na górze – i odwrotnie – to, co dla ludzi znajduje się na górze, dla boga jest na dole”.

Wszyscy nawzajem zapewniali się, że tak właśnie myślą. „Kiedy więc, na przykład, nauczyciel mówił w szkole dzieciom, że strumienie płyną z góry w doliny, to od razu dodawał: „Ale dla boga płyną one z doliny w góry”. A kiedy ktoś oznajmiał, że zejdzie z mieszkania na dół kupić zapałki, dodawał zaraz, że dla boga zejdzie on w górę. Mówiąc, że ptaszek poleciał w górę, należało zaznaczyć, że dla boga poleciał on na dół itd”. Aż w Obim coś się przełamało i uparł się, że coś jest po prostu na górze i ku powszechnej zgrozie nie chciał się wycofać. „Co na dole, to na dole! Co na górze, to na górze! I już! Jak na dole, to nie na górze! Jak na górze, to nie na dole! I już!” Do piekła trafił, gdzie było zimno i wilgotno (!). A Ubi i inni do nieba. Mieli tam nakaz bycia szczęśliwym. No… i co? Pławić się w szczęściu na siłę, wygasić wątpliwości i empatię dla odrzuconych? A co z wolnością? Choćby miała być tylko prawem do wyboru kary. Jak sugeruje tytuł – Maior abdykował. A ludziom czas jakiś plątało się w głowie od wolności, ale jakoś się w niej odnaleźli.

Opowieść o największej kłótni 
Bracia byli trzej, najstarszy, średni i najmłodszy: Eino, Aho i Laje. Pierwszy miał swoje zdanie, którego się trzymał, drugi pewność, że jest inaczej, a trzeci był niezdecydowany, więc balansował między racjami. Wyruszyli w drogę, długą i niebezpieczną, trzymali się razem, by nie dać się pożreć złu. Droga się rozgałęziła i mogli dalej iść prosto, w lewo lub w prawo. Szukali szczęśliwego miejsca do życia. Każdemu z braci zdało się, że prowadzi do niego inna droga. Pierwszy wymusił, by poszli za nim (prosto), drugi uległ, ale marudził, że to pomyłka, trzeci wciąż niczego nie wiedział na pewno.

Nigdzie nie jest tak, by człowiek nie myślał, że gdzieś mogło być lepiej. Średni brat – trochę na złość – wyruszył, by dotrzeć do rozstajów i pójść na prawo, tak jak podpowiadała mu intuicja. Wieść niesie, że zginął. Najstarszy wciąż był pewien, że jego wybór był jedyny i nikt inny nie miał racji. A Laje, ten najmłodszy, co wciąż się wahał, wyruszył w drogę, by szukać lepszego świata. Nie na złość, ale dlatego, że nadszedł czas, by szukać i wybierać. Hmm… nie wiadomo, czy był to wybór szczęśliwy. Kto wie, co lepsze: uwierzyć, że to, co się wybrało jest dokonane i nie gdybać, czy jednak pielęgnować zrywność do dalszej drogi?

Oburzające dropsy
Była sobie rodzinka. Każdy miał swojego bzika. „Gia lubił palić poobiednie cygaro, siedząc w fotelu z pióropuszem na głowie. Taki już miał zwyczaj i nie było w tym właściwie nic dziwnego. Ludzie mają różne przyzwyczajenia i nie powinno się nad tym wydziwiać; Gia na przykład miał brata Pepi, który nie mógł zjeść śniadania, zanim nie upolował co najmniej czterech kormoranów, drugi jego brat Kaku łykał obręcze od beczek, siostra Heja nosiła dwadzieścia orderów na plecach, a druga siostra Hipa łowiła szympansy na lasso i grała na loterii. Każdy więc ma, jak z tego widać, pewne drobne dziwactwa i trzeba wszystkich zostawić w spokoju”.

Może i trzeba, bo ludzie się różnią. Każdy to wie, lecz każdy się jednak irytuje, bo niewiele trzeba, by cienką linię przekroczyć. A irytacja rośnie jak ciasto drożdżowe. Coś najnaturalniejszego w świecie, gdy się rozświeci złym światłem, działa na nerwy. Pięcioro rodzeństwa wpadło w furię i o tyle skutecznie, że irytowali się wespół zespół każdym po kolei. Atakowany był sam i pod naporem rezygnował z nawyku. Niekoniecznie rozumiejąc perswazję. Jak się żyje z kompromisem? Niełatwo. Bo irytacja wobec innych nie mija, a poczucie krzywdy gęstnieje. Kozioł jest potrzebny. W tej roli wystąpi młodziutka Kiwi, najmłodsza siostra, która powróciła do domu i miała to do siebie, że lubiła dropsy.

