Archiwa tagu: Nuri Bilge Ceylan

NH 2018 – kino sztuka wyjścia

Nowe Horyzonty – Wrocław 26.07 – 5.08.2018

Kino sztuka wyjścia (OUT) – taki był motyw przewodni, logo, „identyfikacja wizualna” aplikowana przed każdym seansem. Wyjście, odpuszczenie sobie czegoś, zejście z wydeptanego traktu… Przekonuje mnie. Z jednej strony mój udział w festiwalu był zalogowaniem się do „współbycia”: przez osiem dni w określonych godzinach w przestrzeni dwunastu (przestronnych) sal kinowych i wchłaniania przygotowanych atrakcji. Wybór należał jednak do mnie. Sposób asymilacji i przetworzenia – tym bardziej. Dlatego – oprócz „przyłączenia” – wrocławska filmowa fiesta była impulsem do poszukiwań takich przesmyków, furtek czy okien, którymi można się wydostać z tego, co już znam. Zamysł oddają słowa autorów:

„Samo «OUT» rozumiem jako mieszankę fascynacji i równolegle strachu przed nieznanym. To przejście na «drugą stronę» lub po prostu wyjście z pudełka, zmiana punktu widzenia”.

„OUT, czyli bycie poza; obserwowanie i opisywanie świata z pewnego dystansu, ale też odnajdywanie elementów nieprzystających do mainstreamu (…)”

Kino sztuka wyjścia

Osiem dni (brakuje trzech pierwszych) to nie przelewki. Program przestudiowany. Karnet kupiony już w kwietniu. Wybór seansów zależny od nanosekund przesądzających, czy idę na tytuł pierwszego wyboru czy na (często szczęśliwy) drugi garnitur. Zależne od porannego boju o rezerwację.

Nie ma większego sensu pisać o wszystkim. O dwóch filmach chcę bardzo. Pozostałe wymieniam w porządku alfabetycznym z dodaniem noty w skali 1 – 10.

Arktyka – reż. Joe Penna, Islandia 2018   [7+]
Atlas zła – [8 krótkich metraży w konwencji horroru]   [3 – 8]
Człowiek, który zabił Don Kichota – reż. Terry Gilliam, W.Bryt &co 2018 [8]
Dzika grusza – reż. Nuri Bilge Ceylan, Turcja   [9+]
Jeszcze dzień życia
(animacja)-reż. Damian Nenow, Raúl de la Fuente, Hiszp., Polska 2018 [7+]

Kafarnaum (Cafarnaúm) – reż. Nadine Labaki, USA, Liban 2018   [7+]
Madeline i Madeline – reż. Josephine Decker, USA 2018   [8]
Monument – reż. Jagoda Szelc (film dyplomowy), Polska 2018   [7]
Mój wiek XX 
– reż. Ildikó Enyedi, Węgry 1989   [7]

Pani Hyde – reż. Serge Bozon, Francja 2017 (z Isabelle Huppert)   [6]
Pororoca
– reż. Constantin Popescu, Rumunia, Francja 2017   [8]
Powrót – reż. Malene Choi Jensen, Dania 2018   [7]
Searching – reż. Aneesh Chaganty, USA 2018   [7+]
Shoplifters (Złodziejaszki?) – reż. Hirokazu Koreeda, Japonia 2018 [8]
Siedzący słoń – reż. Hu Bo, Chiny 2018   [9+] 
Szczęśliwy Lazzaro – reż. Alice Rohrwacher, Włochy & co 2018   [6]
Team Hurricane – reż. Annika Berg, Dania 2018   [7] 
Tęsknota
– reż. Valeska Grisebach, Niemcy 2006   [8+]
Tłumacz
– reż. Martin Šulík, Słowacja (Czechy, Austria) 2018   [7+]
Trawa – reż. Hong Sang-soo, Korea Południowa 2018   [5]
Twarze, plaże (dokument) – reż. Agnes Varda, JR, Francja 2017  [7]
Wszyscy wiedzą – reż. Ashgar Farhadi, Hiszpania & co 2018  [7+]
Zama – reż. Lucrecia Martel, Argentyna 2017   [7] 
Zmysłowa obsesja
– reż. Nicolas Roeg, Wielka Brytania 1980   [8]
Zniewaga 
– reż. Ziad Doueiri, Liban & co 2017   [8]
Żal – reż. Savi Gabizon, Izrael 2017   [7+/8]
Żona
– reż. Björn Runge, Szwecja & USA… 2017   [9]

