Archiwa tagu: Nagroda Nike (nominacje)

guguły

Wioletta Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

Książka miała swą premierę w lutym 2014 roku. Docierały do mnie raz po raz aprobaty krytyków. Najświeższym ich przejawem jest umieszczenie tytułu na liście dwudziestu nominowanych do Nagrody Literackiej Nike i równolegle na liście nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia. I co? Niechby choć jedną z nich dostała. Ech, bo to jest taka książka, którą się odkłada z poczuciem, że może to jedna z ważniejszych rzeczy, jaką się w ogóle w życiu czytało. Owszem, za chwilę moje sympatie mogą powędrować gdzie indziej i trudno zgadnąć, jak długo będę pamiętała o Gugułach. Ale przeczytać było warto, było wzruszająco i tak, jakby coś szukało odbicia w moich doświadczeniach (choć przecież niby bezpośrednio nic) i było tak, że raz po raz jakiś akapit czytałam z dreszczem kilkakrotnie.
Guguły
Niby niepozornie, żadna tam zamaszysta powieść, 24 rozdziały albo mikroopowiadania (na trzech do ośmiu stron, większość mieści się na czterech). Narratorką jest – ukształtowana autobiograficznie – Loletka, Wiolka,Wioletta, mająca lat kilka, później kilkanaście. Tkwiąca w opisywanym świecie, czyli w wiosce Hektary na Jurze Krakowsko-Często-chowskiej z przełomu lat 70. i 80. – tkwiąca po uszy. Proza inicjacyjna, o dojrzewaniu i wiecznej niedojrzałości. Tak by sugerował tytuł: guguły to niedojrzałe jagody.

Niedojrzała jest Wiola, bo przecież przydarzają jej się rzeczy pierwsze. Życie. Śmierć, bliższa lub dalsza. Erotyka – może nie nazbyt dosłowna, lecz tak czy owak czająca się we krwi bądź zaskakująco diagnozowana u innych. Z tych inicjacji to może najważniejsze jest podpatrywanie najbliższych, do których wcale nie od razu ma się ciekawość i cierpliwość. Aż któregoś razu melodia zagrana na liściu przez ojca brzmi pięknie i zalega w uszach na wieczność. Zapamiętuje się rodziców wśród tylu oczywistych zajęć, zapachów, odzywek, wykrętów etc, że wcale się o tę pamięć nie dba. Więc ona osadza się w nas takimi łatami, skrawkami ich opowieści, pewnie też nie tak, jak im się zdaje, że są zapamiętywani. Świetny jest u Grzegorzewskiej portret ojca. Z czarnym wąsem, jakąś tam domieszką cygańskiej krwi. Jego wymykanie na ryby czy pokera. Wyprawianie zwierząt wbrew marudzeniu matki – i znajomość tego, co w faunie piszczy. Dbanie o pszczoły. Ucieczki przed wiejską religijnością w sferę sceptycyzmu. I te momenty uchwyconego starzenia, gdy gaśnie jakaś ikra, starania o ciało czy strój są mniej uważne, coś się ulatnia. Aż po chwilę – w biografii Wioli mocno przedwczesną – gdy wzywa się ją z kolonii na pogrzeb. Właśnie w tytułowym opowiadaniu (rozdziale) Guguły pojawia się ten najcudowniejszy opis. Gdy Wiola podchodzi do trumny i widzi w niej ośmioletniego chłopca, którym ojciec był niegdyś. Tlące się w nim wówczas marzenia i lęki. Cały świat, najwidoczniej przekazany w dymku jakiejś starej opowieści.

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu w dziupli gniazdo kuny. Rysiu włożył rękę do środka i wymacał w puchu ciepły miot. Chciałby zamienić się na życia z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”.

Nieco później, gdy Rysiek miał lat 28, zagadnął tak trochę pewnie w przestrzeń, trochę do córki.
” – Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają  mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

***

Naprawdę można by mądrzej o Gugułach pisać i niejedno z nich wyciągnąć – anegdotkę, puentę, klimat. Te realia sprzed lat, które mnie się wydają bardzo bliskie. I właśnie prowincjonalność (miejsca i etapu życia), nazwaną na okładce „znakomitą balladą o polskiej wsi w czasach PRL-u i dojrzewaniu, które smakuje jak cierpkie guguły”. Z jednej strony: czytam Grzegorzewską i jej tekst jest dla mnie wart zestawienia z Schulzem albo z Myśliwskim (czyli mistrzostwo!). Z drugiej strony – czytam i myślę o odzyskiwaniu własnej fazy przepoczwarzeń. Zazdroszczę Autorce tej przechwyconej narracji. Każdy z rozdziałów jest niczym kartka z zapisanym jednym wspomnieniem. Ale jak te puzzle wydobyć z przeszłości? Czy to się dzieje w pamięci (i jedni pamiętają, drudzy słabo lub nic) czy w akcie tworzenia, który wytrąca pamięć z uśpienia i ją formuje? Czasem się zdaje, że przeszłość przepadła. Że to są mgliste obrazki. A czasem – że jak się wsłuchać i natężyć węch (udrożnić inne zmysły), to jeszcze można odzyskać niejedno. Na mnie tak ożywczo zadziałały Guguły.

Reklamy

angole

Ewa Winnicka, Angole, Wydawnictwo Czarne 2014

Jestem z tych, co nie przeczytali poprzedniej książki Ewy Winnickiej, choć dostała za nią nominacje do Gryfii (2011) i było o niej głośno. Mam za sobą lekturę świeżego tytułu. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne, włączając je tym samym do grona reportaży, na które na pewno warto rzucić okiem. A nawet oko zawiesić na dłużej, okiem swoim wczytać się uważnie, oko przetrzeć raz po raz ze zdumienia lub sobie okiem mrugnąć, gdy trafi się na coś bardzo znanego. Autorka przygląda się polskim emigrantom – tym dawniejszym, „rozbitkom z otoczenia Władysława Andersa” w Londyńczykach i tym najświeższym w Angolach. Bohaterowie Angoli to głównie trzydziesto- czterdziestolatkowie, ujawnieni z imienia (często z twarzy, bo dodano liczne fotografie) – ci, których bulwarowa prasa brytyjska nazywa „najeźdźcami” lub „kolonizatorami”, rodzynki z około dwumilionowej fali. 

Oczywiste pytanie: czy rozmowy ujęte w 34 rozdziały, eksponujące tyluż bohaterów, są dla milionowej rzeszy reprezentatywne? Zaplecze reporterki było rzecz jasna szersze, wspomina o trzystu interlokutorach, z których wybrała tych ciekawszych lub scalających w swej opowieści doświadczenia im podobnych. To wciąż nie milion. Ważniejsza obserwacja (poparta głosem Autorki): wcale nie chodzi o portret obiektywny, ani o publicystyczną syntezę. To studium różnych przypadków, zapis indywidualnych perypetii, obserwacji, rozczarowań lub spełnień. Przy czym decyzja, czy opowieść należy zaliczyć do ilustracji sukcesu czy porażki zależy od świadomości bohatera i od wyceny czytelnika. Reporterka zawiesza głos.

