Archiwa tagu: osobiście

O wesołej Ludwiczce

Ludwiczka w tarapatach

…I każdy powinien ją mieć! … Jak konika na biegunach!

Mowa o pierwszej książeczce, czytanej jeszcze bez znajomości liter, mimo to samodzielnie, siłą pamięci i częstych powtórzeń. Była wydana przez Naszą Księgarnię. W formacie A-4, z twardą okładką w kolorze czerwieni i ciemnego miodu. Pewnie na tylnej okładce był stempel z czarnym kotem w czerwonych butach, z napisem na brzuszku: „Moje książeczki”. Na wklejkach miała kwadraty z figurkami z piernika (król i serduszko). Wewnątrz obrazki – na pół strony tekstu, półtorej strony ilustracji. Litery dość duże, lecz nie kulfony jak dla smarkaczy – to był już tekst do czytania.

„Była sobie wesoła, bardzo wesoła Ludwiczka. Jak się myła, to śpiewała. Jak szła, to podskakiwała. A jak spała, to się uśmiechała przez sen i wtedy na policzkach robiły jej się dwa ładne, zabawne dołeczki. Nie płakała nawet wtedy, kiedy miała wziąć lekarstwo albo kiedy stłukła sobie kolano”.

Jeszcze ten etap, gdy wychowywała mnie Babcia. Skąd wzięła się książeczka i kto mi ją czytał? Mógł każdy, bo pewnie zadręczałam wszystkich wspólną lekturą. Nie pamiętam, ale to do mnie pasuje. Może jeden z drugim (siostry Mamy i ich znajomi) mieli pokątnie dość, podsuwali coś nowszego lub w ogóle sugerowali, żeby pobiegać lub pogadać z psem? A mnie było dobrze z Ludwiczką i piernikowym królem. Nie była lekturą tygodnia czy miesiąca, czytałam ją przez całą wczesną fazę dzieciństwa.

„Chcę mieć kolegę takiego wesołego jak ja. Żeby miał zawsze słodki humor, żeby się nigdy nie złościł i żeby mnie słuchał. Chcę mieć za przyjaciela króla z piernika. I poszła w świat szukać króla z piernika”.

Pamięć miałam wówczas wyśmienitą, wyćwiczoną ornitologicznie. Rozpoznawałam 100 gatunków polskich ptaków. Za sprawą gry planszowej: dziesięć plansz A-4, na każdej po dziesięć ilustracji. Nie mogę sobie przypomnieć, o co chodziło w grze, ale te ptaszki przykrywało się tekturowymi kartami. Miałam więc sto fajnych, niegnących się kart z numerkiem i ptaszkiem. Mogłam sama je sobie przekładać i powtarzać who is who. Moja ówczesna specjalność. Co się porobiło z pamięcią? Nie pamiętam już tych ptaków, no część – bo gil był cudny albo sowa pójdźka, rudzik czy remiz. Tyle jednak uciekło. I proszę sobie wyobrazić, że zapomniałam również, co się zdarzyło wesołej Ludwiczce. Książka długo była w domowej biblioteczce. Porysowała ją długopisem młodsza siostra (niemożliwe, że ja!). Wciąż do użycia, więc któregoś dnia zniknęła. A mnie pozostał sentyment i gdy przeprowadzałam się do obecnego mieszkania, z którego okien mam widok na przedszkole imienia Wesołej Ludwiczki, pomyślałam, że może być,  to dobry znak.

” – Puk, puk!
 – Kto tam?
 – Czy tu mieszka król z piernika, co się nigdy nie złości?
 – Nie, tu mieszka strach na wróble.
I strach na wróble wyszedł ze swojego szmacianego domku. Miał włosy ze starej szczotki i głowę z dyni, ale był bardzo sympatyczny.
 – Strachu na wróble, czy lubisz wędrować?
– Bardzo lubię, chociaż mam tylko jedną nogę.

 – To chodź z nami szukać króla z piernika. We troje będzie nam weselej”.

