Archiwa tagu: miłość

sen o miłości

Słowem wstępu zaznaczę, że mi się ma na odzwyczajenie. Odkleił się tamaryszek od rzeczywistości. Oglądam teraz filmy na potęgę. Mowy nie ma, by o każdym z nich pisać tekst. Co by tu…, jak by tu to przełamać? Sposobem, tamaryszku, sposobem. Słyszę schizofreniczną podpowiedź… Będzie więc cykl uwag wielce selektywnych, które nie pretendują do bycia recenzją.

Dwa w jednym. Filmy o miłości niemożliwej, wyidealizowanej, zrodzonej z tęsknoty i prowadzącej do nieuchronnego fiaska. O grze z tożsamością. Z mężczyzną w roli głównej i kobietą w tle, choć można by się kłócić, czy nie odwrotnie, skoro kobieta pociąga za sznurki i przejmuje ster.

Koneser, reż. Giuseppe Tornatore, Włochy 2013

koneser. pokój z portretami

Kto podrzucił reżyserowi Prusa? Virgil Oldman jest co najmniej o dekadę starszy od Stacha W., ale elastyczne dziś granice młodości czynią ich równolatkami. Dojrzały mężczyzna, samotny, oddany swej pracy, unikający życia towarzyskiego, na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie gbura. Może nawet nieświadomy tego jak bardzo tęskni za uczuciem. Świadomość obudziłaby w nim czujność. On tymczasem udaje się bezbronny do starej willi, w której trzeba wycenić nagromadzone przez zmarłych właścicieli dzieła sztuki. (Jak niegdyś Stach, któremu Rzecki kupił bilet do opery. A potem już nie było odwrotu. Poruszone serce tak bardzo dziwi się swemu ożywieniu, że brnie w zależność, ślepe na wszystkie znaki ostrzegawcze.)

Historia zaangażowania Virgila w pannę Claire grubymi nićmi jest szyta. Ale dziwak dopuszcza dziwactwa innych, nawet horrendalnie naciągnięte. Oglądałam z racjonalnym zwątpieniem. Ale nie krzyczałam do Virgila, że brnie w przepaść, bo chyba odpowiadała mu sceneria tej drogi. Poniewczasie dodam jednak memento: Mężczyzno, ZAWSZE ufaj kobiecie, ale NIGDY aż tak.

Ten film jest mieszanką składników świetnej jakości, które niekoniecznie dobrze się skomponowały. Jakby nie zdążyły sobą przeniknąć. Przede wszystkim wcielający się w tytułową postać Geoffrey Rush. Ten w farbowanych włosach, szpakowaty albo zarośnięty – trudno oderwać oczy. Po drugie: aukcje dzieł sztuki, tajemna wiedza znawców, cenione falsyfikaty, podstawieni licytatorzy. Zwodzenie widza, który przecież nie wie, co właściwie jest cenne, a co okaże się lipą. Jaką wartość ma osiemnastowieczna „maszyna”, składana z pojedynczych trybików i zębatych kółek? Albo obraz tancerki, któremu przypadnie rola zamiennika dla całej kolekcji. „W każdym fałszerstwie jest coś autentycznego”. Po trzecie: świetna jest trzecioplanowa postać karlicy o genialnej, matematycznej pamięci. Dalej: magiczne miejsca. Na przykład sceneria ostatnich scen: kawiarnia Night & Day w Pradze, której wnętrze jest niczym werk, mechanizm ogromnego zegara. A przede wszystkim – na koniec zostawiam najlepsze – gabinet Virgila Oldmana, pokój z portretami. Są bodajże trzy sceny, w których bohater udaje się w to miejsce: sam, z Claire, i znów sam, z obrazem tancerki… Dla tych scen można obejrzeć film. Dom Virgila (konesera, znawcy, człowieka przeprowadzającego prestiżowe aukcje dział sztuki – najlepszego w swym fachu) jest okazały. A do tajemniczego pokoju prowadzi przejście przez galerię rękawiczek! Zdjęcie jest namiastką wrażenia. Malowane przez mistrzów wszech czasów portrety intrygujących kobiet. Spojrzenie, tajemnica, piękno… Kobiecość, której nie tworzy przecież wielokrotność, ale takie zagęszczenie twarzy potęguje jej nieuchwytność.

Ona (She), reż. Spike Jonze, USA 2013

Ona. Joaquin Phoenix

Jeśli opowieść o koneserze sztuki działa się współcześnie, to jednak tuż za plecami bohaterów czaiła się przeszłość minionych artystów. W filmie Spike`a Jonze`a historia rozgrywa się w czasie lekko przyszłym niedookreślonym. Na to wskazują możliwości technologii informatycznej. Ale nie przesadzałabym z perspektywą futurystyczną – jest umowna, to prawie dziś. W obu filmach podglądamy uczucia mężczyzn, rozbrajająco pragnących kochać i napotykających na spore trudności. Chcieć to jedno, starać się to drugie, a trzecie to znaleźć kompromis między przeczuwaną jednością a faktyczną rozbieżnością dwojga istnień. Sporo łączy te filmy. W obu bohaterki są dziwnie nieuchwytne: albo nie wychodzą z pokoju (Claire), albo kondensują swe istnienie w głosie (Samantha). Co jest znaczące, bo obie są projekcją mężczyzny. Wcześniej czy później przestaną się mieścić w wymarzonym przez nich kształcie. A wtedy… ciekawa rzecz: miłość nie znika, staje się akceptacją bólu po tym, co utracone (lub niemożliwe). 

Theodore (Joaquin Phoenix) ma ciekawy fach. Pisze listy na zlecenie. Wyznaje miłość, ubiera w słowa cudzą tęsknotę, pomaga w wyrażaniu pragnień, przeprosin czy próśb. Świetnie sobie radzi. Co sugeruje, że jest wrażliwy, empatyczny, otwarty, że umie słowami stwarzać relacje. I tu – konieczny – zgrzyt: słowami kreuje się niby światy, tymczasem rzeczywistość ma kilka innych wymiarów. Theodore jest rozpaczliwie sam. Przywiązany do nieudanego małżeństwa (nie stawia kropki, bo mu żal) i próbujący po omacku znaleźć więź na łączach wirtualnych. 

Dopiero gdy najnaturalniej w świecie pojawia się Samantha, uczucia zaczynają się organizować i rosnąć. Samantha jest systemem operacyjnym, „duszą i mózgiem” jego komputera. Ma seksowny, czuły głos Scarlett Johansson i sporo wie o Theodorze. Widz stoi przed wyborem: dystans lub akceptacja. Zalecam to drugie. Ostatecznie nie sama historia znajomości jest tu istotna, a proces „rozkwitu” mężczyzny, odsłanianie obaw, budzenie się gotowości i ochoty na przynależność do kogoś drugiego.

Myślę, że spokojnie Joaquin Phoenix mógł zastąpić Chiwetela Ejiofora w grupie nominowanych do Oscara za rolę męską. Ten drugi rozgrywał szerokie spectrum doświadczeń niewolniczych stosunkowo wąską paletą środków aktorskich. Tymczasem Phoenix, wypełnia ekran za dwoje, gra właściwie cały czas to samo (przywiązanie-uczucie-tęsknotę), ale na mnóstwo różnych sposobów. Nie nudzi (wiem, subiektywne) i mimo tropów sugerujących nieudacznictwo życiowe, budzi sympatię, jest wiarygodny, odbiera się go serio, wbrew umowności sytuacji. Bardzo doceniam. 

Dlaczego Samantha? Kim jest Samantha? Kogo chce w niej widzieć Theodore?
Inspirację. „Cudownie być z kimś, kto jest tak ciekaw świata”. Kogoś, kto nie zagraża, nie wymaga deklaracji i zmian, więc nie płoszy. Jest dowcipna, inteligentna, pełna pasji. Potrafi słuchać, pamięta, docieka wszystkiego, co wiąże się z Theodorem. Towarzyszy mu, jest blisko, wprowadza błogostan bycia z kimś w sposób nierozłączny. Nawet przeszkoda jaką jest wirtualność, bezcielesność Samanthy, może być przezwyciężona ekstraktem czułości i niezaprzeczalnej obecności.

Hmm… rozczarowanie nadejść musi, bo nawet jeśli coś takiego się komuś zdarzy, to przecież nie trwa dłużej niż sen. Dla mnie kwinesencją romantyczności w filmie Ona czy Koneser jest to, co dzieje się z mężczyzną po utracie. To właśnie interesowałoby mnie najbardziej, a zadowolić się muszę dwoma epilogami, które budzą dość przewrotną refleksję. Że jednak bardzo wzbogacające jest takie ogołocenie. 

***

Tak więc oba filmy są odsłoną męskich emocji, takich nieoczywistych, mocno skondensowanych i na ogół niedostępnych w przekazie. Albo też są spojrzeniem na kobiecość jak na animę męskiej tożsamości. Animę, czyli dopełnienie. Wypełnienie jej czymś obcym a upragnionym. Tu oddam głos Oldze Tokarczuk, która w eseju o Lalce (Lalka i perła) tak pisała o tej zależności. Nie chcę nachalnie nakładać Wokulskiego na Theodora czy Virgila, ale kobiety, które kochają są z takiej „animistycznej” materii utkane. Jedna z możliwych teorii. Wydaje mi się, że ani Tornatore, ani Jonze nie odżegnują sie od niej.

„Anima jest archetypową postacią „obrazu duszy” i reprezentuje komplementarną, odmiennopłciową część psychiki. Przedstawia sobą obraz drugiej płci, jaki mężczyzna nosi w sobie jako jednostka i jako przed­stawiciel gatunku. Mówiąc najprościej – każdy mężczyzna nosi w sobie swoją Ewę, każda kobieta – swojego Adama. Ponieważ ta część psychiki jest nieświadoma, według więc praw psychologii głębi, jak wszystko, co nieuświadomione, niezróżnicowane, nieprzeżyte, ulega projekcji. Każda osoba, w której się zakochujemy, nosi cechy nas samych, ukrytych w animie lub animusie. To właśnie dlatego Wokulski, widząc Izabelę po raz pierwszy w teatrze, ma wrażenie, że ją rozpoznaje. […]”

mocny anioł

Pod Mocnym Aniołem, reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2014

Pod Mocnym Aniołem. LajkonikJedyny taki film, w którym krakowski lajkonik ma skopany tyłek. Lista innych smaczków i motywów ma swoich prekursorów (literackich czy filmowych), ale podbita stemplem Smarzowskiego jest naprawdę oryginalna. Choć mówią – żadna nowość: picie nie znika z jego filmów od dawna, wraca pętlą pijackiego ciągu i zawsze jest piciem na zabój. Tankuje się w Domu złym, chleje się w Drogówcewięc Pod Mocnym Aniołem trafia do widza, który niejedną kinową żołądkową przetrawił. Może tym szybciej wchodzi mu ona w krew i nastawia na stany ekstremalne. 