Kto ma oko, niechaj czyta. Dobrze też poprosić o pomoc ucho, bo zwierzenia podane są językiem rozmówców. Świetny pomysł! Jak najprościej, bez przeróbek, bez uogólnień i polerowania. Sposób mówienia jest przecież nieocenionym źródłem informacji. Odsłania mentalność i charakter, rejestruje wiele smaczków. Czasem uderzała mnie czyjaś pewność siebie, przeróżne mantry, potwierdzające, że jest ok. Jakby ów szklany sufit, dzielący Wyspiarzy od przyjezdnych, nie istniał. Nie wiem, czy istnieje (wielu zwierza się, że jednak tak). Gdy Roman opowiada, jak bardzo go akceptują i dodaje, że wrósł w ten świat, wiem, że to subiektywne. Mogę się zdystansować, bo „bycie meblem stąd” mnie nie przekonuje (Roman przywołuje komplement:„Jesteś częścią umeblowania, nie wracaj do Polski”). Mogę też to docenić. Bo przecież sukces zawsze jest subiektywny i być może najważniejsza jest gotowość, by tak właśnie na swoje życie spojrzeć. A gdy słyszę, jak Maciej opowiada o znienawidzonych Albańczykach, irytujących Pakistańczykach („ciapatych”) czy Hindusach, to nie tylko poznaję hierarchie społeczne, lecz i nadwerężoną godność, nieufność czy samotność.

Angole

Angole rozpoczynają się rewelacyjnie! To ponoć parafraza apeli zamieszczanych w bulwarowej prasie, w reakcji na doniesienia o kolejnych falach polskiej emigracji. I słuszna sugestia, że choć rozmówcami Winnickiej są Polacy, to bohaterami również tytułowi Anglicy i ich modus vivendi. I to, czy społeczeństwo angielskie wymusza na przyjezdnych uznanie swych imponderabiliów, czy też podlega transformacjom pod dyktando najeźdźców.

Ladies and Gentelmen. Ta ziemia przeżyła dotąd tylko jedną podobną inwazję. W XI wieku mieliśmy tu Wilhelma Zdobywcę. W 1066 roku rozegrała się bitwa pod Hastings, po której Normanowie zalali Brytanię.

Potem mieliśmy względny spokój, bo pięćdziesięciu tysięcy hugenotów przybyłych po 1670 roku i może stu tysięcy rosyjskich Żydów osiadłych w latach 1881 – 1914 nie warto nawet wspominać.

Owszem, XX wiek był dla nas wyzwaniem. Zaczęliśmy mieć tu Szkotów i Irlandczyków, ale właściwie byli oni tak wiele lat częścią Brytanii, że w większości wiedzieli, jak się zachowywać. Podobnie kolorowi przybysze z zakątków imperium. Wszyscy mogli się cieszyć naszym słynnym w świecie umiłowaniem swobód obywatelskich.

Nic się nie równa podobno dwóm milionom Polaków krążących w tę i we w tę po okolicach od 2004 roku, ozdobionych garstką Litwinów, Rosjan i Ukraińców. Podobno zarobiliśmy na nich dwadzieścia dwa miliardy funtów, podobno wypełnili szczelnie dziury na rynku pracy, ale za to na ulicach tradycyjnie porządnych miast Lancshire czy Lincolnshire trudno usłyszeć język angielski. Wpadniesz do rzeki, zawołasz „help!” i nie możesz mieć pewności, że ktoś cię zrozumie”.

 Mam swoje ulubione historie. Oli z Belfastu – o tym, jak żyje się w mieście podziałów, jak duże trzeba mieć wyczucie rzeczywistości, by nie wpakować się w absurd. Pół żartem: „Nie wejść w zielonej koszulce do klubu oranżystów”. Serio: balansować między katolikami i protestantami, republikanami i lojalistami, zwłaszcza w lipcu i w okolicach „muru pokoju”. 

Albo opowieść Miki, dziewczyny, która odniosła sukces, choć jak twierdzi: „W Polsce byłam duża rybą w małym stawie, tutaj jestem małą rybką w wielkim jeziorze”. Udało jej się w życiu zawodowym i osobistym, ma perspektywy. Może dlatego, że jak się już jest rybą, to się nie tonie? Podobało mi się w jej charakterze to, że nie pozbywała się inności, lecz wygrywała na swą korzyść. Wśród wycofanych, unikających mówienia wprost, szukających okrężnych dróg tubylców, umie nazywać „słonia”. Angol czeka, aż słoń sam zniknie, wystrzegając się bezpośredniości (Mika: „Widzę tu słonia w pokoju. Mamy kłopot”). 

Może najwięcej sympatii mam dla Adama, młodego chłopaka pracującego jako opiekun niepełnosprawnych (fizycznie lub intelektualnie). To nie jest bułka z masłem, najpewniej tylko etap życiowej drogi, ale sądząc po sposobie odnalezienia się w swej roli – etap szczęśliwy. „Moi podopieczni dali mi pogląd na to, kim jestem i czego w życiu oczekuję.  W skrócie: oczekuję zbyt wiele”. Rodzice w Polsce martwią się, że syn jest zmęczony, że doświadczenie trudne, a sami znają z autopsji odpowiedzialność za niepełnosprawnych, więc wiedzą. „Niech mi tata nie mówi, że ja się męczę. Kiedy rano przychodzę podać śniadanie lokatorom, Morgane, moja pani czterolatka, uśmiecha się radośnie i mówi: „Good morning, my prince. „Czterolatka” ma lat pięćdziesiąt.

Lekko zapada w pamięć historia Marcina, dowcipnego kierowcy z Manchasteru, który tłumaczy Angolom różnice kulturowe. I nieźle puentuje zabawne insynuacje, miedzy innymi tę o łabędziożercach. Doniesienie prasowe: „W naszej okolicy znikają te piękne białe ptaki. Mieszkańcy uważają, że zjadają je polscy imigranci. Czy to prawda, że łabędź z ziemniakami to polskie tradycyjne danie?”  Odpowiedź Marcina: „łabędzie smakują mi tylko z grilla, gotowane zupełnie nie” i dodaje, że to nic innego jak podążanie wzorem króla Henryka VIII, który łabędzie jadał.

Duże wrażenie robią na mnie ci, którzy są gotowi pomagać rodakom w potrzasku. Monika z Henley ogłosiła w internecie, że pomaga. Irracjonalne! Oczywiście, dzwonek za dzwonkiem, problem za problemem. Łatwo zgadnąć, że nadszedł czas, gdy trzeba było akcję zawiesić. Wyciągnęła z kłopotów 120 osób (!). „To było naprawdę wariackie posunięcie. Pewność siebie mnie zgubiła, można powiedzieć”. „Czy jeden człowiek może dokonać zbawienia? Myślę, że niestety nie, za co chciałabym serdecznie przeprosić”. Zostawia Winnickiej apel do Polaków, a diagnozuje on krótko-celnie sytuację wszystkich marzących o „ziemi obiecanej”, krainie lepszej niż miejsce i ludzie, otaczający nas tu i teraz. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”. 