„I te dropsy dopiero doprowadziły spór domowy do ostateczności. Tego już naprawdę nikt nie mógł wytrzymać. Kiedy tylko Kiwi wracała do mieszkania i wyciągała paczkę dropsów, najstarszy brat Pepi zrywał się z fotela i pokazując w jej stronę palcem, wykrzykiwał z oburzeniem:
– O, o, dropsy! Ona je dropsy!
Średni brat Gia natychmiast przybiegał z drugiego pokoju i zaczynał tupać nogami ze złości.
– Co ja widzę? Dropsy! – grzmiał na cały głos. – Ona je dropsy!
Obie siostry, Heja i Hipa, niezwłocznie pojawiały się obok Kiwi, a młodszy brat Kaku był już także na miejscu. Zbiegali się wszyscy, obstępowali Kiwi ze wszystkich stron, prześcigali się nawzajem w głośnych wyrazach oburzenia i wołali jeden przez drugiego:
– Kiwi! Opamiętaj się! Dropsy! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz?
– Kiwi! Chyba jesteś nieprzytomna! Dropsy!
– Kiwi! Ty zwariowałaś! Dropsy!
– Kiwi! Chcesz zgubić całą rodzinę! Dropsy!
– Kiwi! Gdzie twoja moralność?! Dropsy!
– Dropsy! Dropsy! Dropsy!”

I tak do skutku, którego nie zdradzę. Zaznaczę jednak, że nie ma żadnej miary, która by orzekła, co jest normalne a co dziwne: jedzenie dropsów, połykanie obręczy, palenie cygara z pióropuszem na głowie, łowienie małp na lasso, polowanie na czczo na kormorany, czy noszenie medali na plecach. A komuś dostaje się po łapkach, by inny mógł się czuć fajniejszym.

I tak cytując na tamaryszku profesora Kołakowskiego (nie po raz pierwszy), zbliżam się do końca jak ten rok. Bez morału. Z niezupełnie wesołym bilansem. Z wątpliwościami. A nawet z podejrzeniem, że wszystko poza mną jest dziwne. Tylko raz po raz mam wrażenie, że odwrotnie.

13 pięter

Filip Springer, 13 pięter, Wydawnictwo Czarne 2015

Springer to marka. Reporter pytający o przestrzeń, o jej kreatorów, o mechanizmy, którym podlega „gospodarka architekturą”. Nie znam – niestety albo jeszcze – wszystkich tytułów, ale imponuje mi spójność tematyczna. Naturalną konstatacją jest założenie, że Filip Springer wie, co go interesuje i na tyle głęboko wszedł w temat, że znajduje w nim coraz to nowe pokłady, kuszące (lub dręczące) pytaniami, które należy zadać. 

Dla porządku więc przypomnę tytuły wcześniejsze: 1) Miedzianka. Historia znikania, 2) Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u, 3) Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach, 4) Wanna z kolumnadą

Tym, co napędza Springera, by pisać, jest wkurzenie, zdziwienie głupotą lub indolencją i – deklarowane w wywiadach – przekonanie, że w Polsce „ładniej nie będzie”, bo takie mamy mentalne i historyczne uwarunkowania. I to wynika po części z naszego gustu, po części z możliwości i z braku nawyku oddziaływania na to, co wokół. Również z ponadindywidualnych zjawisk i trendów. W 13 piętrach chodzi równolegle o dwie sprawy: o to, czym jest dla nas dom (gdzie go szukamy i znajdujemy) i o polską politykę mieszkaniową wraz z jej absurdami. Wkurzenie i osłupienie to emocje, które z czytelnikiem mogą pozostać na dłużej, więc ostrzegam przed realnym ryzykiem wdepnięcia w mało wakacyjny temat. Chociaż warto. Dla mnie to lektura ważna.
13 pięter

Sukces poprzednich książek doprowadził Filipa Springera do prestiżowych nominacji (Nagrody Literackie: Nike i Gdynia, Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego).
W styczniu 2014 otrzymał stypendium Fundacji Herodot i w ramach tego wsparcia przystąpił do świeżego projektu. 13 pięter to jego pokłosie. Podobno odzew na prośbę zamieszczoną w internecie był obfity: „Jeśli ktoś chciałby mnie zaprosić na herbatę (tradycyjnie mogę przynieść swoją) i opowiedzieć mi o swoich niecodziennych albo bardzo typowych przygodach mieszkaniowych, to niech się nie waha”. Ludzkie opowieści zebrane w roku 2014 to jeden z komponentów reportażu. Drugim są rezultaty historycznego śledztwa, dotarcia do reportaży i dyskusji publicystycznych sprzed wojny. 

