Archiwa tagu: Mike Leigh

et cetera

Kolejny rok, reż. Mike Leigh, Wielka Brytania 2010

Weekend jak upchana walizka, którą, by dopiąć, trzeba całym ciałem ścisnąć. Seminarium filmowe: piątek, sobota i niedziela w klimatach polsko-żydowskich. Sporo inspiracji, lecz nie dałabym rady ich podjąć, więc chętnie wrócę do filmu sprzed kilku dni. Zupełnie inna tonacja. Żadnego ekstremum, żadnych kwestii ostatecznych, życie na ludzką miarę i śmierć obecna nie bardziej niż zwykle – tyle, ile musi być w każdym życiu.

Do pewnego momentu życie biegnie torem zmiennym, zakręt goni zakręt, nie zapuszczamy korzeni, bo wiemy, że „dzisiaj” jest tymczasowe. Każdy rok coś kończy (a przynajmniej przybliża jakąś metę), coś zaczyna lub podsuwa możliwe rozwidlenia. Matura… i jakiś ciąg dalszy. Studia… i jakiś ciąg dalszy. Pierwsza praca, nowe ważne relacje, nowe przestrzenie i środowiska. To może tak trwać w (nie)skończoność, ale zazwyczaj impet zmian wyraźnie po którymś przełomie słabnie. Można, oczywiście, urządzić sobie życie na kształt ciągu niespodzianek – o ile upatrujemy w tym wartość. A może być i tak, że zaczniemy oswajać się – coraz bardziej, tak całkiem na dobre – z tym, czym jesteśmy, czym jest nasze życie i nasz świat. I wtedy pojawia się taki czas, o którym opowiada Mike Leigh: kolejny rok, wiosna, lato, jesień, zima. Et cetera.

Kolejny rok. plakatWłaściwa opowieść rozgrywa się w kręgu kilkorga bohaterów. Jest małżeństwo, Tom i Gerri, ich 30-letni syn Joe i jego narzeczona Katie, dwoje przyjaciół, Mary i Ken, oraz brat Toma.

Ale zanim wejdziemy w ich świat, jest preludium – przychodzi kobieta do lekarza i mówi: nie mogę spać, proszę przepisać tabletki. Co tam tabletki, trzeba usunąć przyczynę – diagnozuje lekarka. Zmęczona twarz i ciało Imeldy Staunton (pamiętnej Very Drake z innego filmu Mike`a Leigh). Nie chce żadnych psychologicznych prześwietleń. Tabletki proszę, chcę spać, nie chcę o tym rozmawiać.

„- Czy jest pani szczęśliwa? Proszę określić w skali od 1 do 10”.
„- Jeden”. Nie poznamy bliżej jej życia, lecz odsłonięcie rąbka pozwala niejedno sobie dopowiedzieć. Mąż – najbardziej obcy człowiek na świecie, córka, zjawia się, gdy czegoś potrzebuje, monotonia, którą oswoić niełatwo, ściana nie do ominięcia. Terapeutka sugeruje, by wsłuchać się w siebie i coś zmienić. Wzdrygnięcie ramion. „- Zawsze jest tak samo. Od dawna nic się nie zmienia”.

Terapeutką jest Gerri, empatyczna kobieta w szóstej dekadzie życia, za którą podążamy, przyglądając się, jak wygląda jej codzienność. 

Gdyby cegiełkom, z których zbudowała swoje życie, dodać inne spoiwo, inną interpretację, mogłoby być tak. Zmęczenie pracą i słuchaniem cudzych problemów, podglądaniem obcych nieudolności, które wolałaby z siebie zmyć. Świadomość ubytku sił – praca na działce daje się już we znaki. Zawsze można dorzucić też kilka deko zmartwień pod tytułem „Przemijanie”. Syn wiecznie samotny, więc nie ma wnuków. W nadmiarze natomiast upierdliwych przyjaciół, których karmi, przytula, wysłuchuje i gości. No i nie musiałoby jej się układać z mężem, bo na tym etapie nietrudno o zrzędliwość i ciążącą rutynę. Mogłoby tak być, ale nie jest.