Widziałam i wiem, że o meritum mam do powiedzenia tyle, co nic. Autopsja milczy jak zaklęta. Mnożące się na potęgę artykuły o alkoholizmie Polaków też nie czynią mnie ekspertem. Ani dane socjologiczne, ani wsłuchiwanie się w wynurzenia jednostkowych przypadków. Tyle, że dostrzegam – z jednej strony wachlarz możliwych wkręceń, tysiące dróg prowadzących do upojenia (pomysłowość niewyczerpywalna!), z drugiej zaś analogię i wspólny mianownik. Na podstawowe pytania odpowiedzi nie mam.  – Dlaczego?  – Jak głęboko wsiąkają w to postronni?  – Czy pętla wymusza obieg zamknięty (repetycje i skażone początki), czy też moc wyprostowania koła jest w zasięgu?

Smarzowski żongluje odpowiedziami. Uczestniczymy przecież w grupowych terapiach i czasem (patrz: zwiastun) pacjenci na odwyku mówią do kamery „od kiedy” i „dlaczego”. Z nieśmiałości, z uniesienia seksualnego lub w jego zastępstwie, z ogólnego „wkurwienia”, dla uczczenia, z bezprzyczynowego „lubienia”, dla kurażu lub dla towarzystwa. Każdy powód się nada. Żadna diagnoza nie jest samouzdrawiająca.

Myślę, że wybiorę się powtórnie i sprawdzę, czy będzie o tym samym. Bo tym razem było przede wszystkim o Jerzym (Robert Więckiewicz), mniej, lecz intensywnie, o jego dziewczynie (Julia Kijowska), o wymyślonym alter ego (Woronowicz) i o przypływach i odpływach alkoholowego transu. 

Głupio byłoby pominąć, więc wyliczę plejadę aktorów, z których każdy ma chwilę na popisowe odegranie swojego upadku. Mania (Kinga Preiss) – nie można oczu oderwać! Eksfarmaceutka (Iwona Bielska) – niegdyś niewinne dziewczę, które nieśmiałość przełamywało kieliszkiem miętowej nalewki męża (potem dawki i częstotliwość ich wchłaniania strasznie się rozrosły). Joanna (Iwona Wszołkówna, starsza druhna z Wesela) – samotna, zdesperowana. Kolumb (Jacek Braciak) – czyli ksiądz, idący w zaparte. Terrorysta (Arkadiusz Jakubik) – kierowca, który jadąc w Polskę, musi pić, by się kręcił interes (połowa roli to trafiony image!). Doktor Granada (Andrzej Grabowski) – może jedyny niepopadający w groteskę, lekarz nad lekarze, choć bez złudzeń, że recepty mogą leczyć. I tak dalej, ci, tórych znamy z innych filmów Smarzowskiego: Dorociński, Dziędziel, Kiersznowski czy Dyblik.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy i Ona

Otwarty „od rana do rana” bar Pod Mocnym Aniołem przyciąga namagnesowanego Jurka nieuchronnie. Uruchamia w nim mechanizm, który przestawić na inne tory diablo trudno. Chyba że Ona? Spotkana pod bankomatem, gdy prezencja i jasność umysłu Jerzego były niezbyt ostre. A mimo to. Nawet zdania nie dobiegały do kropki, choć to rzecz zasadnicza, by pełnymi zdaniami mówić.  Dla Jerzego – kluczowa. Wszystko sobie taką śliską, okrągłą mową może wytłumaczyć. „Są tacy, którzy mogą pić i tacy, co nie powinni. Ja mogę”. Co może kobieta (nawet tak rozumna i czuła, inteligentna i cierpliwa) wobec grubej warstwy zaszłości? „- Gdybym spotkał cię dwadzieścia lat temu, tobym nie pił”.

Lubię dwie sceny, trzy, może nawet więcej, które ukazują ten związek. Tę, gdy Ona czyta lekko absurdalny wiersz. I czyta go tak, że do kotła łagodności, może nawet bezbronnej naiwności, którą przypisać jej łatwo, dorzuca garść pieprzu i bazylii (coś konkretnego w smaku).

Lubię wyznanie: „wcale nie chciałam cię pokochać”, bo choćby nie wiem ile razy było już mówione przez innych, zawsze wnosi jakiś element wyższego porządku. Nie było w świadomych planach, a jest, czyli miało być (los, Bóg albo fatum).

Najbardziej zaś tę scenę (dziwnie przerywaną, niedokończoną, arcyprawdziwą), gdy Ona chce mu coś ważnego powiedzieć (chyba ustalić jakieś granice, wyjaśnić, co czuje, określić, czego nie może dalej być, jeśli cokolwiek ma być…). Jerzy siedzi bez ruchu, Ona chodzi w tę i we w tę i nie umie znaleźć dobrego początku. Facet nie może trafić na właściwy kanał odbioru, nie ma komunikatu, nie musi się do niego odnosić. A przekaz jasny jak słońce. Albo ciemny jak zapaść, zależy jak spojrzeć.

Jedna z pierwszych scen jest zarazem sceną ostatnią. Zorientowałam się dość późno. Aula wykładowa, Jerzy bryluje i po swojemu zwodzi słowem. „Nie wierzcie, gdy mówię, że nie piję”. – oklaski. Na sali młode twarze, również Ona i Ten Gość zza baru (Woronowicz), co to sumieniem jest i z boku się przygląda. Jeśli potraktować to wyznanie jak kokieterię, to przegrana sprawa albo po prostu element pijackich zalotów. Jeśli jednak to coming out, wyznanie krętactw, danie innym prawa do nieufności i czujności – to trop dający nadzieję. Zwłaszcza, że na sali jest Ona (więc nie odeszła!). Nie wiem na pewno – wokół słyszę, że koniec jest na końcu, czyli tam, gdzie Jerzy stoi na skrzyżowaniu blisko Mocnego Anioła. Ale nie wyrzekłabym się i takiego wariantu, bo przecież skoki są w tej fabule na porządku dziennym.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy

Stawiając na Jerzego, stawiam na Pilcha. Polecam wywiad z pisarzem w styczniowym „Kinie”. Rzeczowy, skupiony na kontekstach pijackiej literatury czy filmu, analizujący zabiegi adaptacyjne. Przeżył Pilch swoje obawy, zaakceptował rezultat. O swojej książce mówi z dysansem, Smarzowskiemu się kłania. „Realista co się zowie” zabrał się za prozę od realizmu daleką, której żywiołem jest słowo, nie obraz, a mimo to pozostał wierny. Pilch zaświadcza, a filmoznawcy mogliby to nazwać (za Alicją Helman) „twórczą zdradą”. Zmienia się rytm, fabuła, zakończenie. A pisarz błogosławi, mówiąc: o to mi chodziło, to nawet lepsze niż mój zamysł. Film oddziałuje dosadniej, dookreśla metafory i aluzje. Nie rozstrzyga o dalszych losach Jureczka: może mu ta miłość pomoże, a może nie, wejdzie do baru, by przerwać „suchość” albo go ominie. Raz czy na zawsze?

Niejeden wywiad wpadł mi przed seansem w ręce. Ale wiekszość wywoływała znudzenie. Ileż można pytać kogoś o to, po co i w jakich ilościach popija? W ogóle: Pod Mocnym Aniołem tyle mówi o alkoholizmie, że komentator nie powinien wykładać kawy na ławę i pytać o oczywistości. I chyba też na niewiele się zda opis pijackich ekscesów. Powiem tylko, że powracający motyw brudnej wody, która wzbiera i zalewa zasyfiony świat to obraz-symptom. Sięgamy do trzewi, do dna żołądka, skąd eksplodują – często w fatalnych okolicznościach – resztki niestrawionego pokarmu. Żadnego wygładzania. Fizjologia i dosadność. Cielesna deformacja, psychiczna niedyspozycja, zachłanny ciąg i potworny kac. 

To widać. Siła pijackich historii to jedno. Druga rzecz to sposób poskładania ich w całość. Forma. Nieprawda, że to opowieść, którą buduje wyłącznie naturalizm. Jest go niemało. A ja wciąż myślę, ile przegapiłam (za pierwszym razem) tropów i wskazówek. W obrazie (gra kolorem, brudne kadry obok tych czystych, z ptasiej perspektywy oglądany odwyk), w kompozycji (pętla goni pętlę – bo nie tylko jazda taksówką z odwyku pod bar powtarza się jak refren), w grze aktorskiej – podwójne role Dziędziela czy Grabowskiego. W grze z czasem (opowieść nie jest linearna).

Ciekawe są cytaty i mrugnięcia w stronę kontekstu. Jerofijew i Lowry? Też. Pilch podpowiedział mi sceny, w których i ja później dostrzegłam nawiązania. Gdy chłopak skacze z okna, zostawiając obrys swego ciała w zadaszeniu poniżej, a potem wraca poraniony na górę – jak Trelkowski z Lokatora Polańskiego. Układ ciał na łóżku, gdy Jerzy i Ona rozmawiają ze sobą – jak w Miłości blondynki Formana. Pętla Hasa nadawana w telewizji, gdzieś na dalszym planie. Nie wiem, czy ta gra to wsadzanie rodzynków do ciasta, czy rozsadzanie dosłowności. Ale rozpoznania są przyjemne.

Pod Mocnym Aniołem. Bar

wypełnić pustkę

Wypełnić pustkę, reż. Rama Burshtein, Izrael 2012 

W polskich kinach ten film pojawił się latem (lipiec 2013). Kto to widział, by taki film wprowadzać w obieg w takim czasie?! I właśnie dlatego niejeden może westchnąć, że nie widział. A szkoda, bo warto. Ja mogę dodać, że nawet nie słyszałam, choć zapewne mogłam, bo tytuł został doceniony m.in. Pucharem Volpi (Wenecja 2012), czyli nagrodą dla najlepszej aktorki – Hadas Yaron w roli Shiry.
I tak jak wszystko w życiu przydarza się parami, tak jednym przypadkiem zobaczyłam ten film w sali kinowej, a drugim przypadkiem dostrzegłam go dwa dni później w roli gadżetu przy najświeższym numerze „Focusa”. I już go mam.

