Archiwa tagu: muzyka

Boska Florence

Boska Florence, reż Stephen Frears, USA & Wielka Brytania 2016 

Meryl Streep as Florence Foster JenkinsFlorence Foster Jenkins wcale nie wydaje mi się „boska”. Przeraża mnie. Za nic nie powiem, że jest śmieszna czy godna litości – ale stanąć po jej stronie nie umiem.

Film, owszem, obejrzeć warto. Meryl Streep gra brawurowo. Dorównują jej Hugh Grant (mąż i menedżer Florence) oraz Simon Helberg (akompaniator). Dużo znaczy „dotrzymać kroku” Meryl Streep, tym bardziej, że to ona wciela się w postać najbarwniejszą, wokół której pozostali wirują.

Zaletą filmu są aktorzy. I to, że opowieść jest biograficzna. Naprawdę ktoś taki istniał: Florence Foster Jenkins (1868-1944). Opiekunka i sponsorka nowojorskiego życia muzycznego w I połowie XX wieku. Aktorka w Klubie Verdiego, specjalizującym się w żywych obrazach, w nieco nadętych inscenizacjach migawek historycznych. W jednej z pierwszych scen Meryl Streep, omotana suknią i akcesoriami, zwisa na sznurze nad kompozytorem-impotentem, zwiastując mu natchnienie. Jest w połowie ósmej dekady życia. Od pięćdziesięciu lat żyje z syfilisem, który pokonuje swą miłością do muzyki i wiarą w misję. Zapewne też wsparciem swego towarzysza życia. 

Kocha muzykę. Wyobraża sobie, że pięknie śpiewa, a iluzję tę podtrzymują w niej najbliżsi i ci, których przepłacono, by klaskali podczas koncertów. Idą na to miliony. A ona – jak dziecko – daje się nabrać. Nie słyszy samej siebie? Wierzy, że chcieć, to móc? Liczy na to, że pasja zastąpi warsztat? 

Nie mogę o tym filmie pisać. Jest tak żałośnie smutny! Odrobinę też śmieszny – bawił mnie image Florence: przyciężkawy, z diademami i fikuśnymi ozdobami. Głos „najgorszej śpiewaczki świata” wprawiał mnie w konsternację. Okrutnie zadrwił z niej los. Podobno jej nagrania krążą do dziś w kampowym obiegu, sprawiając, że Florence still alive. Ale żałość jest żałością. Co innego tworzyć kicz celowo, co innego siedzieć w nim po uszy nieświadomie.

Nie myślałam o filmie po seansie. Raczej o tym, jakim cyrkiem może być życie, gdy zaplączemy się w „złudzeniach, które pomagają żyć”. Powszechna praktyka. Przecież nikt nie żyje nieustannie w pełnej świadomości. Mamy tysiące podpórek i prawo do tego, by nie nazbyt serio przejmować się nagą prawdą. Można przymykać oko. Dodawać optymistyczny komentarz do każdej wywrotki. Odsuwać od siebie informacje zwrotne, które mogłyby schłodzić miłe ciepełko. 

Rozumiem, że jest w postaci Florence Jenkins jakaś alternatywna „interpretacja” rzeczywistości. Że być może ten „pismak” z „The Post”, który nie chce przyjąć łapówki, bo woli nazywać rzeczy po imieniu, jest ograniczony w swym profesjonalizmie. Może cierpliwa obecność męża, który dopiero późną nocą, gdy ulula żonę do snu, wymyka się do drugiego domu, do innej kobiety, do świata, o którym Florence nie ma pojęcia… – może to się da pogodzić z miłością. Coś takiego film sugeruje. Na litość Boską! Udławić się można takim fałszem. O ileż sensowniej jest uznać – jak czyni to postać grana przez Hugh Granta – że choć chciało się być wybitnym aktorem, zostało się jedynie statystą, niż fruwać jak mucha nad g…m.

Przepraszam za tę nieelegancką frazę. Zdołowała mnie ta komedia.

o, matko!

W dwóch słowach: Rakowo rulez! Choć pierwszy plan należy do Organka.
Wczoraj rano to jeszcze nie wiedziałam, kim Organek jest. Więc dziś nie mogę deklarować zażyłej znajomości. Ale kilku piosenek wysłuchałam, jeden wywiad i co nieco o tym, z czym połączyć i w jakim kontekście. Tyle, co każdy może sam wyszperać. A jeśli ma dobre ucho, to  i sprawdzić, ile tu tego Breakoutu i Nalepy, ile The Doorsów, ile samoswoich nut i brzmień. 

Bo mamy tu otrzaskanego debiutanta. Z wyraźną muzyczną przeszłością (SOFA, Smolik etc.), ale wchodzącego na niezależną ścieżkę, sygnowaną nazwiskiem. Tomasz Organek – album Głupi (2014). Tekściarsko obstawiam to, w czym jest dystans. A słyszę go w każdej piosence. Głupi ja ma sporo takich (auto)ironicznych przełamań. „Głupi ja, głupi ja jej chłop/ Nie głupia ona nie, nie głupia diabli miot”. Jest tak, że teksty rodzą się na nowo, gdy Organek śpiewa – bo te przerzutnie, przerosty frazy, która łączy się z kolejną i coś tam modyfikuje. Zdecydowanie: lepiej się słucha niż czyta. Są takie piosenki, które podpatrują i komentują świat. Z perspektywy kogoś, kto nie zamierza dołączać. Pierwszy numer z płyty tak to właśnie ustawia: Nie lubię. Czego nie lubi Organek? Zdaje się, że farbowanych lisów, tych, co za życia martwi, ale w każdej sytuacji czyściutcy („Nie lubię kobiet, które pachną mydłem”). Co lubi? Nie mówi wprost. Zgaduję, że prawem kontrastu to, co przybrudzone: czasem winą, błędem, nierozważnością, ale też świadomością bycia niełatwym i jakoś życiowo nieporadnym. Jak Italiano – gość z duszą czarną jak włos i z czarnym pająkiem w głowie  albo ten z Autostrady 666 (wiadomo, Harleyowiec): „Coś mi jest/ nie wiem co to/ może to hashimoto” (?!). Co by mu nie było, wyruszy w drogę. I nie wiadomo z czym wróci.

Dystans dystansem, ale Organek to balladzista pełną gębą. Więc gdy w piosence O, matko! do wioski wraca mężczyzna we krwi, z dziewczyną na rękach, to wyobraźnia może się napaść do woli. No, co się dzieje? Co mogłoby się stać, gdyby widziano ich (mężczyznę z dziewczyną, we krwi)  przez lufcik w firance? Pytano by: „O, Matko, gdzie w nocy był twój syn?” i dlaczego to czy tamto. Pytań byłoby bez liku. Oskarżeń? No właśnie: tu się sprawa zapętla, bo ciężar spada na wszystkich. Czyje ręce czyste? Kto bez winy?