Spośród tego, co widziałam, najbardziej nowohoryzontowe były: Madelaine i Madelaine, Siedzący słoń i Dzika grusza. Znaczy – najmniej oczywiste, najsilniej poruszające i takie, że najlepiej wchłaniać je na festiwalu właśnie. Można też kiedy indziej (późną jesienią czy zimą) wybrać się na nie do kina, zostawiając za sobą bagaż prywatnych zdenerwowań. Ale nie mam pewności, czy inna publiczność (w innym czasie) pokocha takie kilkugodzinne opowieści (Siedzący słoń – 230`). Festiwal sprzyja wyłączeniu i odcięciu od codziennych rozpraszaczy. Świetnie się natomiast będzie oglądać porcje kina narracyjnego: opowieści Farhadiego (Wszyscy wiedzą – najsłabszy jego film, ale wciąż dobry), Hirokazu Koreedy (Złodziejaszki/ Shoplifters – pięknie poprowadzone wzruszenie i dobro znalezione tam, gdzie społeczny osąd usiłuje naprostować i przyciąć wszystko, co niepojęte, bo inne). I podobać się może Arktyka – rozegrana w mroźnej, zimowej Islandii udającej tytułową krainę w filmie z Madsem Mikkelsenem. Oj, dla Mikkelsena warto! Niewiele tu mówi, mierzy się z żywiołem i beznadzieją. A czystość scenerii uwypukla przejrzystość sytuacji próby. Ekstremalne doświadczenie sprawdza, ile w nas woli życia, ile empatii i pokory. 

Aktorski klucz czasem się sprawdza, czasem nie. Nie uwiodła mnie Mrs. Hyde z tytułową rolą Isabelle Huppert. Ale zobaczyć aktorów grających w Tłumaczu (Jiří Menzel i Peter Simonischek – Toni Erdmann) – warto. A co dopiero taka gratka jak erotyczny thriller z udziałem młodego Harveya Keitela, Arta Garfunkela (!) i Theresy Russell. Pyszności! Dostępne w retrospektywie Nicolasa Roega (film sprzed niemal czterech dekad).

To, co najsilniej we mnie rezonuje, to tradycyjna w formie Żona, koncertowo rozegrana przez Glenn Close i Jonathana Pryce`a (oj, jaki cudny był z niego Don Kichote u Terry`ego Gilliama!) oraz tureckie kino autorskie Nuriego Bilge Ceylana – Dzika grusza. Teraz dopiero sobie uświadamiam, że w obu kluczową rolę odgrywa literatura, bohaterowie są (lub próbują być) pisarzami.

*** Żona (Wife) ***

Wybitny pisarz Joe Castelman wraz z żoną Joan wyczekują wieści z Akademii Szwedzkiej, z nadzieją, że literacki Nobel trafi do nich. On jest wziętym powieściopisarzem, ona żoną przy mężu. Może nieco zbyt jasno przydzielona jest sympatia widza. Nie sposób nie sekundować Glenn Close: spokojnej, zdystansowanej, pogodzonej z niejednym (jeszcze nie wiemy, na jakie poszła kompromisy, ale życie u boku egocentryka sugeruje, że były liczne). On zażera stres słodyczami, czeka na nagrodę jak dzieciak, skacze po łóżku z radochy i mizdrzy się do ludzkości – z niezbitą wiarą, że otrzymał coś, co mu się z dawien dawna należało. Klękajcie narody. Może sobie być niemiły dla dziennikarza, nie dostrzegać balastu, jakim obarczył syna (początkującego pisarza) i oczekiwać od żony, by była żoną. Może wygłaszać przemowy i żarty, które towarzystwo akceptuje nawet czerstwe. Sytuacja wyjazdu do Sztokholmu jest przecież niezwykła, więc kąpiel w pianie zadufania jest tyleż próżna, co oczywista. 

