Archiwa tagu: Łukasz Palkowski

biedny Polak ogląda sukces

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014
Zaginiona dziewczyna, reż. David Fincher, USA 2014

Mogłaby to być notka o najnowszym Fincherze, gdyby w ogóle dało się o nim pisać… i nie zostać spojlerówką. Film widziałam w ubiegły weekend i mniej więcej w tym samym czasie obejrzałam dwa zbieżne programy kulturalne, w których krytycy wyceniali wartość Bogów (Palkowskiego) i Zaginionej dziewczyny (Finchera). Bardzo się tym zestawieniem nakręciłam i choć minął tydzień, emocje zetlały i wszyscy są już w innym punkcie na kulturalnej bieżni, to ja jednak chcę się nad tym pochylić. Nad tym, że udany polski film może wkurzać – a nawet musi, taka karma.

 Zaginiona dziewczynaO czym są Bogowie każdy wie. O czym jest Zaginiona dziewczyna? O manipulacji i o tym, że gdy poczujemy ją na sobie w odpowiednio dużym stężeniu, to raz na zawsze wyparowuje z nas spokój i naiwność. Manipulacja przebiega na planie kameralnym, dotyczy małżeństwa, które w piątą rocznicę zmierzy się z próbą… I to jest thriller do potęgi. Niewinne zdanie z prologu, w którym mąż patrzy na żonę, pytając sam siebie: O czym myślisz? Dokąd zmierzasz? Co zrobiłem tobie, co zrobiłaś mnie? Gdy wróci w ostatniej sekwencji, przyniesie odmieniony przekaz. Manipulacja wkracza też na plan ogólny, dotyczy mediów, zwłaszcza żywiących się sensacją magazynów plotkarskich. Osądzających bezlitośnie i z przytupem (czyli głosem widzów, z których każdy może dorzucić swój kamyk). Wręcz nie wypada: żyć w XXI wieku i nie wiedzieć, że z opinią publiczną trzeba grać. Sprzedawać siebie tak, by przetrwać, wzbudzić empatię, zyskać punty. 

Bardzo sprawny thriller, w którym mniej więcej w połowie ujawnia się najważniejsze, lecz da się oglądać do końca, bo zmienia się bieg myśli i emocji. Już wiemy, co się stało, a jeszcze nieznany jest ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że chodzi o zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu i o spekulacje jakoby maczał w tym palce mąż.

Zobaczyć warto, choć to, co pozostaje po seansie  w żaden sposób już na mnie nie wpływa, wygasa adrenalina i nie ma potrzeby wchodzić w głąb. Ja nie miałam. Fajerwerk, błysk bez powidoku. Bogowie – to był szok! Chęć, by powracać do co lepszych scen, coś sprawdzić, pogadać. Wyważyć, co podobało się najbardziej. Wcześniej czy później zobaczyć drugi raz (już widziałam).

 ***

Powód, by łączyć Religę z thrillerem Finchera jest tylko jeden: czas premiery i sąsiedztwo na krytycznofilmowej wokandzie. Symptomatyczne. „Tygodnik Kulturalny” (na TVP Kultura) z 10.10  oraz 32 odcinek „movie się” (na FilmWebie). Dwie różne energie – pierwsza z aspiracjami do erudycji, kumulująca się w puentach, z  mocno wyważonym recenzenckim sparingiem, druga – żywiołowa, pasjonacka, honorująca subiektywizm, z filmoznawczym backgroundem. Woda i ogień. A zbieżna tonacja! Rezerwa wobec Bogów, zachwyt Fincherem. Co do gustu, każdy kieruje się własnym i tu „nie dziwi nic”. Węszę w tym jednak trzy kompleksy, które wytknę, bez premedytacji.

Tygodnik Kulturalny

„TK”: m.in. Zdzisław Pietrasik, Łukasz Maciejewski, Michał Chaciński.

