Archiwa tagu: literatura polska

angole

Ewa Winnicka, Angole, Wydawnictwo Czarne 2014

Jestem z tych, co nie przeczytali poprzedniej książki Ewy Winnickiej, choć dostała za nią nominacje do Gryfii (2011) i było o niej głośno. Mam za sobą lekturę świeżego tytułu. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne, włączając je tym samym do grona reportaży, na które na pewno warto rzucić okiem. A nawet oko zawiesić na dłużej, okiem swoim wczytać się uważnie, oko przetrzeć raz po raz ze zdumienia lub sobie okiem mrugnąć, gdy trafi się na coś bardzo znanego. Autorka przygląda się polskim emigrantom – tym dawniejszym, „rozbitkom z otoczenia Władysława Andersa” w Londyńczykach i tym najświeższym w Angolach. Bohaterowie Angoli to głównie trzydziesto- czterdziestolatkowie, ujawnieni z imienia (często z twarzy, bo dodano liczne fotografie) – ci, których bulwarowa prasa brytyjska nazywa „najeźdźcami” lub „kolonizatorami”, rodzynki z około dwumilionowej fali. 

Oczywiste pytanie: czy rozmowy ujęte w 34 rozdziały, eksponujące tyluż bohaterów, są dla milionowej rzeszy reprezentatywne? Zaplecze reporterki było rzecz jasna szersze, wspomina o trzystu interlokutorach, z których wybrała tych ciekawszych lub scalających w swej opowieści doświadczenia im podobnych. To wciąż nie milion. Ważniejsza obserwacja (poparta głosem Autorki): wcale nie chodzi o portret obiektywny, ani o publicystyczną syntezę. To studium różnych przypadków, zapis indywidualnych perypetii, obserwacji, rozczarowań lub spełnień. Przy czym decyzja, czy opowieść należy zaliczyć do ilustracji sukcesu czy porażki zależy od świadomości bohatera i od wyceny czytelnika. Reporterka zawiesza głos.

Kto ma oko, niechaj czyta. Dobrze też poprosić o pomoc ucho, bo zwierzenia podane są językiem rozmówców. Świetny pomysł! Jak najprościej, bez przeróbek, bez uogólnień i polerowania. Sposób mówienia jest przecież nieocenionym źródłem informacji. Odsłania mentalność i charakter, rejestruje wiele smaczków. Czasem uderzała mnie czyjaś pewność siebie, przeróżne mantry, potwierdzające, że jest ok. Jakby ów szklany sufit, dzielący Wyspiarzy od przyjezdnych, nie istniał. Nie wiem, czy istnieje (wielu zwierza się, że jednak tak). Gdy Roman opowiada, jak bardzo go akceptują i dodaje, że wrósł w ten świat, wiem, że to subiektywne. Mogę się zdystansować, bo „bycie meblem stąd” mnie nie przekonuje (Roman przywołuje komplement:„Jesteś częścią umeblowania, nie wracaj do Polski”). Mogę też to docenić. Bo przecież sukces zawsze jest subiektywny i być może najważniejsza jest gotowość, by tak właśnie na swoje życie spojrzeć. A gdy słyszę, jak Maciej opowiada o znienawidzonych Albańczykach, irytujących Pakistańczykach („ciapatych”) czy Hindusach, to nie tylko poznaję hierarchie społeczne, lecz i nadwerężoną godność, nieufność czy samotność.

Angole

Angole rozpoczynają się rewelacyjnie! To ponoć parafraza apeli zamieszczanych w bulwarowej prasie, w reakcji na doniesienia o kolejnych falach polskiej emigracji. I słuszna sugestia, że choć rozmówcami Winnickiej są Polacy, to bohaterami również tytułowi Anglicy i ich modus vivendi. I to, czy społeczeństwo angielskie wymusza na przyjezdnych uznanie swych imponderabiliów, czy też podlega transformacjom pod dyktando najeźdźców.

Ladies and Gentelmen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881 – 1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachowywać. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionych garstką Litwinów, Rosjan i Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancshire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie”.

 Mam swoje ulubione historie. Oli z Belfastu – o tym, jak żyje się w mieście podziałów, jak duże trzeba mieć wyczucie rzeczywistości, by nie wpakować się w absurd. Pół żartem: „Nie wejść w zielonej koszulce do klubu oranżystów”. Serio: balansować między katolikami i protestantami, republikanami i lojalistami, zwłaszcza w lipcu i w okolicach „muru pokoju”. 

Albo opowieść Miki, dziewczyny, która odniosła sukces, choć jak twierdzi: „W Polsce byłam duża rybą w małym stawie, tutaj jestem małą rybką w wielkim jeziorze”. Udało jej się w życiu zawodowym i osobistym, ma perspektywy. Może dlatego, że jak się już jest rybą, to się nie tonie? Podobało mi się w jej charakterze to, że nie pozbywała się inności, lecz wygrywała na swą korzyść. Wśród wycofanych, unikających mówienia wprost, szukających okrężnych dróg tubylców, umie nazywać „słonia”. Angol czeka, aż słoń sam zniknie, wystrzegając się bezpośredniości (Mika: „Widzę tu słonia w pokoju. Mamy kłopot”). 

Może najwięcej sympatii mam dla Adama, młodego chłopaka pracującego jako opiekun niepełnosprawnych (fizycznie lub intelektualnie). To nie jest bułka z masłem, najpewniej tylko etap życiowej drogi, ale sądząc po sposobie odnalezienia się w swej roli – etap szczęśliwy. „Moi podopieczni dali mi pogląd na to, kim jestem i czego w życiu oczekuję.  W skrócie: oczekuję zbyt wiele”. Rodzice w Polsce martwią się, że syn jest zmęczony, że doświadczenie trudne, a sami znają z autopsji odpowiedzialność za niepełnosprawnych, więc wiedzą. „Niech mi tata nie mówi, że ja się męczę. Kiedy rano przychodzę podać śniadanie lokatorom, Morgane, moja pani czterolatka, uśmiecha się radośnie i mówi: „Good morning, my prince. „Czterolatka” ma lat pięćdziesiąt.

Lekko zapada w pamięć historia Marcina, dowcipnego kierowcy z Manchasteru, który tłumaczy Angolom różnice kulturowe. I nieźle puentuje zabawne insynuacje, miedzy innymi tę o łabędziożercach. Doniesienie prasowe: „W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?”  Odpowiedź Marcina: „łabędzie smakują mi tylko z grilla, gotowane zupełnie nie” i dodaje, że to nic innego jak podążanie wzorem króla Henryka VIII, który łabędzie jadał.

Duże wrażenie robią na mnie ci, którzy są gotowi pomagać rodakom w potrzasku. Monika z Henley ogłosiła w internecie, że pomaga. Irracjonalne! Oczywiście, dzwonek za dzwonkiem, problem za problemem. Łatwo zgadnąć, że nadszedł czas, gdy trzeba było akcję zawiesić. Wyciągnęła z kłopotów 120 osób (!). „To było naprawdę wariackie posunięcie. Pewność siebie mnie zgubiła, można powiedzieć”. „Czy jeden człowiek może dokonać zbawienia? Myślę, że niestety nie, za co chciałabym serdecznie przeprosić”. Zostawia Winnickiej apel do Polaków, a diagnozuje on krótko-celnie sytuację wszystkich marzących o „ziemi obiecanej”, krainie lepszej niż miejsce i ludzie, otaczający nas tu i teraz. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”. 

***

Tych, którzy mierzą się z trudnościami, są „jedną wypłatę [tygodniówkę!] od bezdomności”, odchorowują decyzję lub godzą się na cichą desperację jest naprawdę wielu. Jeden z bohaterów, o podziwu godnej umiejętności wyszukiwania niszy do działania, założył i z sukcesem prowadzi firmę pogrzebową. Między innymi dostarcza ciała zmarłych do Polski, jeśli taka jest wola rodziny. Twierdzi, że połowa jego „klientów” to samobójcy. Połowa tych, którzy do niego trafiają. Nie połowa emigrantów. Bo większość sobie lepiej-gorzej radzi. A czasem można uwierzyć, jeśli trafi się na optymistę, że bycie bezdomnym w Londynie też ma swoje dobre strony, bo tutaj całkiem łatwo kradnie się alkohol ze sklepów.

Różne są losy. Angole nie są zapewne wyważonym studium polskiej społeczności na Wyspie, ale nie są też książką stronniczą. Dają możliwość zdiagnozowania siebie. Przejrzenia się w historiach innych, obojętnie czy jest się jednym z emigrantów, czy planuje się być, czy też nosi się w sobie zastrzeżenie, że nigdy. Lektura książki Ewy Winnickiej dostarczyła mi wielu skrajnych rozpoznań. Trochę mnie przeraziła, bo wydobyła na jaw moją zachowawczość (nie, nie rzuciłabym się na głęboką wodę – a wielu ruszyło na Wyspy bez znajomości angielskiego i bez namiaru na pracę).

Może też uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy mam w sobie dość ambicji i woli walki, by grać o życie w obcym sobie świecie. A wydaje mi się, że wielu z tych, którzy wyjechali, taką wolę i energię w sobie odnalazło. Nawet jeśli zaczynali skromnie, mieli nadzieję, często zasadną, że urządzą się po swojemu. Choć w zawsze nie do końca swoim świecie. 

Wymieniłam swoje ulubione historie, pomijając te najbardziej wstrząsające. Bo dziwnie byłoby zostawić lajka tam, gdzie bohaterowie płacą wysoką cenę za swój wybór. Na przykład przy kuriozalnych opowieściach o Polakach oskarżonych o gwałt lub bicie dzieci. Restrykcyjne prawo brytyjskie bardzo serio podchodzi nawet do domniemanych podejrzeń (bohaterowie Winnickiej poznają piekło, choć są niewinni). Na przykład sytuacja Basi, sprzątającej w hotelach, która poszła na wojnę z pracodawcami, gdy zauważyła, że przy tej samej pensji, co miesiąc ma więcej obowiązków. Stała się na moment bohaterką medialną, o wiele dłużej będzie trwało jej wychodzenie z rozstroju nerwowego i depresji. Na przykład liczne codzienne tarapaty ludzi pracujących przy fabrycznej taśmie, którym się śni, że zamiast boczku pakują udka. Jest trochę tych przykładów.

aneks
Nominacja do Nagrody Nike 2014

kisiel na wakacje

Marta Kisiel, Nomen omen, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2014

Kierunek: Wrocław

To dziwne jest. Jakby mi brakło jakiegoś genu. I to nie w sferze percepcji bezpośredniej, lecz tej przetwarzającej. Czytam z przyjemnością. Tak, to jest jazda bez trzymanki! Styl zakręcony jak korkociąg. Aż chce się go naśladować i mówić à la Niedaś, pić herbatki do wtóru z siostrami Bolesnymi, może nawet wywinąć orła temperamentnie jak Salka albo zapleść włosy w gruby warkocz i rozejrzeć się kogo przywabię.