Ad rem. Wczoraj wieczorem można było premierowo obejrzeć oficjalny videoclip tej ballady. A dziś była piosenką dnia w radiowej Trójce. Rzecz jasna – ilustracja żyje własnym życiem, coś dopowiada, uruchamia nowe tropy. Ja w to wchodzę. Tym bardziej, że mam tu kogo obserwować. A poza osobistym kibicowaniem,  duży uśmiech dla wszystkich zaangażowanych. Dla mieszkańców i bywalców podpoznańskiego Rakowa, którzy weszli w tę historię jak w masło.

Wraca więc Syn (Tomasz Organek) z dziewczyną na rękach. I sprawa staje się powszechną zagwozdką. Idzie drogą, za dnia, wśród ludzi. Każdy niby rzuca okiem od niechcenia (vide: pan ze słomką w ustach), ale oczy lgną do obiektu jak magnes. Dziewczyna zza firanki, dzieciaki zza płotu, a wkrótce wszyscy zebrani w sali przypominającej jakiś zbór. Miska z wodą, którą można coś zmyć. Wodą, która wkrótce nabierze czerwonej barwy, by w ostatnim kadrze na powrót stać się krwią, spadającą na twarz jednego stamtąd. Ściślej: krew naznacza każdego. Mniej lub bardziej dosłownie. W obrazie tę winę biorą na siebie ci, którzy zanurzają w misce twarz. Na przemian: Syn, Dziewczyna, Ojciec, Dziecko. Jakoś współuczestniczą w tragedii, choć nie liczyłabym na ostateczne przebaczenie (rozdarcie koszuli w końcowym kadrze). To raczej ambaras, który ze strachu wprawia wszystkich w trans. Modlitwa to, egzorcyzmy czy inne szamańskie sztuczki? Tym większy odlot, im poważniejsze i zdystansowane są oczy dzieci. Rewelacyjna dziewczynka, mój aktorski numer jeden tej obsady! W ogóle: wszyscy są tu świetnie wkręceni. Wzrok przykuwa zwłaszcza dziewczyna – z muchą (?) na przedramieniu, przestraszona i mistyczna, „krucha jak liść”. Ale też mężczyzna w czapeczce – coś jakby patriarcha, lecz nie wiem, czy jest orędownikiem przebaczenia czy wyroku. Nie wiem, bo religijne/rytualne gesty zawsze budzą taką niepewność. Jak świat światem.

W teledysku podoba mi się również rama. Obraz, który poprzedza i dopełnia czas trwania piosenki. Ujmuje wszystko w cudzysłów. I ogniskuje się na Organku. Jak najbardziej słusznie, bo Organek na uwagę zasługuje i na odsłuch. Płyty nie mam, ale chciałabym mieć.

wroc+loves ameryka (2)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

Moich siedem seansów – jak zwykle nijak niereprezentatywnych dla całej festiwalowej oferty (70 tytułów) – rządzi się swymi prawami i zbieżnościami. Jedną z nich jest nastoletniość, progowe wkraczanie w dorosłość, definiowanie swej tożsamości. O tym jest Palo Alto, ale też Biały ptak w zamieci czy Whiplash. A każdy z ww.tytułów eksploruje inny aspekt czy inną granicę, którą trzeba przekroczyć. Na przykład ostatni z wymienionych przygląda się narastającej determinacji i życiodajnej/śmiercionośnej konfrontacji ucznia z mistrzem. 

Whiplash – reż. Damien Chazelle, USA 2014

Whiplash 4Sekcja: Highlights
Korci mnie, by wzorem polskich krytyków zamarudzić na nutę: „tu wszystko jest rozegrane według wskazówek podręcznikowej dramaturgii” albo: „to się nie może nie spodobać”. Bo tak jest. Od pierwszych taktów po ostatnie nie ma nudy, obniżenia napięcia, nie ma snucia się bez celu i działań nieuzasadnionych. Paradoksalnie: dla widza wrocławskich festiwali to niebezpiecznie zalatuje mainstreamem. Voilà! Niech będzie mainstream, ale naprawdę mistrzowski!

Andrew Neyman jest perkusistą – i chce być kimś. Kimś na miarę Charliego Parkera. Gotowy na wszystko, da z siebie stachanowskie procenty normy, by pokonać przeciętność, wyzwolić geniusz, zostawić w muzyce swój ślad. Cel numer jeden: dostać się pod skrzydła Terrence`a Fletchera, charyzmatycznego dyrygenta-mistrza. Na najlepszym amerykańskim wydziale, wśród wybrańców, w pocie i krwi (bardzo obrazowe: skrwawione, spocone bębny i talerze). Nie ma lepszej drogi, choć nie ma też drogi bardziej szalonej i destrukcyjnej. By sprostać wyśrubowanym wymaganiom i utrzymać się w podstawowym składzie jazz bandu, Andrew nie tylko musi przekroczyć własne ograniczenia (fizyczne, warsztatowe), ale  wytrzymać (a nawet wygrać!) ring z psychopatycznym rywalem. Takie archetypiczne „zabijanie ojców”, by uzyskać prawo do własnej pełni. Bo mistrz nie prowadzi ucznia za rękę ku gwiazdom. Mistrz niszczy, by wydobyć perły z najskrytszych głębi. O ile one tam są – jeśli adept sztuki potknie się lub wycofa, przegrana potwierdzi, że żadnych pereł nie było.

Whiplash-4868.cr2Można powiedzieć, że Damien Chazelle gra kliszami, pojedynek ucznia z mistrzem ma przecież tak wiele realizacji, że co rusz rozpoznajemy jakiś odwieczny trop.
1) Od fascynacji do nienawiści, od naśladownictwa do rywalizacji. 2) Pigmalion stwarza Galateę: mistrz lepi ucznia na modłę swoich wyobrażeń. 3) Lęk przed utratą zainteresowania mistrza, przed innym, który mógłby zająć miejsce lidera. 4) Fałszywa gra: manipulacja, rzucanie kłód pod nogi, emocjonalne tłamszenie. 5) Zależność od grymasu guru: aprobata daje szczęście, niezadowolenie – pasmo udręk. 6) Pęknięcie wizerunku – rozczarowanie idolem lub pupilem. 7) Kolizja interesów, konieczność podporządkowania sztuce wszystkiego: zabezpieczeń, innych celów, każdej strefy życia.  8) Ostateczna rozgrywka: walka o siebie i przekraczanie granic.

Nawet jeśli „wszystko już było”, to Whiplash ogrywa toposy fenomenalnie i brawurowo. Filarem sukcesu są mocne charaktery antagonistów, zagrane tak, że raz po raz ich sparingi wstrzymują dech. To esencja filmu. I linia dramaturgiczna: na tym budowane są zwroty akcji, kulminacje, wszelkie przesilenia emocji. Zostawiam bez komentarza, by – broń Boże! – nikomu nie zepsuć przyjemności. Daję jednak namiar na kuszący zwiastun filmu.  (TU).