Pomysł kompozycyjny prezentuje się tak: część I dotyczy tego, co wydarzyło się po odzyskaniu niepodległości, gdy zdawało się, że wszyscy odnajdą swój dach pod niebem wolnej Ojczyzny; część II zajmuje się analogicznym śledztwem ogarniającym epokę po 1989 roku, gdy łudzono się i rozczarowywano w podobny sposób. I tutaj Filip Springer wymyślił coś fikuśnego, co budzi mą rezerwę. Otóż zebrane opowieści posegregował według miejsca zamieszkania rozmówców: od piwnicy czy kontenerów, przez kolejne piętra do trzynastego. Czegoś tu nadto: albo problemy albo piętra, niepotrzebne dwa w jednym. 

***

Współczesność otwiera się zwierzeniami, czym jest przestrzeń, którą ludzie są gotowi nazwać domem:
„Żeby był dom, to ja muszę mieć taką pewność, wiesz, taką bezpieczną pewność, że jeśli tylko zechcę, to będę mógł zasnąć w każdym pomieszczeniu”.
„Dziecko, koty, książki. W dowolnej kolejności”. Kto inny mówi „zapach” albo „ciepło”.
– Miejsce, w którym „możesz powiesić swoje obrazki na ścianach”.
Odpowiedź Autora (nie ma jej w książce, ale usłyszałam w radiowej audycji): „to przestrzeń, którą chcesz po swojemu modelować i ulepszać”.

Nie każdy ma dom, nawet jeśli nie śpi pod gołym niebem.

***
 Dwudziestolecie międzywojenne

Ogromny „głód mieszkaniowy”, nie do zaspokojenia. Dominuje perspektywa warszawska, stolica rozrasta się do 1,3-milionowego miasta. Ci, którzy budują nowoczesne wille lub stają się właścicielami kamienic, gdzie wszystko lśni (szał na lustra i chromowane dodatki) to ledwie kilka procent społeczności. Z liczbami ostrożnie, bo są zmienne – ale nie na tyle, by mówić, że problem się rozwiązuje. „To oni bywali w teatrach i na dansingach, jadali u Bliklego, kupowali buty u Kielmana. I to oni zapełniają karty licznych książek poświęconych polskiej belle époque. Dwa procent – może trochę więcej. Reszta nie mieści się w kadrze”.

Mam w głowie Gojawiczyńską, Uniłowskiego, Nałkowską – i kamienicę Cecylii Kolichowskiej z symbolicznym stropem, który dla ludzi z salonu jest podłogą, dla tych z piwnicy sufitem. Literatura. A tu non-fiction. Springer szperał w przedwojennych reportażach i rejestrach, które przerażają. 

Najbardziej tym, że miasto (państwo) nie ma pomysłu, co z problemem zrobić i działa doraźnie, często zwielokrotniając kłopoty. Na przykład buduje schroniska, baraki, w których upycha biednych. Raczej szpetne noclegownie niż domy. Później zagęszcza izby lokatorami. Tam, gdzie według skromnych wyliczeń miało mieszkać stu, „mieszka” dziewięciuset. W sześciometrowym pokoju: babcia z synem i wnukiem, małżeństwo z dzieckiem i dwóch kątowników (sublokatorów dochodzących). Noclegownie to najniższy szczebel, a osunąć się z wyższego bardzo łatwo. Bezpardonowo przeprowadza się eksmisje, kto nie płaci, trafia na bruk bez perspektyw – towarzyszy temu wzrost prób samobójczych. 

Na moją wyobraźnię silnie zadziałał obraz tych, którzy budują się mimo wszystko, desperacko walcząc o jako taki status. Daremność tej szarpaniny jest przygnębiająca. Na przykład: kupują działkę, na którą odkładają przez kilka lat. Płacą za ziemię najtańszą, nieuzbrojoną, odległą od miejsca pracy, o wielkości domu, który chcą na niej postawić. Nie mają zgody ani planów budowy, chcą stawiać dom o własnych siłach. Bez fundamentów. I w ekspresowym tempie – np. od sobotniego popołudnia po niedzielny wieczór. By strażnicy nie przyszli z zakazem. Wykorzystują to, co mają. Jakieś przegniłe dechy, cegły z odzysku, blachę, kawałki papy etc. Potem się okazuje, że nie starcza, więc modyfikują plany. I zamiast domku o 9-metrowej powierzchni mieszkalnej, z jednym oknem, powstaje dziupla bez okna, którą wietrzy się otwarciem drzwi.

Jeden z przedwojennych reporterów puentuje: „Mieszkaniem można zabić jak maczetą”.