***

Tych, którzy mierzą się z trudnościami, są „jedną wypłatę [tygodniówkę!] od bezdomności”, odchorowują decyzję lub godzą się na cichą desperację jest naprawdę wielu. Jeden z bohaterów, o podziwu godnej umiejętności wyszukiwania niszy do działania, założył i z sukcesem prowadzi firmę pogrzebową. Między innymi dostarcza ciała zmarłych do Polski, jeśli taka jest wola rodziny. Twierdzi, że połowa jego „klientów” to samobójcy. Połowa tych, którzy do niego trafiają. Nie połowa emigrantów. Bo większość sobie lepiej-gorzej radzi. A czasem można uwierzyć, jeśli trafi się na optymistę, że bycie bezdomnym w Londynie też ma swoje dobre strony, bo tutaj całkiem łatwo kradnie się alkohol ze sklepów.

Różne są losy. Angole nie są zapewne wyważonym studium polskiej społeczności na Wyspie, ale nie są też książką stronniczą. Dają możliwość zdiagnozowania siebie. Przejrzenia się w historiach innych, obojętnie czy jest się jednym z emigrantów, czy planuje się być, czy też nosi się w sobie zastrzeżenie, że nigdy. Lektura książki Ewy Winnickiej dostarczyła mi wielu skrajnych rozpoznań. Trochę mnie przeraziła, bo wydobyła na jaw moją zachowawczość (nie, nie rzuciłabym się na głęboką wodę – a wielu ruszyło na Wyspy bez znajomości angielskiego i bez namiaru na pracę).

Może też uświadomiłam sobie, że nie jestem pewna, czy mam w sobie dość ambicji i woli walki, by grać o życie w obcym sobie świecie. A wydaje mi się, że wielu z tych, którzy wyjechali, taką wolę i energię w sobie odnalazło. Nawet jeśli zaczynali skromnie, mieli nadzieję, często zasadną, że urządzą się po swojemu. Choć w zawsze nie do końca swoim świecie. 

Wymieniłam swoje ulubione historie, pomijając te najbardziej wstrząsające. Bo dziwnie byłoby zostawić lajka tam, gdzie bohaterowie płacą wysoką cenę za swój wybór. Na przykład przy kuriozalnych opowieściach o Polakach oskarżonych o gwałt lub bicie dzieci. Restrykcyjne prawo brytyjskie bardzo serio podchodzi nawet do domniemanych podejrzeń (bohaterowie Winnickiej poznają piekło, choć są niewinni). Na przykład sytuacja Basi, sprzątającej w hotelach, która poszła na wojnę z pracodawcami, gdy zauważyła, że przy tej samej pensji, co miesiąc ma więcej obowiązków. Stała się na moment bohaterką medialną, o wiele dłużej będzie trwało jej wychodzenie z rozstroju nerwowego i depresji. Na przykład liczne codzienne tarapaty ludzi pracujących przy fabrycznej taśmie, którym się śni, że zamiast boczku pakują udka. Jest trochę tych przykładów.

aneks
Nominacja do Nagrody Nike 2014

masz ci los!

No masz. Jak czasem los przydepnie, to tylko stękać. Czekać aż przyjdzie wichura i przegna. Nic, nic, się wygramolę z przydepnięcia, kurz zetrę, włos potargam, przytupnę! Jeno ten los po horyzont się rozmościł. Nic innego nie widać, tylko los, karmę, przypisanie… istne fatum. I to z każdej strony, gdzie by nie zerknąć.

Otwieram Myśliwskiego – Ostatnie rozdanie – rzecz, wiadomo, wyczekana, bo prawie pewniak. Zakłady można robić, czy rozbije triumwirat, czy będzie na miejscu czwartym – trzy mocne tytuły idą łeb w łeb: Kamień na kamieniu, Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli. Zawsze jest tak, że ktoś próbuje pozbierać i ogarnąć swoje życie. Jakiś Szymon Pietruszka czy inny gawędziarz. Miesza się cierpienie z radością, bliskość z samotnością, codzienność i święto. A wszystko wokół zwykłych spraw się kręci. Albo to będzie potrzeba wybudowania grobu, albo wspomnienie zgubionego buta czy pałaszowanego rodzinnie rosołu, albo łuskanie fasoli. A tym razem jest notes-adresownik, spuchnięty od nadmiaru, rozlatujący się, sam siebie niepewien. Bohater otwiera go co i rusz, próbując rozpoznać, kto pod jakim nazwiskiem się kryje. Kim był ten, tamten? Co mnie z nim wiązało? Listy, zestawienia, rządki nazwisk upchanych pod kolejnymi literami alfabetu. Pięknie, ładnie, ale za dużo. Niestety, déjà vu

Rzecz pamięci, która bynajmniej nie jest gruntowna ani stała. Z biegiem lat pokazuje to samo jak zupełnie nowy film. Czasami z dnia na dzień. I tak od listy nierozpoznawalnych nazwisk przechodzimy do warstewek własnej tożsamości, która również ma całe połacie nierozpoznanego. „Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym” – mówi Myśliwski. Trochę mnie przynaglając, by podkręcić świadomość.

„Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić sami z sobą. I od razu nasuwa się pytanie: to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”.

niby jarzębinaNie wiem, ku czemu prowadzi mnie Myśliwski, bo jestem w drodze. Wiszą mi nad głową różne miecze Damoklesa (innowacja, nie błąd), więc powieść łykam haustem, a potem odkładam i czytam od nowa. Tym sposobem nieźle już sobie obrzydziłam nieszczęsny notes, w którym wszystkiego jest ponad miarę, a niewielki z tego pożytek, bo słowa oderwały się od treści, nazwiska od twarzy, wspomnienia od prawdy.

Więcej u Myśliwskiego nostalgii niż entuzjazmu, więcej utraconego niż znalezionego. Mam nadzieję, że jest nadzieja. Sprawdzę. Liczę na nią, mając na uwadze obraz chłopca na obsypanej kwieciem ulęgałce. I szybko na tę modłę tworząc swój jarzębinowy ekwiwalent. Pozytywny, z mocnym akcentem, gościnny. Wyżej to nie jarzębina, ale zamiennik.

Kondycja, póki co, nie doskakuje do szczytu swych możliwości. Lecz uparcie przeczy diagnozom nader jednoznacznym o „obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy radzić sobie z samotnością”. Bo też cóż by to była za pułapka. To byłby bezpardonowy kopniak losu. 

I rzuca mi Myśliwski takie zdanie: „Gdy się jednakże na taką kwitnącą ulęgałkę patrzy, można zawstydzić się sobą. Czymże się bowiem jest wobec takiej kwitnącej ulęgałki?” A ja nieśmiało myślę sobie: podpatrywać tę ulęgałkę. Uczyć się od jarzębiny. 

Niewykluczone, że Myśliwski jest o czymś innym, przeczytałam dopiero jedną trzecią.

półistnienie (patrz na mnie, Klaro)

Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro, Wydawnictwo Krytyka Polityczna 2012 

Patrz na mnie, Klaro

Lekko wierzgam po tej lekturze i muszę chwycić za poręcz, bo osunąć się nie chcę. Gdyby to sobie można było zabookować, to podaję życzenie: niespełnienia, chandry, obsesje proszę ode mnie z dala. 