Szalenie mi się podobały blogowe recenzje książek Marty Kisiel (Nomen omen i wcześniejszego Dożywocia). Aż kipi w nich od zachwytu, dziękczynnej radości i nadwyżki wygibasów, które jak nic wskakują w idiolekt piszących za sprawą kontaktu z Autorką. Może do dwóch odeślę, bo ja tak fajnie nie napiszę.  Bo we mnie przyjemność nadzwyczaj szybko się ulatnia. Nie odmienia mnie i nie przymusza do wyczekiwań na następny tytuł pani Marty. Rdza jest raczej po mojej stronie, gdyż zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Taki rozkrok. Przyklaskuję zachwyconym recenzjom – bo wymienione w nich atuty są adekwatne. Niemniej jednak… wakacyjny szlagier nie będzie mi towarzyszył zbyt długo. Odsyłam do Bazyla i do Padmy.

Nomen omen

Drążenie tematu, czyli szukanie słabych stron, by uzasadnić swój brak uniesienia, byłoby grubą nieprzyzwoitością. Co mnie cieszy? Dlaczego warto było zająć lekturą dwa popołudnia?

Hmm… za moment wybiorę się do Wrocławia, by oglądać nowohoryzontowe kino. Tymczasem tu, po krótkim preludium w Kotlinie Kłodzkiej, trafiam wraz z Salką na ulice tego miasta, niejedną rozpoznaję i choć axis mundi, czyli domek czarownic na Lipowej 5, jest mi nieznany, to i tak wrocławskie tło jest dużym atutem. Zwłaszcza, że to i Wrocław, i Breslau zarazem. Współczesność i historia (los uchodźców) przyprawione gotycką fantastyką. 

Bohaterowie są wyraziści. Nie da się powiedzieć, że pełnowymiarowi, bo nie taka intencja przyświeca humorystycznej powieści. Coś z Chmielewskiej pobrzmiewa na drugim planie, i może coś z Niziurskiego. To także walor, który przeniósł mnie do czasów, gdy uhahanie* podczas lektury i adrenalinka przygodowa były mi bliższe niż dziś. Wszyscy są do polubienia. U mnie numer jeden to Jadwiga Bolesna-Tupatajkowa, czyli środkowa z 85-letnich „sióstr ksero”. Zaraz na drugim miejscu – starsza od niej o trzy minuty – Matylda, niegdysiejsza profesor od łaciny, sypiąca jak z rękawa sentencjami, a przy tym poważna, przenikliwa i nie do zdarcia. A Jaga i tak górą – za młodzieńczość. Za potańcywanie w kuchni i za pstrokate stroje („niczym reinkarnacja Isadory Duncan na ostrym haju”). Za to, że nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać i budzi popłoch na każdym szpitalnym oddziale (jako że wieki świetlne temu szkoliła medyczną kadrę na uniwersytecie). No i rzecz jasna – za buńczuczną miłość do komputerowych nowinek, zwłaszcza do gier z serii Warcraft, w które angażuje się niczym roznamiętniona nastolatka. 

Salka Przygoda, od pierwszej sceny budząca sympatię i chęć udzielenia wsparcia, może aż nadto często się przewraca, a jej młodszy brat Niedaś, mówiący rezolutnym językiem, tak jak mnie oczarował, tak później nieco umęczył. „Seryjnie”. ;)

Powiedzmy, że to jest karkołomne do potęgi: wplatać w przygodową fabułę wątki z polskiego romantyzmu! Aż trudno uwierzyć jak zgrabnie to wyszło. Słowacki i Mickiewicz, ale jacyś wyzwoleni z brązu wieszczów, choć przywołani z pełną świadomością, że zna ich tak naprawdę ledwie ułamek gnębionego szkolną wersją narodu. W roli tegoż ułamka wystąpił Bartek, doktorant polonista. Jakżesz świeżutko wskakują na scenę dziady i Upiór! Jak pięknie Juliusz S. snuje myśl o melancholii… Cytat nieodzowny. Rozmówcy: ojciec Salki, Paweł Przygoda i Bartek, jej „fatygant”, tekst wyjęty z Anhellego.

„– Miło mi poznać młodego człowieka! – huknął, chwytając dłoń Bartka i ściskając ją serdecznie. – Przygoda! Technik elektronik, agnostyk, empirysta!
– Tokarski! – odhuknął Bartek odruchowo. – Filolog polski, ateista, romantyk.
– Romantyk? – Brązowe oczy aż się roziskrzyły. – „Chorobą zgubną mówię: jest melancholija i zamyślenie się zbytnie o rzeczach duszy…”
– „Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się” – Bartek dokończył gładko.
Paweł Przygoda o mało nie pęknął, czując, jak wraz z tym cytatem łączy ich marynarskimi węzłami lina okrętowa w postaci całego dziewiętnastego wieku z przyległościami.
– Synu! – wydusił przez ściśnięte wzruszeniem gardło. – Mów mi ojcze”.

Długo by można wybierać, które fragmenty najlepiej oddadzą aurę językową powieści Marty Kisiel. Samotny cytat mówi niewiele. Ten styl ma swadę, energię, upodobanie do neologicznych zawijańców, do zdań poskładanych wielostopniowo, lecz tak lekko, że czytelnik sunie jak z górki, bierze wszelkie zakręty i w ogóle go nie bolą biodra. Cecha priorytetowa: zmysł humoru. I to w różnych tonacjach. Bo inaczej jest, gdy Niedaś (student) mówi szyfrem żargonu, inaczej gdy fatalistyczny dowcip uruchamia Salomea, a inaczej gdy od niechcenia odbiją piłkę panie starsze. A przecież nuta dominująca to sama narracja. 

„– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!”

„– Siostra, tobie też tak to zryło beret? (…) Ta myśl pomału torowała sobie drogę przez zryty beret Niedasia. Zamrugał, gdy w końcu dotarła do celu i padła tam wycieńczona”.

„Piątka z plusem, blok i kredki”. Bez względu na to, „o co kaman?”. To był rollercoaster. Doceniam, smakuję, ale w głowie mi się kręci. O, jak miło będzie znów pospacerować. I jeśli to prawda, że gdzieś nad brzegiem Odry stoi krasnoludek i pierze sobie portki – to ja go znajdę! 

***************

* Istnieją dwie wersje zapisu, podobnie jak z onomatopeicznym „ha! ha!” i „cha! cha!”. Zdaje się, że ta z „ce-ha” jakby bardziej lansowana, ale obstaję przy dźwięcznym „ha”. Sprostowanie ma mnie rozgrzeszyć z ewentualnych posądzeń o dysortografię.

beksa razy dwa

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2014

Beksińscy. Portret podwójnyStrzał w dychę: tacy bohaterowie są jak podwójny magnes. Zdecydowanie bez sensu byłoby rozdzielanie postaci. Życiorys ojca naznaczał syn, ojciec determinował syna. A przy tym obie osobowości są pełne. Mroczne (to słowo jest skazane na nadużycia, słowo dyżurne), podbite tęsknotami i tajemnicą, stemplem dziwności, introwertyzmu i wylewności zarazem. Zdzisław – oryginalny malarz (zawieszę dopowiedzenia, pomnąc jak śmiał się z etykiet). Tomasz – krytyk muzyczny, dziennikarz, tłumacz. Po prawdzie, wbrew tytułowi, dostajemy do ręki biografię potrójną. Ale ta trzecia, pani Zofia Beksińska, cicha, oddana, „z niską samooceną i poczuciem klęski”, żona i matka, nie miała przebicia, by wcisnąć się na okładkę. Niemniej: jest.

Obrazy Beksińskiego znałam, mam album. Dawno do niego nie zaglądałam, lecz one są tak wyraziste, że przypominały się sugestią słowa. Może to – jak chcą niektórzy – sprawa maniery, monotematyczności, jednolitej tonacji nastroju. A może – jak chcą inni – piętno talentu. Dość, że kolorystyka i stałe motywy (czaszki, obłażąca skóra, krzyże, trumny, pejzaże „metafizyczne”) stały się scenerią tej lektury. Nic dziwnego. Czytam o tym, skąd się wzięły, jak powstawały, jaki był wokół nich ruch czy zastój. Wisiały przecież na ścianach. W tych dekoracjach rozgrywało się życie Beksińskich.

TomekTomek oglądał je od dzieciństwa, wyszukując co lepsze elementy. Patrzył wtedy na ojca (nomen omen) jak w obrazek. „W młodości trzeba mieć kogoś, kto stanie się dla ciebie przewodnikiem. Dla mnie był to stary”. Gdy jako trzydziestolatek przytwierdzi sobie wampiryczne zęby, zarzuci czarną pelerynę z czerwoną podbitką i po raz enty będzie szukał bladolicej, czarnowłosej piękności na wzór „kobiety-węża”, to będzie kontynuacja tego, czym rajcował się jako przedszkolak w sanockim domu Beksińskich. Szalenie dużo wziął od Zdzisława. Część pewnie świadomie: był w posiadaniu rockowych płyt, zanim dostępne były szerszej publiczności. To ojciec malował przy głośnej muzyce i kazał sobie płacić za obrazy sprowadzanymi z zagranicy na podkarpacką prowincję płytami. („potrzebuje wokół siebie huraganu dźwięków, marzy o aparaturze tak głośnej, że pocieknie mu krew z uszu”). Maniackie kolekcjonerstwo obaj mieli we krwi. Tomasz w warszawskim mieszkaniu (Mozarta 6) jeden pokój wypełni płytami, drugi filmowymi kasetami. Muzyka i film.

Dwa kurki, z których płynęła fikcja, emocje, esencja życia. Tak się jakoś splatały wizje, urojenia, koszmary ze snu i z życia, że niełatwo je było rozróżnić. Może rację miał Tadeusz Nyczek (przyjaciel rodziny, propagator twórczości malarza), że Zdzisław tworząc obrazy, dawał upust wyobraźni, Tomek tego wentyla nie znalazł, więcej zatrzymał w sobie. A to miało siłę toksyn.

ZdzislawZ pożegnalnego listu Tomka do ojca sączy się rozczarowanie, „pragnął zawsze żyć w innym świecie, gdzie reguły są proste, przyjaźń jest przyjaźnią i tak dalej”: „Wiem, że to świat fikcji, ale może i ja przez te 41 lat byłem fikcją. Odchodzę do świata fikcji, bo tylko tam było mi dobrze. Błagam na wszystko, nie budź mnie”. Samobójstwo Tomasza w Wigilię 1999 roku, po kilku próbach i licznych groźbach, stało się faktem. Materializowało wiszące nad rodziną przeczucie tragicznych alternatyw. Pięć lat później (i dwa miesiące) zamordowany zostanie ojciec. Zosia odeszła najwcześniej.