„Mieszkania dla najuboższych zaczną powstawać dopiero wtedy, gdy zacznie się to opłacać komukolwiek oprócz nich samych. Na to się jednak nie zanosi”.

Opłacalność może mieć wymiar stricte rynkowy i forsuje ją np. Klarner. Jest popyt, jest rynek i jeśli tylko państwo kiwnie przytakująco (preferencyjnymi kredytami i ziemią), interes obustronny jest realny. Opłacalność może mieć wymiar społeczny, z szeroko zakreślonym kręgiem beneficjentów. I tu naprawdę dużo pozytywnych emocji unosi się nad Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową i ludźmi o lewicowych poglądach, niespożytej energii i pasji. Teodor Toeplitz (a wraz z nim m.in. Stanisław Tołwiński) mają imponujący projekt budowy osiedli (kolonii) dla robotników, stawiając na mieszkania do wynajęcia i infrastrukturę społeczną (ośrodki zdrowia, przedszkola, szkoły itp). Jest wizja, są dalekosiężne plany. Niestety, za bardzo wybiegające w przyszłość, by polityczna władza zdążyła spić śmietankę. Gorycz, płynąca z obserwacji przedwojennej polityki, jest dwojaka. Raz: mimo spektakularnych sukcesów, społecznicy niewiele mogą bez zielonego światła politycznych elit. Dwa: błędy tamtych czasów przenieśliśmy w ostatnią dekadę wieku XX, nie wyciągając żadnych wniosków. I to wydaje się najbardziej trwałym rysem polskiego myślenia o polityce mieszkaniowej. Powtarzalność błędów i prymat działań doraźnych nad perspektywicznymi, co rodzi podejrzenia o brak jakiejkolwiek wizji.

***
 25-lecie „popeerelowskie”

To, z czym przyszli do Springera jego rozmówcy, to szeroki wachlarz mieszkaniowych bolączek. Od dzikiej prywatyzacji i bezwzględności „czyścicieli” kamienic, przez lokowanie bezdomnych w miejscach nie do życia (poznańskie kontenery), perturbacje z deweloperami, po dwa najsilniej zasygnalizowane przez Autora tematy: wynajem od prywatnych właścicieli i zaciąganie wieloletnich kredytów (nie tylko we frankach szwajcarskich). 

Springer ma mocne argumenty, ale gdyby ktoś myślał inaczej, może je traktować jak ważną trampolinę w dyskutowaniu o polityce mieszkaniowej. Trochę upraszczam, ale sedno przekonań Autora to niechęć do kredytomanii i aprobata wynajmowania. Z zastrzeżeniem, że nie od właściciela, który może według kaprysu wypowiadać umowę, narzucać zakazy i nakazy (przymus akceptowania jego gustu), czy podwyższać ni z tego ni z owego czynsz. Springer lansuje ideę zachodnioeuropejskiego mieszkalnictwa, w którym 70-80 procent lokali trafia na rynek najmu. I chyba powinnam dorzucić, że nie o wolny rynek tu chodzi, bo ten na ogół dziczeje.

Oczywiście, trzeba sięgnąć do książki, by zrozumieć mechanizmy i szanse na zmianę kierunku. Możliwe, że moje odczytanie zawiera niebezpieczne skróty. A na pewno nie oddaje emocji, które są przypisane konkretnym ludzkim losom. Bo dramatycznych historii jest wiele. Sięgnę może po tę nie tak znów skrajną i niepozbawioną nadziei. Bohaterka radzi sobie w życiu. Ale uderzyło mnie, jak mocno przeróżne trendy i tendencje sterują wartościami. Chodzi o propagowanie zdolności kredytowej jako miary sukcesu życiowego, a co za tym idzie (!?) – wartości człowieka. To opowieść o pewnej relacji między nią a chłopakiem, zakończonej rozstaniem. Więc załóżmy, że tak było: dogadują się, planują wspólne bycie, mieszkają razem. „Któregoś razu przyszedł i powiedział, że może by już w tym wynajętym dłużej nie mieszkać. Że może kupić. Że chciałby ze mną”. Fajny pomysł, ale dziewczyna nie ma kredytowej zdolności. „Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna”.

Celowo wyciągnęłam przykład, którego sedno polega na niejednoznaczności. Dla mnie to kuriozalne, cyborgowate.  Ktoś inny powie –  no tak, trzeźwe myślenie. Aprobata dla „dorosłości” rozumianej jako „zdolność kredytowa” ma wielu wyznawców. Springer stawia tezę, że to jedna z największych manipulacji, jakie nam zaserwowano. Kolejne historie naświetlają temat.