Tylko że takie zaklinanie naiwne trochę jest. Wiadomo: każdego czasem nachodzi nieprzyjemne wrażenie namiastek, ersatzów różnych, niedoistnień. Gdy własne życie zdaje się być pozbawione jakiejś soli, kości, mięsa czy duszy. Czego bądź, ale ten brak jest esencjonalny. I choćby był otulony nie wiem jakim spełnieniem na innych polach, nie da się uciszyć i uśpić. Losie, strzeż mnie od tego doświadczenia, a ja ze swej strony zakasuję rękawy i włączam tryb „konstruktywny”. 

Trzy hasła wywoławcze wydają mi się nie do pominięcia, by rzecz ogarnąć. Narracja, depresja, tytuł książki. I czwarte, nadrzędne: kobiety.

Narracja ma trzy wcielenia: dominuje opowiadacz bezstronny (3-osobowy), który podaje fabułę i ustala relacje, są jednak dwie wyodrębnione czcionką narracje subiektywne (personalne) prowadzone z punktu widzenia Klary. To dwie różne Klary: jedna jest blogerką, druga zagubioną obserwatorką życia swojego i najbliższej okolicy.

Klara zagubiona (ta od zapisków oznaczonych kursywą) ma dar widzenia nie tylko własnego wnętrza. Dostrzega innych „odklejonych”, niedopasowanych, niesformatowanch według obowiązujących trendów. A ponieważ Klara mieszka w takim rejonie Warszawy, który dziś modny, niegdyś był „podejrzany”, więc wśród starych mieszkańców roi się od cholerycznych panów Karolków, wysiadujących na skrzyżowaniu bezrobotnych Władeczków, od pań Iwonek i wariatek pokroju śpiewającej, kwiecistej pani Natalii. W stan podejrzenia wzięłabym raczej tych „normalnych”, co to płacą na czas, pracują po godzinach i żyją według harmonogramu. Klara za nimi nie nadąża. 

Klara-blogerka ma język eksperymentalny: łamie i wygina składnię, potrafi dowcipnie zakląć i skomentować niemrawość życia. Tak, że największa pustka i niemoc – po przetworzeniu – stają się atrakcyjne i zasługują na „lajka”. Dowcip znieczula.  „Jestem zła na świat. Bym go bez przerwy obwiniała. Za to, że nikt mnie nie lubi niesłusznie i że każdy mnie słusznie denerwuje”.

„04.01.2010 SIĘ HARTUJĘ O, ja pierdolę. O żeżż cholera, o ożż w mordę… Wybaczcie mi, proszę, wstęp nieco brutalny. Chwilowo próbuję się jakoś pozbierać. Próbuję się w świecie odnaleźć. W nim się rozeznać. I odpowiednio ulokować. Próbuję się do rzeczywistości dopasować. I z nią pogodzić. Z tą nową. I mało przyjemną. Za to prawdziwą. Rzeczywistością taką o. Jaka jest. W tym celu leżę od tygodnia. Nie zmieniam piżamy. Nie ścielę łóżka. Leżę. Patrzę. Głównie w sufit. (…) Podobno od szczęścia człowiek się psuje, a od nieszczęścia hartuje. Dziwne. Mam doświadczenia dokładnie przeciwne. Obecnie gniję. I mam nadzieję, że zbutwieję. Stęchnę. Zmurszeję jak stary grzyb. I rozpadnę się w proch”. 

„20.01.2010 ZMIANA SCENARIUSZA Zdecydowałam jednakowoż wstać. Się do porządku doprowadzić. Albo przynajmniej do pionu ustawić. Zdecydowałam zająć się namiastką istnienia. Skoro w pełni istnieć nie jest mi pisane. Zawsze to lepiej, pomyślałam, półistnieć, niż nie istnieć w ogóle. (…) Postanowiłam zostać postacią drugoplanową. (Taką żabą na przykład, co to obserwuje lwa goniącego antylopę. Albo mało interesującą muchą na tle pustynnych krajobrazów). Ewentualnie statystą w serialu telewizyjnym „Plebania”. Postanowiłam poddać się reanimacji. Się własnoręcznie uratować. I do życia powrócić„.

I co z tych narracji wynika? Urozmaicenie, to na pewno. I to, że przeplatają się zapisy o różnym ciężarze, dzięki czemu jest nam raz ciężko, raz lekko, możemy złapać oddech, zaznać arytmii tych wahadłowych stanów. Najwięcej skupienia ofiarowałam i tak narracji wszechwiedzącej, ale pomysł na bloga odbieram jako kluczowy. Tym, co pomaga uciec depresji/obsesji jest jej przetwarzanie (blog, malarstwo). Nie wierzę jednak w żywotność tego przetworzenia. Dlatego ta książka jest smutna. Blog i późniejsze portrety „Tej Drugiej”, od której Klara nie może się uwolnić, więc próbuje przerzucić obsesję na karton… są jak obręcz o poszerzonej średnicy. Chwilowo dają wrażenie przestrzeni, ale horyzont jest ciasny i wcześniej czy później się zakleszcza. I tak jak Ludwik działa na brudne naczynia, a sport na leniwe ciało, tak przetwarzanie „dusznej”choroby daje skutek chwilowy, nie chroni od nawrotów. 

A na co mi takie „półistnienie”? Dlaczego żaba nie zajmie się sobą, tylko się wgapia w antylopę? Dlaczego mucha zazdrości pustynnym piaskom, zamiast nastroszyć (marne, bo marne, ale własne) skrzydełka? Jeśli „półistnienie” jest ratunkiem, to smutek zagęszcza się jak smog. Byt wirtualny czy dzieło sztuki dobre są, ale… to nie jest życie. Malanowska o tym dobrze wie. Doceniam, bo to mądrość nie a priori.

Depresja/Obsesja

Nagroda Literacka Nike

Depresja – powyższy cytat odsłania tylko jedną jej twarz. Przekonująco wybrzmiewa u Malanowskiej balast czekania, wyczekiwania na odmianę i na spotkanie ratunku. I kanciastość bycia niezauważonym, „wygumkowanym” (bo gdy nie dostrzega cię kierowca, sąsiad, kelner…, to naprawdę, ale gdy ignoruje cię kanar i Google, to już dół). 

Lecz osią fabularną są  niezrównoważone relacje Klary (w których, niestety, można się po części rozpoznać, więc trzeba się spodziewać dreszczyku emocji). Matka, Agata, Michał, Franciszek i Tamta Kobieta. Od traumy po traumę. Z chorej nadziei w rozpacz. Jeśli na dłużej zostanie ta powieść w mej pamięci, to będzie to zasługa opowieści o Agacie i Michale. Wszystkie dziewczynki i dziewczyny, nawet jeśli miały farta do relacji, zrozumieją ból odrzucenia, tępy, uparty, choć głupi ból.