Twórczość Tomasza nie wiązała się z żadnym ściśle artystycznym fachem. Raczej sztukę zapowiadał i objaśniał (programy muzyczne w Trójce, arykuły i felietony w pismach typu „Tylko Rock”, tłumaczenia ścieżki dźwiękowej filmów – seria Bondów i Monty Pythona). Pozornie, bo w gruncie rzeczy szalenie artystowsko (z całym repertuarem tragicznie kabotyńskich znaków) kreował własny image. Niebezpiecznie wkręcając się w gotycko-romantyczno-neurasteniczno-depresyjne klimaty, w których zamotał się na amen.

Beksiński. C

Beksińscy. Portret podwójny to dobrze skonstruowana biografia. Duża porcja wiedzy o dorobku Zdzisława i Tomasza, podana z uwzględnieniem wielu perspektyw. Są wypowiedzi zawodowców, przeważa jednak podgląd codzienności, a więc wyznania tych, którzy na różnych etapach życia byli blisko Beksińskich. Naprawdę niesamowita jest różnorodność źródeł. Grzebałkowska dotarła do tak wielu osób (cześć kryje się pod zmienionym imieniem), do tak bogatych materiałów, że portrety są … nie powiem „pełne”, bo takie być nie mogą, ale zniuansowane.

Dodam, że tradycją Beksińskich było prowadzenie dziennika fonicznego, utrwalającego życie rodziny, a później każdego z panów z osobna. Obaj też pisali listy. Na ogromną skalę. Listy Tomasza są emocjonalne, wiwisekcyjne, konfrontujące go ze światem. Są skrajne: od fascynacji i marzeń o miłości, po żółć, obrzydzenie, pretensjonalne oskarżenia. Zdzisław, daleki od ekshibicjonizmu uczuciowego, jest z kolei mniej autokreacyjny, lubi komentować rzeczywistość. Poza tym: tych listów są krocie, niektórzy adresaci otrzymali ich ponad tysiąc! Rozmowy przebiegały na naprawdę licznych łączach. Ogromna dawka informacji – dla każdego, kto kiedyś zapatrzył się w obraz i chciałby bliżej poznać artystę lub dla tego, kto jeszcze pamięta kultowe audycje Tomka, bardzo osobiste, a przecież tajemnicze i budzące chęć poznania bliżej samotnego wampira-melomana. A przy tym materiał jest atrakcyjny w czytaniu, podzielony na krótkie rozdzialiki, z wyczuciem inkrustowany archiwaliami. Czyta się dobrze. Choć nie powiem, by lektura uskrzydlała.

Beksiński. B

Przekonuje mnie ten podwójny portret. Również dlatego, że rozstałam się z książką, nie mając gotowych etykietek. Opowieść wywoływała we mnie irytację, zaskoczenie dziwactwami czy infantylnością. Budziła przekonanie o upierdliwości charakterów.
Ale też przekonywała do oryginalności, niezależności, niesamowitej pasji, nieporadnej, lecz niepodważalnej miłości.

Wcale nierzadko ktoś kusi się o ocenę, diagnozę relacji między Beksińskimi. Tomkowe szafowanie śmiercią (od ekcentrycznego rozwieszania nekrologów o swym odejściu, po dużo subtelniejsze gesty) uruchamiało pytania i szukanie przyczyn. Przykład:
„Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”.
Prawda. Zdzisław brzydził się małymi dziećmi (nasiliło się, gdy pojawił się Tomek, więc prosił o pomoc psychiatrę). Nie znosił dotyku. Miał dziwaczne manie natręctw i obsesji. Szalenie irracjonalne, choć sprowadzające się do praktycznych sfer życia: lęku przed podróżą (choćby wyjściem na proszoną kolację), strachu, że zabraknie produktu, do którego się przyzwyczaił (stąd: chomikowanie na potęgę), niechęć do jakiejkolwiek przynależności. Egocentryzm i podporządkowywanie sobie bliskich. Przy totalnym braku asertywności (paradoksalnie). Oj, te jego prośby-zlecenia, by kupić mu to, czego brak w Sanoku! Od materiałów do pracy, płyt z muzyką, po drobiazgi prywatne. Dziurę w brzuchu wiercił i wybrzydzał. 

Tomek z kolei męczył swą potrzebą opowiadania filmów, przebywaniem w fikcji, nadętym osądem świata. Choć była to maska ochronna i przed wieloma potrafił ją (na moment) zdjąć. Rodziców nie oszczędzał: groził, oczekiwał obsługi i wsparcia, utwierdzał w nieporadności. Pewnie prawda. W świetle reflektorów te relacje dziwaczeją, są ekscentryczne i niezdrowe. Ale przekonuje też siła wzajemnej przynależności. Gotowość do poświęceń, pewność, że jest się dla drugiej strony kimś ważnym. Ból, który rodził się ze strachu o dziecko, niemające sił, by pokochać życie. Felietony syna, w których portretował ojca jako równego gościa, którego warto znać.

Beksiński. A

Dobrze skonstruowana biografia zyska na tym, że nie będę jej okrawać i streszczać. Wyciągnę więc z niej kilka przypadkowych nitek – mnie oplotły.

Podstawowa sprawa to pasja. Zdzisław (z wykształcenia architekt, przez pewien czas na etacie w sanockiej fabryce autobusów) nienawidzi pracy, jednocześnie bez czasowych ograniczeń oddaje się tworzeniu, czyli niezłej fizycznej harówce. Zaczyna od reliefów, grafik i rzeźb. Stawia na fotografię. Potem kosztuje malarstwa (uczy się wszystkiego sam, od podstaw, zachłannie i przeklinając swą niemoc). Nadejdzie czas grafik komputerowych i fotomontaży. Próbuje sił w literaturze (ponoć paralelnej do malarstwa). Chłonie nowości muzyczne. Wie „wszystko” o komputerze, zafiksowując się na posiadanie coraz nowszych modeli. To już obrzeża pasji: obłędne wręcz gadżeciarstwo. 

Tomasz – podobnie: „był niesamowicie pracowity i świetnie zorganizowany. Wstawał rano, szedł do szkoły, a potem do wieczora zapieprzał”. Jako nastolatek: pisze opowiadania, nagrywa słuchowiska kryminalne, później kryminalne komiksy fotograficzne, wydaje płyty (tekturowe, lecz z bajerancko dopracowaną oprawą graficzną), wreszcie: zostaje prowadzącym szkolny radiowęzeł. Jest do bólu profesjonalny, nie improwizuje, ma przygotowany tekst i muzykę przyciętą co do sekundy, nieprzypadkową. W życiu zawodowym – był dziennikarzem, zajmującym się tym, na czym się znał.
Z dużą frajdą czytałam o jego przygodach z tłumaczeniem anglojęzycznych filmów. Wiele mówi jeden z jego felietonów:
„Wyżej podpisany ma opinię upierdliwie wymagającego, ale jeszcze więcej wymaga od siebie. Poza tym uczy się na błędach. Zatem: 1. Będę wdzięczny za wskazanie każdego błędu, jaki znajdziecie w tłumaczonych przeze mnie filmach. 2. Odcinam się raz na zawsze od wszelkich przekładów tekstów piosenek, które robiłem przed laty i czytałem na antenie. Była to robota translatorskiego analfabety. Od tamtej pory przeszedłem długą drogę i wciąż się uczę. 3. Gdybym mógł, poprawiłbym całego Monty Pythona. (…)”

Biografia podwójna obejmuje dwóch mężczyzn o zwielokrotnionych wcieleniach. Starszy był otwarty na powiew nowego i wszystkiego chciał doświadczyć na własnej skórze. Młodszy wypalił swoją ciekawość bardzo szybko. Czas płynął, a jemu wciąż się zdawało, że teraźniejszość nie dogoni przeszłości, że przyszłości po prostu nie ma. Nikt nie prześcignie Kruka Edgara Allana Poego. Nic nie zabrzmi tak jak przed laty End of the Night The Doors…

 

* Fotografie Tomasza i Zdzisława wzięłam z książki, obrazy dostępne są m.in. na stronieBeksińskiego.

anioły jedzą trzy razy dziennie

Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2014

Anioły jedza trzy razy dziennieKto czytał Miłość z kamieniapo ten tytuł sięgnie z pewnością. Naczynia połączone, z centralnym doświadczeniem zasygnalizowanym w podtytule: 147 dni w psychiatryku.
To nie jest fikcja. I nie są to puszczone samopas obserwacje. Literatura. Dobrze zredagowana, bez ekshibicjonistycznego szału, ciążąca ku uniwersalnym obserwacjom, wolna od mrocznej bebechowatości.

Grażyna Jagielska, żona korespondenta wojennego, trafia do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Życiowa niedyspozycja, przeciążenie lękiem, urojenia wojenne. Krótki pobyt na oddziale zamkniętym i niemal półroczna terapia szpitalna.

Pierwszy tytuł powstał z zapisków tworzonych w ramach terapii, sporo miejsca zajmuje w nim rzeczywistość spoza psychiatryka. Jagielska przygląda się przeszłości, wyprawom męża, własnemu wyczekiwaniu, potem osuwaniu się w niepoczytalność. Psychiatryk jest tu ledwie tłem, punktem dojścia. 

Anioły… to wejście na oddział, „świat” przestaje istnieć. Codziennością jest rutyna: posiłki, dzielony z kimś pokój, rozpoznawanie cudzych dziwactw, sesje terapeutyczne wzorowane na metodzie znanej AA. Opowiadanie „życiorysu”, przyjmowanie komentarzy na swój temat, psychodramy. Mądrze to Jagielska wyważyła. Wiadomo, że bohaterowie tego reportażu po to znaleźli się w klinice (wszyscy na własne życzenie, wielu po raz kolejny), by przejść żelazne fazy, a prawie wszystkie wydają się czymś trudnym. Nienaturalnym nawet. Lektura nałożyła mi się na przeżywanie seansu Smarzowskiego, więc bolesność terapii, pętla powrotów do stanu sprzed hospitalizacji, i niechęć do przełamania oporu przed „kręgiem” (à la Jureczek!) wydają mi się „mocne”. Mocne jak Anioł, który i u Pilcha-Smarzowskiego, i u Jagielskiej rozmościł się w tytule, niewiele mając wspólnego z cherubinem łagodności.

Drugi tytuł (Anioły…) to portrety pacjentów kliniki psychiatrycznej. We wstępie pojawia się wyjaśnienie, że pierwowzory zgodziły się na publikację, że wygląd fizyczny, imię, rozpoznawalne szczegóły zostały zmienione. W przewadze są weterani afgańskiej wojny. Czasem to bohaterowie z gazet, nagrodzeni za męstwo, którym nie chce się już żyć. Często mężczyźni z koszmarami, w których powraca przyjaciel, poległy na ostatnim patrolu przed powrotem lub kumple wyciągani z wozu w cząstkach, trudnych do identyfikacji. Na ogół „zdradzeni”, obcy w swoich rodzinach, z narastającą agresją, w której wyładowuje się wściekłość i niemoc. Ale w klinice leczącej z lęku sporo jest pacjentów cywilnych. Pozornie zadowolona z życia kobieta z tupiącą nogą (p. Stasia), doktorantka, której zdaje się, że jest aniołem, wczytująca się w książeczki dla dzieci, bojąca się jeść, a czasem też ruszyć, by nie obudzić obserwującego oka (Karolinka). Młoda, aktywna menedżerka, ktora z każdym dniem chciała być lepsza, aż niespodziewanie obcięła sobie ucho… (Julia). Krzyś, zwany Jezuskiem, niepotrafiący bronić swego.  „Życie chyba nie polega na tym, żeby cały czas wyszarpywać coś dla siebie?” 