Chasydzi

Wchodzimy w świat współczesnych chasydów. Brzmi co prawda jak oksymoron: jaka tam współczesność, skoro rytuały i styl życia wywodzą się z najstarszych tradycji, a celowe zamykanie się na wpływy świata (media, kontakty z gojami, modne trendy) tworzy warstwę impregnującą przed nowoczesnością. Ważne, że poznajemy współczesnych chasydów z perspektywy reżyserki, która się z tego środowiska wywodzi. I darzy je zrozumieniem, które i widzowi może się udzielić. Rzecz jasna oglądam świat egzotyczny. Rozumienie bierze się stąd, że w tę opowieść nie wkracza „obce oko”, więc to, co się zdarza, przyjmowane jest naturalnie, osadzone w zrębach, które nikogo tu nie dziwią.

Uderza mnie zwłaszcza silne poczucie wspólnoty. W czas jednego z chasydzkich świąt mężczyźni tłoczą się w domu rabina, wchodzą gromadnie do salonu, gdzie dzielą się problemami, otrzymując po wysłuchaniu stosowne finansowe wsparcie. Jak – nie przymierzając – na seansie u Vito Corleone ;). Śpiewa się przy tym i energicznie wystukuje rytmy. Śpiew i muzyka są fenomenalne. I te oryginalne pieśni chasydzkie, i to, co przygotowano specjalnie do filmu. Akordeonowa muzyka Shiry czy tło muzyczne ilustrujące wybrane sceny. Proszę posłuchać motywu przewodniego.

Drugie, na co zwracam uwagę, to określony model rodziny. Małżeństwa kojarzone przez swatów, tworzone pod czujnym okiem starszyzny, z konieczną aprobatą rabina. Spojrzenie człowieka Zachodu bywa w tym temacie sceptyczne. Bo mamy w głowach inne wzorce: miłość, która wiąże nie czekając na błogosławieństwo, która rodzi się z ognia i bez przymusu albo ze wspólnoty przeżyć, z bliskości, manifestującej się na tysiąc sposobów zanim okrzepnie w decyzji na tak. Różne tam mieć możemy w głowie i sercu matryce, ale na ogół chcemy spontaniczności i nieskrępowania w wyborze. A tu: swaty, ślub z człowiekiem, o którym więcej nie wiesz niż wiesz i w ogóle… ta gotowość do małżeństwa jakby ono było jedyną możliwą drogą i jakby trzeba było na nią wstąpić najszybciej jak się da. Powiem tak: nie będę tu roztrząsać wolności człowieka zanurzonego we wspólnocie i tradycji, bo nie starczyłoby mi kompetencji i mogłoby zabraknąć wirtualnej przestrzeni. W tym konkretnym przypadku, którego dotyczy opowieść, ujmuje mnie dojrzałość, gotowość do miłości i świadomość, że ona możliwa jest wtedy, gdy nie zatracasz siebie.

Fotografia powyżej, „portret rodziny we wnętrzu”, jest dobrym punktem wyjścia. Panowie w czarnych chałatach, z obowiązkowym nakryciem głowy – żonaci w futrzanych sztrajmlach, kawaler ma kapelusz. Kobiety ubrane skromnie, odświętnie, więc na biało, również z nakryciem głowy (na co dzień ten zmyślny kapelusik bywa weselszy). Niezasłonięte włosy może mieć tylko panna.
Plan pierwszy: rabin i jego żona, Rivka. Ich córki: niezamężna Shira z zaproponowanym przez swata kawalerem oraz (po prawej) Esther z mężem Yochayem. 

W środku drugiego rzędu – ciotka, nie ma rąk, nigdy nie wyszła za mąż, a mimo to w kapeluszu, bo tak doradził rabin. To unik od uciążliwych pytań. Nie unika ich nieobecna na zdjęciu Frieda – piękna i dobra, ale niemająca szczęścia do swatów. Gdy zaręcza się jej młodsza siostra, słyszy zewsząd: „obyś ty była następna”. Słowa ciepłe i współczujące, ale nie wątpię, że doprowadzające do szału („myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?!” – odpowie później i brzmi to tak, że chętnie obejrzałabym film o Friedzie).

Esther jest w ciąży, niestety, umrze przy połogu. A jej (przystojny jak sto diabłów!) mąż, który wyznawał: „Kocham cię, jesteś moją Torą”, pogrąży się w rozpaczy. Pustka, którą w sobie odnajdzie, wyda się nie do wypełnienia. Pustkę, równie dotkliwą, choć inaczej doskwierającą, czuje również ojciec i matka Esther. I jej osiemnastoletnia siostra, Shira, której swatanie usunie się na dalszy plan, by móc wpierw przeżyć ból i stratę. Tylko co dalej z pustką? Życie domaga się, by ją wypełnić.

Shira, Yochay, Rivka i MordechajŚmierć Esther jest jedną z początkowych scen, to pierwszy moment zwrotny. Dalsze wydarzenia koncentrują się na tytułowym wypełnianiu pustki  i priorytet ma to, co dzieje się wewnątrz bohaterów. Jeśli zdążyłam zaakceptować chasydzkie otwarcie się na wspólnotę, która wkracza i porządkuje świat każdego brata i siostry od spraw najprozaiczniejszych (kupno kuchenki) po egzystencjalne, to teraz muszę to przyzwyczajenie porzucić. Są propozycje i sugestie, ale też mocne veto samych zainteresowanych, którzy znają cenę życiowych decyzji. Nie podejmują ich nim dorosną, by je udźwignąć i zaakceptować skutki. 

Nietrudno się domyślić, że równolegle do swatania Shiry pojawi się temat szukania drugiej żony dla Yochaya. I że prędzej czy później pojawi się pomysł, by… Ale ani on tego nie chce, ani ona. Nie będzie fabularnych atrakcji, które zawiłością perypetii przekonałyby widza do nieuchronności tego związku. Paradoksalnie: ograniczenie akcji na rzecz subtelnej ilustracji dojrzewania i rodzenia się szansy na szczęście okazuje się czymś fenomenalnym. Kilka rozmów, spojrzenia, obecność i znikanie. Konieczność odsłonięcia swych pragnień, a najpierw rozpoznanie ich w sobie. Pomaga w tym prowadzenie kamery. Przewaga ujęć bliskich, zbliżenia twarzy. Dialog musi być oszczędny, by nie dublować obrazu. 

Oglądałam z dużymi emocjami. To bardzo kobiecy film – choć ma niejedno do powiedzenia mężczyznom.

Ujęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy gotowości serca, która poprzedza cały ciąg dalszy (i której brak ów „cdn” uniemożliwia). Druga to lęk, by nie być kimś zastępczym, nie wypełniać pustki po kimś innym. Dopóki nie zabliźnią się rany, nic nie jest możliwe. Zabliźnienie nie oznacza tu zapomnienia, zwłaszcza, że istnieje Mordechaj, synek Esther i Yochaya – to stan, w którym potrafimy widzieć tę drugą osobę bez potrzeby konfrontacji z własną (i jej) przeszłością. 

Yochay i Shira

zmiana obiektu uczuć

Jak ojciec i syn (Soshite chichi ni naru), reż. Kore-eda Hirokazu, Japonia 2013
Płynące wieżowce, reż. Tomasz Wasilewski, Polska 2013 

13 MFF T-Mobile Nowe HoryzontyTe filmy wiele różni. Na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty umieszczono je w odrębnych sekcjach: japoński w PANORAMIE światowego kina, polski w KONKURSIE głównym, czyli wśród filmów „nowohoryzontowych”, coś w temacie i formie przełamujących. Inne tempo (montaż) i barwy, inny rodzaj napięcia.

…wieżowce są ostre, eksplodujące, z emocjami szukającymi ujścia, domagającymi się haustu powietrza i tym haustem – szarpanym i gwałtownym – krztuszące się.  Fraza zamknięta w tytule pada podczas rozmowy Michała z ojcem, który przypomina synowi szczeniacki wybryk. Taniec na parapecie, przy otwartym oknie, gdy zdawało mu się, że świat razem z nim faluje, wieżowce płyną. Czyli? Stan niebezpiecznej wolności? Krótkotrwałe szczęście? Zatarcie konturów, rozmycie stałych kształtów? Interpretacja chyba nie jest konieczna, zresztą mogłaby iść innym tropem: płynięcia, zanurzenia w wodzie, która jest w filmie eksponowana, nie tylko dlatego, że obaj bohaterowie trenują pływanie i to jest ważna sceneria ich rozpoznań.

Jak ojciec i syn już w tytule jest bardziej zachowawczy. Kontekst uruchamia sugestię, że chodzi o istotę relacji między ojcem i synem, o tę odwieczną mantrę: krew z krwi, kość z kości, więź, której się nie kwestionuje.  Staroświecki tytuł, dość jednoznacznie ogniskuje temat w pytaniu, czy sedno relacji ojca z synem tłumaczy się genotypem, kodem biologicznym czy raczej tym, co wynikać mogłoby z obecności i czuwania. Film jest subtelny, emocje intensywne, z wektorem dośrodkowym. To, co się przydarza jest wystarczająco sugestywne, by o tym już nie rozprawiać.  To trzeba przeżyć, patrzeć, jak wszystko się rozsypuje i po omacku z rozsypanego budować na nowo.

W „Gazecie Festiwalowej” czytałam wywiad z ubiegłoroczną laureatką Konkursu, Domingą Sotomajor (Od czwartku do niedzieli), w którym pada zdanie: „W kinie nie powinno chodzić o fabułę, a o umiejętność przeniesienia widza w emocjonalny stan postaci”. I to jest łącznik między filmami, o których piszę. Najważniejsze są domagające się wyrażenia (lub stłumienia) uczucia, rozpoznanie ich, radykalna wolta (ewentualnie obrót dookoła własnej osi). „Przeniesienie widza w emocjonalny stan postaci” – to się naprawdę udało.