Agata to koleżanka z podstawówki, psiapsiółka, oferująca bliskość i sztamę. Mała wstręciula, co raz po raz głaskanie przerywała przytykiem „– Masz głupi piórnik”, już cię nie chcę. Wybrała sobie Klarę i porzuciła. Największe marzenie: być wybranym, największa rozpacz: odrzucenie. Jest w tym doświadczeniu z dzieciństwa zapowiedź wszystkich późniejszych odrzuceń. Koniecznych, może niekiedy hartujących, przetwarzanych w dojrzałość lub stojących w gardle jak ość. U Klary zachodził ten drugi wariant. 

Relacja z Michałem to kwintesencja kobiecych urojeń o miłości. Świetnie zebranych w całość. „Znamy się od zawsze”, on stwarza ją swym spojrzeniem, wyróżnieniem, są chwile arcyporozumień i są przeszkody (on ma dziewczynę!). Ona rozumie, nie wini, kocha w nim ułomności (więc sądzi, że go nie idealizuje), gotowa jest hibernować swój stan po piramidę absurdu i mniemać, że on „czuje to samo”, by w końcu usłyszeć zdesperowane: daj mi spokój, zniknij. A Klara nie znika, ona w takich momentach ma zwyczaj „patrzeć”, wgapiać się, śledzić, uporczywie, maniakalnie doświadczać zwielokrotnionych odrzuceń i potwierdzeń swej nicości. 

I tu nie chodzi o Agatę, Michała, męża Franciszka czy kogo bądź. Chodzi o to, że nadchodzi moment, gdy nasz głód jest tak silny, że musimy coś pożreć, na kimś się zawiesić, ubzdurać sobie, że zmaterializowało nam się szczęście, którego z rąk nie wypuścimy, dozgonnie. Bez niego nas nie ma. Zazwyczaj, może zawsze, osoba, od której uzależniamy własne być albo nie być, jest dość przypadkowa i wymienna. Nie byłoby Michała, byłby Jaś lub Piotruś. Pewny jest tylko nasz głód, sugeruje Malanowska. A ja się z nią zgadzam.

Patrz na mnie, Klaro, wewnętrzny mus
Ten wątek wybija się na pierwszy plan, lecz we mnie nie zdobył sojuszniczki. Emocjonalnie nużył mnie i rodził dystans. Gdyby jednak pominąć postać Tej Kobiety, tytuł nie wybrzmiałby w pełni. Ona pojawia się znienacka. Nudne małżeńskie życie z niemrawym , niekochanym Franciszkiem nagle nabiera wartości. Nikt nie lubi tracić. W tej grze nawet Franciszek staje się gwarantem sensu. „Tamta” jest domniemaną rywalką. Sprawczynią kolejnego odrzucenia (znów: domniemanego!), którego Klara nie umie znieść. Klara ma w sobie dziwne, chore receptory, które z odrzuceń czynią centrum życiowych doświadczeń. Niegdyś Agata, później Michał, teraz „Ona” odczują, czym jest świdrująca, nachalna, domagająca się uwagi i dostrzeżenia obecność Klary. 

Depresja/obsesja walczy w tej powieści o prymat z drugim tematem: podglądactwem, podkradaniem osobowości, namierzaniem ludzi w ekshibcjonistycznym fejsbukowym świecie. 

Koło się zamyka. Można przetworzyć depresję/obsesję w sztukę. Skutecznie, lecz nietrwale. Wcześniej czy później znów odezwie się głód, potrzeba bycia wybranym, pokochanym, stworzonym czyjąś obecnością. Nie chcę tak ex cathedra się wymądrzać, lecz przecież tak wygłodzonych istot nikt nie nakarmi. Trzeba nasycić się sobą i siebie samego nie odrzucać. Na początek. 

Zamykając tę książkę miałam ochotę pogadać z facetem. Może to mit, że mężczyzna czuje inaczej, ale duchota babskich relacji (pominęłam uzależnienie Klary od matki i tejże matki od swojej matki…) domaga się otwarcia okna.

Zajrzałam tym razem przed napisaniem notki na kilka stron. I najbliższe jest mi to, co napisali Buksy i Ignacy Karpowicz. Odsyłam. Powieść nominowana do Nagrody Literackiej Nike (za rok 2012). Przeczytać było warto.

kotojady i babcyjki

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B. 2012

Ciemno, prawie nocZacznę od tego, co zewnętrzne: że trzecia powieść Joanny Bator ma tego samego edytora (W.A.B.), tego samego projektanta okładki (Jacek Szewczyk) i choć nie tworzy z poprzednimi trylogii, to zbyt daleko nie odbiega.

Piaskowa góra i Chmurdalia były rodzinną sagą Chmurów z wałbrzyskiego osiedla, rozszerzoną w drugim tomie o „cały boży świat”, po którym wędruje, nigdzie się na stałe nie zagnieżdżając, Dominika Chmura. Ciemno, prawie noc jest powrotem do Wałbrzycha, ponownie uzupełnionym o wycieczkę w czasie (wspomnienia i ich domykanie świeżymi ustaleniami to jeden z wątków powieści), co więcej: główna bohaterka, Alicja Tabor, to nowe wcielenie Dominiki-Odyski. Wiecznie w drodze, bez domu, zdystansowana wobec społeczności, która ją otacza, inna, osobna.

Tym, co uległo pewnej zmianie, jest narracja. Poprzednie powieści pisane były niezwykłym miksem narracji trzecioosobowej i mowy pozornie zależnej. Mówiąc po ludzku: opowiadał je ktoś, kto na pozór jest spoza opowiadanego świata, ale wchodzi w głowę i zapożycza język kolejnych bohaterów. Tym sposobem dialogi wtapiały się w ciąg opowieści narratora (niewyodrębnione graficznie), a czytelnik miał podgląd mentalnych i językowych horyzontów każdej z postaci.

W najnowszej powieści jest inaczej. Narratorem jest główna bohaterka. Dialogów dużo. Bo też pomysł na książkę (jeden z wielu, ten był dla mnie kluczem do kompozycji) polega na tym, że Alicja Tabor jest reporterką, która przyjeżdża do Wałbrzycha ze stolicy, by przeprowadzić dziennikarskie śledztwo. Rozmowa to jej żywioł, przeprowadza więc wywiady, podsłuchuje, o czym się mówi, poza tym jest obdarowywana przedziwnymi opowieściami o przeszłości, które dopuszczają do głosu postacie-duchy (zmarłą przed laty siostrę, jej narzeczonego i tu dodałabym postać z krwi i kości, Alberta Kukułkę, którego czapka-pilotka jest niczym czapka-niewidka i tyle  on jest z rzeczywistości, co z jakiejś baśni lub z legendy o Księżnej Daisy). 

Te kompozycyjne pomysły wprawiały mnie często w zdumienie. Ależ z Joanny Bator ryzykantka! Szczypałam się (czytając z wypiekami), czy to możliwe? Kto balansuje na tak cienkiej linii wiarygodności? Bo żeby spotkać człowieka, który w trzech odsłonach objaśni nam rodzinną traumę i dzieje miasta… Albo otrzymać list, który czekał na nas 30 lat… Albo wymyślić rozmowę z duchem, który podsunie nam tropy… I jeszcze, gdy grozy będzie za dużo, uaktywnić dobre opiekunki kotów, rozdające perły księżniczki … To trzeba się przeprowadzić z dzielnicy „powieść realistyczna” do dzielnicy „gotyckiej”, do „groteskowej satyry społecznej” lub nawet do „baśni współczesnej z elementami reportażu”.  Szaleństwo! Bo to wszystko się ze sobą miesza, obficie doprawione rewelacyjnymi (to bez dwóch zdań!) eksperymentami językowymi. 