Od początku dużo ciekawsza jest ona. O rany, Glenn Close jest genialna! Tajemnicza. Wielowarstwowa. Może i pominięta w splendorach (żonom noblistów proponuje się przewodnika po galeriach handlowych!), ale stojąca na mocnych nogach. Wie, kim jest, nawet jeśli nie domaga się sprostowań ignorancji opinii publicznej.

Retrospekcje. Związała się z Joem, rozbijając jego małżeństwo (nieudane i tak). Była jego studentką. Utalentowaną studentką z warsztatów pisania. Opublikowała tylko jedną krótką prozę, w której eksmałżonka Joego była pierwowzorem głównej bohaterki. Ta proza… Po latach, gdy natrętny dziennikarz przymierza się do biografii noblisty, stwierdzi, że proza Joego wyrasta właśnie z tego tekstu. To, co on sam napisał wcześniej, jest raczej poślednie. Czy Joan na pewno nie pisała nic więcej? Czy miała jakiś wpływ na kształt powieści męża? O, nie, takie pytania Joan przenika z iście babską przenikliwością. Nie zrobi z siebie ofiary i nie ulegnie manipulacji. Dziennikarz tylko z pozoru jest namolny, wszystko wskazuje na to, że bada temat gruntownie. I tu, uwaga, w roli biografisty wystąpił Christian Slater. [Może tylko ja przeoczyłam jego karierę. Pozostał dla mnie adeptem Wilhelma z Baskerville – Adso z Melku! z Imienia róży].

Joan miała dar wnikliwości i talent. „- Pisarz musi pisać” – rzuciła komuś w twarz, gdy była młoda i nie rozumiała, ile goryczy może uzbierać się w sercu piszącego samotnika. Usłyszała ripostę: „- Pisarz musi być czytany!”. Kilkadziesiąt lat wcześniej: czy dziś to brzmi anachronicznie? Być może. Kontekst tej rozmowy sugeruje: kobiecie trudniej. Żona przy mężu to zjawisko częstsze niż mąż przy żonie. Rozgoryczona pisarka sugeruje Joan, że mężczyźni (redaktorzy, wydawcy, recenzenci) nie dają kobietom tych samych szans. Joan to zapamięta. Te zdania są w konflikcie: mus pisania i mus bycia czytanym.

Tu każdy się już domyśla, nie trzeba spojlerów, że pierwszą wydaną powieść Joego gruntownie zredagowała („przepisała”) Joan. Pisała wszystkie następne. I dzięki temu wygrała podwójnie: Joe, choć zdradzał ją na prawo i lewo, nigdy jej nie zostawił; poza tym: publikowała i miała czytelników. Dostała Nobla (choć o tym wiedziała tylko ona, bo Joe jakoś wyparł z pamięci, że jego rola, to dogląd domu i pilnowanie, by do gabinetu nie zakradł się niepożądany świadek). 

Jedna z pierwszych powieści: Orzech włoski. Joan nie mogła lubić orzechów. Ciekawa sprawa: film sugeruje coś, co pewnie jest uproszczeniem, lecz nie bez racji, że mężczyźni zdradzają, powielając wypróbowane wzorce. Joe lubił obdarowywać kobiety orzechami. Na łupinie pisząc im dedykację. Nieco żenujące, gdy ten trick powtarza nawet w Sztokholmie. W jednej z kluczowych scen  (bo oczywiste, że przyjazd do Sztokholmu i pazerność Joego jednak zburzą pokorną uległość Joan), żona wymusza na mężu spojrzenie poza swój własny pępek. Moim zdaniem to jedyna scena, w której próżność Joego tłumaczy się jakąś logiką. – Przecież to wszystko moje! Moje życie, emocje, przetworzenie tego, co przeżyłem. Materia mojego istnienia. 