Cóż więc u Ludwiczki? Opowiem, bo właśnie sobie przypomniałam, za sprawą wydanego przez Naszą Księgarnię zbioru książeczek dla dzieci. Bardzo udana rzecz, bo są to reedycje różności z oryginalnymi ilustracjami. Wśród autorów, oprócz mojej Anny Świrszczyńskiej, są Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska. Ilustratorką Ludwiczki i jej przyjaciół jest Janina Krzemińska. „Artystka szczególnie chętnie posługiwała się barwną plamą, a jej prace charakteryzują ekspresyjność i groteskowa deformacja przedstawianej rzeczywistości”. – czytam na stronie wydawnictwa. Nawet się cieszę, że tak wcześnie miałam serce do groteski. Uwielbiałam te obrazki! Babcię zająca, starą Zajączkę-Siwą Łapkę, bujającą się przez sen na fotelu. Ludwiczkę podtapianą w strumieniu, gdy jej przyjaciele biegną co sił na ratunek, a ona uśmiecha się od ucha do ucha, jak wśród najlepszej zabawy. Jest ilustracja zająca pod krzesłem, bo nabroił. Tort z kapusty. I oczywiście ta okładkowa, z piernikowym królem o brązowej twarzy, z koroną i harmonią w ręku.

„Gospodarz posadził ich przy stole i dał im miodu na ślicznych, malowanych spodeczkach. Siedzą, jedzą, oblizują się. Dobrze im.
 – Czy to prawda – pyta Ludwiczka – że ty się nigdy nie złościsz?
 – Prawda. To pewnie dlatego, że mam serce z miodu.
 – Serce z miodu! To nadzwyczajne! – wykrzyknął zając i z podziwu tak podskoczył, aż przewrócił stół. Wszystkie śliczne, malowane spodeczki z miodem spadły na podłogę. Oj, co to było! Spodeczki się potłukły, podłoga się zabrudziła. Biedny zając ze strachu schował się pod krzesło.
A król się uśmiecha jakby nigdy nic.
 – Głupstwo, niech pan zając się nie martwi. Zaraz wszystko posprzątam.
 – Widzę – mówi Ludwiczka – że masz naprawdę dobry charakter”.

Opowiadać zbyt wiele nie trzeba, można wydedukować z cytatów. Ludwiczka miała cel, więc wyruszyła, by go realizować. Spotkała zająca, stracha na wróble, ślimaka i świnkę. Każdemu proponowała wspólną podróż, a czasem trzeba było pomóc uporządkować obowiązki przed wyprawą. Rzecz jasna – zgodnie z przekonaniem, że światem rządzi jakiś Ład i Sprawiedliwość – na końcu drogi czekał król z piernika. Co ja mówię! Mam nadzieję, że nie był to koniec drogi, lecz początek.

Co zostało we mnie z bajki o Ludwiczce? Owszem, nie wszystko poszło z dymem, bo to nie przypadek, że się coś lubi i kojarzy machinalnie z pewnym etapem swego życia. Choćby historia nie miała głębi przepastnej mądrości. Obstawiam, że Ludwiczka zadziałała jak archetyp. Później, dzięki innym tekstom i okolicznościom, przyswajałam sobie zniuansowane prawdy o niełatwym optymizmie, podejrzanym (choć czasem uzasadnionym) czarnowidztwie i o samotności, która nie dość że się przydarza, to po prostu zawsze jest blisko. Wszystko to nakładało się na dobrze wyprawione werniksem płótno z przekazem: wybieram dołeczki w policzkach i błysk w oku. 

I jeszcze jedno. Bo pozytywny przekaz jest z definicji przypisany literaturze dziecięcej. Otóż, mnie do zbyt słodkich treści było daleko. Moja Ludwiczka była wesoła, lecz bliska ludzi (to znaczy ślimaka, stracha, piernika i zająca). Nie dość, że trafiała na pozytywne typy, to świadomie właśnie takich poszukiwała. Szósty zmysł. Nie ma mowy o wspólnocie w biadoleniu i smęceniu. Cwana była – krótki teścik: lubisz wędrować? szukasz tych, co się nie złoszczą? chcesz iść razem?
Dobry humor niezależny od pogody. 

” – Jeśli chcesz – mówi Ludwiczka – możesz zostać moim kolegą. Szukam kolegi, co się nigdy nie złości.
– Doskonale. Będziemy kolegami na całe życie – odrzekł z zapałem król z piernika.
– A czy będziesz także kolegą stracha na wróble, świnki, ślimaka i zająca? To są moi przyjaciele.
Wtedy król z piernika, co miał miodowe serce, uśmiechnął się i powiedział:
 – Przyjaciele naszych przyjaciół są także naszymi przyjaciółmi”.