Jeśli ktoś chciałby usłyszeć ode mnie krótką, jasną opinię, czy warto czytać, odpowiedź brzmi TAK! Dla mnie powieści Joanny Bator to jedno z najciekawszych zjawisk polskiej literatury XXI wieku. Każdą czytałam z fascynacją, bo zarówno podziw dla pomysłów i języka, jak i frajda czytania były po trzykroć nie do podważenia. I nie zmieni tego dopowiedzenie, że jednak ranking mojego przywiązania do tytułów ma tendencję spadającą. Najwyżej Piaskowa góra, na trzecim miejscu Ciemno, prawie noc.

Łatwo napotkać na recenzje tej powieści, bo pisarka ma swoich stałych czytelników, tytuł zresztą spotkał się z dobrym przyjęciem krytyków i licznymi rekomendacjami. Mój wpis nie mógłby udźwignąć pełnej analizy, bo tu warstwa na warstwie i kontrapunkty też co krok. Pójdę więc taką drogą, że w kilku zdaniach przypomnę, co tu można znaleźć i dodam kilka najmocniejszych swoich wrażeń.

Otóż:  scenerią jest smutny, szary, listopadowo-grudniowy Wałbrzych i piękny zamek Książ ze starą legendą o księżnej Daisy i jej perłach. Alicja Tabor wraca w swe rodzinne strony, by napisać reportaż o zniknięciu trojga dzieci. Dotyka ciemnych spraw, które od dawna dzieją się w tym miejscu (szerzej: na tym świecie): ktoś zabija koty, ktoś podpala starą kobietę, ludzie żyją w patologicznych relacjach, naznaczając swe dzieci traumą, z którą zmagać będą się przez lata. W dodatku w mieście pojawił się wizjoner religijny, uruchamiając fanatyzm tyleż kuriozalny, ile przypominający wydarzenia znane nam z polskich realiów. Śledztwo ujawnia makabrę, która przekonuje mnie do wyboru Autorki. Myślę, że ta historia byłaby okrutnie przytłaczająca, gdyby nie groteska i baśń. I kostium opowieści gotyckiej.

Groteska szaleje w portretowaniu mentalnych zapuszkowań. Gdy Kurwamina i inni bełkoczą coś w rodzaju: takamękazrąkmileci, mękaomękamakrwawa, kto nie skacze, ten pedałem, ciężkie czasy, w ciężkich czasach straszna męka etc.
A baśń (gorzka, piękna, wyzwalająca) pojawia się tam, gdzie mowa o kotojadach i babcyjkach, o złu i dobru, które zmagają się ze sobą w odwiecznej psychomachii – dziś nie inaczej niż dawniej. To jest podróż w przeszłość Alicji, w historię jej rodziny. I wtedy Alicja-Pancernik (racjonalna, silna, osobna) staje się Alicją-Wielbłądką, Siuśmajtką, której dane jest przeżycie katharsis. Kotojady to ci, którzy czynią zło, mogą pojawić się wszędzie, mogą przeniknąć także w nas, w umysł, w ciało… Babcyjki to moje uogólnienie, bo Babcyjka była jedna, ale podobne do niej kociary: Dzika Baśka, Makota, Kocińska, Agnes Kociałapa przywracają wiarę w dobro. I choć są lekko nierealne, to one istnieją naprawdę. Gdyby ich nie było, świat utraciłby filary i rozpadłby się na kawałki.

Dla mnie mistrzostwem świata są rozmowy Alicji z opiekunami zaginionych dzieci. Gruszkowata Barbara Mizera, kulinarna babcia Zofia, czy Poleszuk, dyrektor Domu Dziecka – to cudnie stworzone postaci. Stworzone przede wszystkim sposobem mówienia, który jest jak oczy: spojrzysz i duszę zobaczysz. 

Bardzo polubiłam główną bohaterkę. I to, że pozostaje Odyską, mimo obecności Marcina Schwartza o pięknym pępku i silnych ramionach. 

Z pewnym znużeniem czytałam symboliczną scenę zjadania trupa (skojarzyła mi się z finałem Pachnidła Süskinda, co znaczy, że przyjmuję ją jako ciekawą, ale nie działającą na moje zmęczone już emocje). Natomiast intrygującym doświadczeniem była lektura rozdziału Bluzg I. To zapis dyskusji na forum internetowym. Nie śledzę tego rodzaju głupot, nie da się, bo styl myślenia, złe emocje, płaskość i jałowe krytykanctwo odrzuciłyby mnie po pierwszym rozpoznaniu. Ale cały rozdział rozczytałam, ubawiłam się słowną nieporadnością, przeraziłam się nie na żarty, że ktoś mógłby mieć w głowie taką sieczkę. Świetne – ale, przyznaję, że rozdziałów Bluzg II i Bluzg III nie byłam w stanie czytać. Omiotłam wzrokiem. Nic nowego już nie wnosiły.

No cóż, nie wymyślę morału, choć bardzo byłby w czas. Mogę tylko wrócić do motta, które Autorka zaczerpnęła z Carlosa Ruiza Zafóna: Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie. Jak najwięcej szczegółów proszę! Niech się rozmnożą i będą tak samo mocne, jak wszystko inne. Co ja mówię! Niech będą mocniejsze!

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).

zahaczyć się o człowieka

Tadeusz Sobolewski, Człowiek Miron, Wydawnictwo Znak 2012.

Wiem że jestem
taki jaki jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest.

Wyprawa z motyką na słońce. Pisanie o Białoszewskim, o kimś, kogo nie sposób oddzielić od tego, co napisał i nie sposób sprowadzić do przypisanych mu etykiet. Te etykiety, oczywiście, istnieją sobie w najlepsze: poeta lingwistyczny, poeta rupieci, odkrywca peryferii istnienia, poeta osobny etc.

Ale po lekturze Sobolewskiego wszystkie one wydają się nieco chybione. Jestem bliżej Mirona, choć większy mam w głowie galimatias. I wiem, że gdybym przypadkiem chciała informacje o Mironie przekazać na wzór notki-szkicu biograficznego, to zabłądzę, minę się, wszystko uproszczę. Sobolewski też niewiele porządkuje. Jego książka (świetna!) ma taki odśrodkowy dyskurs. Miron w środku i od niego zataczane są kręgi, wraca się na te same miejsca, odskakuje, wraca, pod światło i z różnych perspektyw, w różnych punktach na osi czasu. Rozdziały sugerują jakiś porządek, lecz złudny, bo na planie pierwszym jest to, jak bardzo Miron był „dla i wśród” ludzi i jak mimo tej bliskości był nieuchwytny. 