O Bogach„Film, który nie ma oponentów, wszystkich satysfakcjonuje. Nie przejdzie do historii polskiego kina”. (ŁM) (Ironicznie: niewiele wart jest film, który zrozumieć może każdy, nawet bez filmoznawczych studiów).
„Jak mało nam trzeba, żebyśmy chwalili polski film! To nie jest wybitne dzieło. Tak naprawdę to jest po prostu porządna robota. Co jest istotne: z bohaterem pozytywnym”. (ZP) (Ironia: bo dobre kino powinno zajmować się dewiacją, prawda?) Dalej Zdzisław Pietrasik pyta retorycznie: „czy to jest takie trudne?” – cóż takiego zrobili twórcy, czego nie zrobiłby każdy przeciętny fachowiec? I z pobłażaniem: „ludzie chcą oglądać rzeczy pozytywne”, więc będzie się im podobać – w domyśle: my, krytycy, nie nabierzemy się na coś, co podoba się milionom.

I zmiana tonacji, gdy wywołano Zaginioną dziewczynę: „najwyższa poprzeczka”, jak zwykle u Finchera (wiemy, że to dobre kino zanim obejrzymy, no bo to Fincher, prawda?). „Mistrzowsko prowadzone równoległe wątki”, „wyrafinowanie w docieraniu do widza, który nie jest wtajemniczony” (przecież to jest elementarna sprawa, że widz thrillera nie wie wszystkiego!). „Produkt z najwyższej półki”. Padają analogie do Bergmana i Hitchocka. I dużo frazesów, łącznie z pochwałą „bardzo wyrafinowanej gry aktorskiej”, choć kilka zdań wcześniej padła uwaga, że Ben Affleck jest drętwym misiem – ale taki właśnie ma być. Gust gustem, jeśli jednak istnieje choć gram obiektywizmu w ocenie warsztatu aktorskiego, to Tomasz Kot i Piotr Głowacki wyprzedzają Afflecka i Rosamund Pike o kilka długości. Thrillerowi to nie szkodzi, przerysowania da się wytłumaczyć, intryga niejedno tuszuje. Ale Kot i Głowacki, choć wystąpili w filmie polskiej produkcji (!) są po prostu o niebo bardziej zniuansowani i wielowarstwowi niż amerykańskie megagwiazdy. Widziałam oba tytuły w odstępie kilku dni. I nie dam sobie wmówić dziecka w brzuch ;)

movie się 32„movie się”: trzech sympatycznych panów z redakcji FilmWebu – Łukasz Muszyński, Michał Walkiewicz i Kuba Popielecki.

Program o większej sile przekonywania choćby dlatego, że rozmówcy (zawodowi krytycy i filmoznawcy) nawet nie próbują wdrapywać się na stołek, by stamtąd ex cathedra ogłaszać werdykty. Mam wrażenie, że mocniej trzymają się swoich kinowych wrażeń. Różnych. Poniższe cytaty będą wyrwane z kontekstu i nie oddają atmosfery polemiki, w której są tarcia i wyraźne opozycje. Zacytuje najbardziej sceptycznego wobec Bogów Muszyńskiego.
„Wyszedłem z seansu z przekonaniem, że jest to dobrze zrobiony film telewizyjny, ze świetnym Tomaszem Kotem. Ale takich filmów w Stanach Zjednoczonych robi się na pęczki”. Narodowe uniesienie tłumaczy mizerią polskiej kinematografii, bo jak wiadomo na bezrybiu i rak ryba. I dalej bardzo oszczędnie: „przyzwoicie napisany”, „solidnie zrobiony film według podręcznika scenarzysty, ale co dalej?”.
Ledwie jednak przejdziemy do Finchera już oczekiwania przestają być wybredne a pochwały oszczędne. Oczywiście, jest Bergman i Hitchcock. Genialna scenarzystka (rzeczywiście, w tej roli pisarka Gillian Flynn). Po prostu amerykańskie kino, z którym nie możemy się równać, bo nie po to filmoznawcy oglądają tyle tamtejszych filmów, by potem przyznać, że na polskim podwórku ktoś jest w stanie doskoczyć do poziomu. W programie FilmWebu świetna jest kontrargumentacja. Nikt nikogo nie przekonał, ale uzdrawiający jest już rozkład sił. Można bronić Bogów i zachłystywać się Fincherem. Aż ma się ochotę sprawdzić. Co polecam. Jednocześnie sugerując dystans do wszelkich ocen i recenzji. Rozumiejąc, oczywiście, że podcinam gałąź tamaryszka, cóż autopsja zawsze przebija pośrednictwo. ;)