O wesołej Ludwiczce

Anna Świrszczyńska, O wesołej Ludwiczce, ilustrowała Janina Krzemińska [w:] Moje książeczki. Księga pierwsza, Nasza Księgarnia 2015

Reklamy

matura

Kciuki trzymam!

Maturzyści co mieli napisać, napisali. Wybór był skromny i drętwy. Arcypolski.
Teraz trzeba ściskać paluszki za egzaminatorów: by prace wpadły w dobre ręce, o dobrej godzinie, przy dobrej pogodzie etc.

koniczynkaI ja będę czyjeś maturalne analizy czytać i wyceniać. I niech mnie Bóg ma w swej opiece, bym trzeźwo, miłosiernie i jakoś tak adekwatnie (o ile się da) wyważyć cudzy trud umiała. Gdy spotkam pracę błyskotliwą, niech mnie oświeci intuicja, by nie zaprzepaścić niczego przez ślepą wierność wytycznym. Niech nie trafiają w moje ręce prace kuriozalnie głupie, by nie dobijać mojej wciąż nie dość polskiej, choć polonistycznej duszy. Wciąż „nie dość”, bo gdy się przyglądam tematom, to nie czuję w nich emocji, które współbrzmiałyby z moimi. Podejrzewam, że znaczna część piszących pisała o czymś niezbyt sobie bliskim. Szkoda. Po raz kolejny trzeba się było zastanawiać nad losem ojczyzny, narodu, literatury narodowej i przeróżnych ofiar. To są sprawy ważne, ale lepiej gdyby można je było przywołać samorzutnie, z impulsu lub przekonań, niż tak z rozkazu rozwałkowywać i ugniatać. Prorokuję liczne zakalce.

Odważniej i bez owijania w bawełnę pisze o tym Dariusz Chętkowski na blogu „Polityki”. Trafnie. Natomiast liczne komentarze, które się pod wspomnianym wpisem pojawiły, wprawiają mnie w nastrój kabaretowo-wisielczy. („Witam, zamiast Lucjan Rydel napisałem Ryszard Riedel, czy to błąd dyskwalifikujący moją pracę?”)

Spadające aniołyGdybym była maturzystką, to chciałabym, by wszystko miało ręce i nogi. I głowę. Wolałabym, by o egzaminie, do którego przystępuję, mówiono z szacunkiem, by nie ironizowano, nie wyśmiewano się, nie zamieniano matury w maturkę. Czasami życzy się zdającym łatwych egzaminów. Ja tam nie mam nic przeciw wyzwaniom trudnym, ale sensownym. Takim, które premiują wiedzę i sztukę myślenia. Angażują emocje i budzą wiarę, że to coś znaczy. Oczywiście, dojrzałość polega również na tym, by nie hołubić złudzeń, że Ktoś/Świat wystawi nam ocenę ze wszech miar sprawiedliwą. Ten najistotniejszy werdykt zapada mimmo wszystko w nas samych. Niemniej jednak: niechby nie było tak, że głównymi decydentami są fart i pech. Nie mam powodu naburmuszać się, że wysokie procenty przypadają w udziale czytaczom ściąg i streszczaczom załączonego fragmentu. Ale nie mogę pozbyć się dreszczu żalu, gdy myślę, jak niewiele szans na rozwinięcie skrzydeł mają ci, za których kciuki zaciskam szczególnie.

Wsłuchałam się dziś w przedmaturalne sondy, rozmowy z osiemnastolatkami przed egzaminem i tuż po nim. Uderzyło mnie, jak wielu z nich śmiało się ironicznie przy pytaniu, czy czytali lektury. Ja tego tak czarno nie postrzegam. Znam takich, którzy czytają, choć wiem, że gatunek nieczytających ma stary rodowód i bynajmniej nie wymiera. Ale to podejście do matury ze strony zdających nie jest mi obojętne. Bo raz: pełno w nim przejęcia właściwego komuś, kto będzie oceniany, dwa – często pobrzmiewa refren: „byle zdać”, „mnie to do niczego niepotrzebne” etc. Trzy: wyczuwa się świadomość uczestnictwa w grze – my nie czytamy, bo wiemy, że to lipa, wy od lat odgrzewacie trupie „nieśmiertelniki”. Bilans zbalansowany.