Spektrum przypadków. Otóż, nie tylko przypadków. Czytałam, będąc bardzo blisko tych postaci, nie dzielił mnie od nich mur psychiatryka. Coś się w nich rozregulowało, bo stężenie doświadczeń przekroczyło jakąś granicę. Ale esencja tych przeżyć jest dostępna mojej wyobraźni. To nie są doświadczenia kosmitów, lecz (w innej skali lub przy innej wrażliwości) nas wszystkich. Choroba narasta niepostrzeżenie. Na ogół nie tuż po traumie, dopiero później, gdy najgorsze wydaje się przeszłością, do głosu dochodzi wydrążona w człowieku pustka. I lęk przed nią.

Jagielskiej  udało się z empatią przedstawić pacjentów psychiatrycznej kliniki dlatego, że samej sobie dała ten sam status. Odważne. Miłość z kamienia, mimo wszystkich autobiograficznych tropów, zostawiała Jagielską w aurze niedosłowności. Coś tam jej się stało, za dużo lęku, smutku, może depresji. Anioły… są konkretne. Jeśli którykolwiek z pacjentów sprawia wrażenie dziwaka, to p.Grażyna patrzy na niego, stojąc po tej samej stronie linii, dzielącej dziwność od „normalności”. Świetnie oddają to dialogi. Można sobie wyobrazić, że wkurzenie afgańskiego weterana to nie będzie kwiecisty anonsik, lecz dosadna żołnierska wiązanka. Jagielskiej długo śnił się koszmar, w którym na afrykańskiej drodze zbierała części ciała swego męża. Miała natrętny zwyczaj, by nocą odwiedzać pokój weteranów i dotykając delikatnie ramion śpiących, pytać ich o wątrobę czy nogę. Przebudzony biedak dostawał szału, bo sam nie zawsze był pewien, czy wszystko ma na miejscu. – ” Weź się, ciotka, w garść albo będzie trzeba coś z tobą zrobić”. 

Nie wiem, czy nie zabrzmi to głupio, ale czytałam bardzo emocjonalnie. Od współczucia po irytację, od przerażenia po śmiech. Tak, chichotałam sobie w najlepsze. To z pani Stasi, to z absurdów, których niemało, gdy emocje są tuż pod naskórkiem. I to największa zasługa autorki: że niczego nie trywializując, oswaja patos tragedii humorem (albo po prostu dystansem).

Największe natężenie (jakiś wir odśrodkowy) jest tam, gdzie pozornie czysta tafla. Pani Stasia – niepozorna siedemdziesięciolatka, która uparcie twierdzi, że wszystko w swym życiu robiła jak należy i w ogóle na nic się nie uskarża. „Miałam wrażenie, że czegoś jej brakuje, jest cała tylko na pozór i z wierzchu”. Nikt nie irytował bardziej niż ona. Każdy, kto podzielił się żywą raną swoich lęków, nie mógł zdzierżyć samozadowolenia pani Stasi, tego, że potrafiła zasnąć, gdy omawiany był najboleśniejszy życiorys. Została przezwana Królicą vel Starą Wydrą i była to metka nie do zdarcia. Weterani klęli w żywy kamień, trzeba było powstrzymywać się od rękoczynu (Mikołaj opowiadał sobie Króla Lwa lub Szeregowca Ryana, by się uspokoić). Sporo komizmu w tym paradoksie. Wojnę przetrwali, a rozwalała ich staruszka. Ściślej: jej kłamstwo, które unieważniało zasadę szczerości. 

„– Człowiek sobie flaki wypruwa, ludzie sobie flaki wypruwają, próbują coś ze sobą zrobić, aż krew im z nosa idzie, a kurwa tylko siedzi albo śpi, mówi, że nic jej nie jest. Dzieci ją zostawiły, powiedziały, że nie chcą jej znać, ale ona nie! Nic jej nie jest, wszystko jest cacy, „ja nic złego nie zrobiłam”. Ja to pierdolę, wychodzę! Nie będę na to czasu tracił…”

„(…) Królica patrzyła prosto przed siebie, raz po raz podrywało jej nogę. – Byłam zawsze dobrą żoną, matką. Zawsze gotowałam, sprzątałam, mieszkanie lśniło jak lustro, dzieci chodziły ładnie ubrane, niczego im nie brakowało. – Ja się na to nie zgadzam – ryczał Mikołaj i uderzał pięścią w to, co było najbliżej. – Nie zgadzam się. Niech idzie kłamać gdzie indziej! Nie tutaj!”

„– To jest oddział psychiatryczny, ale grubo przesadziliście. Skąd ją wytrzasnęli? – Zwrócił się do grupy: – Nie wierzę, żeby ona była prawdziwa. Chcę zobaczyć jej kartę chorobową, inaczej nie będę tu z nią siedział. – Wysunął stolik, grzmotnął w niego pięścią i schował z powrotem. – Wchodzę do tej sali i nie wierzę własnym oczom, co rano wchodzę i nie wierzę! Wstaję rano i myślę, no nie, znowu mi się śniło, a potem tu wchodzę, i widzę, że nie, wcale mi się nie śniło! Diablica siedzi tu sobie jakby nigdy nic, siódmy tydzień mówi, jakie ma piękne życie, w ogóle nie wie, po co tu jest. Znowu więc myślę, że to mnie całkiem pokręciło, coś tu okropnie nie gra”. 

Nikt bardziej nie szkodził, i nikt bardziej nie pomógł. Gdy pani Stasia wracała do domu (do pustej klatki, w której raz na dwa lata odwiedzała ją przypadkowo sąsiadka lub listonoszka), nie zmieniła się ani o jotę. Terapia spłynęła po niej, nie naruszając naskórka. Świadomość, że tak można – że nic się nie zmieni, że nie ma ratunku, że daremny jest ten cyrk pracy w kręgu… – działała jak kubeł lodowatej wody. 

Pominęłam barwne, wzruszające, niepokojące opowieści pozostałych bohaterów. Warto odnaleźć je w Aniołach…. Niejedna historia ma w sobie pestkę, która ściska coś uniwersalnego. Jak ten wspomniany lęk przed brakiem zmiany. Każdy go zna. Na ogół jest sprzężony z lękiem przed zmianą. Chcemy trwać w stabilności i żywimy nadzieję, że coś się będzie zmieniać. Bez tej paradoksalnej perspektywy trudno jest żyć.

drugi dziennik

Jerzy Pilch, Drugi dziennik, Wydawnictwo Literackie 2013

Nie podsumuję blogowego roku, nie czuję, by czaiła się za progiem domagająca się tego cezura. Może zapuka w jakiś przypadkowy czwartek, ani na początku, ani w środku miesiąca czy roku? Może cyfry daty ułożą się magicznie, a może nie? Przyjdzie czas na nowe, to będzie.

Pilch w swym dzienniku pisze o natręctwie typowania dobrych początków. Lubię opowieść o dwóch cnotliwych palaczach, którzy przegapili okazję, by rzucić nałóg. „- Tak, Janku – mówił pod koniec lat sześćdziesiątych biskup polskich lutrów – była sposobność, ale przeszła nam koło nosa… – Tak, Andrzeju – odpowiadał biskupowi polskich lutrów biskup polskich kalwinów – nieprędko powtórzy się taki jubileusz, przespaliśmy… – Przespaliśmy – powtarzał jak echo Wantuła i obaj zaciągali się ze smakiem, i zaraz też wiekuisty kaszel palaczy brał ich w swoje posiadanie, i pokasłując jeden przez drugiego, niby się przekomarzali, ale przecież powaga zdobiła ich oblicza: – Tak, Andrzeju… – Tak, Janku… Taka data nie prędko się powtórzy… Swoją drogą, jak mogliśmy być tak lekkomyślni… Teraz przyjdzie nam palić, nie wiadomo jak długo”. (s.37) Cóż, zważywszy, że chodzi o tysiąclecie chrztu Polski, równie mocna karta może już nie wrócić. Co tam sylwester, nie ten, to za rok!

Drugi dziennik

Gwiazdkowy Drugi dziennik sprawił mi frajdę ogromną. Zachwycił. Przypomniał oczywistość, że „fraza Pilcha” ma moc stawiania na nogi i moc wprawiania w stan intelektualnego kręćka. Autoironiczny. Czasem złośliwy (duży stopień złagodnienia, lecz i tak kilka demaskatorskich operacji przeprowadzono z chirurgiczną precyzją). Błyskotliwość? Jasne. Erudycja? Umie gość czytać i rozumie werbalny przekaz lepiej, niż stu innych razem wziętych i zmieszanych. Barokowa składnia nic a nic nie szwankuje i potrafi omotać, aż do dekonstrukcji siebie samej. A przy tym jasność pełna. Błysk cięcia i blask ostrza. Czytać Pilcha trzeba! Z tysiącznych powodów. Wyliczać? Podam jeden. Niezwykła kombinacja dystansu do siebie, humoru (nie jowialnego, ironicznego bardziej, ale wciąż działającego jak wentyl) i rozpaczy, na skraju której się stoi, w którą się zerka, choć nie po to stoi się samotnie nad przepaścią, by innym ją opisywać czy w nią wciągać. 

Przebitki są. Wiadomo, że choroba nie odpuszcza, przyciąga myśli, a więc i refleksje czy tematy dziennikowych wpisów. Parkinson rządzi się bez pardonu, rozdaje karty, wyciąga zza pazuchy wyrocznie, hipotezy, statystyczne ciągi dalsze. Lecz nie w tym rzecz, ile tych chorobowych zapisków, a jakie one są. 

„Nie ma co ukrywać: zamiast licznych narzeczonych jeden Pan Jezus człowiekowi został. Niby wysoko, a markotno”. (s.75) „…niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót”. (s.33)

„Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zmąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy, czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia! Stylem!” (s.39) Dlatego temat choroby, gdy wraca, to jako żonglerka cytatami, pytaniami, pomysłami na to, jak podstawić jej nogę. Mówi Pilch – za okazję jej zmiażdżenia, unicestwienia choćby w słowie, niejedno by oddał: „… za możliwość napisania takiej rzeczy zrobię, Panie Boże, wszystko, dziecku – jeśli każesz – wyrwę z zaciśniętej piąstki ostatnią landrynkę”. (s.205)

***

Bieda z recenzowaniem na tym polega, że bardziej mnie wciąga czynienie wypisów i czytanie po raz wtóry najlepszych fragmentów. Cóż, nie będę wydłubywać rodzynków z ciasta, ani porządkować materii tych mniej lub bardziej spójnych dygresji, żadnej przecież zamkniętej fabuły nie tworzących. Fabuły. Bo dziennik jest zawsze autokreacją. Choć pojawia się w nim wyznanie, że w opinii odbiorców szczerości zawsze jest za mało lub za dużo, tymczasem w zamierzeniu ma być wyłącznie ona. „Wybierajcie jaką chcecie opcję. Ja wybieram spowiedź ekstremalną. Jak już, to już. Oto niekłamany w niczym jeden rok mojego życia”. (s.)