Komentarz: sprawy są trzy. Pierwsza: czczość etykietek i czkawka.Rozumiem wstrzemięźliwość wszystkich, na których jak płachta na byka działa etykieta „arcydzieło”. W Polsce to słowo nigdy się nie przyjmie. Bo my mamy alergię na rzeczy wysoko wycenione. Odruchowo szukamy dziury w całym, a jakby jej nie było, to czujemy się w obowiązku taką dziurę wydłubać. Polskie zdrowie psychiczne przejawia się w sceptycyzmie. Kropka. My sobie wręcz nie życzymy oglądania czy czytania arcydzieł. Arcydzieło to na przykład Pan Tadeusz, którego nikt przy zdrowych zmysłach (poza kilkoma znanymi mi polonistkami) nie czyta dla przyjemności. Wyżej wymienione polonistki jakimś cudem łączą zdrowie psychiczne ze zdolnością doceniania narodowej epopei, ale to jest już siódme wtajemniczenie.

Druga sprawa: przymus krytyki. Podejrzewam, że to lipa, wielka nieczarnoleska lipa, trudno jednak mierzyć się z mitem. Chodzi mi o tę wiarę, że inteligentny człowiek nie może się zachwycać, nie zgłosiwszy jakiegoś „ale”. Ktoś, kto się tylko zachwyca widocznie nic lepszego w życiu nie widział. I jeśli postawimy na szalach wagi dwa osądy: „świetny” i „owszem, świetny, ale…”, to ten drugi waży o trzy kamienie więcej. Nieważne po co te kamienie, ważne, że werdykt wagi działa na korzyść tego, kto marudzi.

Trzecia sprawa: dysonans poznawczy albo relatywna miarka. O ile mogłabym w swej pokornej naiwności uwierzyć, że nie chwali się za rzemiosło (i że nie muszę padać na kolana przed scenariuszem Krzysztofa Raka, reżyserią Łukasza Palkowskiego czy grą Tomasza Kota), to zmiana kryteriów wyceny w zależności od tytułu budzi mój sprzeciw. Mam dysonans poznawczy. I tyle. Ciekawe, co by było, gdyby jakiś chochlik podmienił napisy w obu filmach. Reżyserem Bogów okazałby się David Fincher. Ech, co on tam może wiedzieć o nas, Polakach? Co drugą sytuację bylibyśmy gotowi podważyć jako niemożliwą do zaistnienia. Moglibyśmy pochwalić megawarsztat, ale wara obcym od naszych tematów. A gdyby jeszcze w czołówce Zaginionej dziewczyny umieścić Łukasza Palkowskiego?  Cóż, warsztat – jak w Orwellowskim dwójmyśleniu – zostałby wyceniony na trójkę z plusem. Film porównać by można z czymkolwiek, co ma metkę Made in USA, a wówczas Palkowski niech się chowa. Gdzie mu do takiego Finchera na przykład!

Zabrnęłam w absurdy. Niech będzie jasne, że te absurdy to nie tylko moja specjalność.

o, bogowie!

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014

Religa (Kot)

„- To pan jest ten wariat ze skalpelem? Chciałem podziękować”.
Mówi lokalny „mafiozo” do Religi, który wzrokiem szacował, czy nie dostanie czegoś bardziej wprost. Ciosy odbierać umiał, bo los mu ich nie szczędził. I raczej nie w przewadze były te personalne. Obrywał, bo się o to prosił – wiedział, że zajmuje się czymś, co ma sens, a ma go dopóty, dopóki robi wszystko, co się da i przełamuje granice. Rzecz jasna, przesuwał granice możliwego tam, gdzie wielu bało się patrzeć. Ze strachu przed tabu (serce to nie mięsień, lecz szkaplerz ze świętościami), z inaczej pojmowanego respektu dla życia czy z powodu rutyny lub niewiary w siebie. Religa ma tę cudowną cechę, że nie chce czekać na cud i „musi spróbować”.