Uff…kto fascynuje bardziej: Andrew czy Fletcher? Nie wiem, jakim cudem Miles Teller tak przekonująco zagrał perkusistę. Emocje to jedno, gra na bębnach i talerzach drugie. A mamy tu fascynujące popisy solówek. Z jazzowym backgroundem ujętym między mocne uderzenia standardów: Whiplash i Caravan. Jeszcze mam przed oczyma tę scenę, gdy Fletcher wybiera między trzema świetnymi kandydatami do podstawowego składu. Przerywa próbę bandu i do wycieńczenia każe grać rywalom na przemian, niemal do utraty przytomności, ze złośliwą mantrą: „przyspieszasz” – „spóźniasz się”. „Jest źle!” Bo Fletcher nigdy nie mówi: „good job”, takie ma przekonania. Pochwała premiuje średniactwo, to tępa ostroga, nic tak nie bodźcuje jak doprowadzenie adepta do furii i skrajności. No ale wracam do pytania: jak Teller to zagrał?! Nie podejrzewałabym samej siebie, że obserwowanie perkusisty może wzbudzić we mnie tyle ekscytacji.

Whiplash-6613.cr2

Terrence Fletcher, grany przez J.K.Simmonsa, wygląda jak chodząca charyzma. Wysportowany, sprężysty krok i ruchy emanują pewnością siebie. Czarna elegancja podkreśla osobowość (przypadkowy kolor wprowadziłby niuanse, elegancja nawet podczas prób czyni go nieskazitelnym, uzbrojonym po zęby w swój geniusz). Plastyczna twarz wygłasza świetnie zredagowane komunikaty. Żaden element wizerunku nie wymyka się spod kontroli – obojętnie, czy Fletcher w kuluarach zdaje się być wyluzowanym gościem, na scenie dystyngowanym dyrygentem czy agresywnym psychopatą zdolnym do rękoczynów i syczącego jadu podczas prób. Tak właśnie wygląda charyzma. Możliwe, że wcześniej myślałam inaczej, ale po seansie moje wyobrażenia skrystalizowały się w kreacji Simmonsa. Amen.

Skoro pomijam komentowanie pojedynku, sięgnę po sceny niezdradzające dramaturgii, po „interludia” dopełniające akty główne. Jedną z moich ulubionych jest kolacja rodzinna w domu Andrew Neymana. Trwa uroczystość, zjechali się krewni, każdy przechwala się sukcesami, reszta daje aplauz. Andrew jest tuż po nominacji do składu w prestiżowym konkursie. Ale tradycji muzycznych w rodzinie nie ma żadnych. Jego sukces (okupiony ogromnym wysiłkiem i potwierdzający talent) nie brzmi spektakularnie. Trwa więc licytacja: ktoś wygrał zawody sportowe (któraś tam z niższych lig), komuś się poszczęściło w pracy – nic, co zapowiadałoby wielkość, lecz przy rodzinnym stole wszytko zyskuje uznanie. Andrew pozostaje w tyle. Tu jest najciekawszy moment: gra pychy i pokory, niestety, wynik 1:0. Już mi się zdawało, że perkusista potrafi ujarzmić własne ego, dopuścić istnienie innych hierarchii, wytrwać bez napuszenia. Pokora nie jest mu obca, potwierdza ją na każdej z prób. Cóż, ekspansywność pychy przebija dobry ton i smak. Andrew wygłasza kilka uszczypliwych uwag i odsuwa się od towarzystwa do samotnej wieży domniemanego geniuszu. 

Whiplash-5547.cr2Stawianie na jedną kartę – na talent, niepowtarzalność, wybitność nie do zakwestionowania. Obaj adwersarze są lustrzanym odbiciem: ambicja, wiara w siebie, determinacja. Takich dwóch nie mieści się na podium. 

 Konsternacja. Niby nic nowego, ale dociera do mnie, że nie rozumiem, skąd to się bierze. Czy to jest męska potrzeba walki i udowadniania swej wartości? Czy raczej rzecz rozgrywa się na scenie sztuki, która żąda wyłączności i lekceważy przeciętność? Oczywiście, z jednej strony dostrzegam obłęd w takim podejściu do życia. Film Chazelle`a naświetla szaleństwo i pokazuje skrajność sytuacji. Mistrz w takim wydaniu jest dla mnie nazbyt psychopatyczny. Coś jednak przemawia za „racją” Fletchera. Co prawda jego metoda doprowadziła do chorób psychicznych, do złamanych nadziei i pustki w życiu wielu z odrzuconych adeptów. Ale też wydobyła z nich „nuty” najgłębiej ukryte, pozwoliła dotrzeć do wewnętrznych barier i przekroczyć je. Wstrzymuję się z jednoznacznym osądem, choć nigdy przenigdy nie byłabym zdolna wejść w podobną grę lub wytrzymać przyglądanie się, jak zatraca się w niej ktoś bliski. Tylko… lekko uśmiecham się na myśl, jak łagodnie postrzegam rolę mentora, ile skromności, taktu, cierpliwej mądrości kojarzy mi się z towarzyszeniem czyjemuś rozwojowi. Nie przekonał mnie Fletcher do swoich metod, ale nie mogę unieważnić wrażenia, że sztuka graniczy z szaleństwem. I w takim mniej więcej nastroju (rozstroju) wychodzi się z seansu Whiplash.

Warto sobie ten rozstrój zafundować, a potem długo pić rumianek na przemian z melisą.
(W kinach – od pierwszych dni 2015 roku). Nie do przeoczenia.

***

Dla porządku wyliczę tytuły obejrzane na 5.aff we Wrocławiu:
1) Palo Alto – reż. Gia Coppola
2) Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker
O obu pisałam w poprzedniej notce.

3)Whiplash – reż. Damien Chazelle
4) Mapy gwiazd – reż. David Cronenberg
5) Stópki – reż. Alexandre Rockwell
6) Czas niepewności – reż. Nathan Silver
7) Biały ptak w zamieci – reż. Gregg Araki.

aneks
Whiplash zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepszy film i scenariusz adaptowany) i zwyciężył w kategoriach: aktor drugoplanowy (J.K.Simons), najlepszy dźwięk i najlepszy montaż.

muzyczny transatlantyk

Transatlantyk Festival Poznań, 08 – 14.08.2014

Najprzyjemniejsze seanse to właśnie te muzyczne. Sporo ich było, ja obejrzałam dwa: o Nicku Cave i o artystach śpiewających w chórkach. Udane dokumenty z niebagatelną rolą podkładu muzycznego i z charyzmatycznymi bohaterami. Oba zrobione świetnie: z pomysłem, z humorem, ze świetnymi rozmowami. Obawiam się, że jedyne, co mogę powiedzieć to polecić i przynaglić do obejrzenia. O muzyce pisać nie umiem, a przedstawianie bohaterów mija się chyba z czyimkolwiek zapotrzebowaniem. 