Bardzo lubię zapiski wspomnieniowe, utrwalające portrety rodziny lub sąsiadów z Wisły. Wraca babcia Czyżowa i stary Kubica, ojciec rozczytany w Tomaszu Mannie i matka. Luterańscy przodkowie katolickiego papieża (Wojtyły). Mocny jest portret Jurusia z Poczty, dla którego ten rok był ostatnim. Lub wspomnienie kobiety, która była muzą powieści Pod Mocnym Aniołem. Będę do tego tomu jeszcze wracała. Również ze względu na poruszający wpis o samotności z 21 kwietnia 2013. Gdybym jednak miała polecić Pilcha z jednego szczególnego powodu (a wspominałam: takich powodów są tysiące), to byłyby nim opowieści o lekturach – o czytaniu i o pisaniu. Świetne!

Czyta Pilch wielkich i mniejszych. Dostaje się Lechoniowi i Grassowi. Dziennik tego ostatniego przekształca się w poradnik „jak dzienników nie pisać”. Jedno ze szlachetnych zaleceń: nie objaśniać samego siebie! I mrugnięcie: „Tylko Umberto Eco potrafi z lekkością własne powieści komentować, skądinąd w kontekście dzieł o wadze ołowiu o lekkość nietrudno”. ;)  Pamiętam własne zaintrygowanie esejami o sztuce Daniela Arasse`a (Nic nie widać) – napisanych z oszałamiającą charyzmą i tak pod prąd moich przyzwyczajeń, że na długo zostawiły wrażenie. Ubawiły mnie zapiski Pilcha. Owszem, doceniające, ale przekłuwające balon z wprawą urwipołcia, który grzecznie dziwi się, że uleciało powietrze, a balonik był taki ładny… 

Zaznaczyć? To przecież oczywiste! Pilch nie wypowiada się z góry, więc przynajmniej we mnie nie wywołuje reakcji polemicznych, tym bardziej, że subiektywizm jest założeniem. Admiracja wobec prozaików rosyjskich (Babel! Izaak Babel, koniecznie chcę go poznać). Docenianie genialnych tłumaczy. Grymas współczucia wobec tych, którzy najlepsze napisali na początku, a potem mogli być już tylko epigonami samych siebie (znów Günter Grass). Refleksje o grafomanach (nie odżegnujmy się, nosimy w sobie choć krztynę grafomaństwa, często dobrotliwego, czasem z przerośniętą wątrobą-ambicją)…

W tej skrótowej recenzji nie oddzielę konstrukcji Pilcha od refleksji zaczerpniętych od Nabokova (literatura jest „po nic”, na tym polega jej luksus) czy Maraiego (każdy grafoman chce wyrazić pełnię, podczas gdy szczytem ambicji winno być uchwycenie szczegółu). Wśrod zapisków Drugiego dziennika jest taki, w którym Pilch podejmuje wyzwanie wskazania literatów, którym do pełni stosunkowo blisko. I po swojemu konfiguruje z nich dwie piłkarskie drużyny.

„Kolejność wedlug kolejności przychodzenia do głowy.
1. Płatonow, Faulkner, Mann, Dostojewski, Tołstoj, Flaubert, Gogol, Borges, Proust, Babel, Szekspir.
Zmiany: po szesnastu minutach w miejsce kontuzjowanego (w wyniku ostrego starcia z Cervantesem) Prousta – Beckett. Po przerwie za Szekspira – Broch. W doliczonym czasie gry za Gogola – Joyce.
Kartki: czerwona za kopnięcie przeciwnika bez piłki – Tołstoj. Żółta – za symulowanie karnego – Mann.

2. Rabelais, Cervantes, Poe, Baudelaire, Nabokov, Melville, Czechow, Kafka, Bellow, Schulz, Conrad.
Zmiany: po przerwie za Conrada wchodzi Márquez, od siedemdziesiątej piątej minuty za Melville`a – Dante. Zwraca uwagę doskonała forma i kondycja Schulza, przewidziany na zmiennika Bułhakow nawet się nie rozgrzewa.
Żółte kartki: za niebezpieczną grę – Kafka; za ubliżanie sędziemu – Czechow”. (s.166)

Myślę, że rodzynki pozostały nienaruszone. Najcenniejsze dla mnie wskazówki wydają się lepiej osadzone w kontekście dziennika niż w czynionych tu próbach cytatologicznych. Ja się zachwycam! 

„Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia tekstu. Zachwyt nie jest żadnym dowodem rozumienia czegokolwiek. Zachwyt – o wiele częściej, niż się wydaje – jest gwarantem niezrozumienia niczego”. (s.90)

zupa z gwoździa

Anna Onichimowska, Zupa z gwoździa, EZOP Agencja Edytorska, Warszawa 2013

Bardzo przyjemne, bardzo. Lekkie, wciągające, absurdalne, zabawne i otwierające moje czytelnicze serducho na faceta-narratora, który nie bez winy, a i tak całkiem ok. Słowem: polecam. Teraz właśnie jest najlepszy czas, by po Onichimowską sięgnąć. To już moja świecka tradycja: w ubiegłym roku w świateczne dni czytałam jej Pomiędzy. Teraz Zupę z gwoździa. Jeśli Autorka postara się na następne święta dostarczyć kolejny tytuł, to siłą rozpędu (i świadomego wyboru!) drogą kupna nabędę. Dobry tytuł na prezent. Trzeba tylko wyrachować komu go dać. Poniżej pomoc dla dedukujących.

Zupa z gwoździaRzecz rozgrywa się w Warszawie (skąd raz po raz bohaterowie wyjeżdżają do Krakowa). Zaczyna się w początkach grudnia – sporo mówi się o nadchodzącym końcu świata (21.12.2012!), co w pewnym sensie się ziści, bo jasna sprawa, że końce nie potrzebują nazywać się od razu Armagedon. Koniec czasami jest nieuchronny i niezbędny, by móc coś zacząć. Albo – jeszcze lepiej – wyrwać się z pętli czasu, z pogoni za przyszłością, z uzależnień od przeszłości i włączyć opcję Teraźniejszość. 

Małżeństwo niedoskonałe, acz bez frustracji i jadu. Marysia i Jan. Ze stażem ponaddwudziestoletnim (w dorobku córka Zosia i zięć Wiktor, omyłkowo zwany Franciszkiem). Kilkoro spowinowaconych (osiemdziesięcioletni rozamoryzowany wuj, siostrzeniec zbierający żołnierzyki dla partnera, amerykańska siostra bohatera, która kocha krokodyle etc.). Kilkoro bliższych i dalszych znajomych: zdystansowany Kurdeblaszka, moherowy Rycerzyk lubiąca krówki-ciągutki, bosostopa Murzynka, która na balu wystąpi w duecie z Janem (jako „kapusta” przy „schabowym”). Mądrze gadający pies i bez sensu trujący szef. Tu uściślę, że małżeństwo ma niezbyt intratne wykształcenie: polonista (zaczepiony w redakcji prasowej) i psycholog (sprzedająca lodówki). 

Nie wchodząc w szczegóły, o czym to jest? O tym, że gdy codzienność skrzeczy rozlicznymi brakami, praca z dnia na dzień wydaje nam się bardziej durna (przekraczając limity naszej odporności), gdy to wszystko wkracza inwazyjnie w bliskie relacje, zaniedbywane od niechcenia i bez premedytacji – to wtedy ocalający jest humor, dystans i swing. Swing rozumiem jako melodię własną, ze splotu naszych osobistych skłonności wypływającą, która pozwala nam nawet w chórze śpiewać swoje. Precyzyjniej: jeśli się rozbuja, to nauczy nas żyć poza chórem, solo lub w parze. 

I jeszcze jest o tym, o czym mówi blurb Macieja Wojtyszki: „Tę wnikliwą, dowcipną i mądrą książkę powinna przeczytać każda normalna kobieta, która pragnie zrozumieć współczesnego mężczyznę, i każdy współczesny mężczyzna, który i tak nigdy nie zrozumie, w jaki sposób się w to wszystko wpakowujemy. (…)”
Na potwierdzenie wyciągnę kilka nitek z osnowy. Marysia mówi z niepokojem do Jana, że gdy śpi, to wygląda, jakby śnił nieswoje sny. Jan najpierw się nieopatrznie dziwi (bo też czyje jak nie jego?), a potem po męsku radzi, żeby się nie przyglądać, wziąć coś na sen. (Arcymęskie! Usunąć bodziec zamiast próbować zrozumieć). Marysia po babsku drąży dalej. Konstatacja Jana: „Problem między nami polega na tym, że przez 25 lat bycia razem ona często werbalizuje, czego nie chce, a rzadko, czego chce”.

I jak znam siebie, mogę przytaknąć, że brzmi znajomo taka oto sytuacja. Marysia zbiera się do rozmowy. Znienacka wciąga w nią Jana. Temat rozmowy zahacza o pyłek i księżyc („wszystko między nami”). Pytania są logiczne i konkretne, choć rzeczywiście przeskakują z planety na planetę. A facet nie nadąża, bo niepotrzebnie się asekuruje, próbuje zgadywać, co padnie za chwilę i idzie w zaparte, że żadnego problemu nie dostrzega. Dla mnie to bardzo esencjonalne, a przed pretensjonalnością ratuje zmysł absurdu (i humoru). W praktyce wygląda to tak. Zarzut głównego kalibru: miałeś romans. Marysia nie umie pojąć tego, co dla Jana oczywiste: że bez znaczenia skoro bez uczuć i dwie dekady temu. Dalej: nie zauważyłeś, że mam nową marynarkę, nie chcesz się poświęcić i wyjechać na wakacje gdzieś daleko, w roli telefonicznej tapety masz nosacza (małpę z Borneo – to obsesja Jana) a nie mnie, nie chciałeś wziąć kundelka ze schroniska, dlatego nie mogę spać… I znów większy kaliber: nie dbasz o grób rodziców, o mnie też zapomnisz bez żalu. Et caetera. Marysia – dla wspólnego dobra – mówi mu, co stoi na przeszkodzie, by było normalnie. Jaś próbuje poskładać puzzle i nic mu nie wychodzi. Podpowiadam (zgadując), że w takiej sytuacji po prostu trzeba bezdyskusyjnie zrealizować jedno z kobiecych pragnień i jeszcze jedno (ekstra) spoza listy. 