Fama niesie, że Tomasz Kot zagrał Religę brawurowo (zgarnął nagrody, a żaden potencjalny recenzent nie może przejść mimo tej kreacji). I fama w niczym nie przerasta wrażeń. Kot trafił na świetną postać, Religa ma szczęście, że wraca do nas w ciele i talencie Kota. Symbioza i sprzężenie zwrotne. Aż paraliżuje, gdy próbuje się znaleźć kilka słów, by ująć wrażenia. Mój sposób na przełamanie impasu to okrzyk: chapeau bas! Jaka radość, że film mnie tak uniósł! Wzroku nie sposób oderwać, energia zaraźliwa, sympatia calutka ulokowana po stronie docenta. Nie to, że postać-heros, bo przecież wicher nim miota i czasem znosi w rejony nonszalancji lub każe biegać po rondzie. Owszem, potrafi cofnąć pochopne zwolnienie z pracy, przyjąć pomoc od żony („nie jestem święta, jestem wkurwiona!”) i ogarnąć alkoholowe rozchełstanie. Nie ma wątpliwości, że trudno było z nim żyć, ale też zrozumiałe jest, że od takich ludzi się nie odchodzi. Bo trudno gdzie indziej znaleźć podobną temperaturę wrażeń, determinację i … radość gry drużynowej, którą prowadzi charyzmatyczny kapitan. Ukształtowany od pierwszych kadrów, ale i dojrzewający. Memento schorowanego profesora Molla: „pokora, panie kolego, ona jest najtrudniejsza” – trafia do Religi dość późno.

Słowem: postać jest siłą filmu. To, kim jest i w imię czego działa. To, jak rozgrywa realizację swych celów. To, jak chodzi, uśmiecha się, wścieka, patrzy spode łba, kopci papierosy, pruje swym żabim fiatem przestrzenie polskich dróg. Jak dziecko cieszę się, że we mnie ta postać zostanie i że – tak się akurat składa, choć dla jakości filmu nie jest to fundamentalne – zostawia pozytywne, ludzkie przesłanie.

Bogowie, papierosNie wiem, pod czyim adresem kierować słowa uznania za narrację, tempo, konstrukcję scen. W stronę reżysera (Łukasz Palkowski), bo on odpowiada za całość. Ale częściej przychodził mi na myśl scenarzysta (Krzysztof Rak), który rzecz rozpisał, wymyślił sceny i dialogi, pewnie niejedno odrzucił, by stworzyć coś, co rewelacyjnie łączy dramatyzm, dowcip, ówczesne realia i sprawy odwieczne. 

Pierwsza sprawa to wybór fragmentu biografii. Bo jest to film o Zbigniewie Relidze, lecz ujmujący jedynie wycinek jego losu. Preludium to rok 1969 – burza medialna po pierwszej operacji na żywym sercu, przeprowadzonej przez profesora Molla w 1969. Pionier i epigoni, polskie piekiełko mentalnego zaścianka: „Polak Polakowi nawet klęski zazdrości”. Ten wątek będzie towarzyszył percepcji osiągnięć Religi w światku rodzimej medycyny i za sprawą mediów będzie sączył wątpliwości w odbiór społeczny. Kulminacją opowieści są pierwsze próby transplantacji serca (1985-1986), czasy pionierskich eksperymentów (!) kończących się śmiercią pacjentów w krótkim terminie po operacji. Oczywiście, poprzedzone pokazaniem stylu pracy głównego bohatera, serii potknięć i sukcesów, ceny płaconej za – nie z własnej winy wynikające, ale jednak – niespełnienie nadziei pacjentów (vide: nastoletnia Ewa, „dająca się pociąć” przez sympatycznego Zbyszka). Niczego o tym, co ukształtowało Religę i niczego o tym, dokąd doszedł i w jaki sposób odszedł (2009). 

Druga rzecz to gatunkowy miks – bo ogląda się Bogów jak kino akcji, sensację podszytą komedią (!), dramat psychologiczny i obyczajowe studium środowiska i peerelowskiego społeczeństwa. Przy czym zgrabnie to wszystko wyważone i nakręcone w tempie, które wstrzymuje oddech.