Another Year

Dzień za dniem, kolejna pora roku, jeszcze jeden zestaw dwunastu miesięcy. Używamy przypraw kojących, świadomie dobieramy zestaw składników dobrych i smacznych. To nie muszą być egzotyczne rarytasy, może być coś z ogródka.

Sympatyczna para, która umie ładować akumulatory. Jadą na działkę, przekopią, wypielą, podleją, zbiorą pomidory do koszyka. A jak rozpada się deszcz, siądą pod prowizorycznym daszkiem jak dwoje przedszkolaków, których to bawi, albo jak para uśmiechniętych ludzi, zadowolonych, że nie mokną. 

Wieczorem Tom upichci coś smacznego, bo ma do tego dryg. I będzie pachnieć. Pożartują, popracują, przeczytają książkę przed snem. Lub – co zdarza się często – spędzą wieczór z Mary lub z Kenem. Ona jest przyjaciółką Gerri, lecz Tom nie pierzcha, gdy nadchodzi (choć niejeden miałby taki odruch, bo Mary jest toksycznie nieszczęśliwa). A Gerri nie znika, gdy nadciąga Ken, kumpel Toma, niegdyś przystojny, dziś napęczniały od tłuszczu i poczucia, że coś przegrał. I na moment (który trwa całkiem długo, wieczór lub kilka dni) ich prywatne wentyle: humor, rozmowa, bycie tu i teraz, neutralizują neurozy i niespełnienia. A życie przynosi, co ma w ofercie. Czasem niespodziewaną synową, czasem śmierć bratowej. 

Sama się dziwię temu, co tu piszę. Bo planowałam, że skupię się na czym innym. Tom i Gerri są świetni, lecz nadto przewidywalni, by o nich pisać. Mary to jest temat! Że co, że niby każdy mógłby, jak tych dwoje, wypracować w sobie niezbędną dozę odpowiedzialności, zgody na to, co jest, empatię wobec drugiego i umiar w zalewaniu go własnymi toksynami? Mógłby każdy. To nie jest dyscyplina ekstremalna i każdy może ją ćwiczyć, zaczynając w dowolnym punkcie, w tym, w którym akurat jest. Tom i Gerri (ach, jak kot i mysz ze znanej animacji!, przynajmniej fonetycznie) chyba częściej używają bazyli i tymianku niż cukru czy kandyzowanych owoców. Słodziutko wcale nie jest. Tylko zbyt normalnie na jakiś dynamiczny tekst.

No więc uważam, że gdybym skupiła się na Mary, post byłby ciekawszy. Gdybym na przykład opisała, jak Mary marzy o samochodzie, który rozwiąże jej problemy, zwłaszcza osamotnienie. A potem go kupuje i ściaga na siebie nadwyżkę tarapatów. Bo „małe czerwone tanie autko” z nią za kierownicą to katapulta nieszczęść. Albo gdybym opisała jak to wiecznie czeka na coś, co jej się należy. Na przykład na to, że eksfacet będzie za nią tęsknić (po co jej to?), że przystojniak w barze zapała czymś intensywnym i nagłym właśnie do niej (rany, takie podwojenie mrzonek to gwarantowana niestrawność!), albo że młodszy o dekadę lub dwie syn przyjaciółki uzna ją za bratnią duszę i atrakcyjne ciało (oj, Mary, Mary!). Cudne to czterdziestoletnie dziewczę, zaprogramowane na niedojrzałość.

Nie będę przypisywać reżyserowi intencji, których może nie miał – Mike Leigh nie moralizuje, podgląda arcyzwyczajnych ludzi, niezbyt ładnych, niezbyt docenionych, którym nie trafił się los na loterii, którzy jakoś tę swoją codzienność oswajają lub z nią się boksują. Tom i Gerri. Joe i Katie. Mary. Ken. Brat Toma, Ronnie. A właściwie my wszyscy. Taki zwyczajny film jak samo życie. I o to tylko chodzi, by nie żebrać o tabletki na sen. By zaradzić chorej bezsenności. Czymś zwykłym. U Mike`a Leigh sensownym antidotum jest przyjaźń. Bliskość. Niekoniecznie w temperaturze wrzątku.

Z wczorajszego newslettera z zaprzyjaźnionej Księgarni z Bajki: „Pod koniec dnia lub pod koniec życia tak naprawdę posiadamy tylko siebie i miłość”.