Książka-esej, podzielona jest na rozdziały tematyczne, pisana po białoszewskiemu, gadaniem i nawracaniem. Jest szczerze i niepomnikowo (a mimo to książka jest swoistym hołdem), chwilami dość polonistycznie (rozbiórki poetyckich tekstów). Dużo Mirona, dużo pisania Mirona, bo pisanie i bycie to w tym przypadku jedno. Każdy może po nią sięgnąć, jednak chyba ciekawiej czyta się tym, którzy Białoszewskiego spróbowali oswajać już wcześniej.

Znak wydał dwa tomiszcza, obok wspomnianego eseju Sobolewskiego również Tajny dziennik, który teraz dopiero może być opublikowany. Wydane bliźniaczo, dziennik stoi na półce tylko z lekka podczytany, biografia rozpękła mi się na 88 stronie, mimo że wcale nie narażałam jej na perturbacje. Co wspólnego z Białoszewskim ma znany krytyk filmowy, współpracujący z „Wyborczą”, z „Kinem” i razem z Torbicką promujący złotą myśl: Kocham kino? Wiele. I ten związek przesądza o kształcie książki.

Tadeusz Sobolewski poznał pięćdziesięcioletniego Mirona, gdy jako student polonistyki odwiedził go z Pamiętnikiem z powstania warszawskiego pod pachą, by poprosić o dedykację. Książkę przeczytał jak powieść przygodową, była dla niego olśnieniem (że można nie o zagładzie, lecz o potrzebie życia). Przyszedł i wsiąkł, i odtąd bywał, współtworzył towarzystwo młodych, którzy lgnęli do Mirona, bywali w świątek piątek, spędzali u niego święta, noce, szmat czasu. „Świątek”  to na przykład wtorek, dzień spotkań, gdy na Dąbrowskiego trafiali i młodzi, i starsi, artyści, badacze (Trzy Eumenidy: Janion, Żmigrodzka, Baranowska), znakomitości i ci „bez nazwiska”. Bo to teatr, bo to czytanie wierszy. Salon literacki PRL-u, który istniał w ahistorycznym wymiarze, nie był ani „pro” ani „anty”. 

Tu, do poety, który uciekał przed oficjalną stroną życia literackiego, trafiali jak zabłąkane ptaki: Jean-Paul Sartre z Simone de Beauvoir i Allan Ginsberg, a centrum było łóżko Białoszewskiego, na którym chciano „przysiąść”. A osią tego mikrokosmosu na obrzeżach świata był Miron.

Sobolewski poznaje w tym środowisku swoją żonę: Annę, badaczkę literatury, pisarkę. Jego teściowa, Jadwiga Stańczakowa będzie jedną z najwierniejszych przyjaciółek-uczniów Mirona. To jej zapisze Tajny dziennik, który przez lata był w posiadaniu Sobolewskich („Eskich” według Mirona), dopóki nie ujrzał światła dziennego (luty 2012). Te związki rodzinno-towarzyskie sprawiają, że autor biografii (?) ma wyjątkowo trudne zadanie, które spotyka zawsze tych wiedzących za dużo, mających aż nadto tropów, by móc widzieć klarownie i jednoznacznie. A zarazem: kto mógłby napisać coś równie istotnego? Sobolewski („skażony”, „naznaczony” Białoszewskim – jak mówił na spotkaniu autorskim: musiał uciekać od pisania, bo wpływ M.B. byłby przemożny) trafił się Białoszewskiemu jak los na loterii. Jeszcze jeden fart, trochę ich było. Nie do końca z przypadku, Miron sobie zasłużył.

Skoro już ustaliłam, że żadnego porządku do tej notki nie wprowadzę, to wyciągnę sobie kilka anegdotek, cytatów, sytuacji, które polubiłam.

Wnęka, dywanik i Beethoven
Znana z prozy Białoszewskiego sceneria jego pokoju: ciemność, „coś z rupieciarni i coś z zakrystii”, stosy obrazów, okna zaczernione. Wtajemniczeni wystukiwali w drzwi pierwsze tony V Symfonii Beethovena: ta ta ta taa. W środku on, najczęściej w piżamie, w ciuchach szarych, nieprasowanych. A mimo to zdobywający serca również wyglądem, urokiem osobistym. Czapski pisał o nim: „Co w Mironie zaraz mnie do niego przekonało, to jego twarz i oczy. Czy czuję naprawdę jego poezję – nie wiem. (…) Jego uwaga głęboka (…) i ta pewność, że mówi się z człowiekiem jakąś władzę, jakąś samoistność w sobie mającym”.

Białoszewski  (piewca Grochowa, Chamowa, Saskiej Kępy) zawiaduje w łóżku, na którym można przysiadać. Łóżko we wnęce. „Był tak wtopiony w to wnętrze, że złodziej, który tam się dostał, nie zauważył jego obecności”

Sobolewski pisze o gronie admiratorów młodszych od Mirona o 20 lat: „Zaczęliśmy u Mirona bywać grupowo, najpierw w poniedziałki, potem we wtorki. Nocowaliśmy na dywanikach, rozłożonych koło tapczana Mirona. Leszek wsunął kiedyś głowę do pokoju Mirona, zobaczył nas i orzekł po wiejsku: Maciora z prosiętami leży!”. Dywaniki, na których można siąść blisko, trwają po latach  jako „znak bezpieczeństwa, wolności, nigdy nie cofniętej akceptacji – czegoś, czego udzielał nam nieustannie Miron Białoszewski”.

Róże
To epizod ze skomplikowanej relacji między Mironem a Lu. i Lu. (Ludwik Hering i jego siostrzenica, Ludmiła Murawska). Ludwik (arcyciekawa postać, „akuszer cudzych talentów”, tłamszący własne) był współautorem tekstów dramatycznych, pod którymi podpisał się Białoszewski. To nie było czyste zagranie. Nawet jeśli później, poniewczasie, naprawiane. Rzecz dzieje się tuż po ukazaniu się Pamiętnika z powstania warszawskiego (1970), Lu. i Lu. nie utrzymywali wtedy kontaktu z Mironem, oto relacja Ludmiły:
„Przysłał nam książkę pocztą. Ludwik czytał kilka godzin, a potem przyniósł ją do mnie, do pracowni na Syreny. Położył przede mną bez słowa. Czytałam do rana. Zadzwoniłam o czwartej, przed świtem. Nie spał. «Ludwik, to znakomita książka!» A on, zostawiając mi ją, specjalnie nic nie powiedział, żeby nie sugerować. Okazało się, że uważa tak samo. Zapadła decyzja: idziemy do Mirona. Trzeba przejść koło Hali Mirowskiej. Ciemno jeszcze było. Zjeżdżały ciężarówy z kwiatami dla hurtowników. Kupiliśmy takie surowe, nieoprawione 150 róż, ubite, długie, ciężkie. Ludwik zawiązał pętlę z jednej strony, drugą od ogona, i tak szliśmy z tymi różami na plac Dąbrowskiego. On zaczął rozkładać w dzbanki, naczynia, i tak się od nowa zaczęło…”

To mój najulubieńszy fragment z tej książki. Animozje, urażona duma i słuszny zapewne żal – pokonane przez uznanie dla dobrze wykonanej pisarskiej roboty. 