Trzy pasje ma mężczyzna (nadmienię, że to on prowadzi narrację). I w każdej z nich bardzo mu sekunduję. Jedną jest nosacz, którego podgląda dzięki mapom Google. I ja zajrzałam, dziwny dziw, zgodność nazwy z wyglądem niezwykła. Drugą jest gotowanie. Trzecią – pisanie. Jest blogerem! Niezbyt chyba poczytnym, ale nie o to w tym chodzi, pisać trzeba, nawet gdy brak chętnych odbiorców. Wiadomo: dziś czytelnik to skarb, a piszący jest tylko jednym z milionów. 

Zupa z gwoździa jest możliwa do upichcenia, przepis na blogu o tym samym co książka tytule. Sednem kulinarnego gustu Jana jest prostota. Nie wiem, czy jest to zamysł ironiczny, mnie akurat przekonuje. Gdy razu pewnego cała rodzina zamawia kolację w restauracji, wybory trafiają na frymuśne w nazwie dania: „wątróbki cielęce na gnieździe z brokułów, z pieczonymi kasztanami, nadziewanymi szynką parmeńską i wędzonym pieprzem, pod dymną osłoną” i inne, w których odrobina konkretu jest „pod kołderką” lub „wsparta na postumencie”…. Jan prosi o herbatę miętową. Jako jedyny zamawia „spaghetti z wody, osobno oliwa i parmezan”. 

Pisze Jan bloga i pisze listy. Zawodowo odpowiada za kontakt pisma z czytelnikami. Gdyby czekał aż listy same nadejdą, toby pracę stracił, więc pisze do siebie sam. Listy są cudnie absurdalne i świetnie komentują perypetie życiowe Jana. Skoro na niego coś padło, to mogło też paść na innych. Przykład: 
„Kochany Panie Redaktorze,
może mi pan odpowie, dlaczego jednym coś się udaje, a innym nie. Weźmy przykład pierwszy z brzegu: zderzają się trzy samochody na pustyni. Zwykle tylko wielbłądy po niej biegają, a tu – takie zjawisko nadprzyrodzone. Że samochody, że trzy, no i wypadek. Dwa trupy, a trzeci nawet niedraśnięty. Kto tym kieruje? (…) U mnie póki co aż tak źle nie jest, ale odpukuję w niemalowane, unikam trzynastek, spluwam przez lewe ramię, nie przechodzę pod drabiną, robię, co mogę. Chociaż przesądny nie jestem. Gdyby miał Pan jakiś pomysł, jak oszukać przeznaczenie, albo chociaż przechytrzyć, proszę o kontakt.
Jarosław z Milanówka, skrytka pocztowa 33”

Cóż, z fatum nikt nie wygrał (vide: Edyp), ale dużo daje dobre przemycie oczu i odnalezienie tego, co już się ma. Nie przeczę, że satysfakcjonuje mnie taki przebieg fabuły, który wyjaśnia mężczyźnie, że nigdy dość doceniania kobiety i trzymania za rękę, by nie uciekła (bo też czasami każda ma na to ochotę). Choć, myślę sobie, że w swej lekkości książka Onichimowskiej jest jednak dość przewrotna.
(Jan o Marysi): „Ona nie ma takich lęków. Czasem wydaje mi się, że jest odważniejsza ode mnie. Nie boi się latać, przebiega na czerwonym świetle, chodzi na wysokich obcasach, no i w ogóle”.

masz ci los!

No masz. Jak czasem los przydepnie, to tylko stękać. Czekać aż przyjdzie wichura i przegna. Nic, nic, się wygramolę z przydepnięcia, kurz zetrę, włos potargam, przytupnę! Jeno ten los po horyzont się rozmościł. Nic innego nie widać, tylko los, karmę, przypisanie… istne fatum. I to z każdej strony, gdzie by nie zerknąć.

Otwieram Myśliwskiego – Ostatnie rozdanie – rzecz, wiadomo, wyczekana, bo prawie pewniak. Zakłady można robić, czy rozbije triumwirat, czy będzie na miejscu czwartym – trzy mocne tytuły idą łeb w łeb: Kamień na kamieniu, Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli. Zawsze jest tak, że ktoś próbuje pozbierać i ogarnąć swoje życie. Jakiś Szymon Pietruszka czy inny gawędziarz. Miesza się cierpienie z radością, bliskość z samotnością, codzienność i święto. A wszystko wokół zwykłych spraw się kręci. Albo to będzie potrzeba wybudowania grobu, albo wspomnienie zgubionego buta czy pałaszowanego rodzinnie rosołu, albo łuskanie fasoli. A tym razem jest notes-adresownik, spuchnięty od nadmiaru, rozlatujący się, sam siebie niepewien. Bohater otwiera go co i rusz, próbując rozpoznać, kto pod jakim nazwiskiem się kryje. Kim był ten, tamten? Co mnie z nim wiązało? Listy, zestawienia, rządki nazwisk upchanych pod kolejnymi literami alfabetu. Pięknie, ładnie, ale za dużo. Niestety, déjà vu

Rzecz pamięci, która bynajmniej nie jest gruntowna ani stała. Z biegiem lat pokazuje to samo jak zupełnie nowy film. Czasami z dnia na dzień. I tak od listy nierozpoznawalnych nazwisk przechodzimy do warstewek własnej tożsamości, która również ma całe połacie nierozpoznanego. „Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym” – mówi Myśliwski. Trochę mnie przynaglając, by podkręcić świadomość.

„Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić sami z sobą. I od razu nasuwa się pytanie: to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”.

niby jarzębinaNie wiem, ku czemu prowadzi mnie Myśliwski, bo jestem w drodze. Wiszą mi nad głową różne miecze Damoklesa (innowacja, nie błąd), więc powieść łykam haustem, a potem odkładam i czytam od nowa. Tym sposobem nieźle już sobie obrzydziłam nieszczęsny notes, w którym wszystkiego jest ponad miarę, a niewielki z tego pożytek, bo słowa oderwały się od treści, nazwiska od twarzy, wspomnienia od prawdy.

Więcej u Myśliwskiego nostalgii niż entuzjazmu, więcej utraconego niż znalezionego. Mam nadzieję, że jest nadzieja. Sprawdzę. Liczę na nią, mając na uwadze obraz chłopca na obsypanej kwieciem ulęgałce. I szybko na tę modłę tworząc swój jarzębinowy ekwiwalent. Pozytywny, z mocnym akcentem, gościnny. Wyżej to nie jarzębina, ale zamiennik.

Kondycja, póki co, nie doskakuje do szczytu swych możliwości. Lecz uparcie przeczy diagnozom nader jednoznacznym o „obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy radzić sobie z samotnością”. Bo też cóż by to była za pułapka. To byłby bezpardonowy kopniak losu. 

I rzuca mi Myśliwski takie zdanie: „Gdy się jednakże na taką kwitnącą ulęgałkę patrzy, można zawstydzić się sobą. Czymże się bowiem jest wobec takiej kwitnącej ulęgałki?” A ja nieśmiało myślę sobie: podpatrywać tę ulęgałkę. Uczyć się od jarzębiny. 

Niewykluczone, że Myśliwski jest o czymś innym, przeczytałam dopiero jedną trzecią.

między podróżą a tekstem

„Znak” nr 698-699
LISTY HERBERTA I BRZĘKOWSKIEGO

Na zdjęciu: poeci. Zbigniew Herbert, tu rozpoznanie jest oczywiste, i Jan Brzękowski, współtwórca krakowskiej awangardy, poeta emigracyjny, osiadły we Francji. Francja w tle. Między nimi różnica pokolenia (rocznik 24. i 03.), inne poetyckie drogi, odmienna życiowa sytuacja. 

Brzękowski po debiutanckim tomiku i wejściu w krąg peiperowskiej „Zwrotnicy” wyjeżdża na studia do Paryża. Jest środek międzywojnia. Osiada nad Sekwaną, później w Amélie-les-Bains (przy granicy z Hiszpanią). Bywa w Paryżu, kiedyś znów w nim zamieszka. Ale póki co jest rok 1958 – wtedy poznaje obiecującego Herberta.

Herbert ma za sobą pierwsze tomiki (Struna światła oraz Hermes, pies i gwiazda), którymi zaistniał dzięki popaździernikowej Odwilży. Ma trzydziestkę na karku, mieszka pokątnie, pracuje w przypadkowych miejscach, chce żyć z pisania… Stypendium literackie (sto dolarów!) staje się zaczynem ruchu. Po raz pierwszy wyjeżdża za granicę, podróż trwa dwa lata (1958-1960). Francja, Anglia i Włochy. Dużo czasu spędza w Paryżu. Łapczywie chłonie wrażenia z miejsc i inspirację ze spotkań. Poznaje Jana Brzękowskiego. I co? I nic. To nie jest wielka przyjaźń, chyba nawet nie ma większej fascynacji wzajemnym dorobkiem literackim. Kilka spotkań i bardzo uprzejme listy. 

W wakacyjnym numerze „Znaku” opublikowano tych listów dwadzieścia pięć (najmłodsze, pisane po długiej przerwie, pochodzą z roku 1972). Zgodnie z zasadami edycji prywatnej korespondencji. Z przybliżeniem kontekstu. Czytałam. Komu przydarzy się okoliczność – polecam.

Posyłam wieżę EifflaCoś niecoś wynika z tego, jak i o czym korespondujemy. Epistolografia literatów jest ciekawym wglądem w to, jak prezentują się ich niezredagowane teksty, nieprzeznaczone do druku (choć głowę daję, że pisane ze świadomą autokreacją). Po śmierci Herberta – w lipcu minęło 15 lat – wydano niemało śladów jego epistolarnych rozmów. Listy wymieniane z Turowiczem, z Elzenbergiem, z Miłoszem, Zawieyskim, Barańczakiem… 

Ważne jest co dzieje się w tle korespondencji: nad czym autorzy pracują, jaki rodzaj doświadczeń gromadzą i co im się zdaje, zanim skondensują swe rozmyślania w jakimś – do szerszej publiki adresowanym – wierszu czy eseju. Owocem pierwszej podróży zagranicznej Herberta był rewelacyjny tom esejów Barbarzyńca w ogrodzie. Przebłysk tego projektu odsłania się w listach do Brzękowskiego. Wiecznie czymś zaaferowany Herbert, przepraszający, że odpisuje z opóźnieniem, że po uszy zajęty, że w drodze dokądś lub w podróży jakiejś w głąb (poprzez księgi)… To odsłona kondycji i metody wchłaniania wrażeń, prawdziwy, chaotyczny odprysk tego, co w zastygłej postaci stoi na mojej półce już od lat, czasami zabierane w drogę a częściej będące zastępstwem realnej podróży. Nie muszę dodawać, że podróż z Herbertem nigdy nie jest namiastką, bo jeśli nawet zmysły nie mogą się sycić, to myśl krąży jak torpeda: przenikając historię i piękno. 