***

Czuję, jakbym dopiero zaczynała prezentować książkę, a zużyłam na to już ponad tysiąc słów (1400). Dla mnie ta lektura jest cenna ze względu na jej krój reporterski. Tym samym dołącza do innych ważnych książek non-fiction. Ale jest też niesamowitym źródłem wiedzy, próbą zderzenia konkretnych życiowych perypetii z mechanizmami, za którymi stoją (lub nie) polityczny interes i troska o wspólną przyszłość. Naprawdę można poczuć dreszcz niepokoju. Bo jeśli nie ma Godota, to i Wizji może brakować. Strach myśleć.

gniewny szeryf

Zygmunt Miłoszewski, Gniew, Grupa Wydawnicza Foksal (W.A.B.), Warszawa 2014

Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że nie zanosi się na burzę. Upał jest stanem zakodowanej w pamięci acz nierozpoznawalnej przez opary mgły aberracji. Wokół panuje mżawka. Zamarzająca na szybie samochodu, nim wycieraczki zdążą ją rozchlastać. 

„Trwa warmińska jesień, jest szaro i brzydko, bez względu na wskazania termometru wszyscy czują tylko to, że jest cholernie zimno. W powietrzu wisi mgła, a na ulicy zamarza mżawka”.

GniewPowieść kończąca trylogię kryminalną z prokuratorem Szackim w roli głównej ukazała się w październiku (2014) i wszyscy fani Miłoszewskiego dawno zdążyli ją przeczytać. Ja sobie przyjemności dawkuję. Odczekałam po Ziarnie prawdy kilka miesięcy, odczekam kolejne nim wezmę się za Uwikłanie. Jeśli to prawda, że jeden z nielicznych polskich pisarzy kryminałów utrzymujących się z pisania (Czubaj w wywiadzie do DF (15.07.15) wymienia jeszcze Wrońskiego, Krajewskiego i Bondę) zmienia specjalność, to po pierwsze żal, po drugie brawo.

Prokurator Teodor Szacki to super postać! Motywowana jakąś wściekłością na łajdactwo i rozciamcianie współczesnego świata. Głęboko nie zgadza się z bezprawiem, ale irytuje go również zbyt pobłażliwa szefowa, która chce być w zgodzie i „na ty” z całym światem.

„Zarządzanie poprzez serdeczność, przyjacielskość i dowcipasy zawsze działały mu na nerwy. Wolał po prostu załatwić sprawę. W Olsztynie było wyjątkowo źle, od razu przechodzenie na ty i żarciki, a drzwi do gabinetu Ewy były zawsze tak ostentacyjnie szeroko otwarte, że jej sekretarka musiała cierpieć na chroniczne przeziębienie”.

Szacki (podejrzewany niesłusznie o cynizm) jest złośliwie inteligentnym, dowcipnie przenikliwym i introwertycznie sztywnym księciem w najlepiej skrojonym garniturze w tej części świata. Obojętnie czy mówi ripostami czy perorą, jest w tym znakomity. Choć – już przy Ziarnie prawdy miałam takie wrażenia – gdy rozmowy trwają zbyt długo, to jednak Miłoszewski ociera się o „objaśniactwo”. I tak jak nie lubiłam w Ziarnie… sceny z rabinem, tak w Gniewie obniżyła mą czytelniczą radość scena przedkulminacyjnej rozmowy z mordercą.

Chcę jednak w krótkich deklaracjach wyrazić mą atencję wobec tego, co robi Zygmunt Miłoszewski. Po pierwsze: nie sposób się oderwać. Mądrze, dowcipnie, z sensem napisane. Bezpretensjonalnie. To jest kryminał (nie traktat o wszystkoizmie). Ale kryminał, w którym każdy element układanki jest warsztatowo dopracowany (bohater, „operowa” zbrodnia, codzienność, diagnoza społeczna, tajemnica i sposób odsłaniania kurtyny). Po drugie – kryminał z ważnym społecznym dylematem w tle. Tym razem chodzi o przemoc domową, skalę tego zjawiska i idącego z nim w parze upośledzenia tych, którzy nie widzą, nie słyszą, nie ujawniają. Jak trzy małpy. Po trzecie: niepocztówkowy, lecz sympatyczny portret polskiego miasta. Padło na Olsztyn i dostało mu się za brzydotę architektoniczną i rozstrajający nerwy system zmiany świateł drogowych. Po czwarte: zbrodnia zbrodnią, ale poczucie humoru to wartość, która nokautuje konkurencję. I żaden tam pobłażliwy, ciociny humor, który rozpogadza. Raczej marudny, wybrzydzający, bezlitosny, jednak autoironiczny i błyskotliwie nadający temu, co wyśmiane piętno nie szyderstwa, lecz zamaskowanej sympatii. 