Miejsce dla inwalidy
Białoszewski opisał tę historię w Szumach, zlepach, ciągach, ale ja przytoczę ją za Sobolewskim, z jego komentarzem. Otóż:
„Klucz do mieszkania na Poznańskiej przez nieuwagę wpada do kloacznego dołu. Ten wypadek w jednej chwili zmienia status Mirona. Czekając na sublokatora, który się nie zjawia, wędruje po mieście, wyobcowany, usunięty poza nawias życia. (…) W końcu decyduje się przerwać fatalny ciąg. I jak nieraz bezwładność, niedziałanie wywiera lepszy skutek niż działanie.

Jedyne, co posiadał bohater tego opowiadania – skrawek pokoju, «ciepło, samotność, łóżko» – zostaje mu odebrane. Mogłoby się wydawać, że posłuży to poecie do odsłonięcia «kafkowskiego» absurdu lat stalinowskich, obnażenia własnej samotności. Ale nie. To opowiadanie mówi o czymś innym – o tym, że ratunkiem staje się świadomość.

Miron rezygnuje z walki o odzyskanie klucza. Niech się dzieje, co chce. Decyduje się jechać do matki, do Garwolina. W pociągu siada naprzeciwko starszego pana, który «wydał mu się podobny do sztywnego astra». [M.B.] „Pociąg ruszył i zobaczyłem nad sobą tabliczkę «miejsce dla inwalidy». Nie było już miejsc. Pomyślałem półżartem, że jeszcze mnie wezmą za inwalidę. Zacząłem półżartem ruszać nogami, rękami. Żeby było widać, że prawdziwe i czynne”. Trzeba robić wszystko, żeby nie dać się uwięzić w sytuacji i w czyimś spojrzeniu. Może cała rzeczywistość, z jej pułapkami i zawirowaniami, z tym, co nazywamy losem, jest falą rządzącą się jakimś prawem przyczynowo-skutkowym, na które nie mamy wpływu? „Wiedziałem, że czas rozwiąże wszystko sam”. I tak się stało. Wobec przeciwności losu zachowanie wewnętrznej wolności jest ważniejsze niż walka o swoje”.

Orientacja
A propos Tajnego dziennika akcentuje się szczególnie intymność Białoszewskiego, jego homoseksualizm. Nie chciałabym się wpisywać w komentarze, które to drążą. Choć całkowicie pominąć nie sposób, bo sfera seksu była dla Mirona ważna i przygód erotycznych miewał bez liku. A także kilku ważnych partnerów. Uderzyło mnie, jak inaczej trzeba to było wówczas w sobie wyważyć, ułożyć, zaakceptować i odsłaniać niż dziś. Że z jednej strony o tym się wiedziało, a z drugiej – nie była to sensacja, choć przecież mentalność z lat 70. miała pozornie (!) więcej progów do przekroczenia. Jest tak scenka, którą uwieczniła po śmierci Mirona pani Jadwiga. To zapis jej rozmowy z sąsiadką, Nelą.

„– Tyle lat żyję – wzdycha Nela – a pan Miron musiał odejść. Szkoda, że nie założył rodziny.
– Był przecież homoseksualistą.
– Ach, prawda, zapomniałam”.

Bo taki był Miron: osobny, ale swój.

Wiersze trochę nie takie
Tu chcę zwrócić uwagę
 na dwie odrębne sytuacje. Pierwsza rozgrywa się w czasach, gdy Miron dopiero przymierzał się do pisania i poświadcza o jego pokorze. Druga – gdy miał za sobą największe sukcesy, a życie (w postaci redaktorów z wydawnictwa) nadal uczyło go pokory, ale – jako że nie każdego nauczyciela słucha się tak samo – Miron postawił na dumę. Bo tak sobie od dziś tłumaczę, co znaczy „zachować się po chińsku”. ;)

„Gdy jako niespełna dwudziestoletni chłopak Miron przyznał się Ludwikowi, że pisze, i zaczął pokazywać mu swoje wiersze i poematy, Ludwik nie zostawiał na nim suchej nitki. Miron wracał od Ludwika z ulicy Częstochowskiej na Ochocie do siebie na Chłodną. Szedł Towarową – opowiada Ludmiła. – Pod latarniami były kosze na śmieci. Wyrzucał tam swoje poematy, jeden po drugim, i kiedy przychodził do domu, nie miał nic. Zaczynał od początku”.

Trochę za Czapskim powiem, że nie wiem, czy ja te wiersze „czuję”, może mi bliżej do prozy. I mogę sobie z łatwością wyobrazić, że nawet w PRL-u, gdy nie kalkulowano tak jawnie zysków, a gust „statystycznego” czytelnika nie był dyktatem, wydawanie Mirona było artystyczną odwagą. On sam tak to opisuje w Tajnym dzienniku

„Kiedy wiersze do Rachunku zaściankowego już się zebrały, Sandauer przyjechał do mnie do Otwocka (…) i zaproponował mi, że on ten tomik ułoży, ale pod warunkiem, że ja zrezygnuję z połowy co najmniej wierszy, tych niezrozumiałych, tych, które uzna za bardzo niepewne czy niedobre. Ja się na to nie zgodziłem. (…) W PIW-ie miałem wkrótce niezbyt przyjemną rozmowę. Andrzej Kijowski, który załatwiał ze mną sprawy tomiku z ramienia redakcji, powiedział, że nie mogę wydać tomiku z wszystkimi wierszami, które ja proponuję, bo sam bym doszedł do tego, że za te wiersze trudno ponosić odpowiedzialność. Byłem wtedy z Ludwikiem. Lu. siedział obok, nic nie mówiąc, a ja spokojnie wycofałem się z umowy i wyszedłem z Lu. z pokoju. Lu. stwierdził na ulicy, że zachowałem się po chińsku„.

***
A ponieważ nie znajduję sposobu, by zakończyć mocną puentą, bo mnie wzięła ta metoda, żeby gadać i powracać, więc do dwóch jeszcze cytatów sięgnę, co to lepszych nie ma na koniec. Żaden zresztą koniec, to wszystko jakoś dalej się toczy. 

Sobolewski o Białoszewskim: „Kiedy umiera zakonnik, mówi się, że «odszedł do Boga». Miron odszedł do literatury, która jest żywa, jak niestarzejący się portret Doriana Graya. Poświęcił się literaturze w takim stopniu, że badanie jego «życia» niezależnie od «twórczości» wydaje się bezprzedmiotowe. Trzeba zajmować się tym Mironem, który jest, a nie tym, którego nie ma”.

Białoszewski skupiony na teraźniejszości, miał swoje zaczepienia w tym, co stworzono dawniej. Dla niego takim medium, w którym możliwe jest spotkanie z mistrzem, który dawno temu odszedł, jest muzyka. Słuchał nieustannie.  Palestrina, Monteverdi, Bach, Telemann, Vivaldi, Mozart… Można słuchać i się „zahaczyć”. Albo czytać i też może się przytrafić to samo.

czas, wieczność bezstronna
nie ma nic do rzeczy
w jednym człowieku
gubi się wieczność
a między dwoma przez wieki
może zahaczyć się
ta sama chwila

ANEKS: Nominacja do Literackiej Nagrody Nike (za rok 2012).