Zaznaczam: oba filmy mają fabułę. Wyraźnie prowadzoną, z punktami zwrotnymi, kulminacją etc. Temat z pozoru inny, lecz dający się sprowadzić do niechcianej, zaskakującej „zmiany obiektu uczuć”.  Inaczej: pojawia się ktoś trzeci, choć uczucie do osoby obdarzanej nim wcześniej nie znika.

Jak ojciec i syn. Do dwóch japońskich małżeństw przychodzi list z sądu, informujący, że sześć lat temu, przy narodzinach ich synów, doszło do zamiany dzieci. 
Płynące wieżowce. Kuba i Sylwia są ze sobą od dwóch lat. Dla obojga ta relacja jest ważna. Michał pojawia się jak grom z jasnego nieba. Węzłem wiążącym te relacje jest Kuba. (Kuba-Sylwia, Kuba-Michał).

JAK OJCIEC I SYN

Jak ojciec i syn. ZdjęcieOpis kadru

Po lewej stronie rodzina Nonomiya, po prawej Saiki – nie w komplecie, bo mają jeszcze dwoje młodszych dzieci.

Chłopczyk w białym kołnierzyku grzecznie wpatruje się w obiektyw. Lubi być grzeczny, tak trzeba. Nie śmiałby przeszkadzać czy łobuzować, bo woli, gdy wszystko jest jak ma być. Mama i Tata wiedzą co i jak, a on się tego trzyma. Często uwiecznia się w ich rodzinie ważne chwile. I wtedy ładnie się uśmiecha, zgłasza się (na pierwszej lekcji w szkole) i patrzy ufnie czernią swych dziecięcych oczu w obiektyw.  Słodki maluch, ale już wprawiony w rytm obowiązków – choćby regularne ćwiczenia gry na fortepianie. Gdy później mama zapyta, czy może chce przestać, odpowie, że nie, on będzie się starał. Chociaż wie, że innym gra przychodzi łatwiej i radośniej.

Drugi sześciolatek jeśli stanie na baczność, to przypadkiem. Umie się bawić i wygłupiać. Nigdy nie jest sam. W domu jest młodsza siostra i braciszek, jest Tata, który włącza się do każdej zabawy albo wskakuje z nimi do wanny. Co tam! Jak się coś zepsuje, to nic. Tata wszystko naprawi, bo umie i lubi. Nie ma sprawy, że się człowiek ubrudzi albo spontanicznie je palcami. Najważniejsze, że można puszczać latawce, gonić za nimi, spać w namiocie, przytulać się, kiedy się tego chce. Gdy później pan Nonomiya będzie mu tłumaczyć, że ma do rodziców mówić Wujku i Ciociu, nie da sobie niczego wmówić i będzie uparcie pytał: – Dlaczego? – Bo tak po prostu jest (Nonomiya jest zaskoczony, ale też widzi w tym buncie samego siebie). – Ale dlaczego?…

Obaj są tacy jak stojący za nimi ich „pomyłkowi” rodzice. Nonomiya mieszkają w dużym mieście, on buduje swą karierę, jest wykształcony i taki będzie też jego syn. Wysoki standard życia, stawianie sobie celów i zadań, ustalanie zasad wspólnego bycia. Gdyby nie list z sądu i absurdalna informacja o zamianie dzieci, nigdy by nie spotkali drugiej rodziny. Saiku żyją poza aglomeracją, prowadzą mało dochodowy sklepik, żyją w ciasnym mieszkaniu i nie potrzebują granic, są blisko, na wyciągnięcie dłoni, ogarnięcie ramieniem, przytulenie. Teraźniejszość ich dzieci jest ważniejsza niż przyszłość, której nie próbują aranżować. Styl i klasa Nonomiya kontra spontaniczność i luz Saiku. 

***

Jak ojciec i syn... Synem jest ten, przy którym jesteś. Bycia ojcem nie unieważni żaden szpitalny dokument. Ale co z nieznanym dzieciakiem, rzuconym przez los w przypadkowe ręce? Czy ma znaczenie, że traf jest pomyślny? Trudno się z tym zgodzić. Chyba nie sposób nie próbować dotrzeć do tego, który nosi nasze geny, w którym one wcześniej czy później dadzą o sobie znać. Będzie miał smykałkę do tego, co Ty, jego twarz i sylwetka będą Cię przypominać, a on niezrozumiale dla postronnych powtórzy reakcje, których nikt tak jak Ty nie rozszyfruje. I co byś poczuł, gdybyś był bohaterem tego absurdu?
– To nic nie znaczy. – Jak mogłam nie zauważyć. – Wiedziałem.
Powyższe odpowiedzi to pułapki.

Co sensownego można zrobić w sytuacji absurdalnej? Jak to doświadczenie ludzi zmienia i przede wszystkim: co przeżywają dzieci? Świetnie zagrany film, niesamowite wręcz role sześciolatków, mądrze prowadzonych przez reżysera i zaskakujących ekspresją. Bo niby wszyscy starają się ich chronić, lecz intuicja pozwala im wiele z tej dramatycznej zmiany pojąć i bez osłon się z tym zmierzyć.

Premiera światowa miała miejsce w maju. Nie wiem, kiedy trafi do polskich kin. Gdy trafi, warto obejrzeć. 

PŁYNĄCE WIEŻOWCE

Płynące wieżowce. Plakat

Opis kadru

Kadr to zarazem plakat, przemyślany, metaforyczny. Reżyser, Tomasz Wasilewski, w wywiadzie dla „Gazety Festiwalowej”: „Pod wodą jest bezpiecznie, ale nie ma tlenu. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, żeby przeżyć, ale to wiąże się z niebezpieczeństwem i koniecznością konfrontacji z problemami”. Dlatego sceny poprzedzające wybór Kuby pokazują głębokie zanurzenie. Podczas zawodów, mimo że prowadzi, zaprzepaszcza zwycięstwo, schodząc w głąb.  Odruch obronny, w którym jest zarówno asekuracja, jak i świadomość, że ta ochrona nie może trwać wiecznie, przyspiesza potrzebę oddechu na powierzchni. 

Jeśli uznać, że wypłynięcie jest „konfrontacją z problemami”, to z jakimi? Zakończenie związku z Sylwią. Owszem, nieco rozchodzącego się w szwach, ale uszytego z dobrej materii, wciąż nie są sobie obojętni, jak dotąd niejedną trudność (vide: matka Kuby) przetrzymali. Dalej: przyznanie się przed sobą, że jest się gejem. Wbrew pozorom sobie samemu wyznać to jest najtrudniej. Wreszcie: zdecydować się na związek z Michałem. Skala lęków i przynagleń jest dość rozległa.

Miłość rodzi się na naszych oczach.  To trudne, ale możliwe do pokazania. Od jakichś zapatrzeń i ożywień, chęci rozmowy, ukradkowych obserwacji, przypomnień… Po zbliżenia erotyczne, zaskoczenie ich intensywnością, nieporównywalnością z niczym innym. Niepewność „co to jest?” i czy obaj czują to samo, i czy tego „nie spieprzą”. Nie chcą spieprzyć. Są prawie gotowi wypłynąć – jeden bardziej, drugi trochę mniej.

***

Powtórzę, co słyszałam podczas rozmowy z reżyserem, bo nie jest to instrukcja odbioru, lecz wpisana w film rzeczywistość. To film o ich trojgu. Pierwszoplanowa postać Kuby (Mateusz Banasiuk) nie zasłania emocji Michała (Bartosz Gelner) i Sylwii (Marta Nieradkiewicz). Ktoś kocha, ale poznaje silniejsze przyciąganie. Ktoś kocha, ale nie wie, czy może wejść w miejsce już zajęte. I nie wie, jak mógłby nie wejść. Ktoś kocha, walczy, przygląda się, jak traci bliskość, zostaje porzucony. Dlatego prawda, że to nie jest film gejowski, choć pewnie tej etykiety nie uniknie. Emocje, dojrzewanie, nieuchronność, odwaga i tchórzostwo to jest na pierwszym planie.

Komplikacje mogłyby mieć inny kontekst. Podobno na etapie szkiców scenariuszowych – miały. Trzecia postać mogłaby być kobietą, kimś starszym/młodszym, kimś zobowiązanym do lojalności wobec kogoś innego. Nagła zmiana kierunku, nieplanowana i nie oferująca ułatwień. 

To, co dzieje się między Kubą i Michałem ma swój kontekst społeczny, to drugi plan. Wiadomo, że gejowskie pocałunki działają jak płachta na byka na różnych osiedlowych twardzieli. Sprzeciw. Jasne, że rodziny chłopaków będą miały do przełknięcia trudną prawdę. Świetne drugoplanowe role Katarzyny Herman (partnerska i toksyczna zarazem mama Kuby), Izy Kuny i Mirosława Zbrojewicza (rodzice Michała, scena kolacji i zagadywanie wyznania pobocznymi tematami jest świetna). Sprzeciw. Ale – to walor – kwestie mentalnego szoku nie przysłaniają tego, co rozgrywa się wewnątrz głównych bohaterów.

Erotyka. Za Chiny Ludowe nie powiem, że „odważna”, bo irytuje mnie ten przymiotnik zestawiony z seksem. A zewsząd do mnie docierał. Płynące wieżowce mówią o odwadze wielowymiarowo i nie klasyfikowałabym odwagi jako sposobu podejścia do ukazywania miłosnych zbliżeń.  Bardzo wprost, bezpruderyjnie, gwałtownie, bez poetyckich skrótów. Tak, że fizyczne doznania stają się częścią opowieści o tym, co łączy – tych dwoje, tych dwóch. Zagęszczają emocje, zostawiają im intymność i zachłanność.

Film jest spójny, zdjęcia, muzyka, ta będąca wciąż na podorędziu woda… Dlatego w pierwszym odruchu mówię: Wasilewski robi dobre kino. Reflektuję się jednak i dodaję: miał rewelacyjnych aktorów! Nazwiska jeszcze przed chwilą mi nieznane. Skąd się wzięli tacy gotowi? Marta Nieradkiewicz niedająca się zepchnąć w cień, choć cicha i czująca co się święci, jak nieodwracalnie raz na zawsze znika jej poczucie stabilności. Świetne.