Może jestem staroświecka jak znaki interpunkcyjne, ale wystrzegam się jaj z matury. Wkurza mnie głupawy program „matura to bzdura” (bo co ma piernik do wiatraka? – powszechne niedouczenie ma się nijak do egzaminu, raczej demaskuje odmóżdżającą rolę mediów). Strunę przeciągają jedni i drudzy – twórcy matury i jej komentatorzy. Słowem, jak widać, ulotniło mi się poczucie humoru i trzeba czym prędzej je wskrzesić, bo bez niego ani rusz. No tak. Wymądrzyłam się, zaalarmowałam świat, jak strasznie ambiwalentne jest to, w czym uczestniczę. I zdawszy sobie sprawę, że kijem rzeki nie zawrócę, idę uprawiać swój ogródek. I wypić spokojnie trzecią kawę. ;)

Tegoroczne tematy:
1) (na podstawie fragm. Potopu – scena wbijania na pal, na szczęście przerwana interwencją Kmicica) przeanalizować emocje żolnierzy, zachowania i sytuacje ukazanych w tekście postaci;
2) (na podstawie fragm.Wesela – scena rozmowy Gospodarza z Poetą) przedstawić i porównać, co bohaterowie sądzą o Polakach i o poezji narodowej.

* koniczynkę pożyczyłam bez wiedzy Autora – stąd (licząc na to, że podanie źródła jest zadośćuczynieniem).
* powyżej Wyspiański – Spadające anioły

józefinka i reszta

statuetkaTamaryszek zaczaił się w cieniu, wyczekując na wiosenną ekspansję. Niewykluczone, że uda się przebudzić i rozgadać na wszystkie tematy naraz. Póki co, podejmuję próbę przerwania milczenia – próbę mikrofonu. Czy mnie słychać?

Mam w zanadrzu kilka przeczytanych książek. I kilkanaście filmów, oglądanych zachłannie, w pośpiechu, pod presją. Może tego aż za dużo, by zgarnąć do jednej notki, a znów pisać o wszystkim z osobna to jak wchodzić do szafy z molami, gdy tymczasem świeży, kwietniowy deszcz zmywa stare i każe czekać na nowe kiełki. 

Będzie ruletka, wybiorę jedną jedyną rzecz zaprzeszłą i nastawię się na nowy kurs. Może nawet zafunduję sobie lifting, jeśli nadal nie będę pewna, czy ja muszę opowiadać świat akurat, właśnie i tylko przez pryzmat filmów. Chyba że rzeczywiście muszę. Bo prawdą jest, że co nieopisane, istnieje jakby mniej, tak tylko bladoniebiesko i mgliście.

Kilka słów o presji oglądania. Przyczyna była ważna. Chodziło o Józefinkę – tę, która pręży się u góry na lewo. Spiralka z taśmy filmowej jest statuetką dla zwycięzcy konkursu filmowego – ja jej nie zdobyłam, lecz miałam okazję ją wręczać. Rzecz spoza blogosfery, kawałek mojego realnego życia, czyli pracy w szkole. Józefinka ma imię po Tischnerze (uczę w szkole, której jest patronem).  A konkurs miał swoją szóstą edycję i najpierw wyssał ze mnie wszystkie soki, a później odwdzięczył się wielką frajdą. 


Marcelina, Magda i Michalina i inniSię cieszę bardzo! Odwiedziło nas prawie 30 drużyn z szesnastu szkół (wielkopolskie licea) i przyjemnie było gościć tę chmarę kinomaniaków. Bo to jest konkurs-spotkanie ludzi z filmową pasją. Tych, którzy oglądają filmy i wiedzą, co w kinematograficznej trawie piszczy. Jedna część (ta, którą ja przygotowuję) testowała znajomość filmów sezonu. Toteż miałam powód, by nadrobić braki, odkurzyć znane, znaleźć klucz do quizowych pytań i główkować: jak by tu zbić z tropu, zmylić, podpuścić, wyprowadzić na manowce. Miksowałam sceny, zestawiałam fotosy, sklejałam fragmenty muzyczne, dobierałam cytaty. Ręce urobione i głowa dymiąca. Tu sprostowanie: pomagali mi Dzielni Ludzie, szare eminencje technologicznej obróbki (za co, jeśli tu zajrzą, daję serdecznie wdzięczny uśmiech!). Słowem: ja poszłam wszerz, a Lidka (odpowiedzialna za drugą część konkursu) – w głąb (filmoznawcze zadania z czterech obowiązkowych tytułów z klasyki). 