I to też tłumaczy, że nie ma prostego podziału na ofiary i wyzyskiwaczy. Cena jest płacona za wymierne korzyści. Spektrum doświadczeń, które uczyniło z Joan pisarkę, nie wpisuje się w rejestr krzywd. Przeszłość. Co dalej? Zmianę wymusza los. Stawiam na dyskrecję, ale nie sposób uwierzyć, że Joan przestanie pisać, gdy z literackiej mapy świata zniknie Joe. Siłą filmu jest Glenn Close. 

*** Dzika grusza (The Wild Pear Tree / Ahlat Ağacı***

Turcja Ceylana. Zazwyczaj rozpięta między miastem (nowoczesnością, europejskością) a prowincją (tradycją), tym razem mocniej stawia na drugi filar. Piękna jesienna Turcja, nieprzesłodzona, uderza prostotą (chce się jednak dodać: ubóstwem). W centrum rodzina osądzana oczami Sinana (dwudziestolatka tuż po studiach, któremu zdaje się, że w świecie ojca nie ma już dla niego miejsca). Prowincjonalna mentalność, kołtuństwo notabli, nieudaczność ojca, niemrawość życia. Nie tak ma ono wyglądać. 

Ojciec – miejscowy nauczyciel, wyczekujący emerytury – napędem życia uczynił marzenie o studni. Niewiele osiągnął, mają go za nieudacznika, dziwaka, który spłaca jeden dług, zaciągając kolejny. Osobny taki. Nie można powiedzieć „zgorzkniały”, raczej zatracony w doglądaniu zwierząt, bliższych mu niż ludzie. O psie, który zaginął, mówi, że on jeden go nie osądzał.

Sinan – owszem – osądza ojca surowo, lekceważąco. On tą drogą nie pójdzie. Wyrwie się w świat, stawiając na to, w czym czuje swą siłę: będzie pisarzem. Tytuł powieści, jak tytuł filmu: Dzika grusza. Wyda ją własnym sumptem, szukając wsparcia bliżej-dalej, byle wydać, ogłosić, zaistnieć. Relacja z ojcem przebija się na plan pierwszy, ale bunt wobec pokolenia ojców rozciąga się i na duchownych, i na pisarzy-mistrzów, wszystkich ślepych i głuchych na głos „prawdy”. Po „ceylanowsku” toczą się długie rozmowy. Nawet te spoza głównego nurtu są ważne i tworzą świat Dzikiej gruszy. Bo opowieść Ceylana budowana jest nie tylko intrygą, zmierzającą od ekspozycji po epilog. Tworzą ją pejzaże, twarze, rozmowy, drobne podglądy codzienności.

Czasem – we śnie lub w przeczuciu – Sinan wyobraża sobie samobójczą śmierć ojca. Jakby aura przegranego życia musiała ku temu prowadzić. Ciekawe, że w końcowych sekwencjach, gdy następują liczne przewartościowania, niepokój podsuwa widzowi myśl, że to może być wybór Sinana, że – wciąż u progu życia – może wpaść potrzask takiego właśnie finału. Jest blisko. Trzeba mieć jednak na uwadze, że oprócz samotnych drzew (gałąź, sznur etc.), w tym pejzażu są również studnie. Bez wody, której ponoć nigdy nie będzie, ale z jakąś tam inspiracją, że kopać trzeba, bo a nuż dojdziemy do źródła?

Co z tą książką? Wydana. Stosy zalegają w pokoju, nieco namokłe. Matka dumna z syna, lecz nie czytała, siostra się uczy (a „przecież książka jej nie ucieknie”), z księgarni nie zniknął żaden egzemplarz. Najwierniejszym (jeśli nie jedynym) czytelnikiem okazał się ojciec. Rozpoznał w niej siebie, zaprzyjaźnił się, zna tekst na wylot, a w portfelu nosi wycinek z gazety. Dzikie grusze – jest ich nie tak mało: samotne, niedopasowane do świata, lekko pokraczne. 

Tyle wiem, że są. A zdaje mi się, że stają się oswojone i bliskie (z całkiem smacznymi owocami), jeśli tę ich osobność, wsobność czy inność się przełknie. 