Festiwal – o czym już wspomniałam – tematy relacji lesbijskich i gejowskich przemycał w wielu tytułach. Ok. I tak nie widziałam tych najgłośniejszych – między innymi otwierającego Nowe Horyzonty zwycięzcy z Cannes (Życie Adeli). Płynące wieżowce mają ten ważny atut, że nie czynią z tego tematu sztandaru, nie są żadnym manifestem czy głosem w sprawie. A w mej subiektywnej (nielubiącej indoktrynacji) opinii naprawdę poruszają.

Dziś już wiadomo, że film otrzymał Nagrodę Publiczności w nowohoryzontowym konkursie. I ja to rozumiem, nie rozumiejąc, niestety, dlaczego Nieznajomy nad jeziorem został uhonorowany nagrodą FIRPRESCI. Niebezpiecznie jest rozumieć zbyt wiele, więc mnie to nie martwi. W kinie …wieżowce popłyną w listopadzie.

kobieta i mężczyzna

Przed północą, reż. Richard Linklater, USA 2013 
Przed północą. plakat2Wybrałam plakat bez przesłodzenia. Większość jest pełna retuszu: młodzieńcza Julie Delpy, Ethan Hawke z balejażem. W filmie wizerunek jest realistyczny i nie fałszuje upływu czasu. To mnie ujęło. Oboje są barwną, piękną, bardzo aktywną, ekspresywną parą. Ale czas nie stoi dla nich w miejscu. Gdy rozmawiają, przekomarzając się, ona zarzeka się (nie wypierając się różnych wcześniejszych miłości), że nigdy nie spała z kimś równie starym, z facetem po czterdziestce. Gdy Jesse pyta, czy gdyby cofnąć czas, wysiadłaby dziś z pociągu, by spacerować z nim nocą po Wiedniu, Celine odpowiada, że skąd?!, ze starym kozłem, w nieznanej przestrzeni?, nie ma mowy. On nie wypomina jej wieku, lecz Delpy nie jest poddawana sztuczkom: ramiona, piersi, twarz… to ciało czterdziestoletniej (pięknej!) kobiety. 

Plakat obok reklamuje, że oto niebawem ukaże się trzecia część trylogii. U góry kadr z filmu Przed wschodem słońca (Celine i Jesse mają po 23 lata, przypadkiem się spotkali, rozpoznali w sobie bratnie dusze i ciała), w środku kadr z części drugiej, Przed zachodem słońca (mają dziewięć lat więcej, spotykają się, pamiętając o tym, co było niegdyś, lecz już w innej scenerii życia, już nie tak wolni, choć jeszcze gotowi zacząć coś od nowa). U dołu brakuje kadru, bo film był in statu nascendi, ale już można by było go uzupełnić. Minęło kolejnych dziewięć lat, ukończyli czterdziestkę, są razem, mają kilkuletnie śliczne bliźniaczki, spędzają wakacje na greckiej wyspie. I rozmawiają, czyli jest jak zwykle. 

Trudno mi sobie wyobrazić, jak to jest, gdy ktoś ogląda Przed północą, nie znając wcześniejszych filmów o tych dwojgu. Ja jestem do nich bardzo przywiązana, o obu pisałam, nie zmieniam zdania, że jest to moja najukochańsza (i chyba jedyna asymilowana) wersja romantyzmu. Czy można o kobiecie i mężczyźnie powiedzieć coś prawdziwego, pozwalając im rozmawiać, przekomarzać się, wygłupiać, kłócić, uciekać w anegdotki, mijać się w rozumieniu słów, dotykać się nimi niechcący, oczyszczać nimi pole wzajemnej relacji? Nie można. Z tego powodu, że relacja nie zamyka się w słowach. I nie każdy, ściślej: mało kto, jest tak wygadany jak tych dwoje. Tym bardziej, że oni rozmawiają nie tylko słowami. Najciekawsze (arcyromantyczne!) jest to, jak się słuchają, jak przy sobie są. Lecz w gruncie rzeczy sporo jednak można tym sposobem odsłonić. Linklater robi to fenomenalnie, Julie Delpy i Ethan Hawke są nie do zastąpienia i nie do przecenienia. Dla mnie bomba!

Celine & JessePomysł jest kontynuacją, więc sporo tu rzeczy spodziewanych. Aktorzy, konwencja rozmowy, podobne poczucie humoru, te same osobowości. Wrażliwy, inteligentny mężczyzna, pisarz. Bezpruderyjna, przejęta ekologią, kobieta niezależna (spokojnie można użyć słowa „feministka”, ale omawiam je ze względu na stereotyp). W rozmowach mnóstwo aluzji do kwestii, które pamiętamy. Podobne punkty zapalne. Analogiczne koncepty. Na przykład: w Przed wschodem słońca bohaterowie odgrywali hipotetyczną rozmowę telefoniczną (ona opowiada koleżance, a on koledze o tym, co im się przytrafiło). Tu mamy hipotetyczną przyszłość: Jesse czyta list, który rzekoma 80-letnia Celine mogłaby napisać do tej obecnej, o połowę młodszej, na temat tego, co się właśnie zdarza.

Tamte rozmowy były jednak inne: wyrwane z kontekstu codziennego życia, uwodzicielskie, podszyte radością spotkania kogoś bliskiego – po raz pierwszy, ponownie. Teraz Jesse i Celine są małżeństwem, wychowują dzieci, właśnie mija ich grecki urlop, jedyne co uzasadnia sytuację długiej romantycznej rozmowy to zafundowana im przez przyjaciół noc w hotelu, we dwoje. To jest ten trudny próg, który stał przed twórcami: wiarygodnie pokazać relację, która osiadła w codzienności, ma mnóstwo przyziemnych problemów, jest mocna, ale nie może być mocna aż tak, by nie dało się jej zerwać, by znów wszystko nie stanęło na brzeżku jakiejś bolesnej niewiadomej. 

Punktem zapalnym są dzieci i praca. I przemijanie, i niespełnienie – jedno i drugie dołączone do pakietu życia zupełnie gratis i bez szans na wymiganie się od przydziału. Nie ma sentymentalnej waty, tylko trailery plują o romansie wszech czasów. Bzdura. Po prostu kobieta i mężczyzna, i tysiące ograniczeń, które mogłyby wypuścić dżina z butelki i pozwolić ulotnić się tym nieuchwytnym fluidom. Bo to jest dużo łatwiejsze, wygodniejsze, naturalne nawet. Tymczasem oni mają kilka żelaznych atutów. Błyskotliwość, swobodę wyrażania siebie, zmysł humoru i działającą na partnera atrakcyjność. 

Przejście od sceny miłosnej do ostrej kłótni jest szybsze niż zjazd na rollercosterze. Oj. Niebezpiecznie. Ręce w górę i krzyczeć. Bo wygląda to na wywrotkę. Chyba rzeczywiście kobiety szarżują mocniej. Jak coś powiedzą, to idzie w pięty. Trzeba być mądrym, cierpliwym facetem, żeby łagodnie zapewnić, po raz enty powtórzyć, na nowo zdobyć wiarygodność, próżnością się nie unieść. I rzeczywiście być przekonanym, że warto.

Faceci, którzy tak mają, są bezcenni. Mogę tylko zalecić, że to dobry kierunek. I pozostać w nadziei, że przecież dojrzałość nie jest zarezerwowana dla starych filozofów z dziesiątym krzyżykiem na karku.

A tak serio – bo ostatnie zdania lekko ubajeczniają sytuację – Przed północą to naprawdę świetny i niegłupi podgląd na kobiecość i męskość. W jednym z możliwych wcieleń.

pocałunki

David Schickler, Pocałunki na Manhattanie, Dom Wydawniczy Rebis (e-book) 

W święta folguję opowiadaniom. Tym razem trafił mi się autor, którego z niczym nie kojarzę i pierwsze zetknięcie było lekko feralne. Na moim Kindle`u ściągnięty tytuł wyświetla się przez „ce-ha”: „… na Manchattanie”. Cha cha cha. To nie mogą być normalne pocałunki, pomyślałam, więc trzeba sprawdzić. Następny krok: pełen zachwytu wstęp Jonathana Carrolla: Pocałunki na Manhattanie to zabawna, niesamowita, ogromnie seksowna, tajemnicza książka, miejscami czarodziejska jak alchemia. Z każdym, kto ją przeczyta i jej nie polubi, coś jest zdecydowanie nie tak”.  Podejrzenie, że może ze mną jest coś nie tak, było tak frapujące, że wpadłam jak śliwka w kompot. 

Pocałunki na ManhattanieOpowiadań jest jedenaście, wszystkie – jak można się spodziewać – rozgrywają się tam, gdzie trzeba (Man-c-hattan). Co więcej: w każdym pojawia się kilka tych samych, znaczących miejsc: restauracja Flat Michael’s, nocny klub Minotaur i kamienica Preemption. Bohaterowie kolejnych opowiadań przenikają do swoich światów: początkowo delikatnie (napomknięcie, że na trzecim planie pojawia się ktoś, kto w poprzednim tekście grał pierwsze skrzypce), później kontrapunkty są czytelne, a postaci nie tylko się mijają, lecz wchodzą w jedną, centralną intrygę. 

Efekt podobny jak w filmie To tylko miłość Curtisa. Każdy ma swoją miłość i swoje pocałunki. A właściwie – odwrotnie: każdy ma swoją samotność, dziwność, traumę i mrok. Każda z historii mogłaby być tą jedyną, a jest ledwie pasmem w warkoczu.
Od bożonarodzeniowego Londynu Curtisa do sylwestrowego Manhattanu Schicklera jest dalej niż „tydzień”. Mroczniej i dziwniej. Dziwność, magiczność, zbiegi okoliczności. W filmie To tylko miłość niepodważalnym gwarantem takich „przypadków” jest adwentowe przyzwolenie i wyczekiwanie na magię. Wszystko się może zdarzyć, a miłość przede wszystkim. Opowieści nowojorskie tego glejtu nie mają i niezwykłość jest probierzem naszych czytelniczych preferencji. Krótko, zwięźle: mnie czytało się lekko, przypominała mi się proza Carrolla (pojęłam więc, skąd jego zachwyt i rekomendacja) i zrozumiałam, dlaczego to nie jest to, co moje tygrysy lubią najbardziej.

Chciałabym coś powiedzieć o „dziwności”, jaką emanuje ta książka, bo ta dziwność odpycha mnie i przyciąga. Odpychanie jest pozamerytoryczne. Nie w tym rzecz, że komuś coś niesamowitego się przydarza (i tak trudno przebić reportaże, czyli „dziwność non-fiction”). Na moment się w niej zanurzam, ale wychodzę ze spotkania bez naznaczeń.