***

garść obserwacji

1. Herbert ma dość dramatyczną świadomość przepaści między życiem w Polsce a zagranicą. Fascynuje go świat Zachodu i Południa. Decyzję emigracji rozważa, lecz jest do niej mentalnie niezdolny. Mniejsza o trudności z pracą, o biedę czy samotność. Te same dodatki towarzyszą mu również w Polsce. Niewykluczone, że tego rodzaju patriotyzm odchodzi w przeszłość, dla ludzi o konstrukcji osobowości podobnej do Herberta był on czymś organicznym. I paradoksalnie: to, co ograniczało wolność, było zarazem ostrogą do przekraczania samych siebie.

„Wracam do Polski za kilka miesięcy. Robię to, jakbym miał wejść w wodę brudną i zimną, ale to jest jedyna moja rzeczywistość. Tu żyję na powierzchni, bez racji i powodu”. „Niedawno otrzymałem wiadomość, że cenzura zdjęła moje wiersze, co mnie niesłychanie podnieciło i natchnęło do walki”.

2. Jedną nogą w świecie starych. I to nie brzmi jak kokieteria. Pan Zbigniew mógł tak myśleć. „Jutro kończę 35 lat. To istna katastrofa. Już jestem definitywnie wykreślony z kręgu młodych”. (!!!)

3. Pierwsza podróż, czyli wchłanianie całą skórą. „Uczę się języka i obwąchuję to piękne i okrutne miasto” – pisze o Paryżu. Kawiarnie, kina, muzea (kolejność raczej odwrotna). Przepisywanie ksiąg niedostępnych w kraju a niezbędnych przy studiach nad tematem. Rzetelność Herberta nie zaskakuje. Trochę bawią mnie francuskie słowa, które mu wchodzą w nawyk: „Bardzo serdecznie Pana pozdrawiam i mezomażę madame” (mes hommages) lub „ekskuzuję się z powodu milczenia”. Gdy wspomina o pisaniu Barbarzyńcy…, mówi, że „ciągnie w wielkiej męce książkę szkiców o Francji i Włoszech”. Męka? zupełnie niewyczuwalna w lekturze.

4. Listy są dość zwięzłe i może dlatego chwilami zaskakuje mnie egzaltacja. Dziwni mnie ona u Herberta. Wówczas jeszcze nie wie, czy kiedykolwiek powtórzy przygodę z Europą, może to motywuje wylewne trzykrotne wyznanie smutku, jaki budzi w nim myśl, że mógłby już więcej nie spotkać Brzękowskiego. Trzeba, niestety, dodać, że Brzękowski wystąpił tu w roli synekdochy: niby smutek za nim, a de facto za światem, do którego dostępność nie jest czymś oczywistym. Nie przekonują mnie wzajemne serdeczności.

5. Hmm… byłoby inaczej, gdyby listy wymieniały ze sobą kobiety. Kobiety-pisarki. Męski dialog krąży wokół autorskiego ego. „Wysłałem Panu (…) tom moich wierszy (…). Bardzo mi zależało, aby Pan zechciał go przejrzeć”. „Czy czytał Pan moje wiersze…?” „Czy zna Pan mój artykuł… ?” Obaj chcą być czytani i chętnie przejrzeliby się w docenieniu ze strony drugiego. To oczywiste. Ale listy między kobietami wyglądałyby inaczej. I zastanawiam się, czy szczerzej? Oczywiście, to zależy, kim by one były. Nie pytałyby tak wprost, chyba.

6. Żałuję, że Herbert tak enigmatycznie pisze o zwiedzaniu: …wyjeżdżałem z Paryża tknięty turystyczną manią”. W omówieniu listów znajduję wzmiankę o przejawach tej manii, zaświadczoną wspomnieniami żony. Herbert mógł nie spać, nie jeść, nie robić przerw. „Ja byłam głodna, a jemu wciąż szkoda było czasu na jedzenie. Zawsze miał wytyczoną dokładną trasę zwiedzania i nie chciał się ani na chwilę zatrzymywać”. Po czym dodaje: „Ale zwiedzanie z nim było wspaniałym przeżyciem”.

A ja sobie myślę, jak dobrze, że powstał Barbarzyńca… Mogę sobie podróżować z Herbertem, a jeść, kiedy tylko najdzie mnie głód (albo jeszcze częściej). Mogę sobie robić przerwy. Bo przecież jego eseje aż proszą o to, żeby siąść i posmakować chwilę.

Najbardziej lubię tekst O albigensach, inkwizytorach i trubadurach. Ale zacytuję coś bardziej na dziś, gdy upał trwa i prawie nie trzeba sobie wyobrażać, jak ciepło jest na południu (tekst dotyczy Grecji).

„Zresztą krótki wypad z autokaru nie daje pojęcia o tym, czym jest świątynia grecka. Trzeba spędzić wśród kolumn przynajmniej jeden dzień, aby zrozumieć życie kamieni w słońcu. Zmieniają się one zależnie od pory dnia i roku. Rankiem wapień Paestum jest szary, w południe miodowy, o zachodzie słońca płomienisty. Dotykam go i czuję ciepło ludzkiego ciała. Jak dreszcz przebiegają po nim zielone jaszczurki.

Schyłek dnia. Niebo jest spiżowe. Złoty wóz Heliosa stacza się do morza. O tej porze, jak mówił Arcypoeta: «ciemnieją wszystkie ścieżki». Teraz przed świątynią Hery róże, które śpiewał Wergiliusz: «biferi rosaria Paesti», pachną odurzająco. Kolumny przyjmują żywy ogień zachodu. Niedługo w ciemniejącym powietrzu będą stały jak spalony las”. (U Dorów)

Znak. Okładka wakacyjnego numeruWakacyjny numer „Znaku”. Wspomnę na marginesie, że miesięcznik „Znak” za chwilę wypuści w świat swój siedemsetny numer. I z tej okazji udostępnia całe archiwum (od 1946 roku, w formacie pdf). Można też kupić za niską opłatę (5,90zł) numery od maja 2012 do sierpnia 2013 – w formatach MOBI/EPUB.

Tamaryszek natomiast, naoglądany, nasycony filmami i spacerami po równinie, rusza zdobywać górskie szczyty. Nie, nie, Himalaje nie dla mnie. Tatry są w sam raz. 

nauczyciel sztuki

Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki, Wydawnictwo Krytyka Polityczna, Warszawa 2013 

[dygresja wprowadzająca]

Moja ulubioną książką Artura Péreza-Reverte`a jest Klub Dumas. Dwie intrygi, splecione niczym warkocz, obie bibliofilskie. Jedna dotyczy księgi diabelskiej, druga sprawdzenia oryginalności rękopisu Wina andegaweńskiego (czterdziestego drugiego rozdziału Trzech muszkieterów Aleksandra Dumas). Kipi od przygód, zwodzi i erudycyjnie zaskakuje (kurs introligatorski i ogólnobibliofilski w pigułce). A wspominam o niej ze względu na jej zamaszysty ukłon w stronę literatury, której patronuje Dumas. Muzy lekkiej, ale mistrzowskiej. Stoją za nią murem czytelnicy o różnych rodowodach: nastolatki i ci zza smugi cienia, kucharki i profesorowie, optymiści i maruderzy (no chyba, że marudzą ciut zanadto). 

„Kiedy ludzie dojrzewają, stają się flaubertystami albo stendhalistami, opowiadają się za Flaubertem, Lampedusą, Garcíą Marquezem, Durrellem czy Kafką… Zaczynamy się od siebie różnić, czasem nawet kłócimy się. Ale jednym mrugnięciem potrafimy się porozumieć na gruncie paru magicznych książek i autorów. Dzięki nim poznaliśmy kiedyś świat literatury bez potrzeby wyznawania jakichś dogmatów czy wkuwania mętnych teoryjek. To nasza prawdziwa wspólna ojczyzna: opowieści wierne nie temu, co człowiek widzi, ale temu, o czym marzy.”

Nauczyciel sztuki

***
Tego rodzaju historie lubią kostiumy, czasem określa się je mianem powieści płaszcza i szpady. Mają bohaterów, o których wierny czytelnik jest gotów stoczyć prawdziwy bój. Bo ulepieni 
są z tego, co wzięte jest ze snów. Tak, trochę są od nas inni, może dlatego, że ich świat wyraźniej rozróżnia podłość i poczciwość, blagę i honor. Na ogół ten, kto ma dobre intencje, ma również szansę na happy end. Ale tak ładnie szafują przygodami, że postać, za którą trzymamy kciuki ujawnia swą fantazję, talent do wpadania w tarapaty, szelmowski wdzięk i czystą duszę. 

I ja na powieści z taką aurą trafiam rzadko. A tym razem trafiłam i jestem trafiona. Czytałam, nie mogąc się oderwać. Od pierwszych zdań. Zanim więc wyszczególnię elementy, chcę zadeklarować, że po prostu całość dobrze się czyta, że na letnią porę jest to lektura w sam raz, i że zalecałabym ją szczególnie tym, którzy w czytelniczym repertuarze mają na co dzień inne kwiatki (eseje, reportaże, powieści z niejednoznacznym, lecz dość rozchwianym obrazem świata). 

W osobnym wpisie skopiowałam słowo od Autora, ono jest próbką i najlepszą zapowiedzią. Pisane z perspektywy XXI-wiecznej Salamanki, przenosi nas w świat Hiszpanii sprzed 473 lat. Renesansowa Europa (Anno Domini 1540), gdzieś za murami Zamku Nájer, za rogatkami, za linią Pirenejów (dalej lub bliżej)… toczy się to, co z grubsza znamy. Mikołaj Kopernik za trzy lata skończy swój heliocentryczny traktat (tu ważniejszy jest fikcyjny astronom Abu Dżafar al-Faradi, który z Nájer pisze do Nicolasa listy). Luter odłączył się od kościoła, podobnie Henryk Tudor, zwiera szeregi Wielka Inkwizycja, która na zimne dmucha, więc – paradoksalnie – rozpala stosy. Napięcia między „prawowitymi” wyznawcami jedynie słusznej wiary, a przeróżnymi odszczepieńcami (Żydami, muzułmanami, chrześcijanami odnajdującymi nowe ścieżki) dorzucają do  średniowiecznego fanatyzmu kolejne drzazgi. Ale jesteśmy trochę ponad tym, bo Hiszpania, dzięki innym zbiegom przypadków (historia alternatywna), okazuje się być krainą tolerancji, otwartości, admiracji nauki i sztuki. Nade wszystko Sztuki, czyli kunsztu szermierczego, pojmowanego jednak szerzej, obejmującego nie tylko sprawność fizyczną i znajomość taktyki, lecz imponującą bystrość refleksu, zamysłu, filozofii działania. 

Walor pierwszy: bohaterowie

Chwila namysłu, kogo tu ustawić w roli lidera. Jasne, że nie inkwizytora. Jean-Claude Hobereau pojawia się stosunkowo późno, jest bezdyskusyjnie czarnym charakterem, może aż nadto. Pozostali – zgodnie z regułą gatunku – budzą uczucia ciepłe, czasem podziw, czasem pobłażanie, na ogół chęć mrugnięcia i przyklaśnięcia, choć trucicielska intryga rodzi też zrozumiałą podejrzliwość. 