Notka krótka, bo tuż przed NH i innymi rozjazdami (m.in. tropem sandomierskich przygód Szackiego). Dołączę więc kilka fragmentów (wybranych rozmyślnie jako zaczep do niezaistniałych rozważań), które podkreślą, że najlepiej to jednak pić ze źródła.

***
Podobnie jak w Ziarnie prawdy Miłoszewski porządkuje dni kartką z kalendarza, w której miesza ze sobą rzeczy ważne i mniej, światowe i lokalne. Wyliczanki są bardzo na plus ogólnych wrażeń z lektury.

„W rocznicę śmierci Adama Mickiewicza swoje urodziny obchodzi, jak co roku, Tina Turner”. (26.11) 

***
„Szacki nawet nie uśmiechnął się w odpowiedzi. Na schodach odetchnął głęboko listopadowym powietrzem. Czuł się słabo i kręciło mu się w głowie. Czuł się słabo, bo gdyby nie przyzwyczajenie z Warszawy, rutynowo kazałby pewnie zakopać szczątki, a razem z nimi dowód niecodziennej zbrodni. Oczywiście martwiło go trochę, że sprawiedliwości nie stałoby się zadość. Ale na myśl, że mógł się pozbawić najbardziej obiecującej sprawy od lat – na tę myśl naprawdę ugięły się pod nim nogi”.

***
A propos całkiem licznych tropów intertekstualnych:

„Leżał na łóżku i czytał Lemaitre’a. Tak jak zwykle stronił od kryminałów – nie dość, że wydumane i przewidywalne, to jeszcze skrzętnie omijały prokuratorów – to musiał przyznać, że Francuz był naprawdę dobry”.

***
Ciąg dalszy rozczarowań szefową:

„Na samym początku ich znajomości zapytała, czy zwracać się do niego Teodorze, czy może woli Teo lub Teddy. Szacki, który z zasady nie przechodził z nikim na ty, odparł, że wolałby pozostać przy formach grzecznościowych. Szarejna wybuchła taką wewnętrzną wściekłością, że mało jej nie spadł pluszowy kombinezon. I zapewniła, że oczywiście, rozumie, po czym zaczęła się do niego zwracać „panie Teo”, wymawiając to zawsze bez pauzy − jak „panieteo” − dzięki czemu jego imię brzmiało w jej ustach jak włoski deser albo marka odświeżacza do kibla”.

***
I nieco kontrowersyjna, lecz ostatecznie i tak pochwalna, uwaga o urodzie ojczystych stron:

„Polska jest brzydka. Oczywiście nie cała, żadne miejsce nie jest całkowicie brzydkie. Ale jak wyciągnąć średnią, to Polska jest brzydsza niż jakikolwiek kraj w Europie. Nasze piękne góry nie są ładniejsze od czeskich czy słowackich, o Alpach nie wspominając. Nasze pojezierza to daleki cień skandynawskich. Plaże lodowatego Bałtyku rozśmieszają każdego, kto odwiedził kiedykolwiek te nad Morzem Śródziemnym. Rzeki nie przyciągają podróżujących jak Ren, Sekwana czy Loara. Reszta to nudny, płaski teren, częściowo zalesiony, ale też żadne puszcze Śródziemia to to nie są, w porównaniu z dzikimi ostępami Norwegii czy krajów alpejskich wypadamy blado.

Nie ma cudów natury, które zdobiłyby okładki międzynarodowych albumów podróżniczych. Niczyja to wina, po prostu osiedliliśmy się na nudnych, rolniczo obiecujących terenach i tyle. Co wyglądało sensownie w epoce trójpolówki, w czasach międzynarodowej turystyki już takie oczywiste nie jest.

Nie ma też miast ładnych w całości. Nie ma Sieny, Brugii, Besançon, Bazylei czy chociażby Pardubic. Są miasta, w których jak dobrze spojrzeć i za bardzo nie obracać głowy, a już broń Boże nie iść przecznicę dalej, można zobaczyć ładny fragment.

Niczyja to wina. Tak jest i tyle.
Ale są chwile, kiedy Polska jest najpiękniejszym miejscem na świecie. To majowe dni po burzy, kiedy zieleń jest soczysta i świeża, chodniki lśnią wilgocią, a my wszyscy zdjęliśmy po raz pierwszy od pół roku płaszcze i czujemy, że udziela nam się potęga sił natury.

To sierpniowe wieczory, rozkosznie rześkie po całym dniu żaru, kiedy zapełniamy ulice i ogrody, żeby zaczerpnąć powietrza, złapać końcówkę lata i czekać na spadające gwiazdy.