Przykłady. Jest sobie irlandzki ksiądz, Thomas Marchant, wychowany przez trzy ciotki, które przypominają Parki, a co najmniej Wróżki. Ma zdolność i potrzebę wpatrywania się w ludzi i widzi to, co ukryte pod naskórkiem, ma jakiś siódmy zmysł. I przydarza mu się, że wieczór w wieczór na jego msze przychodzi młody mężczyzna ubrany na czarno. Tylko Marchant czuje bijący od niego odór, nierzeczywisty, bo to jest smród zła, które osiadło na duszy/psychice mężczyzny. Nieważne, czy to się później wyjaśnia czy nie – wyjmuję te dziwności z kontekstu.
Inna postać to James, młody, nieśmiały samotnik, który zabłądził do sex shopu, a tam, w piwnicach, gdzie szukał toalety, znajduje pracownię jubilerską z kimś, kto pretenduje do „mistrza ceremonii”. Tajemniczy jubiler pozwala Jamesowi wybrać wśród drogocennych preciozów coś, co chciałby podarować swej dziewczynie. Nic to, że kamienie są drogie, a James jest niezamożny (w dodatku nie ma dziewczyny). Nic to, że za chwilę okaże się, że miejsce przestaje istnieć, zniknie jak sen – zostaną kolczyki z opalami, do których później James dobierze sobie uszy, a właściwie całą kobiecą postać. 

Otóż to, co powyżej, to dla mnie sprawy, które miną, nic nie zmieniając. Tak naprawdę podobają mi się dwa opowiadania, również dziwne, ale inaczej, bez paranormalności. O jednym wspomnę, bo zaszokowało mnie dalece bardziej niż te z tonacją perwersji. 

Kąpiel Jacoba. Jacob Wolf i jego żona Rachel. Jacob rozczarował swojego ojca: nie miał ambicji, błysku, przebojowości, której oczekuje się od synów w dobrze sytuowanych rodzinach wyższych sfer towarzyskich. Miał dryg do układania piosenek i trudnił się w branży reklamowej. Rodzina pobłogosławiła wybór narzeczonej, bo Rachel była córką kogoś, z kim Wolfowie się liczyli. Ale wybór Jacoba wydawał się dość przypadkowy. Rachel była niepozorna, łatwa, nie tremowała Jacoba, nie przytłaczała kobiecym sexapealem. Tego chciał: coś na swoją miarę. A postrzegał się jako mężczyznę miary nie nazbyt zamaszystej. Początek nowego życia. Noc poślubna. Głupia sprawa: Rachel się kąpie, Jacob przegania skunksa z parapetu. Niestety, po chwili nieznośny zapach rozchodzi się po mieszkaniu. But do wyrzucenia, a i Jacob też wydaje się jakby „nie do użytku”. Dalej akcja przenosi się do łazienki. 

Pachnąca po kąpieli Rachel, Jacob zachęcany, by wskoczył do wanny. Jego nieśmiała obawa, że towarzystwo żony może go stresować lub zmierzać w kierunku jakiejś ekstrawagancji. Jej proste gesty i spokojna pewność: namydliła myjkę i „wykąpała swojego mężczyznę”. I tu następuje coś, co jest najdziwniejszą sytuacją, co uderza gdzieś o granice mojej wyobraźni, dziwne, choć zasadniczo zwyczajne.

„Odtąd każdego wieczoru ich małżeństwa Rachel kąpała męża. Kąpała go 20 listopada 1953 roku, w dniu, w którym urodziło się ich pierwsze dziecko, syn Elias. Rachel nie powiedziała o tym swojej rodzinie ani lekarzom w szpitalu Świętego Łukasza. Po prostu to zrobiła: zgłosiła się do szpitala rano, urodziła Eliasa i była w domu przed zmrokiem, żeby wykąpać swojego męża. Także 8 kwietnia 1956 roku – w dniu, w którym jej matka umarła na tętniaka mózgu – Rachel zdążyła wrócić do domu, żeby wykąpać Jacoba. Robiła to w każdy szabat i w żydowskie święta. W czasie pełni księżyca i finałów rozgrywek baseballowych. Kąpała go, kiedy była rozgniewana i kiedy on był okrutny. Jacob zaś niezmiennie zjawiał się w domu każdego wieczoru, aby dopełnić rytuału. 30 lipca 1958 roku, kiedy wieczorem w Centrum Rockefellera odebrał nagrodę za swoją piosenkę reklamową o Musztardzie Jeremiah, nie zgodził się wypić piątego piwa w Duranigan’s i pojechał taksówką do domu, żeby wziąć kąpiel. 23 sierpnia 1969 roku w jednym z pokojów hotelu Plaza pięćdziesięcioletni Jacob Wolf zakończył romans z broadwayowską pianistką Melodie „Trzy Czwarte” Sykes. Pognał do domu, szlochając spazmatycznie, i wszedł do wanny, by żona mogła go umyć. Przez całe dziesięciolecia nikt nie znał tej tajemnicy, nikt nie wiedział o skrywanym ożywczym źródełku małżeństwa Jacoba i Rachel, ani ich rodzice, ani sąsiedzi, ani ich dzieci”.

No nie, w tym jest jakaś piorunująca mieszanka. Więc jednak nie erotyzm… Coś śmiesznego, jakaś transformacja układu małżeńskiego (mężczyzna-dziecko?), a zarazem coś wzruszającego, choć mimo to dziwnego. Trwałość, tajemnica, rytuał – ależ spoiwa! Pisana każdego wieczoru kartka wspólnej historii. Kuriozalne curiosum. Tyleż samo znaków zapytania budzi we mnie ta odsłonięta intymność, co żelazny układ dnia, cowieczorna do kogoś przynależność. Ciekawe są ostatnie akordy opowiadania, bo nastąpi pewien zwrot z racji ujawnienia legendy. Po 43 latach zaprzyjaźniona z Wolfami felietonistka odkryje i opisze ich zwyczaj w „New York Timesie”. Hmm…

Wracam do tego opowiadania i badam, co z tą moją empatią i wyobraźnią. Czy szwankuje moja zdolność do przywiązań, czy raczej przerzucam winę na warsztat pisarski (bo też podał wszystko na tacy w jednym akapicie). Czy intryguje mnie bliskość tych dwojga, czy potknęłam się po prostu o czyjąś rozbujaną fantazję. Może zresztą niepotrzebnie wydziwiam. Stała sobie wanna, trzeba ją było wykorzystać. Przynajmniej Jacob był przez całe życie czysty. I opowiadanie – naprawdę – najlepsze w Pocałunkach…

miłość jako symbioza

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2013

Grażyna Jagielska. Milość z kamienia

Żona korespondenta wojennego, laureata nagród dziennikarskich i literackich, niewątpliwej osobowości świata ambitnych i wnikliwych mediów, napisała książkę o cenie, jaką oboje zapłacili za intensywność wojennych zbliżeń.
Miała to być forma terapii, o czym informują dwa pierwsze zdania:
Dzisiaj mijają trzy miesiące, odkąd przyjęto mnie do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Tak naprawdę jest to stres mojego męża, ale on zawsze oddawał mi wszystkie swoje kłopoty”. 

Trzy razy towarzyszyła mężowi, by zrozumieć, co buduje między nimi mur. On był na 53 wojnach. Traumy doświadcza jednak ona – połączona z nim dwudziestoletnim wyczekiwaniem, niepokojem, potwornym stresem, repetycjami opowieści stamtąd, cieniami ofiar, które zamieszkały w jej głowie. 

Jedno uważam za pewnik: Grażyna Jagielska to wyśmienita pisarka. Miłość z kamienia jest zapisem autoterapii – tak, ale nie tylko. Studium psychicznego „rozpadu i składania” wystarcza, by warto było czytać, doświadczając niemocy i nadziei. Opowieść ma swoje stałe punkty odniesienia: Lucjana, również pacjenta kliniki, z którym wymieniają się wyznaniami, Siwego (terapeutę, cierpliwie pytającego: „jakaś dobra myśl na dzisiaj, słoneczko?”) i pojawiające się we wspomnieniach rozmowy z mężem. I czytany od czterech lat list od męża, którego słowa nie są w stanie jej uspokoić: „… i już naprawdę nigdy nie pojadę w rejon, który uznasz za niebezpieczny. Dlaczego nie chcesz o tym pamiętać?”

Drugi ważny temat to współczesny świat, w którym wojna jest stanem permanentnym. Przebieram w swoich wojennych wspomnieniach jak inne kobiety w biżuterii. Więc co na dzisiaj? Wojna w Górskim Karabachu, w Osetii Północnej, wybory w RPA?” Gruzja, Azerbejdżan, Tadżykistan, Afganistan, Sri Lanka, Czeczenia, Kongo, RPA – a to tylko wycinek świata, ten, którym „zajmował się” Wojciech Jagielski. Niespokojne miejsca i ludzkie historie, jak ta o Merabie Kakubawie, któremu pocisk oderwał głowę razem z kołnierzykiem, o Tai, gwałconej notorycznie przez żołnierzy, o chłopcu Samuelu, któremu kazano meczetą zabić rodzinę. Nie tylko taki jest świat. Bo we wspomnieniach są też cudne wyprawy do Indii, w głąb Afryki, świat oglądany oczami marzycieli, którzy chcieli życie spędzić w podróży. To było „zanim…”. Te obrazy są niedostępne dla kogoś, kto doświadczył sytuacji ekstremalnych. Nie da się wskrzesić dawnego oglądu: budowle sprzed stuleci czy egzotyczne pejzaże są wyblakłe.

Książkę Grażyny Jagielskiej można czytać jak reportaż z życia korespondenta wojennego. To trzeci temat. Jak wyglądają przygotowania (studia nad regionem), zabiegi, by dotrzeć na czas, szaleństwo przekraczania rozsądnych granic (inna nazwa: bohaterstwo), doświadczanie powrotu, sakramentalne: „– No to jestem”, szukanie pomysłu na artykuł, przeobrażanie się z  korespondenta w pisarza. Świetne! A ponieważ równolegle czytałam tekst Wojciecha Jagielskiego o Afganistanie: Modlitwa o deszcz, więc wyznania o charyzmie Ahmada Szaha Massuda i ekscytację związaną z tym regionem przyjęłam jak dopełnienie afgańskiego tytułu. Więcej: obie książki są wobec siebie jak aneksy. Jedna uzupełnia reportaż z wojny portretem reportera, druga dodaje postaci „męża-korespondenta” wyobrażenie pracy reporterskiej, także warsztatowej. 