THE END

Bardzo lubię tamaryszka. Uwielbiam tamaryszkować! Kawał życia włożyłam w tamaryszkowe pre-teksty (wcześniej: tamaryszek – opowieści zebrane). Dużo tu o sobie powiedziałam, rozpoznałam. Pomimo kamuflażu i materii zastępczej, czyli pisania o filmach (coraz rzadziej o książkach), podszewka była bardzo osobista. Dobrze mi tu było. I sporo radości dały mi spotkania, które dzięki blogowaniu się zdarzyły. Szmat czasu! Pierwszy wpis opatrzony jest datą 24 lutego 2010 (!). Będę tęsknić, ale spróbuję się nie oglądać. To chyba najlepszy moment na zmianę. 

Pozdrawiam :)

Ren

Kropka.

 

Reklamy

anatolia i clark gable

Pewnego razu w Anatolii (Once Upon a Time In Anatolia), reż. Nuri Bilge Ceylan, Turcja 2010.

         

Ceylan opowiada po swojemu. Obrazami. Tym samym bliski jest istocie kina, która przechyla się raczej w stronę wizji niż słów. To, co widziałam dotąd, rozgrywa się w niedopowiedzeniach, równolegle do zarejestrowanych dialogów, czasem wręcz przekreślając bezpośredni komunikat tym, co mówi obraz.

Pamiętam (może dlatego, że zbiegi okoliczności każą mi do tych filmów powracać) jego wcześniejsze tytuły: Kokon, Miasteczko (Kasaba), Uzak, Klimaty, Trzy małpy. Nie znam Chmur w maju. Gdyby w tym kontekście umieścić tytuł najświeższy, jak by się w nim odnalazł? Ano tak, że charakter pisma jest rozpoznawalny. Odbieram nieco mniej osobiście niż Klimaty (ale co to za kryterium!?), na mojej prywatnej liście to film nr 2.

Pojawi się w kinach, a ja spróbuję nie odtajniać wszystkiego, choć pewne nitki z osnowy powyciągam.

Kanwa jest taka, że na tureckiej prowincji zdarzyło się morderstwo. Podejrzany jest młody mężczyzna, Kenan, a intryga nie pyta o jego winę czy niewinność, lecz tropi ślady. Przede wszystkim ekipa dochodzeniowa – w jej składzie jest prokurator, policjant, lekarz, kilku pomocników – usiłuje odnaleźć miejsce zakopania ciała. Morderca nie pamięta i co rusz wskazuje inne. Trwają poszukiwania, później skrupulatne protokołowanie, zapis rutynowych poczynań. Ale najciekawsze dzieje się pomiędzy.

To, że absurdalne morderstwo ma jednak swój kontekst i uzasadnienie.
To, że Kenan przyjmuje ze spokojem wszystko, co go czeka, z wyjątkiem kamienia, którym uderzy go chłopiec.

To, że Naci Bey (komisarz) zrzędzi trochę jak Wallander z kryminałów Mankella. Bo skąd to się bierze, że ludzie są nieludzcy? I że jemu samemu na sumieniu jest ciężko?
To, że piękna kobieta umiera, bo tak postanawia, siłą woli lub zemsty, a ktoś nosi jej śmierć w sobie jak straszne memento.

To, że na fotografiach więcej jest emocji niż w tym, w czym tkwi się po uszy na co dzień.
Wreszcie: że dotarcie do prawdy to jednak mrzonka, bo niektórych kart nie chce się odkrywać do końca.

Historia rozpoczyna się nocą i mrok rozciąga się na sporą część filmu. Wieczorny zmierzch, nocna wizyta w pobliskiej wsi na herbacie u tamtejszego muktara, blady świt i trochę zmięty kolejny dzień.

Jesteśmy w Anatolii, a Anatolia jest piękna. Serpentyny dróg, wzgórza i przestrzeń, magiczne wręcz refleksy świateł. Piękna jest także Cemile, córka muktara (wójta?), podająca herbatę wędrowcom, niczym postać z baśni. Ale piękno Anatolii nie jest wcale przesłodzone, bo to i szarość pól, ubóstwo wiejskich chałup czy nagość korytarzy. Ostatnie sekwencje rozgrywają się w szpitalu i rejestrują sekcję zwłok. Bardziej ją słychać niż widać, ale nastrój chłodu i brutalności nie podtrzymuje czaru. Jesteśmy w świecie Ceylana, gdzie sporo pustki i samotności, trywialności, w której rozgrywa się to, co zwykłe i to, co co ma wymiar tragedii.