Dwór księcia Ferdynanda kwitnie. Przyciąga otwarte umysły, adeptów mądrości wszelakiej, ludzi sprytnych i przedsiębiorczych. Nie, nie, to nie bajka. W jednej z pierwszych scen obserwujemy masakryczną jatkę w oberży, więc wiadomo, że zbóje i łajdaki, niczym rewers przy awersie, istnieją na mocy logiki i symetrii. Książę jest tolerancyjny, toteż chrześcijanie wespół z muzułmanami i żydami stapiają się w jedno, do czasu. Na konkurs szermierczy, mający wyłonić nauczyciela Sztuki dla książęcego syna, Filipa, zjeżdża wielu słynnych adeptów Sztuki.

Między innymi Gaspar De Los Reyes – można powiedzieć, że to jest d`Artagnan numer jeden. Intrygujący Otso de Irrunea i Manuel Covadonga budzą czujność i możliwość obstawiania, czy przeważy w nich blask czy mrok. Świetny jest unikający szermierki, lecz kochający architekturę i matematykę, książę Filip. Zaskakujące są postaci dziewięciolatków (Francisco i Miriam). I professore Abraham, mój ulubieniec. Zanim okaże się mistrzem, jawi się po trosze rozkojarzonym intelektualistą spoza głównej rozgrywki. Scena (sekwencja) wiążąca jego losy z Gasparem to jeden z lepszych fragmentów powieści. Nieco symetrycznie skonstruowana jest przeorysza Marguerite (bo również mądra, choć z racji bycia zakonnicą, niestety, mniej grzeszna). Lubię te fragmenty, gdy objaśnia Ruth, co znaczy być Widzącą i że to żadna magia, lecz umiejętność słuchania wewnętrznych głosów i obserwowania świata, czucie ciała i pamięć snów. No tak, w ogóle kobiety są tu spirytus movens całej akcji. Racjonalna matematyczka Ruth, pracująca nad traktatem geometrycznym i medyczka Siham an-Nabi, której można zaufać, bo leczy ciało i duszę jednocześnie (z postaci kobiecych to mój typ) i rozsądna Izabela, i lekko się prowadząca, o lotnym umyśle Soledad albo wcielenie cichej kobiecej siły – Manuela.

Walor drugi: erudycja bliska życia

Naprawdę niezwykła sprawność przedstawiania kwestii abstrakcyjnych i z przyzwyczajenia powiem: zawiłych, w sposób klarowny i bliski doświadczeniu. Wojciech Kłosowski zasługuje na tytuł „mestre”. Czy to będzie partia szachów, czy obliczenia architektoniczne, zadanie geometryczne, wywód medyczny, czy – nade wszystko – opis gry szermierczej: z ręką na sercu, nie ominęłam ani linijki. Bywa że bohaterowie po prostu wchodzą w rolę nauczycieli i prowadzą ku czemuś swoich uczniów. Wtedy podglądamy lekcję. Ale jak mówi Abraham: „– A cóż nie jest lekcją? Wszystko wkoło to tak naprawdę jedna niekończąca się lekcja”. Na szczęście bez cienia nudy. No, może przez chwilę księżna Izabela znużona słucha wykładu o formułach sylogizmów, ale na naszych oczach teoria staje się praktyką. Nauczyciel Sztuki zaraża pasją zgłębiania arkanów wiedzy i testowania ich w życiu. 

Najsmaczniej podana jest sama Sztuka, której zasady są przekładalne na wiele innych stref i poziomów. Może obowiązują po prostu w międzyludzkich relacjach, może są furtką do uczuć wyższych. Walcz i praktykuj sztukę w obronie słabych i ku przestrodze niesprawiedliwych – głosi sentencja pierwszych wtajemniczeń. Bądź gotów poświęcić się bardziej, niż przewiduje to twój przeciwnik. I tak, by pomagać w sam raz. Poniżej mentorska uwaga Mistrza – należy zaznaczyć, że ton opowieści inkrustowany jest takimi mądrościami z dużym wyczuciem, nie tracąc na lekkości.

„– Każdy ma obowiązek bronić się też sam. I bronić innych podług sił swoich. Bronić słabych «za bardzo», to bronić ich tak, że poczują się zwolnieni z obowiązku własnej odwagi. Że będą jak dzieci chowające się za płaszcz ojca. My mamy ich bronić tak, że dołączą do nas, że staną też sami do obrony. Rozumiesz? Mamy ich umocnić w ich odwadze, a nie zastępować ich odwagi naszą własną. «Za bardzo» jest wtedy, kiedy im opadają ręce, gdy mówią sobie: «No, ja tu nic nie poradzę, musiałbym być takim mistrzem jak on». Dlatego nie wolno nam popisywać się. Mamy obowiązek pokazywać ludziom, że każdy może się bronić”. 

Uznaję ten walor za szczególny, tym bardziej, że zaspokaja czytelniczy (człowieczy) głód podążania za mistrzem. Na co dzień na taką ufność zdobywamy się rzadko i raczej własne doświadczenie, rozczarowania i sceptycyzm występują w roli dyżurnej busoli. Literatura czasami (naprawdę ni stąd ni zowąd, bom ja czytelnik ostrożny) daje nam bilet do świata wiary w mądrość i niechwiejne wskazówki. 

Walor trzeci: sposób opowiadania

Jest nieźle. Skoro nie mogłam się oderwać, to znaczy, że więcej niż nieźle. Zaskakująco, z zakrętami, w dobrym tempie. Przemieniają się perspektywy, narracja nie jest linearna, lecz skacze z jednego punktu obserwacyjnego w kolejny. Stąd ta dynamika i szeroki kąt widzenia. Świetnie dopasowany ton do kroju opowieści. Bo teraz moglibyśmy wyliczyć, czego tu nie ma. Choć mnie na to szkoda czasu: nie ma i być nie musi. Na przykład historii, mimo przenosin w wiek XVI. Historia ujawnia się, lecz w kostiumie. Może również dlatego, że Zamek Nájer to miejsce z umownej czasoprzestrzeni. Zagrożenie fanatyzmem, żądza sukcesu i rewanżu rozsadzają przecież historyczne ramy. I tylko hamując rozpęd, nie dodam, że są wciąż tą samą niszczycielską siłą jak za czasów Jean-Clauda Hobereau.

Nie bardzo umiem – i to jest przyjemne doświadczenie – umieścić tę powieść w kontekście polskiej literatury. Spotkałam się z kilkoma etykietkami w recenzjach: Umberto Eco (czyta się lepiej), Pérez-Reverte (mniej postmodernistycznej gry), Eustachy Rylski (to jednak inna kategoria, bardziej licząca się z przygodą). Sienkiewicza nie brałabym pod uwagę, bliżej do Aleksandra Dumas. Polskich pisarzy zapraszających w analogiczny sposób do zabawy i wtajemniczeń (i niewchodzących przy tym na ścieżkę fantasy) trudno mi przywołać. Możliwe, że powinnam się uważniej rozejrzeć.

***
[dygresja kończąca]

W Klubie Dumas jest taki epizod. Jeden z bohaterów wygłasza w kawiarni wykład nt. fenomenu powieści Dumasa. Słuchają go różnej maści czytelnicy i dziennikarka z typowo współczesnym snobistycznym zacięciem. XIX-wieczna powieść awanturnicza nie może – w jej mniemaniu – znaczyć tyle, co książki o wyższych ambicjach.
„Chwila krępującej ciszy (…) zapanowała przy stoliku, gdy dziennikarka oświadczyła, iż ona osobiście uważa, że historie przygodowe są zbyt błahe, prawda? Takie powierzchowne, nie wiem, czy rozumiecie. Jakby.”
Otóż, bynajmniej.

przypadek

Przypadkiem ta książka wpadła w moje ręce. Namysł by mi na nią nie wskazał. Przypadki bywają fortunne.

Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki

„OD AUTORANauczyciel sztuki

Jest rok 2012. Upalne lato rozgrzewa do białości zabytkowe uliczki Salamanki. Miguel De Los Reyes siedzi przy kawiarnianym stoliku i lawiruje ekranem swego iPada tak, by złapać cień markizy i odczytać wyniki wczorajszego testu z filozofii. Za chwilę kelnerka przyniesie zmrożoną colę. Trącony nieuważnie stolik przechyla się i pusta szklanka rozpryskuje się o bruk. Jakaś przechodząca obok dziewczyna taksuje Miguela gniewnym spojrzeniem, ale nie zwalnia kroku. Zanim zniknie za rogiem, kelnerka będzie już zmiatać szkło i z uprzejmym uśmiechem odmówi przyjęcia dwóch euro za stratę; to nic, szkło się tłucze, wiadomo. Na tym koniec. Za chwilę nie będzie śladu po całym zajściu.

Czy na pewno? Może tamta dziewczyna, odwracając się na moment ku stłuczonej szklance, straciła szansę skrzyżowania spojrzeń z nadchodzącym właśnie z przeciwka trzydziestoletnim programistą z Bayonne, Francisem Le Bourge. Więc on nie rozpozna jej wieczorem w winiarni, nie poprosi do tańca i o drugiej w nocy nie wylądują w jej dusznym pokoiku nad księgarnią przy Calle de San Juan. Stłuczona szklanka sprawiła, że Le Bourge spędzi tę noc samotnie. Następną także i następną. Sieć przypadków, splątanych przyczyn i nieoczywistych następstw bywa subtelniejsza od pajęczyny i trudno w tym momencie zgadnąć, że za piętnaście lat zgorzkniały i zapiekły w złości programista Le Bourge wywoła największą w historii awarię przemysłową, która pozbawi życia blisko trzy miliony ludzi i uczyni Paryż na zawsze bezludną, toksyczną wyspą.

Żywa wyobraźnia podpowiada, że świat wokół nas w każdej chwili może wybrać jedną z tysiąca dróg, że mógł też wybrać jakąś inną trajektorię w dowolnym punkcie przeszłości. I że ci, co żyliby w owym alternatywnym świecie, uważaliby go przecież za jedyny możliwy. Dla autora wymyślanie takiej historii alternatywnej to fascynujące zadanie. Tak rzadko przecież możemy być dumni z naszej prawdziwej przeszłości, w której tyle spraw aż prosi się o to, by przeżyć je ponownie, ale tym razem zupełnie inaczej: mądrzej, piękniej… Jakże by to było na przykład, gdyby szesnastowiecznej Hiszpanii nie ścisnęły wcale rozżarzone kleszcze inkwizycji, a zamiast tego kwitłby tam nadal wielobarwny świat Arabów, Żydów i chrześcijan, świat który w prawdziwej historii zaczęto wypalać żelazem dwieście lat wcześniej?

Wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć ową dawną Hiszpanię, w której z jakiegoś stołu spadła szklanka, zmieniając już na zawsze wszystko”.