W moim odczuciu ryzykiem Miłości z kamienia jest wyeksponowanie prywatności małżeństwa Jagielskich. Ryzykiem obustronnym – dla nich i dla czytelników, którzy mogliby ugrzęznąć w roli obserwatorów cudzego katharsis. Moja lektura broni się przed tym poślizgiem całkowicie. To, co prywatne wydaje się być kontrapunktem do tego, co uniwersalne. Zarówno gdy chodzi o koszty ekstremalnych zawodów, jak i o naturę relacji mężczyzny i kobiety. 

JagielscyBo ja powiem szczerze: przeczytałam tę książkę dwa razy. Za drugim razem interesowała mnie wyłącznie symbiotyczna miłość. I nie daje mi ona spokoju. 

Najpierw: jedność, której można pozazdrościć. „Ludzie mówią, że podstawą udanego związku są wspólne zainteresowania, nie miłość. Mieliśmy jedno i drugie, a przynajmniej bardzo długo tak sądziliśmy”. Sprawdzili się w podróży, która miała się nigdy nie skończyć. Bardzo długo utożsamiali swoje szczęście z byciem w drodze. Później jedno z nich będzie wciąż dokądś gnać (w innym stylu i celu niż pierwotnie), a drugie czekać. 

Mówi się o „martwej przestrzeni” między nimi. O tym, że on odnalazł na wojnie ekscytację, „momenty pełnej obecności” i odtąd to, co jest esencją życia, było doświadczane oddzielnie. Ale symbiotyczność trwała. Jagielski potrzebował pewności, że świat Grażyny jest stabilny, że może wziąć jej trwanie jak amulet. Ona rozpadała się, gdy znikał, zawieszała się w wyczekiwaniu i ćwiczyła w przeżywaniu jego śmierci. I to nie podczas jednej wyprawy na wojnę, co można by spróbować ogarnąć wyobraźnią. Ale podczas 53 wojen rzeczywistych i następnych – urojonych. 

Zadziwiające jest takie współistnienie. I przegapienie wszystkich znaków ostrzegawczych. Ona nie stawiła tamy destrukcji, on nie dostrzegł, że obciąża ją ponad miarę. „Jak mogłaś pozwolić zrobić sobie coś takiego?” – pyta Lucjan. I rzeczywiście wygląda to na syndrom bezradnej ofiary. Jednak gdy pada odpowiedź, ta postawa nie wydaje się już wcale postawą bierną. Przeważył Afganistan. Wspólna wyprawa i moment olśnienia, że to naprawdę wciąga. Stąd bierze się zrozumienie dla intensywności doznań. Stawiając veto pracy męża, musiałaby zabrać mu jego pasję. A – jak mówi w wywiadzie (DF) – pasja jest w życiu bezcenna, jest wartością, której ona nie mogłaby komuś odebrać.
Nie mam tu nic do komentowania. Ale jestem oszołomiona intensywnością tej relacji. Tym, że można się tak w kimś drugim zatracić. Albo odnaleźć (gra słów).

Historia Jagielskich jest traumatyczna, nie wolna od poczucia winy względem siebie nawzajem, względem bliskich czy nawet względem tych, których wojenne doświadczenia złowili w formę relacji (uwieczniając ból, ale mu nie zapobiegając). Ale jest wolna od pretensji, oskarżeń, żalu i brudu. 

„Opowiadając Lucjanowi moją historię, zwykle zaczynam od tego, że mamy udane życie: ja i mój mąż korespondent wojenny. To nieodmiennie bawi Lucjana. (…) Pyta, czy widzę komizm takiego stwierdzenia. Ale ponieważ lada chwila się obrażę, przybiera na siłę poważny wyraz twarzy i już nie żartuje, mówi tylko, że to dziwnie brzmi w ustach kogoś, kto siedzi w zakładzie dla obłąkanych. Chyba to wyczuwam?”

„Myślę o tamtych czasach i nie odkrywam w nich żadnego błędu, jakby wszystko poszło dobrze, a my nie wyrządziliśmy sobie żadnej krzywdy. Może rzeczywiście nie zrobiliśmy nic złego, mieliśmy być właśnie tacy, jacy jesteśmy”.

ale o co chodzi? (nieulotne)

Nieulotne, reż. Jacek Borcuch, Polska 2012

Michał i Karina, i super motorPrześladuje mnie ostatnio stary dowcip o taksówkarzu, któremu trafił się pijany pasażer. Kierowca zirytowany powtarza: „Panie, to jest moja taksówka, ja jestem kierowcą i pytam po raz kolejny: dokąd jedziemy?”. Na co pasażer (po raz enty) odpowiada: „A ja tu grzeczniutko siedzę, pszepana, i zapytuję: alee o tzo chodzii?”

Chciałoby się wiedzieć, dokąd zmierzamy, ale rozbrajająca błogością riposta nie rozjaśnia nic a nic.
Nieulotne. Jakub Gierszał, odtwórca głównej roli męskiej, tłumaczy tytuł następująco. Ulotne jest w życiu wszystko to, co chcielibyśmy zatrzymać a szybko mija. Nieulotne jest to, co pozostaje jako konsekwencja, jakiś dodatek do wcześniejszych wyborów czy czynów. Raczej balast.

Jakub Gierszał i Magda Berus

Jacek Borcuch, któremu przyklejono etykietę admiratora młodości, utrwalił to, co ulotne. Słoneczną Hiszpanię, dwoje młodych ludzi, ich rodzące się, promieniujące intensywnością uczucie. Skok z mostu („on skoczył a ja go tylko trzymałam za rękę” – powie Karina) jest ilustracją tego zachłyśnięcia się życiem i sobą. [Jak w filmie Kwiecińskiego Jutro idziemy do kina, gdy trzech osiemnastolatków w 1939 skacze z wysokiego mostu, krzycząc: „Jesteśmy nieśmiertelni!” Tylko metaforycznie, niestety.] Pięknie jest być pięknym. Kuba Gierszał i Magda Berus są naturalnie, od niechcenia i bezdyskusyjnie piękni. Rozjaśnione letnim słońcem włosy, nieskrępowane ruchy, młode ciała (aż wyzywające wobec wszystkiego, co przemija). Pierwsza ważna miłość. Możliwe, że nie ma nic silniejszego. Przynajmniej na chwilę (!) jestem gotowa w to uwierzyć.

krakowskie rozstanie

Nieulotne, choć tytułowe, przyczepiło się do filmu Borcucha jakoś niechciane, snuje się smętnie i trochę bez sensu. Dzieje się niewiele, bo też to film o stanie ducha, o zagrożonej bliskości, o fatalizmie przemijania beztroski…, raczej o tym, co wewnętrzne niż o tym, co się rozgrywa w planie materialnym. Rozumiem ten zamysł. Ale empatię utrudnia mi rozmyty (chyba jednak powiem ex cathedra: niedopracowany) scenariusz. 

Otóż, szczęśliwy pobyt w Hiszpanii kończy się wraz z wakacjami, wracają oddzielnie, każde z innym bagażem-garbem. Dwoje zakochanych, Karina i Michał, wrzuconych zostaje w scenerię Krakowa. Dwoje garbatych w smutnym, północnym mieście. Odrapane tynki kamienic, szatnie, korytarze, poczekalnie. Wszystko ich dzieli i przytłacza. Każde z nich tak bardzo jest skoncentrowane na swoim dramacie, że zamiast wyciągnąć dłoń, zasłaniają sobie nią oczy i uszy. Skoczyć z mostu a zbudować most, to dwie różne rzeczy.

nieulotneI tu jest coś, co włącza w mojej głowie taśmę z pytaniem: o co chodzi? Wierzę, że młodzi przeżywają swój dramat prawdziwie. Wierzę aktorom. Wierzę w młodzieńcze zagubienie. Nie rozumiem jednak, dlaczego reżyser  tak impresjonistycznie uzasadnia ich rozterki. [SPOJLER] Nie dość, że dramat Michała jest kuriozalny (ok, każdemu może się zdarzyć, że kogoś zamorduje, c`est la vie). Nie dość, że dwudziestolatka jest zaskoczona ciążą. To jeszcze cały zewnętrzny świat składa się z nieprzylegających fragmentów.

Michał w słońcu podczas pracyPrzykłady. 1) Co z wątkiem hiszpańskiej rodziny? Pobyt w Hiszpanii związany jest z pracą przy winobraniu. Ale Michał ma tam swoją rodzinę, jest pół-Hiszpanem, zawiązanie akcji wprowadza postać matki, brata, dziadka – szkoda, że jak nożem uciął znikają, rodząc zdziwienie, po co w ogóle się pojawili. 2) Studencka rzeczywistość. Rozmowy Kariny z panią profesor. O co chodzi? Dlaczego rozmawiają jak przyjaciółki? To nie jest oczywiste w zatłoczonych polskich uczelniach. Możliwe, ale wymagające jakiegoś uzasadnienia. Dalej: zajęcia, w których uczestniczy Michał. Wykładowca mówi o podświadomości jako domenie nocy, przeciwstawionej świadomości właściwej dniu. Albo to jest łopatologia kierująca mnie ku mrokom przeżyć Michała. Albo coś, co mogło zostać dograne i nabrać sensu. 3) Reakcja Kariny na wyznanie Michała. Przestraszyła się? Uznała to wyznanie za powód do zerwania? Nie rozumiem.  4) Zakończenie. Podoba mi się, choć muszę dorzucić swoje: „Alee o tzo chodzii?”.

Michał

Niedosyt pojawia się już w trakcie oglądania. A przecież ogląda się dobrze. Najlepiej początek. Krakowskie, długie, wyzute z akcji ujęcia też są ok, bo Gierszał i Berus grają świetnie. Michał siedzi w szatni zapatrzony w punkt na posadzce. Karina czeka bez ruchu przed gabinetem ginekologa. Ok, nie żartuję, oni naprawdę przykuwają uwagę, są autentyczni, aż boli to ich złamane piękno.