Trzecia sprawa: dialogi. Żadnych przegadań, w ogóle: nie ma wielkich rozmów. A tego można by oczekiwać, bo na przykład relacja Religi z żoną mogła prowadzić do jakiejś spektakularnej wymiany zdań. Tymczasem: są emocje, jest więź i obecność, trwanie pomimo…, spojrzenia i wypalanie wspólnego papierosa. Podobnie rozgrywają się rozmowy ze współpracownikami, z oponentami, z pacjentami lub rodzinami pacjentów. W sam raz. Sporo kwestii zapada w pamięć. Nie wszystkie zabrzmiałyby dobrze wysadzone z kontekstu – a to walor, bo słowo w filmie wcale nie ma brzmieć jak tekst do cytowania. Jak choćby ekspresyjny wytrych „k…a”, który ma naprawdę polisemiczną wymowę. Podczas jednej z operacji asystująca pielęgniarka rzuca: „- Oczko”. „- Co oczko?” „- No dwudziesta pierwsza k..wa pana docenta”.

Przechodzień

Jedna z pierwszych scen: Religa idzie szpitalnym korytarzem (jak na zdjęciu poniżej) do sali, w której leży czyjeś martwe ciało. Nastawia zegar i w tempie możliwie najszybszym wyciąga serce. „Trzydzieści pięć minut, k.rwa, za długo!”. Za moment wciąga go wir nagłych okoliczności i decyduje się na operację, której nikt bez zgody szefa kliniki nie chce podjąć. A Religa migiem podejmuje decyzje, reżyseruje jakby wiedział, co robić, podczas gdy tyle samo zależy tu od wiedzy, co od intuicji i fartu. No ale alternatywa jest żadna. Do prosektorium wysyła kogoś, by po nim posprzątał. Istny Hitchcock! 

Scena, którą polubią chyba wszyscy. Zdjęcie powyżej. Religa właśnie zwolnił się z pracy w warszawskiej klinice z zamiarem wyjazdu do Zabrza. Wychodzi z torbą, w drzwiach szpitala zamieszanie, bo przywieźli pacjenta w stanie „nierokującym”. Religa wyławia strzępki komentarzy sanitariuszy, po czym rzuca tobołki i zaczyna operację w drzwiach. Serio. Wkłada rękę do środka, wydaje dyspozycje i już każdy ma swoją rolę. Dopiero po chwili któryś z sanitariuszy reaguje pytaniem: „-Kim pan jest?” „- A przechodziłem tędy…”

Oj, a początki słynnej kliniki w Zabrzu, której objęcie oferował mu znajomy! Propozycję przyjął, gdy zrozumiał, że na zielone światło dla transplantacji w Warszawie się nie doczeka. Przyjeżdża więc na Śląsk, a tu… plac budowy i zmieszanie inicjatora pomysłu, że na łóżka może starczy, ale ze sprzętem będzie krucho. Religa zakasuje rękawy i wyciąga kasę skąd się da. Seria świetnych scen. Czy to o „Jadzi”, której można coś podebrać, czy o dyrektorze, który mruczy, że no, tak, tak, wspieramy…, ale już myśli jakby uwolnić się od natręta. Spojrzenie Religi: „- Oddech płytki, otłuszczenie…, do zobaczenia, panie dyrektorze”.

Przyjmowanie kadry medycznej. Szczęście do młodych fachowców z pasją (Andrzej Bochenek, Marian Zembala) jest obustronne, bo nigdzie nie ma tylu szans na rozwój, co u Religi. Bezceremonialność i serdeczność: „- Ok, witam, skombinuj sobie jakiś fartuch”. Pielęgniarki, które zbudują później zaplecze mocnej ekipy, są świeżo upieczonymi przyjezdnymi adeptkami zawodu. Zembala martwi się o fachowość kadry, przecież co najmniej dwa lata potrzeba na przeszkolenie kardiochirurgicznej pielęgniarki! „- No to zaczynać. Nie ma na co czekać!” Rewelacyjna jest rozmowa Zembali z Religą, w której podpytuje docenta, „jak to się robi?” Jadą właśnie do Warszawy po zgodę na pobranie organu od dawcy, więc Religa odburknął – jak to jak, normalnie, ktoś się zgadza, potem przewóz, operacja. No ale Zembali chodzi o niuanse operacji właśnie. Religa puentuje rozbrajająco: „a tego to nie wiem, nie robiłem”.

Polski film z dobrą akcją, ze świetnymi dialogami, z postacią, która budzi w widzu ważne struny. I jeszcze sceny operacji, które oglądamy bez zażenowania porównaniem z którymś z amerykańskich seriali. O, bogowie, nie wierzę, ale widziałam, więc nie wątpię. Tak właśnie jest.

Kot jako Religa