Ale jak to Ceylan kadruje, jak oprowadza po prowincjonalnych dekoracjach! Ceylan jest przecież fotografem (warto to sprawdzić na jego oficjalnej stronie), bywał operatorem i wizualna strona tego filmu jest dopracowana w szczegółach. Zdjęcia robił Gökhan Tiryaki, współpracujący z Ceylanem już przy Trzech małpach i Klimatach.

Jest więc noc, przez którą przebijają się trzy samochody, szukając ukrytego grobu. Jest malowniczo. Światła w ciepłej, żółtej tonacji niemal złocą fragmenty pejzażu. Czasami widać ich blask z daleka, czasem oświetlają stojących w ich kręgu ludzi, widać je z wnętrza samochodu lub odbite w samochodowym lusterku. Taki obraz: ciemność, z ekranu wyodrębnia się tylko to lusterko, a w nim odbija się widok – trochę pejzażu, trochę kolejnych świateł.

Czasami Ceylan zawiesza opowieść, by sobie wędrować za toczącym się jabłkiem. Ktoś je strząsnął z drzewa, a ono pomyka, a my za nim…aż do strumienia. Albo podpatruje wróble stroszące się w rynnie. Może kto inny by przyspieszył, ale ten naturalny rytm ma sens.

Bo oczywiście mamy sprawę kryminalną, ale sensacja to nie wszystko i nawet procedury rozsadza przyziemność. Efekt jest humorystyczny. Zbyt ciasny bagażnik, małe dynie zebrane z pola  i upakowane z nieszczęsną ofiarą, kocyk w tureckie wzory. I Clark Gable, który może wyskoczyć zewsząd, nawet zza rogu w Anatolii.

Humor jest nie do zrelacjonowania bez zburzenia suspensu, ale zdecydowanie unosi się nad całą opowieścią. No, proszę, oto zagadka: co Clark Gable porabia w Anatolii? Może ktoś ma pomysł na zaimprowizowanie jego obecności u Ceylana?


***
Film dostrzeżono na tegorocznym festiwalu w Cannes. Otrzymał Nagrodę Specjalną,wziął udział w konkursie głównym, w którym – jak wiadomo – Złotą Palmę zgarnął Malick za Drzewo życia.

nowe horyzonty

Jedenasty – mój szósty – festiwal dobiegł do mety.
Dziesięć dni (nie byłam na inauguracji) minęło jak w transie. Zmęczenie czuję i brak miejsca na kolejne filmy, przynajmniej przez najbliższy tydzień. Szczytowe nasilenie: pięć filmów dziennie, minimalistycznie: dwa. Opcja ograniczona do dwóch obrazów wzięła się stąd, że przez pięć dni uczestniczyłam w warsztatach filmowych dla nauczycieli, po cztery godziny dziennie.
Tak czy owak: ciężka praca tak oglądać i zapamiętywać. Stan niemal chorobowy. Zwłaszcza, gdy to, co obejrzane, zaczyna się przetwarzać i remiksować. Niektóre filmy nie dawały spokoju, przypominały się, mimo wypierania ich nowymi. Dotyczy to zwłaszcza tych, o których nie napisałabym rekomendacji „spodoba ci się”. Może nie każdy ich potrzebuje. We mnie zostają.