Borcuch ma po prostu genialną rękę do castingu. Nie dość, że odkrył Gierszała kilka lat temu w swym debiucie reżyserskim Wszystko, co kocham (a wraz z nim dał szansę Oldze Frycz i Mateuszowi Kościukiewiczowi), to swym kolejnym filmem ponownie oddaje młodym obraz. Właściwie: oddaje cały film, na drugi plan przesuwając samego siebie, reżysera. Szkoda, że aż tak.

KarinaMagda Berus (dziewiętnastolatka!) trafiła na plan filmu Borcucha wprost z planu Baby blues Katarzyny Rosłaniec. I świetnie się stało. Ma dziewczyna bożą iskrę, naturalność i fotogeniczność. Nie szarżuje nadekspresją. Sprawdza się w obu, krańcowo różnych kreacjach. Niewykluczone, że jest do tego mądra i przetrwa szum medialny, nie manierując się pod dyktando.

Aktorskie epizody zagrali tu błyskotliwie również aktorzy towarzyszący: Andrzej Chyra jako ojciec Kariny (zupełnie jak nie-Chyra!) i Joanna Kulig w roli przyjaciółki (głos!, rozpoznawalny wśród milionów, omen na dobre trochę i na złe). W roli gadżetu wystąpił motor. Oscarowa rola, gdyby istniała taka kategoria.

Film już zaistniał na festiwalu w Sundance, gdzie nagrodzono zdjęcia Michała Englerta. Dlatego tyle kadrów w tej notce (powiększających się po kliknięciu). 

 

tak się złożyło, że jestem i patrzę

„Tak się złożyło, że jestem i patrzę”. [Może być bez tytułu]

I piszę. Czasami po to, by coś z siebie wyrzucić, nadać kształt myślom i jakoś się wobec nich zdystansować. Zwłaszcza wobec tych, które chodzą po głowie w tę i we w tę. Bezkształtne.
To mogłaby być recenzja, ale nie jest.

Róża była wydarzeniem na Festiwalu w Gdyni. Lwy przypadły wówczas filmowi Skolimowskiego (Złote) i Komasy (Srebrne). Później nadszedł Warszawski Festiwal Filmowy i laury trafiły do Róży (Grand Prix). I nie jest to pomyłka, moim zdaniem.

Minęło ponad pół roku zanim pojawiła się możliwość skonfrontowania tego, co niosła fama, z tym, jak na film Smarzowskiego reaguje nasza własna wrażliwość, wyobraźnia, potrzeba wejścia (lub nie) w losy głównych bohaterów.

Konfrontacja dotyczy z jednej strony tego, czy Smarzowski zaproponuje coś, co da się odebrać w łączności z Weselem i Domem złym. [Tak, choć dla mnie Róża jest odrębna. To pierwszy film reżysera, do którego nie pisał scenariusza. Cenię pozostałe, ten jest najważniejszy.]

Drugi aspekt konfrontacji wymaga rozpoznania, jak się mają deklaracje twórców, oceny krytyków, komentarze blogerów etc. – do tego, co czuję ja. Tu nie ma jednej tonacji, ale (operuję pewnym skrótem myślowym): reżyser mówi, że zrobił film o miłości, krytyka podkreśla, że film zapełnia białą plamę na mapie powojennych wydarzeń (wysiedlanie Mazurów) i uderza skondensowaną brutalnością („cios w podbrzusze”). W komentarzach znajomych często pobrzmiewa nuta zastrzeżenia: „wiesz, ale gdy po raz kolejny ją gwałcą,… to już za dużo”. I czy Smarzowski przesadził czy nie, i że o miłości to wcale, bo za dużo upodleń, chuci i bólu.

[Co do mnie, wiem jedno. Opowieść zadziałała nokautująco. Wszystko po niej boli. Nie wiadomo, co myśleć. Właściwie: myśleć przez jakiś czas nie można, dopóki nie uwolnią się emocje. Żeby nie przegadywać i nie szufladkować, nie psychologizować nawet, raczej pozwolić, by to, co irracjonalne miało swoją rację bytu.]

Smarzowski opowiada realistycznie, mocniej: naturalistycznie. Oczekiwanie, że ni stąd ni zowąd pojawi się confetti z pozytywnych uczuć jest naiwne i niczym nieuzasadnione. Sentymentalizm wyrugowany bezpowrotnie. A jednak jest  to film o miłości. Inaczej nie potrafię go odbierać. Bez tej warstwy zostałaby wyłącznie ludzka podłość, głupota historii i absurd. Nie przeczę, poczucie absurdu nie opuszczało mnie podczas seansu. Przez sporą część opowieści kołatało mi w głowie: wyjechać! zostawić w diabły tę ziemię, uciec od wszystkiego raz na zawsze.

Rok 1946. Mazury. I Mazurzy, którymi pomiata historia. Rosjanom i Polakom za bardzo przypominają Niemców. Próbuje się ich „uswoić”, ale tylko pozornie. Tak naprawdę wszystko zmierza do wyrugowania ich z tych ziem. A ponieważ nie odchodzą dobrowolnie, więc uprzykrza im się życie, na potęgę. Wyjechać, uciec stąd? A niby gdzie istnieje bezpieczny świat dla żołnierza AK, który nie poddał się weryfikacji i dla Mazurki, wdowy po żołnierzu Wermachtu?

Zawieszam recenzenckie tropy, bo tak naprawdę interesuje mnie tylko jedno, mało profesjonalne pytanie: czym jest miłość? 

Ok, zawężam: jaka jest miłość Róży i Tadeusza?

Nie dojdzie, kto chciałby dociec, dlaczego w ogóle się pojawia. Dwoje ludzi („wraki”, jak mówi reżyser), którym niespieszno do uniesień. Ogołoceni, z piętnem (zwłaszcza Róża), bez przyszłości. Musiał być w nich ogromny bagaż rozczarowań. Albo nie było już nic, jak po przekroczeniu zbyt wielu granic. Wydrążeni ludzie, którzy idą za czymś, co ich budzi z odrętwienia. To może być czyjaś obecność na co dzień. Obecność, która jest ważna. A potem już kluczowa.

Tyle dzieje się wokół, tyle zagrożeń, że o miłości ani się nie mówi, ani się jej nie pokazuje. Nie tak, by przykuwała uwagę. Wszystko inne zdaje się być głośniejsze. I to też cecha tej miłości: cisza, czasem czułość spojrzeń, rozjaśniona twarz Róży. Lub to jak Tadeusz ją widzi: kobiecą mimo hańby i wyczerpania.

Miłość jest lękiem. [Wiem, że w liście św. Jana jest zapisane coś na odwrót.] Jest niepokojem o tę drugą osobę. Strachem, że coś może jej się stać, że może umrzeć.  Tu przychodzą na myśl te sceny, gdy Tadeusz powraca do domu, po raz kolejny napadniętego przez „żołnierzy”. Bezradność, gdy rozumie, że nie ochroni jej przecież przed wyrokiem (to po wizycie i diagnozie lekarza). 

Ale rewelacyjna jest również scena, gdy wybuch miny budzi popłoch w Róży, że coś niedobrego stało się z Tadeuszem. Przybiega i krzyczy na niego. Że chyba oszalał i zupełnie niepotrzebnie odminowuje więcej niż trzeba, powinien natychmiast przyjść jeść. I wrzeszczy tak po niemiecku, pełna strachu o niego.

Wizualnie najpiękniejszy jest uśmiech Agaty Kuleszy jadącej na rowerze, radość, trochę wygłup. Bo miłość jest odprężeniem, chwilą pełni w choćby nie wiem jak pustym świecie. Pływaniem łódką po mazurskim jeziorze, gdy świat wydaje się naprawdę całkiem ładny.

Co jeszcze? Jest szacunkiem. Oj, to najlepiej obrazuje epizod z wilniakami, sąsiadami, którym Róża użycza dachu. Nieszczęśliwie, bo tym razem gwałciciele zmaltretowali i Różę, i jej sąsiadkę (Kinga Preis). Mąż zarządza, że trzeba się ewakuować, bo „zepsuli mu Amelkę!”. Idzie biedaczek, za nim dzieciaki, na końcu kobita objuczona bagażem niczym wół. Mężczyzna naburmuszony, i przestraszona, Bogu ducha winna, zgwałcona Amelka. Otóż, w relacji Tadeusza i Róży jest inaczej. Z dystansu patrząc, można powiedzieć – normalnie(!), ale dla obojga, z wielu powodów, ta sytuacja jest balastem, żywą raną.

Gdy wiemy, że nie ma przyszłości, chcemy pozyskać przeszłość tego, kogo kochamy. Bezcenne staje się każde wyznanie, które w jakikolwiek sposób przybliża coś, co miało swój wpływ na to, kim stała się ukochana. Róża opowiada Tadeuszowi o kilku mazurskich zwyczajach, których przestrzegano, gdy była dzieckiem. Mówi też o umieraniu, o stołku stawianym przy łóżku umierającego (dla duszy), i o otwartym oknie, które pomaga duszy odejść.

Wysłuchałam wywiadu z Agatą Kuleszą, w którym aktorka tę rozmowę nazywa sceną miłosną. Ja to tak właśnie czuję. Co więcej, scena wybrzmi w pełni dzięki kilku słowom i gestom, które nastąpią później. Niezwykłe jest to, w jaki sposób Smarzowski połączył tak różne rejestry, w moim odczuciu bezkolizyjnie. Ból, cierpienie duszy, podłość świata, okrucieństwo i brud historii z jednej strony. Z drugiej – coś głęboko ludzkiego, co ocala. Dla mnie kwintesencją delikatności i bólu miłości, czymś kruchym i mocnym jak tarcza jest scena, w której Tadeusz (wspaniały Dorociński) czyta fragmenty książki „duchowej”. Są takie dziwnie piękne księgi, niedzisiejsze, opisujące życie duszy. Ta chyba jest czymś takim właśnie.

Mam w głowie jeszcze kilka scen, które pamiętam, bo chcę pamiętać. Nie zapominam, że wokół ziało grozą, od tego przecież zaczęłam. Upiornie rozklekotana rzeczywistość to plan pierwszy. Miłość rozgrywa się w głębi. I ma wpływ na to, co z człowieka się wydobywa. Nie wiem, czy ma ona moc unieważnić absurd świata. Chyba nie. Ale bez tej soli byłby on nie do przełknięcia.

„A wszystko to pod niebem z natury bezniebnym”. [Widok z ziarnkiem piasku]