20 000 dni na ziemi, reż. Jane Pollard & Iain Forsyth, Wielka Brytania 2014

Nick Cave. plakat

Dwoje nieznanych filmowców trafia do Nicka z propozycją, którą ten przyjmuje i twórczo naznacza swoim udziałem. Chodzi o to, by opowiedzieć o jednym dniu z życia – tak się składa, że Cave oscylował w okolicach tego 20-tysięcznego (55 lat). Oczywiście, nie jest to żaden „typowy” dzień, lecz opowieść urozmaicona różnymi atrakcjami, które jednak – czemu nie – można upakować w jedną dobę.

Dla fanów – rozkosz podglądactwa: Nick w łóżku tuż przed alarmem budzika, we wnętrzu swego domu, w studiu, w którym nagrywa, w morskim pejzażu Brighton etc. Sceneria prywatności jest jednak inteligentnie ograna, przyprawiona autoironią i… całkiem trafnie korespondująca z muzyką. Vide: niewątpliwie mało sterylny pokój pracy, w którym Nick spędza czas na pisaniu. Służy mu do tego maszyna do pisania! Słowa piosenek, do których zerka podczas prób, są zapisane ręcznie. Nie zapamiętałam żadnego kadru z komputerem. Maszyna, stosy książek, plakaty, fotki. Te drobiazgi świetnie komponują się z temperamentem czy imagem Nicka Cave`a. Facet z dystansem (do siebie), lekko dziwny, arcysympatyczny, niewątpliwie z darem narracji…

Zainscenizowane spotkania: z psychoterapeutą, z kumplem z zespołu (The Bad Seeds), z tymi, z którymi występował niegdyś pokazują jak świetnie radzi sobie z anegdotą i jak daleko mu do bycia celebrytą.

Mój ulubiony fragment to chyba historyjka o Ninie Simone. Opowiadana jest dwukrotnie – za drugim razem przy udziale Warrena Ellisa – co ma znaczenie. Wyobrażam sobie, że to jest taka opowieść, która wraca przy każdej nadarzającej się okazji, gdy chce się przywołać coś nie do zapomnienia.

The Bad Seeds grali niegdyś przed Niną Simone (legendą, boginią jazzu, kobietą, która ma świat u stóp). Mówi Nick – wyglądała źle, widział ją przed koncertem totalnie wyczerpaną. Weszła na scenę. Spojrzała na publikę – taką miną, że niejeden się jej wystraszył – i nie było wiadome, co wydarzy się za moment. Całym ciałem mówiła, że ma tę sytuację gdzieś i lepiej, by jej nikt nie wkurzał. Po czym siadła przy fortepianie, wyjęła z ust gumę do żucia i przykleiła bezceremonialnie do klapy instrumentu. Zaczęła. I z wolna zachodziła transformacja. Z bezsiły w moc, z wyczerpania w zaraźliwy power. Co więcej: przemiana stawała się udziałem wszystkich. Mówi Nick Cave, że nie zapomni tego koncertu i że tym właśnie powinien być każdy występ.

Chwilę później spotyka się z kumplem i zagaduje go: „– A pamiętasz ten koncert z Niną Simone? Jaka ona była tuż przed, jak wyjęła gumę do żucia…
– Stary, ja mam tę gumę! (odpowiada Warren). Wziąłem po koncercie i zawinąłem w chustkę, w którą otarła czoło”.
Dwaj weterani rocka w scenerii kuchni, w której Warren Ellis przyrządza mało jadalnego węgorza.

Charakterystyczny, elegancki wygląd, głos z ciemną liryczną barwą. Przyjaciel podczas próby rozpoznaje w głosie Nicka domieszkę innego, „coś jakby Lionel Richie” – podpuszcza. Nick sprawdza, czy ma choć ździebełko z Lionela.

Jeszcze wspomnę ujęcie z Kylie Minogue, siedzącą na tylnym siedzeniu samochodu Nicka. Rozmawiają – oczywiście – o największym hicie, który zaśpiewali w duecie: Where the Wild Roses Grow. Kylie z rozmarzeniem i podziwem mówi o tym, jak zaimponował jej wtedy Cave, o jego scenicznej swobodzie i mowie ciała. Z wrażenia przeczytała wówczas jego biografię.
„- Tak? No, prawdy to tam nie znajdziesz…”

I tak się toczy ta opowieść: bardzo prawdziwa, ale trochę zmyślona, szczera i zagrana jednocześnie. Nick Cave mnie ujął i zaskoczył. Bo gdzieś uciekła z mojej świadomości jego współpraca z kinem. Tymczasem ma na koncie kilka soundtracków do całkiem dobrych filmów (Droga czy Zabójstwo Jesse`go Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda). A sam jest niezłym aktorem. ;) 

O krok od sławy (Twenty Feet from Stardom) , reż. Morgan Neville, USA 2013

O krok od sławy

„Całe życie śpiewać w chórkach? Jakieś „aaaaaaa…aa” lub „uuu-a, aaa-u” – to nie dla mnie” – mówi Mick Jagger. I jasna sprawa, że żaden z gwiazdorów nie zszedłby dobrowolnie na drugi plan. Choć w tym filmie każdy z wielkich przyznaje, że bije pokłony przed artystami, których prosi o współpracę, o muzyczne wybrzmienia w tle swojej piosenki. Zachwyt wyraża Stevie Wonder, Sting, Bruce Springsteen, Mick Jagger.

To jest taki film, że widz aż podskakuje z radości. Od energii piosenek, od energii życia, od łatwości, z jaką daje się przetworzyć emocje w głos. Ci z drugiego planu wchodzą w światło sceny i o nich jest ta opowieść. O Lisie Fischer, Merry Clayton, Darlene Love… i jeszcze Táta Vega i Judith Hill… Jest też kilku panów, choć w przewadze kobiety. 

Od kilku lat jakby mniej chóralnych partii w nagraniach, ale cały wiek XX na nich bazował. Mówi Stevie Wonder: „No, wyobraźcie sobie, że nikt nie odpowiada na jęki Raya Charlesa!” Jagger o Lisie mówi jak o równej sobie, Sting pozwala na koncertach na solowe partie swych artystek z chóru, a już Bruce Springsteen  wchodzi w rolę psychologa, próbując pojąć, jak to możliwe, że takie mega talenty nie przyćmiły gwiazd, którym towarzyszą, że nie zrobiły tych magicznych 20 kroków, by zaistnieć w centrum.

Jest kilka lejtmotywów w tym dokumencie. Jeden z nich to portrety. Cudne. Jestem zachwycona i Lisą, i Judith, i Merry. Drugi to opowieść o radości śpiewania i o przyjaźni. Ktoś mówi, że nie może być nic wspanialszego niż ten moment, w którym głos wibruje i splata się z innymi. Inni dodają: to partie chórku nuciły miliony, nie tekst solisty. Albo wspominają wokalny dialog czy solówkę kogoś z tła, która była pieprzem, gwoździem, słowem: niepodważalnym elementem jakiegoś przeboju. I rzeczywiście. O tym nie trzeba wiele mówić, bo to się słyszy. Ale jest jeszcze motyw trzeci: pytanie o przyczyny pozostawania w cieniu nawet wtedy, gdy była decyzja i chęć rozpoczęcia solowej kariery.