Mam zamiar do niektórych powrócić, więc notuję tylko lakoniczne uwagi.
Moje tegoroczne nowe horyzonty to:

Pewnego razu w Anatolii (Nuri Bilge Ceylan), jedyny turecki, za to widziany dwukrotnie. Od niego rozpoczęłam festiwal, ale zmęczona (podekscytowana?) wrażeniami, niedospaniem i podróżą – przysnęłam. Ściślej: tak się zapatrzyłam w kadry, że zapomniałam czytać. I choć słów jak zwykle u Ceylana było niewiele, to jednak postanowiłam wrócić. I dobrze. Opowieść prosta. Zabito człowieka, są podejrzani, od kilku dni trwają poszukiwania miejsca, w którym zakopano ciało. Prokurator, lekarz, policjant, morderca i kilku technicznych pomocników jeżdżą więc po okolicy, rozmawiają o drobiazgach, spisują raport z odnalezienia, potem z sekcji zwłok… prawie nic, ale między słowami, zdecydowanie na plan pierwszy przebija się to, co niedopowiedziane. Prowincjonalna historia kryminalna odsłania tragedie, z którymi żyje się latami, które uchodzą z człowieka szczelinami. Prokurator opowie o dziwnej śmierci młodej pięknej kobiety, nie mówiąc wprost, że chodzi o jego żonę. Policjant udręczony pracą, w której irytuje go to, co „nieludzkie”, ucieka w obowiązki, byle dalej od upośledzenia syna zamkniętego w domu. Lekarz w zapisanej na zdjęciach sprzed lat miłości zamyka tajemnicę obecnej samotności… I ten, który zabił, działał wiedziony fatalną, zgubną niedozwoloną miłością albo pamięcią o niej. Niedopowiedziane historie i obrazy Anatolii fotografowanej okiem Ceylana. Niesamowicie fotograficzny, malowniczy (choć oczywiście nie na turystyczną modłę) film.

Code Blue (Urszula Antoniak), o intymności doznawanej w taki dziwny, szarpany sposób. Może chorobliwy, jak chcą niektórzy. Ale za mną chodzi myśl, że skrajność wcale tu nie jest patologią. Samotna kobieta, pielęgniarka, szuka zaspokojenia głodu bliskości w chwilach dzielonych z umierającymi. Podobno nie można doświadczyć bardziej sekretu drugiego niż w chwili jego śmierci. Główna postać rozgrywa swoje spotkania z intymnością pacjentów, naruszając niejedną granicę. Jest zamknięta, szczelnie impregnowana, niemal okaleczona niezdolnością do stworzenia bliskiej relacji w normalnym życiu. Otwiera ją coś ekstremalnego – bierna obserwacja gwałtu, utajona fascynacja nieznajomym. To, co ją budzi, jednocześnie bardzo mocno rani, wyzwalając niekontrolowane, skarłowaciałe, w dodatku zdeptane emocje. Film budził kontrowersje. Mnie nie gorszył, ale miał tak potężną dawkę goryczy, że nie chciał się ode mnie odczepić.

Rozstanie (Asghar Farhadi), irański zdobywca berlińskiego Niedźwiedzia, absolutne mistrzostwo. Film otwiera rewelacyjna scena sądowa, w której bohaterowie proszą o orzeczenie rozwodu, bo oboje chcą czego innego: ona wyjechać z tego kraju, on zostać i opiekować się chorym ojcem. Jest jedenastoletnia córka, która miota się między nimi. Rozstanie, przynajmniej na początku, wydaje się czymś tymczasowym. Na powierzchnię wypływa wkrótce równoległy obraz życia innej rodziny, kobiety, która przez kilka dni, nieudolnie dogląda chorego dziadka. Zagęszczenie problemów etycznych, które eksplodują, gdy rozpocznie się nowa rozprawa, tym razem mająca charakter oskarżenia, jest imponujące. I rozegrane tak, że brak słów, oddających moje uznanie. Zaufanie, wiara i zwątpienie w drugą osobę, bezkompromisowość, wybór między skutecznością a prawdą. Dojrzewanie do dorosłości. Jeśli ktoś stwierdzi, że mistrzowska jest scena pierwsza, to co powiedzieć o scenie ostatniej? Chapeau bas!