I powiem jedno: no, nie wiem. Skąd się biorą ci ludzie, nie do zagięcia? Oj, nie było tak, że ja wiem więcej i was sprawdzam. Oni naprawdę mają oko, ucho, pamięć i zacięcie do inteligentnej zabawy. Więc chyba za Mateuszem z filmu Chce się żyć powiem: dobrze jest! Bo skoro oglądają i potrafią interpretować tytuły ambitne, skoro z gracją wykonują slalomy między tym, co w kinie ma wagę problemu, tym, co warsztatowo błyskotliwe i tym, co skrzy się bezpretensjonalnym wdziękiem – to znaczy, że warto dla nich robić filmy i jest z kim o nich rozmawiać. 

Poniżej kilka fotek – na trzeciej zespół z Siedemnastki, za który zaciskałam kciuki bardzo szczególnie. I skutecznie! Bo choć z Józefinką musieliśmy się rozstać, to trzecie miejsce zostało w naszej/mojej szkole. 

Janek i BasiaAlicja i MichałTomek i Ewa

A ponieważ „księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie” i każdy koniec jest jakimś początkiem, więc odliczam czas i oglądam filmy na konto spotkania za rok. ;)

Jeśli komuś blisko do Poznania, zapraszam! Rozsyłamy do szkół anonse, część z nich ginie w gąszczu innych i trzeba czujności, by nie przegapić. To jeszcze jedna wielka sprawa: że są nauczyciele, którym się chce zaproszenie przyjąć, informację dalej przekazać i jeszcze przyjechać ze swoimi na miejsce imprezy i wspólnie z nami się bawić. Świetne!

A skoro – tak wyjątkowo przecież – weszłam w świat moich codziennych zmagań, to nadmienię, że choć codzienność jest zwyczajna, to świąt w przestrzeni mojej szkoły co niemiara. Mój tekst dotyczy XVII LO, które tworzy zespół (ZSO) z Gimnazjum nr 26. Jeśli czytacie Miasto Książek (a kto nie czyta?!), to napotkacie tam relację z wizyty Padmy (Pauliny Surniak) w naszym gimnazjum. Prowadziła Lekcję czytania (akcja pod patronatem „Tygodnika Powszechnego”, zorganizowana u nas przez Jolę, dzięki której Biblioteka jest szkolną bazą inspiracji!).

Nie spotkałam Pauliny, w brodę sobie pluję, ale nie z każdej gratki można skorzystać. Wiem jednak, że gimnazjaliści byli zachwyceni i wrócili na lekcje uskrzydleni. I tak sobie fruwamy. ;)

masz ci los!

No masz. Jak czasem los przydepnie, to tylko stękać. Czekać aż przyjdzie wichura i przegna. Nic, nic, się wygramolę z przydepnięcia, kurz zetrę, włos potargam, przytupnę! Jeno ten los po horyzont się rozmościł. Nic innego nie widać, tylko los, karmę, przypisanie… istne fatum. I to z każdej strony, gdzie by nie zerknąć.

Otwieram Myśliwskiego – Ostatnie rozdanie – rzecz, wiadomo, wyczekana, bo prawie pewniak. Zakłady można robić, czy rozbije triumwirat, czy będzie na miejscu czwartym – trzy mocne tytuły idą łeb w łeb: Kamień na kamieniu, Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli. Zawsze jest tak, że ktoś próbuje pozbierać i ogarnąć swoje życie. Jakiś Szymon Pietruszka czy inny gawędziarz. Miesza się cierpienie z radością, bliskość z samotnością, codzienność i święto. A wszystko wokół zwykłych spraw się kręci. Albo to będzie potrzeba wybudowania grobu, albo wspomnienie zgubionego buta czy pałaszowanego rodzinnie rosołu, albo łuskanie fasoli. A tym razem jest notes-adresownik, spuchnięty od nadmiaru, rozlatujący się, sam siebie niepewien. Bohater otwiera go co i rusz, próbując rozpoznać, kto pod jakim nazwiskiem się kryje. Kim był ten, tamten? Co mnie z nim wiązało? Listy, zestawienia, rządki nazwisk upchanych pod kolejnymi literami alfabetu. Pięknie, ładnie, ale za dużo. Niestety, déjà vu

Rzecz pamięci, która bynajmniej nie jest gruntowna ani stała. Z biegiem lat pokazuje to samo jak zupełnie nowy film. Czasami z dnia na dzień. I tak od listy nierozpoznawalnych nazwisk przechodzimy do warstewek własnej tożsamości, która również ma całe połacie nierozpoznanego. „Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym” – mówi Myśliwski. Trochę mnie przynaglając, by podkręcić świadomość.

„Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić sami z sobą. I od razu nasuwa się pytanie: to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi”.

niby jarzębinaNie wiem, ku czemu prowadzi mnie Myśliwski, bo jestem w drodze. Wiszą mi nad głową różne miecze Damoklesa (innowacja, nie błąd), więc powieść łykam haustem, a potem odkładam i czytam od nowa. Tym sposobem nieźle już sobie obrzydziłam nieszczęsny notes, w którym wszystkiego jest ponad miarę, a niewielki z tego pożytek, bo słowa oderwały się od treści, nazwiska od twarzy, wspomnienia od prawdy.

Więcej u Myśliwskiego nostalgii niż entuzjazmu, więcej utraconego niż znalezionego. Mam nadzieję, że jest nadzieja. Sprawdzę. Liczę na nią, mając na uwadze obraz chłopca na obsypanej kwieciem ulęgałce. I szybko na tę modłę tworząc swój jarzębinowy ekwiwalent. Pozytywny, z mocnym akcentem, gościnny. Wyżej to nie jarzębina, ale zamiennik.

Kondycja, póki co, nie doskakuje do szczytu swych możliwości. Lecz uparcie przeczy diagnozom nader jednoznacznym o „obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy radzić sobie z samotnością”. Bo też cóż by to była za pułapka. To byłby bezpardonowy kopniak losu. 

I rzuca mi Myśliwski takie zdanie: „Gdy się jednakże na taką kwitnącą ulęgałkę patrzy, można zawstydzić się sobą. Czymże się bowiem jest wobec takiej kwitnącej ulęgałki?” A ja nieśmiało myślę sobie: podpatrywać tę ulęgałkę. Uczyć się od jarzębiny. 

Niewykluczone, że Myśliwski jest o czymś innym, przeczytałam dopiero jedną trzecią.

step by step

Tatry 2013

drobne przed dużym

Rankiem była jeszcze rosa i cisza. I różne drobne gałązki, kwiaty, trawy, których masywy nie są w stanie unicestwić swą wielkością. Godzina siódma, dobry moment na start. Tę świadomość umacniał powrót, schodzenie z gór popołudniem, gdy ławy turystów przetaczały się od Kuźnic do Murowańca, do Czarnego Stawu Gąsienicowego lub na Giewont. Ławice, chmary, czasem stada. Ktoś za plecami, ktoś z boku i tuż przed. Czyjeś rozmowy, czyjeś zmęczenie, marudzenie lub przekonywanie synka, że musi wleźć na górę, choć ten ryczy, że nie chce. Tego trzeba unikać i można. Pierwsza sprawa: wcześnie wyruszyć. Druga sprawa: omijać punkty newralgiczne. Do takich należą: Kasprowy, Giewont, Chochołowska i Morskie Oko. Tam mnie nie było. Szerokim łukiem warto obejść Krupówki, chyba że trzeba coś koniecznie właśnie tam, no to już siła wyższa.

Dolin omijać się nie da, bo są piękne, nawet gdy schodzone po tysiąckroć. Lubię Dolinę Małej Łąki, Dolinę Strążyską, może być Dolina Jaworzynki (choć wolę alternatywną drogę przez Boczań). Wcale nie są płaskie, a przejście ich rozciąga mięśnie, napina ciało, ustawia oddech i rytm.  Potem już można step by step, wyżej, skaliściej, bardziej stromo.

liliowo na rozgrzewce

Poniżej fotka-zadośćuczynienie poglądom E., która twierdzi, że tamaryszek zasłania się banerkiem z krzaczkiem lub ujawnia się sfotografowany od tyłu. Dowód z rozszerzeniem: dorzucam podeszwy. 

pokłon albo rozciąganie

Przesiadywacz kinowy to gatunek, który zabójczej kondycji na kliknięcie nie posiada, ale szybko jej nabiera. Niewykluczone, że pomaga mu filmowe (bądź literackie) wyczucie kompozycji. W tym rzecz, że nie można przeciągać ekspozycji i oddalać punktów kulminacyjnych w nieskończoność. Jest góra, jest trans. Bywało, że stopy, łydki i uda – po zejściu z trasy – miały do mnie o coś pretensje, ale na szlaku znały co to mores. Trasy były piękne. 