Wielu artystów drugiego planu marzyło o własnej artystycznej drodze. Niektórzy nagrywali autorskie płyty – i nic. Głos niezwykły, dobry muzyczny materiał, silna osobowość. Jest wszystko, czego trzeba, a sukcesu brak. Syndrom Sixto Rodrigueza (Sugar Mana), tyle że bez happy endu.

„Trzeba mieć duże ego, by wybrać rolę pierwszoplanową”. Kilka osób przywołuje tę diagnozę i coś w tym jest. Nie chodzi o skromność, nieśmiałość czy pokorę. Raczej o to, że można zatracić się w tworzeniu, nie pilnując czy dobrze rozchodzą się fale popularności. Nie byłoby słuszne tak stuprocentowo odwracać proporcje, ale miałam wrażenie jakby w tej transformacji w śpiew, bez fleszy i oklasków, było coś większego, bardziej autentycznego niż sceniczny image gwiazdora. 

Trochę miesza w tym palce przeznaczenie (właściwy moment, miejsce, odpowiedni przebój). Ale i charakter robi swoje. Nie opuszcza mnie ta obserwacja, bo nałożyć ją można na wszelkie przejawy tworzenia. Sukces nie musi być udziałem najlepszych. A ci nieznani nie muszą mieć poczucia, że osiągnęli za mało.

I w tym tkwi sedno. Czy drugoplanowa rola życiowa daje spełnienie i szczęście? Jeśli tak, to ok. I drugie sedno: czy ma się jakiś obowiązek wobec własnego talentu, czy imperatyw „zaistnienia” nie jest przypadkiem wyzwaniem, które należy podjąć, by mówić własnym głosem i własnym tekstem? Hmm… gdzieś tam, całkiem wyraźnie, brzęczy jeszcze pytanie (trzecie sedno) o materialny wymiar samorealizacji. Nazwisko z afisza (plakatu, okładki…) zabezpiecza byt. Artystki niewylansowane dorabiają na życie gdzie się da.

Oba filmy będą w dystrubucji kinowej. O krok od sławy (tegoroczny Oscar w kategorii dokument!) miał już swoje wejście na ekrany, 20 000 dni na ziemi zaistnieje w październiku.

Poniżej link do piosenki Desperation śpiewanej w filmie przez Judith Hill (w tle bohaterki Kroku od sławy).

http://youtu.be/_ZljeW3qVBA

Lisa Fischer

                     Darlene Love Merry Clayton Judith Hill  

  Claudia LennearTata Vega

beksa razy dwa

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2014

Beksińscy. Portret podwójnyStrzał w dychę: tacy bohaterowie są jak podwójny magnes. Zdecydowanie bez sensu byłoby rozdzielanie postaci. Życiorys ojca naznaczał syn, ojciec determinował syna. A przy tym obie osobowości są pełne. Mroczne (to słowo jest skazane na nadużycia, słowo dyżurne), podbite tęsknotami i tajemnicą, stemplem dziwności, introwertyzmu i wylewności zarazem. Zdzisław – oryginalny malarz (zawieszę dopowiedzenia, pomnąc jak śmiał się z etykiet). Tomasz – krytyk muzyczny, dziennikarz, tłumacz. Po prawdzie, wbrew tytułowi, dostajemy do ręki biografię potrójną. Ale ta trzecia, pani Zofia Beksińska, cicha, oddana, „z niską samooceną i poczuciem klęski”, żona i matka, nie miała przebicia, by wcisnąć się na okładkę. Niemniej: jest.

Obrazy Beksińskiego znałam, mam album. Dawno do niego nie zaglądałam, lecz one są tak wyraziste, że przypominały się sugestią słowa. Może to – jak chcą niektórzy – sprawa maniery, monotematyczności, jednolitej tonacji nastroju. A może – jak chcą inni – piętno talentu. Dość, że kolorystyka i stałe motywy (czaszki, obłażąca skóra, krzyże, trumny, pejzaże „metafizyczne”) stały się scenerią tej lektury. Nic dziwnego. Czytam o tym, skąd się wzięły, jak powstawały, jaki był wokół nich ruch czy zastój. Wisiały przecież na ścianach. W tych dekoracjach rozgrywało się życie Beksińskich.

TomekTomek oglądał je od dzieciństwa, wyszukując co lepsze elementy. Patrzył wtedy na ojca (nomen omen) jak w obrazek. „W młodości trzeba mieć kogoś, kto stanie się dla ciebie przewodnikiem. Dla mnie był to stary”. Gdy jako trzydziestolatek przytwierdzi sobie wampiryczne zęby, zarzuci czarną pelerynę z czerwoną podbitką i po raz enty będzie szukał bladolicej, czarnowłosej piękności na wzór „kobiety-węża”, to będzie kontynuacja tego, czym rajcował się jako przedszkolak w sanockim domu Beksińskich. Szalenie dużo wziął od Zdzisława. Część pewnie świadomie: był w posiadaniu rockowych płyt, zanim dostępne były szerszej publiczności. To ojciec malował przy głośnej muzyce i kazał sobie płacić za obrazy sprowadzanymi z zagranicy na podkarpacką prowincję płytami. („potrzebuje wokół siebie huraganu dźwięków, marzy o aparaturze tak głośnej, że pocieknie mu krew z uszu”). Maniackie kolekcjonerstwo obaj mieli we krwi. Tomasz w warszawskim mieszkaniu (Mozarta 6) jeden pokój wypełni płytami, drugi filmowymi kasetami. Muzyka i film.

Dwa kurki, z których płynęła fikcja, emocje, esencja życia. Tak się jakoś splatały wizje, urojenia, koszmary ze snu i z życia, że niełatwo je było rozróżnić. Może rację miał Tadeusz Nyczek (przyjaciel rodziny, propagator twórczości malarza), że Zdzisław tworząc obrazy, dawał upust wyobraźni, Tomek tego wentyla nie znalazł, więcej zatrzymał w sobie. A to miało siłę toksyn.

ZdzislawZ pożegnalnego listu Tomka do ojca sączy się rozczarowanie, „pragnął zawsze żyć w innym świecie, gdzie reguły są proste, przyjaźń jest przyjaźnią i tak dalej”: „Wiem, że to świat fikcji, ale może i ja przez te 41 lat byłem fikcją. Odchodzę do świata fikcji, bo tylko tam było mi dobrze. Błagam na wszystko, nie budź mnie”. Samobójstwo Tomasza w Wigilię 1999 roku, po kilku próbach i licznych groźbach, stało się faktem. Materializowało wiszące nad rodziną przeczucie tragicznych alternatyw. Pięć lat później (i dwa miesiące) zamordowany zostanie ojciec. Zosia odeszła najwcześniej.