Ale przede wszystkim to pierwszy prawdziwy zimowy poranek, kiedy wstajemy razem z dniem po całonocnej śnieżycy i widzimy, że świat za oknem zamienił się w bajkową scenerię. Wszystkie mniejsze defekty zostały zakryte, te większe ciut przysłonięte, a najgorsze brzydactwa zyskały szlachetną w swojej prostocie, białą, lśniącą oprawę. „

Ludwiczka :)

Anna Świrszczyńska, O wesołej Ludwiczce, ilustrowała Janina Krzemińska [w:] Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

Ludwiczka w tarapatach

…I każdy powinien ją mieć! … Jak konika na biegunach!

Mowa o pierwszej książeczce, czytanej jeszcze bez znajomości liter, mimo to samodzielnie, siłą pamięci i częstych powtórzeń. Była wydana przez Naszą Księgarnię. W formacie A-4, z twardą okładką w kolorze czerwieni i ciemnego miodu. Pewnie na tylnej okładce był stempel z czarnym kotem w czerwonych butach, z napisem na brzuszku: „Moje książeczki”. Na wklejkach miała kwadraty z figurkami z piernika (król i serduszko). Wewnątrz obrazki – na pół strony tekstu, półtorej strony ilustracji. Litery dość duże, lecz nie kulfony jak dla smarkaczy – to był już tekst do czytania.

„Była sobie wesoła, bardzo wesoła Ludwiczka. Jak się myła, to śpiewała. Jak szła, to podskakiwała. A jak spała, to się uśmiechała przez sen i wtedy na policzkach robiły jej się dwa ładne, zabawne dołeczki. Nie płakała nawet wtedy, kiedy miała wziąć lekarstwo albo kiedy stłukła sobie kolano”.

Jeszcze ten etap, gdy wychowywała mnie Babcia. Skąd wzięła się książeczka i kto mi ją czytał? Mógł każdy, bo pewnie zadręczałam wszystkich wspólną lekturą. Nie pamiętam, ale to do mnie pasuje. Może jeden z drugim (siostry Mamy i ich znajomi) mieli pokątnie dość, podsuwali coś nowszego lub w ogóle sugerowali, żeby pobiegać lub pogadać z psem? A mnie było dobrze z Ludwiczką i piernikowym królem. Nie była lekturą tygodnia czy miesiąca, czytałam ją przez całą wczesną fazę dzieciństwa.

„Chcę mieć kolegę takiego wesołego jak ja. Żeby miał zawsze słodki humor, żeby się nigdy nie złościł i żeby mnie słuchał. Chcę mieć za przyjaciela króla z piernika. I poszła w świat szukać króla z piernika”.

Pamięć miałam wówczas wyśmienitą, wyćwiczoną ornitologicznie. Rozpoznawałam 100 gatunków polskich ptaków. Za sprawą gry planszowej: dziesięć plansz A-4, na każdej po dziesięć ilustracji. Nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w grze, ale te ptaszki przykrywało się tekturowymi kartami. Miałam więc sto fajnych, niegnących się kart z numerkiem i ptaszkiem. Mogłam sama je sobie przekładać i powtarzać who is who. Moja ówczesna specjalność. Co się porobiło z pamięcią? Nie pamiętam już tych ptaków, no część – bo gil był cudny albo sowa pójdźka, rudzik czy remiz. Tyle jednak uciekło. I proszę sobie wyobrazić, że zapomniałam również, co się zdarzyło wesołej Ludwiczce. Książka długo była w domowej biblioteczce. Porysowała ją długopisem młodsza siostra (niemożliwe, że ja!). Wciąż do użycia, więc któregoś dnia zniknęła. A mnie pozostał sentyment i gdy przeprowadzałam się do obecnego mieszkania, z którego okien mam widok na przedszkole imienia Wesołej Ludwiczki, pomyślałam, że może być,  to dobry znak.

” – Puk, puk!
 – Kto tam?
 – Czy tu mieszka król z piernika, co się nigdy nie złości?
 – Nie, tu mieszka strach na wróble.
I strach na wróble wyszedł ze swojego szmacianego domku. Miał włosy ze starej szczotki i głowę z dyni, ale był bardzo sympatyczny.
 – Strachu na wróble, czy lubisz wędrować?
– Bardzo lubię, chociaż mam tylko jedną nogę.

 – To chodź z nami szukać króla z piernika. We troje będzie nam weselej”.