gdy jeziorka maleją

Dolina Pięciu Stawów, Zawrat (2159m) i grań w kierunku Świnicy. Łańcuchy dyndające w pionowo wznoszącej się skale. Zdecydowanie przychylniejsze, gdy się po nich wspinać niż schodzić. Można je czasem omijać, przylegając do skały, wszczepiając się w wystające szczerby czy uskoki. Stąd widoki są już naprawdę panoramiczne, a przy tym surowe i bez osłony mówiące jakie są proporcje. Masyw i ludzkie punkciki. Niezmordowane „mrówki”, którym śni się górski rozmach. Wdech. Haust. I raz po raz swobodny krok pomiędzy jednym wzniesieniem a kolejnym. Poniżej: spojrzenie z dołu, zanim dojdzie się się na linię grani.

w drodze na Zawrat

Szczelina na Skrajnej Sieczkowej Przełączce

Takim największym z przeżyć było przejście fragmentem Orlej Perci. Podobno tym nie najstraszniejszym, niemniej dającym o niej wyobrażenie. Orla Perć, najdłuższy szlak graniowy w Tatrach Wysokich, ciągnie się od Zawratu (na którym bywam regularnie) po przełęcz Krzyżne i dalej na wschód grzbietem Wołoszyna (niedostępnym dla turystów). Przejść ją na raz to mega wyczyn, więc zazwyczaj dzieli się trasę na dwa-trzy odcinki. 

Mój kawałek. Gdy już dotarłam do Czarnego Stawu Gąsienicowego, żółtym szlakiem namierzyłam Granaty (Zadni, Pośredni, Skrajny), dalej przez Buczynową Strażnicę na Kozi Wierch (2291m) i … z powrotem, bo ta część, która mnie dzieliła od Zawratu była jednokierunkową drogą, z mojej strony niedostępną.

Czarne Ściany z 20-metrowym kominem Czarnego Mniszka są jedną z atrakcji, nie taką znów trudną, bo łańcuchy naprawdę pomagają szybko tę wysokość pokonać. Jednak pionowa ciemna ściana wygląda imponująco. 

I przejście przez szczelinę też jest bezproblemowe, o ile nie ma się rozterek przy wykonaniu zamaszystego wykroku. Fotka powyżej jest jedyną zapożyczoną z Netu (źrodło), ukazuje Szczelinę na Skrajnej Sieczkowej Przełączce z perspektywy groźniejszej niż widzi ten, kto ją przekracza. Ale… choć wyłączyłam rojenia wyobraźni na trasie, to powróciły we śnie.

Zawrat. Barwy narodowe

Narodowe barwy na Zawracie. Narastająca fala narodowych nastrojów, nadto kanciastych, by się z nimi utożsamiać, sprawia, że ja raczej trzymam dystans. A jak na złość trafił mi się Ślązak nadający przez komórkę pean na cześć poznańskich transparenciarzy stadionowych, co to Litwinów chcieli w kozi róg zapędzić. Coraz mi dalej do flag i sztandarów, ale dowód mojego patriotyzmu pojawił się organicznie. Bluzka z rękawkiem krótkim a potem bez – i barwy narodowe na dzień przed świętem jak malowane.  

widok z Małołączniaka na Kopę Kondracką

Powyżej i poniżej Małołączniak. Miały być Czerwone Wierchy od Ciemniaka przez Krzesanicę, Małołączniak, Kopę Kondracką i może jeszcze z nawiązką Goryczkowa Czuba czy Kasprowy, ale się okroiło. Bo podejście na Małołączniak jest naprawdę do polubienia. Przysłop Miętusi i droga przez las to jedno, lepszy Kobylarzowy Żleb, świetny Czerwony Grzbiet. Błękitne Niebo przypasowało, choć go nie było na mapie.

sepia na Małołączniaku

takie sobie gadanie

…jak nas razem poniesie… 

Dokąd, ale przede wszystkim „jak?”. Niedzielna rozmowa Tomasza Stańki z Katarzyną Nosowską to był półgodzinny wir z kontrapunktami. Program z cyklu Rozmowy po-szczególne oddany jest w ręce dwojga. Mistrz – uczeń, mistrz – następca, mistrz wobec mistrza. Pojemna formuła, tym razem Stańko wskazał na Nosowską. Żadnych postronnych dziennikarzy-animatorów. Coś takiego było w tej rozmowie, że przyciągnęło mnie jak magnes opiłki. O sztuce, o życiu, o tych dwojgu. Odrobinę czcze zajęcie relacjonować po czasie: co powiedział On, o co spytała Ona. A jednak – ta rozmowa była jak zaczyn, więc biorę ją na warsztat „pre-tekstów” jako pretekst do pogadania sobie. Choć persona ze mnie niekoniecznie równorzędna. 