Koń turyński (Béla Tarr)… Reżyser przed projekcją: „to będzie biało-czarny, trochę nudny film, z kilkoma osobami, którym należy współczuć. Zawierzcie swoim oczom, nie bądźcie zbyt wyrafinowani”. Dwie i pół godziny niedziania się, nierozmawiania, powtarzających się sekwencji, monotonii podszytej niesamowitym, choć nienazwanym dramatyzmem. Prosta chata, w której mieszka stary woźnica z córką. W stajni stoi koń, który jest „tym koniem”, utrwalonym w opowieści Nietzschego. Filozof widział, jak go katowano, nie umiał się z tym pogodzić, odkupił to obłędem. Pojawia się w cytacie na początku filmu, później znika. Zostają prości ludzie, jeszcze prostsza scenografia, wichura, która przez sześć dni rozrasta się i niemal wchłania w krwiobieg. Wichurę słyszy się jeszcze długo po seansie, choć w filmie, u skraju szóstego dnia zamienia się w ciszę. Ale wtedy ustaje już wszystko. Niknie światło, umiera koń, rozpada się świat.

Meek`s Cutoff (Kelly Reichardt), zaskoczenie – western w stylu Pikniku pod Wiszącą Skałą. Rozjaśnione kadry, prerie, konie i wozy, które mieszczą cały dobytek wędrujących rodzin. Trzy małżeństwa, które zawierzyły, że Meek wskaże im krótszą drogę, a znalazły się na bezdrożach, jak w pułapce. Nie wiedzą, czy wciąż ufać przewodnikowi (ostatecznie, żadne z nich nie zna drogi, więc nie ma lepszej opcji), czy też ukarać sprawcę ich włóczęgi samosądem. Western, bo Zachód, bo sceneria, bo to ten świat, który znamy z westernów. A jednak inny. Kobiety towarzyszą mężczyznom nie tylko jako dodatek do pełnego wizerunku. Ich obawy dużo silniej przykuwają uwagę i budują napięcia niż postawy mężczyzn. Poza tym: Indianin! Szok dla kinomanów, którym ukazuje się tubylec niemówiący po angielsku. ;) Z Indianinem nie można się dogadać! A zawsze było inaczej! Bardzo podoba mi się aura tego filmu. Prześwietlenie, zmęczenie, gotowość do dalszej wędrówki, mimo wszystko.

Pina (Wim Wenders), po prostu Pina Bausch. Obejrzę na pewno jeszcze raz, gdy trafi do kin tej jesieni. Piękny film.

To były odkrycia największe.
Poza tym bardzo podobały mi się filmy polskie. W konkursie startowało ich dwanaście. Wygrał film Anki i Wilhelma Sasnali – Z daleka widok jest piękny. Nie znam. Widziałam sześć, w tym jeden już dużo wcześniej (Sala samobójców). Bardzo dobry film Bartosza Konopki Lęk wysokości (z duetem: Krzysztof Stroiński i Marcin Dorociński). Świetny film Leszka Dawida Ki (w tytułowej roli Kingi nie do zastąpienia Roma Gąsiorowska). Intrygujący Daas Adriana Panka (również z bezdyskusyjną obsadą: Chyra, Bonaszewski, Łukaszewicz). Dziwny, bo historyczny, kostiumowy, ale i wydarzenia wzięte nie z historycznego mainstreamu, i rzecz sama w sobie bardzo uniwersalna. Opowiada o sekcie frankistow z XVIII wieku. I co tu dużo mówić: wyśmienity Młyn i krzyż! Lecha Majewskiego. Widziałam również sympatyczny, wrocławsko-chicagowski film Saniewskiego, Wygrany. Najmniej nowohoryzontowy, ale przyjmuję go bez zastrzeżeń, akceptując licencję na bajanie, bo i to jest potrzebne.

I to nie koniec rzeczy dobrych. Podobały mi się również: Jesteś tutaj (Daniel Cockburn, Kanada) i zwycięzca konkursu Nowe Horyzonty Attenberg (Athina Rachel Tsangari, Grecja) i Limbo (Maria Sødahl, Norwegia), i Bez wstydu (Petter Næss, Norwegia) i pogodny, klimatyczny, z francuskim charmem zrobiony (niezbyt głęboki, ale ładny) Człowiek z Hawru (Aki Kaurismäki, Francja). Z notatek wynika, że powinnam wymienić jeszcze cztery tytuły. To znaczy, że naprawdę dużo było trafień bez pudła. Obejrzałam 29 filmów.