Cóż więc u Ludwiczki? Opowiem, bo właśnie sobie przypomniałam, za sprawą wydanego przez Naszą Księgarnię zbioru książeczek dla dzieci. Bardzo udana rzecz, bo są to reedycje różności z oryginalnymi ilustracjami. Wśród autorów, oprócz mojej Anny Świrszczyńskiej, są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska. Ilustratorką Ludwiczki i jej przyjaciół jest Janina Krzemińska. „Artystka szczególnie chętnie posługiwała się barwną plamą, a jej prace charakteryzują ekspresyjność i groteskowa deformacja przedstawianej rzeczywistości”. – czytam na stronie wydawnictwa. Nawet się cieszę, że tak wcześnie miałam serce do groteski. Uwielbiałam te obrazki! Babcię zająca, starą Zajączkę-Siwą Łapkę, bujającą się przez sen na fotelu. Ludwiczkę podtapianą w strumieniu, gdy jej przyjaciele biegną co sił na ratunek, a ona uśmiecha się od ucha do ucha, jak wśród najlepszej zabawy. Jest ilustracja zająca pod krzesłem, bo nabroił. Tort z kapusty. I oczywiście ta okładkowa, z piernikowym królem o brązowej twarzy, z koroną i harmonią w ręku.

„Gospodarz posadził ich przy stole i dał im miodu na ślicznych, malowanych spodeczkach. Siedzą, jedzą, oblizują się. Dobrze im.
 – Czy to prawda – pyta Ludwiczka – że ty się nigdy nie złościsz?
 – Prawda. To pewnie dlatego, że mam serce z miodu.
 – Serce z miodu! To nadzwyczajne! – wykrzyknął zając i z podziwu tak podskoczył, aż przewrócił stół. Wszystkie śliczne, malowane spodeczki z miodem spadły na podłogę. Oj, co to było! Spodeczki się potłukły, podłoga się zabrudziła. Biedny zając ze strachu schował się pod krzesło.
A król się uśmiecha jakby nigdy nic.
 – Głupstwo, niech pan zając się nie martwi. Zaraz wszystko posprzątam.
 – Widzę – mówi Ludwiczka – że masz naprawdę dobry charakter”.

Opowiadać zbyt wiele nie trzeba, można wydedukować z cytatów. Ludwiczka miała cel, więc wyruszyła, by go realizować. Spotkała zająca, stracha na wróble, ślimaka i świnkę. Każdemu proponowała wspólną podróż, a czasem trzeba było pomóc uporządkować obowiązki przed wyprawą. Rzecz jasna – zgodnie z przekonaniem, że światem rządzi jakiś Ład i Sprawiedliwość – na końcu drogi czekał król z piernika. Co ja mówię! Mam nadzieję, że nie był to koniec drogi, lecz początek.

Co zostało we mnie z bajki o Ludwiczce? Owszem, nie wszystko poszło z dymem, bo to nie przypadek, że się coś lubi i kojarzy machinalnie z pewnym etapem swego życia. Choćby historia nie miała głębi przepastnej mądrości. Obstawiam, że Ludwiczka zadziałała jak archetyp. Później, dzięki innym tekstom i okolicznościom, przyswajałam sobie zniuansowane prawdy o niełatwym optymizmie, podejrzanym (choć czasem uzasadnionym) czarnowidztwie i o samotności, która nie dość że się przydarza, to po prostu zawsze jest blisko. Wszystko to nakładało się na dobrze wyprawione werniksem płótno z przekazem: wybieram dołeczki w policzkach i błysk w oku. 

I jeszcze jedno. Bo pozytywny przekaz jest z definicji przypisany literaturze dziecięcej. Otóż, mnie do zbyt słodkich treści było daleko. Moja Ludwiczka była wesoła, lecz bliska ludzi (to znaczy ślimaka, stracha, piernika i zająca). Nie dość, że trafiała na pozytywne typy, to świadomie właśnie takich poszukiwała. Szósty zmysł. Nie ma mowy o wspólnocie w biadoleniu i smęceniu. Cwana była – krótki teścik: lubisz wędrować? szukasz tych, co się nie złoszczą? chcesz iść razem?
Dobry humor niezależny od pogody. 

” – Jeśli chcesz – mówi Ludwiczka – możesz zostać moim kolegą. Szukam kolegi, co się nigdy nie złości.
– Doskonale. Będziemy kolegami na całe życie – odrzekł z zapałem król z piernika.
– A czy będziesz także kolegą stracha na wróble, świnki, ślimaka i zająca? To są moi przyjaciele.
Wtedy król z piernika, co miał miodowe serce, uśmiechnął się i powiedział:
 – Przyjaciele naszych przyjaciół są także naszymi przyjaciółmi”.

O wesołej Ludwiczce