Twórczość Tomasza nie wiązała się z żadnym ściśle artystycznym fachem. Raczej sztukę zapowiadał i objaśniał (programy muzyczne w Trójce, arykuły i felietony w pismach typu „Tylko Rock”, tłumaczenia ścieżki dźwiękowej filmów – seria Bondów i Monty Pythona). Pozornie, bo w gruncie rzeczy szalenie artystowsko (z całym repertuarem tragicznie kabotyńskich znaków) kreował własny image. Niebezpiecznie wkręcając się w gotycko-romantyczno-neurasteniczno-depresyjne klimaty, w których zamotał się na amen.

Beksiński. C

Beksińscy. Portret podwójny to dobrze skonstruowana biografia. Duża porcja wiedzy o dorobku Zdzisława i Tomasza, podana z uwzględnieniem wielu perspektyw. Są wypowiedzi zawodowców, przeważa jednak podgląd codzienności, a więc wyznania tych, którzy na różnych etapach życia byli blisko Beksińskich. Naprawdę niesamowita jest różnorodność źródeł. Grzebałkowska dotarła do tak wielu osób (cześć kryje się pod zmienionym imieniem), do tak bogatych materiałów, że portrety są … nie powiem „pełne”, bo takie być nie mogą, ale zniuansowane.

Dodam, że tradycją Beksińskich było prowadzenie dziennika fonicznego, utrwalającego życie rodziny, a później każdego z panów z osobna. Obaj też pisali listy. Na ogromną skalę. Listy Tomasza są emocjonalne, wiwisekcyjne, konfrontujące go ze światem. Są skrajne: od fascynacji i marzeń o miłości, po żółć, obrzydzenie, pretensjonalne oskarżenia. Zdzisław, daleki od ekshibicjonizmu uczuciowego, jest z kolei mniej autokreacyjny, lubi komentować rzeczywistość. Poza tym: tych listów są krocie, niektórzy adresaci otrzymali ich ponad tysiąc! Rozmowy przebiegały na naprawdę licznych łączach. Ogromna dawka informacji – dla każdego, kto kiedyś zapatrzył się w obraz i chciałby bliżej poznać artystę lub dla tego, kto jeszcze pamięta kultowe audycje Tomka, bardzo osobiste, a przecież tajemnicze i budzące chęć poznania bliżej samotnego wampira-melomana. A przy tym materiał jest atrakcyjny w czytaniu, podzielony na krótkie rozdzialiki, z wyczuciem inkrustowany archiwaliami. Czyta się dobrze. Choć nie powiem, by lektura uskrzydlała.

Beksiński. B

Przekonuje mnie ten podwójny portret. Również dlatego, że rozstałam się z książką, nie mając gotowych etykietek. Opowieść wywoływała we mnie irytację, zaskoczenie dziwactwami czy infantylnością. Budziła przekonanie o upierdliwości charakterów.
Ale też przekonywała do oryginalności, niezależności, niesamowitej pasji, nieporadnej, lecz niepodważalnej miłości.

Wcale nierzadko ktoś kusi się o ocenę, diagnozę relacji między Beksińskimi. Tomkowe szafowanie śmiercią (od ekcentrycznego rozwieszania nekrologów o swym odejściu, po dużo subtelniejsze gesty) uruchamiało pytania i szukanie przyczyn. Przykład:
„Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”.
Prawda. Zdzisław brzydził się małymi dziećmi (nasiliło się, gdy pojawił się Tomek, więc prosił o pomoc psychiatrę). Nie znosił dotyku. Miał dziwaczne manie natręctw i obsesji. Szalenie irracjonalne, choć sprowadzające się do praktycznych sfer życia: lęku przed podróżą (choćby wyjściem na proszoną kolację), strachu, że zabraknie produktu, do którego się przyzwyczaił (stąd: chomikowanie na potęgę), niechęć do jakiejkolwiek przynależności. Egocentryzm i podporządkowywanie sobie bliskich. Przy totalnym braku asertywności (paradoksalnie). Oj, te jego prośby-zlecenia, by kupić mu to, czego brak w Sanoku! Od materiałów do pracy, płyt z muzyką, po drobiazgi prywatne. Dziurę w brzuchu wiercił i wybrzydzał. 

Tomek z kolei męczył swą potrzebą opowiadania filmów, przebywaniem w fikcji, nadętym osądem świata. Choć była to maska ochronna i przed wieloma potrafił ją (na moment) zdjąć. Rodziców nie oszczędzał: groził, oczekiwał obsługi i wsparcia, utwierdzał w nieporadności. Pewnie prawda. W świetle reflektorów te relacje dziwaczeją, są ekscentryczne i niezdrowe. Ale przekonuje też siła wzajemnej przynależności. Gotowość do poświęceń, pewność, że jest się dla drugiej strony kimś ważnym. Ból, który rodził się ze strachu o dziecko, niemające sił, by pokochać życie. Felietony syna, w których portretował ojca jako równego gościa, którego warto znać.

Beksiński. A

Dobrze skonstruowana biografia zyska na tym, że nie będę jej okrawać i streszczać. Wyciągnę więc z niej kilka przypadkowych nitek – mnie oplotły.

Podstawowa sprawa to pasja. Zdzisław (z wykształcenia architekt, przez pewien czas na etacie w sanockiej fabryce autobusów) nienawidzi pracy, jednocześnie bez czasowych ograniczeń oddaje się tworzeniu, czyli niezłej fizycznej harówce. Zaczyna od reliefów, grafik i rzeźb. Stawia na fotografię. Potem kosztuje malarstwa (uczy się wszystkiego sam, od podstaw, zachłannie i przeklinając swą niemoc). Nadejdzie czas grafik komputerowych i fotomontaży. Próbuje sił w literaturze (ponoć paralelnej do malarstwa). Chłonie nowości muzyczne. Wie „wszystko” o komputerze, zafiksowując się na posiadanie coraz nowszych modeli. To już obrzeża pasji: obłędne wręcz gadżeciarstwo. 

Tomasz – podobnie: „był niesamowicie pracowity i świetnie zorganizowany. Wstawał rano, szedł do szkoły, a potem do wieczora zapieprzał”. Jako nastolatek: pisze opowiadania, nagrywa słuchowiska kryminalne, później kryminalne komiksy fotograficzne, wydaje płyty (tekturowe, lecz z bajerancko dopracowaną oprawą graficzną), wreszcie: zostaje prowadzącym szkolny radiowęzeł. Jest do bólu profesjonalny, nie improwizuje, ma przygotowany tekst i muzykę przyciętą co do sekundy, nieprzypadkową. W życiu zawodowym – był dziennikarzem, zajmującym się tym, na czym się znał.
Z dużą frajdą czytałam o jego przygodach z tłumaczeniem anglojęzycznych filmów. Wiele mówi jeden z jego felietonów:
„Wyżej podpisany ma opinię upierdliwie wymagającego, ale jeszcze więcej wymaga od siebie. Poza tym uczy się na błędach. Zatem: 1. Będę wdzięczny za wskazanie każdego błędu, jaki znajdziecie w tłumaczonych przeze mnie filmach. 2. Odcinam się raz na zawsze od wszelkich przekładów tekstów piosenek, które robiłem przed laty i czytałem na antenie. Była to robota translatorskiego analfabety. Od tamtej pory przeszedłem długą drogę i wciąż się uczę. 3. Gdybym mógł, poprawiłbym całego Monty Pythona. (…)”

Biografia podwójna obejmuje dwóch mężczyzn o zwielokrotnionych wcieleniach. Starszy był otwarty na powiew nowego i wszystkiego chciał doświadczyć na własnej skórze. Młodszy wypalił swoją ciekawość bardzo szybko. Czas płynął, a jemu wciąż się zdawało, że teraźniejszość nie dogoni przeszłości, że przyszłości po prostu nie ma. Nikt nie prześcignie Kruka Edgara Allana Poego. Nic nie zabrzmi tak jak przed laty End of the Night The Doors…

 

* Fotografie Tomasza i Zdzisława wzięłam z książki, obrazy dostępne są m.in. na stronieBeksińskiego.

ida, i jazz, i mozart, i portofino

Ida, reż. Paweł Pawlikowski, Polska 2013

IdaIda ma osiemnaście lat, Wanda jest siostrą jej matki. Jedna dla drugiej jest kimś najbliższym z rodziny, choć przecież kimś obcym, o kim niewiele się wie lub zgoła nic. Nie szukają się, więc gdyby do spotkania między nimi doszło, mogłoby… ledwie musnąć naskórek, trwać chwilę, zniknąć w niepamięci. Mogłoby również coś zmienić, zburzyć lub stać się nowym elementem puzzli, niespodziewanie dopełniającym przewidywalny dotąd wzór.

Idę wychowały zakonnice, teraz jest nowicjuszką i za kilka dni złoży zakonne śluby. Nie wie, kim byli jej rodzice, nie szuka śladów. W świat zza klasztornej furty wysyła Idę jej przełożona: „- Czy to konieczne?” – pyta Ida asekuracyjnie. „- Tak”. Więc wkłada szary płaszcz, pakuje walizkę, dociera autobusem pod wskazany adres i poznaje Wandę, swą ciotkę.

Wanda ma przewagę – wie więcej, jest starsza, poza tym przywykła do roli kogoś, kto wydaje werdykt. Dekadę wcześniej była prokuratorem w publicznych procesach stalinowskich. Teraz jest tylko cieniem siebie dawnej. Konfrontacja z siostrzenicą (o, jak łatwo mogłaby ją zbyć!) staje się szansą powrotu do zatrzaśniętej przeszłości. 

O tym przede wszystkim jest film Pawlikowskiego: o spotkaniu dwóch samotnych kobiet, jednej przed progiem, drugiej przed metą życia. To nie jest kwestia metryki, lecz sytuacji, która im obu każe spojrzeć wstecz (by zacząć, by domknąć) i dojrzeć do ważnej decyzji. Na moment przed inicjacją, na chwilę przed zmierzchem.

Przeszłość to prawda o śmierci Róży (m.in.) – Żydówki, której los przypomina losy wielu innych: ukrywanie się, zależność od czyjejś dobrej woli lub jej braku. To siostra Wandy, matka Idy. Został po niej witraż w stodole, lubiła patrzeć na świat przez kolorowe szkiełka.

Polskie miasteczko, które przed wojną było sztetlem. Chrześcijanie bojący się powrotu dawnych właścicieli swych dzisiejszych domów. Przeszłość nie jest zaprzeszła, to kilkanaście lat wstecz. Każdy ma po tamtych latach jakąś traumę, jakieś zranienie czy doświadczenie utraty. Albo świadomość winy, którą wolałby unieważnić. To, co się stało nie jest szokiem i nie o odkrywanie przeszłości tu chodzi. Ida nie jest Pokłosiem. Niesamowite! Tu nikt nikogo nie osądza, do czego innego potrzebna jest prawda. Pozornie –  użytek z niej niewielki, w istocie – ogromny. By świadomie dokonać wyboru, choć zarówno wybór Idy, jak i Wandy, pozostają dla widza czymś tyleż koniecznym, co niejasnym. Jak każdy wybór, podjęty w imię logiki wewnętrznego musu. 

Ida. TrzebuchowskaIda. Kulesza

Agata Kulesza (Wanda) i Agata Trzebuchowska (Ida) – duet niezwykły! Nie będę charakteryzować postaci, w które się wcielają, bo to przyjemność rozpoznawać je bez pośrednictwa czyjegoś opisu. Kulesza trafia na bohaterkę o niezwykłej sile – cyniczną i czułą jednocześnie, obcą i troskliwą. Jej pusty świat przyciąga goryczą rozpoznania, bólem, który próbuje zatańczyć, rzecz jasna – bez złudzeń. Trzebuchowska i jej cicha, nieświadoma życia bohaterka ani na chwile nie schodzą w cień. To wielka sztuka, bo Kulesza przyciąga uwagę, rozdaje karty… A Trzebuchowska sobie jest, patrzy, robi swoje. Gdy tak idzie drogą w ostatniej sekwencji, to trudno o większą siłę i pewność. Emanuje z niej – i udziela się widzowi – skupienie, zgoda na to, co odkryła w sobie samej. 

Rok sześćdziesiąty drugi. Czas fabularny i czas, który zawładnął dźwiękiem i obrazem tego filmu. Zachwyciła mnie Ida: mocą historii, kreacjami aktorskimi, ale klimatem przede wszystkim. Jakby wehikuł czasu przeniósł mnie do filmów z tamtych lat. Gdy w podróży Idy i Wandy pojawia się Chłopak (Dawid Ogrodnik) i jego saksofon altowy, jego melodie jazzem podszyte – z Naimą Johna Coltrane`a na czele – to przecież krok już tylko, by wskoczyć w film Morgensterna Do widzenia, do jutra. Spotkanie, nadzieja, szukanie się i zniknięcia. 

Opowieść Pawlikowskiego pisana jest muzyką właśnie. Najpierw klasztorną ciszą. Koncertem na łyżki i widelce. Mam wrażenie, że postsynchrony z zakonnych posiłków tworzą własną melodię. Cisza wchodzi wraz z Idą w biało-czarne obrazy świeckiego świata. Przerywa ją raz po raz skoczny przebój sączący się z radia. Jakieś: Serduszko puka w rytmie cha-cha, Rudy, rudy, rudy rydz…, Nie płacz, kiedy odjadę.… By znów powracać do klimatów w stylu muzyki Coltrane`a. 

A ponieważ tak się składa, że bohaterki zatrzymują się w hotelu, w którym świętuje się Dni Miasteczka i noc wypełnia koncert zespołu z seksownym saksofonistą i naprawdę zjawiskową (w obsadzie: „występ gościnny”) Joanną Kulig, więc robi się tak, że aż trudno uwierzyć w kolory za oknem i mniej wytrawne dźwięki radiowych stacji Anno Domini 2013. Przeplata się pop i jazz. Może zresztą – nie znam się – oba style żyły wówczas w ścisłej symbiozie. Nawet popularne szlagiery – Alabama, Jimmy Joe, Miłość w Portofino podbija rytm saksofonu.

Ida. Joanna KuligIda. Dawid Ogrodnik

To nie wszystko. Muzyki jest znacznie więcej: klasztorny klimat ilustruje przecież Bach, a tragiczny finał Mozart – jego Symfonia „Jowiszowa” wprowadza przestrzeń, którą zgodnie rozszerza fruwająca firanka i otwarte okno.

Wybór biało-czarnych zdjęć koresponduje z dźwiękiem, a przecież nie tylko o tonację tutaj chodzi. Uroda Trzebuchowskiej nie tak odległa od wdzięku dziewczyn z lat 60. (Teresy Tuszyńskiej czy Ewy Krzyżanowskiej), a Ogrodnik – Ogrodnik jest jak młody Cybulski. Kadry są piękne: w zbliżeniach (na twarz, ale i na stopy) i w „dziwnym” kadrowaniu, gdy przestrzeń usuwa jakby głównych bohaterów  z centralnej części obrazu. Mam w głowie wiele niezwykle pięknych wizualnie scen, które choć miałabym ochotę wyliczać, zostawię obrazami, z góry uznając fiasko przekładu na słowa.

sugar man

Sugar Man, reż. Malik Bendjelloul, Szwecja, Wielka Brytania 2012

Cold FactSixto Rodriguez. Zapamiętać. Obejrzeć film – raz, drugi. Kupić płytę (soundrack) i słuchać w kółko. Uśmiechać się, nucić pod nosem, dopasować krok, oddech i przestroić myśli. No, niewiarygodne! Chyba ściema, choć podobno wcale nie. Ale nawet gdyby ktoś dołączył aneks do mitu albo listę pytań o scenariuszowe białe plamy, nic a nic to nie znaczy, bo ja jestem zachwycona jak rzadko kiedy. Okey, mam skłonność do zachwytów – ale ten jest szczególny, bo trafia na przednówkowy głód i go syci. Jak się ten stan utrzyma do początku wiosny, to słowo daję – odfrunę jak nic!

Zatem: radzę omijać wszelkie recenzje i sprawdzić rzecz naocznie i nausznie: Sugar Man, dokumentalny film pełnometrażowy (laureat Oscara w tej kategorii) poświęcony muzykowi, Sixto Rodriguezowi, jego piosenkom, ludziom, którym one dały siłę lub po prostu zamieszkały w ich życiu oraz temu, że los jest nieprzewidywalny i czasem mówisz: „to już koniec”, a to dopiero początek. :)

Coming From RealityI wonder how many times you’ve been had
And I wonder how many plans have gone bad
I wonder how many times you had sex
I wonder do you know who’ll be next
I wonder I wonder, wonder I do (I Wonder)

Jest więc tak: ciekawy człowiek, świetne piosenki (bardzo zgrabne tłumaczenie w filmowych napisach; nie potrafię tak ładnie ująć po polsku tych fraz, więc zostawiam oryginał) i kapitalna przygoda, jaka stała się udziałem fanów poszukujących mistrza.

Sixto Rodriguez żył jak włóczęga, bywał w pubie „Kanał”, gdzieś w Detroit. Dwóch muzycznych producentów usłyszało go i postawiło na niego jak na czarnego konia. Tego wieczoru na ulicach była mgła, w pubie dym i tylko on był wyrazisty. Wydał płytę Cold Fact (1970), którą kupiła ledwie garstka, potem drugi album – Coming From Reality (1971) – bez zmian. Ci, którzy zainwestowali w Rodrigueza zachodzili w głowę „dlaczego?”. „Myśleliśmy, że będzie wielki, a nie osiągnął nic”. Może okładka nie taka, może nie czas na Latynosów (Rodriguez ma korzenie meksykańsko-indiańsko-europejskie), jak by nie było, trzeba przegnać mrzonki: obstawić inne nazwiska, wrócić do pracy na budowie.  

And you claim you got something going
Something you call unique
But I’ve seen your self-pity showing
And the tears rolled down your cheeks. (Crucify Your Mind)

Soundtrack

Dwadzieścia lat później Cold Fact podbija RPA. Legenda głosi, że  dzięki egzemplarzowi przywiezionemu do Kapsztadu przez młodą Amerykankę. Odcięci od świata Afrykanerzy – w czasach Apartheidu – nie mają pojęcia, że słuchają artysty, który na rodzimym rynku poniósł fiasko. Tu zrobił furorę. Jego teksty zna każde dziecko, pirackie albumy (dziki przemysł fonograficzny tamtych lat) są wszędzie. Jest popularny jak Elvis Presley, Jimi Hendrix, Simon & Garfunkel, Rolling Stonesi i Bob Dylan razem wzięci. 

Piosenki jak elementarz: Sugar Man, I Wonder, Sandrevan Lullaby, Establishment Blues, Crucify Your Mind, I Think of You, Cause…

Just a song we shared, I’ll hear
Brings memories back when you were here
Of your smile, your easy laughter
Of your kiss, those moments after
I think of you,
and think of you
and think of you. (I think of you)

Dekadę później zaczyna się śledztwo, Szukanie Sugar Mana. I o tym jest ten film. O zwrotach akcji, niespodziankach, zmartwychwstaniach, o fajnych facetach, którzy są sobą (niezmienni), gdy marzą o byciu artystą, gdy biorą się do roboty, której poza nimi nikt nie chce wykonywać i gdy świat  w ekstazie składa im hołd. Jakby to nie miało znaczenia. Chciałoby się powiedzieć: niemożliwe. I chciałoby się wierzyć, że czemu nie.

I jeszcze o tym, jak fajne mieć tajemniczych idoli. I o tym, że biedni ludzie mają bogate marzenia. Że głupia sprawa łamać zasady Legalnej Kultury, choć niewyrazistość prawa czasem aż świerzbi, by piracić. Jeszcze o tym, jakie to musi być dziwne: zobaczyć swoja fotkę na kartonie od mleka albo usłyszeć w słuchawce głos, którego nie można nie rozpoznać, a który trudno uznać za realny.

I wonder about the love you can’t find
And I wonder about the loneliness that’s mine
I wonder how much going have you got
And I wonder about your friends that are not
I wonder I wonder, I wonder I do (I Wonder)