Kto pyta, kto odpowiada? Układ sił w dobrej rozmowie nie powinien być przesądzony. Dużo więcej mówiła Nosowska. O sobie – o gustach, lękach, traumach z młodości, średnich relacjach z rodzicami. A Stańko wtrącał coś na koniec i kontrapunktował. „A wie Pani, dobrze to Pani ujęła”. „Miałem tak samo”. „Nie, nigdy nie myślałem podobnie”. Szalenie mi się to podoba! Po prostu, żeby mogło paść jedno mocne zdanie, potrzeba zaplecza słów naprowadzających. I gdy Nosowska podrzuca: „W brzmieniu Pana trąbki jest zawarte Pana DNA”, to Stańko może odpowiedzieć: „Brzmienie jest częścią osobowości. Jedyne, co pięknieje całe życie, co do samego końca jest silne”. Punkt dla Stańki za puentę. Punkt dla Nosowskiej za hojność opowieści, za możliwość sformatowania sentencji.
Ile trzeba z siebie dać, by coś dostać? 
Czasami psioczę na nieprzezroczystych dziennikarzy, zbyt natrętnie eksponujących swoje ego. Ale to dotyczy wywiadu. Rozmowa nim nie jest. To, co kładziemy na stół, chcąc usłyszeć czyjeś wyznanie, jest tym, czym budujemy zaufanie (oczywiście, ryzykując, że wyznanie będzie jednostronne). Sztuka gadania. 

„Ciekaw jestem naszej rozmowy. Jak się potoczy. Jak nas razem poniesie”. 

piasek na plaży w Łebie

…wolę mówić o rzeczach pobocznych…

Jest takie obiegowe przekonanie, że artyści o swojej sztuce nie powinni mówić zbyt wiele.Poznasz muzyka, słuchając jak gra, aktora w roli, pisarza po tekście. Siebie samego  (i każdą poszczególną postać) wtedy, gdy jest się jak najdalej od definiowania swoich mniemań na własny temat. Rozmowę poniosło na pobocza, a nie były to wcale manowce. Bo z tego, co się czyta, gdzie się umieszcza punkty zwrotne w życiu, co się robi z błędem, wynika wiele, chociaż nie wprost.  Lecz w gruncie rzeczy mówienie bezpośrednio o sobie  donikąd nie prowadzi. 

Uskok jeden z wielu: słowo.
Dla Nosowskiej szalenie ważne, nawet jazzowe improwizacje Stańki brzmią dla niej jak ujęte w słowa narracje. Własne teksty wyszarpuje z krwiobiegu. Dla Stańki słowa są wtórne, czyta specyficznie: strzępami. Wytypował literackich jazzmanów – Faulknera i Joyce`a. Bo ich się czyta dla rytmu, dla powrotów, szukając zaczepień i gubiąc wątki. Narracja jest wtórna. Liczy się ogrywanie akordów. Bardzo dobrze łyka  poezję i wszystko, co nie ma zamaszystości i rozlewności. Inaczej czytałby muzyk klasyczny – na ogół tropiąc strukturę, badając kompozycję i wizję całości.

Nie można posuwać się zbyt daleko w tej transkrypcji, ale lubię wiedzieć, co interesujący mnie ludzie uznają za warte czytania, co oglądają, na jaki kanał nastawiają radio. To jest jak szyfr mentalny.  Jeśli – dajmy na to – ktoś lubi motywy muzyczne z westernów, to co? Albo na okrągło może słuchać Koncertów brandenburskich Bacha, to co? Lub poczytuje sześć książek jednocześnie. To są informacje bardzo a propos. Zwłaszcza, że (zacytuję jazzmana) tego rodzaju wyborami „wyobrażamy sobie siebie”. Bo na ogół „jest się takim, jakim się chce być”. I co można by powiedzieć o mnie, wiedząc, że przenigdy nie czytam dwóch rzeczy naraz, wykluczam lekturę w łóżku (bo zasnę nim ogarnę stronę) i bardzo lubię bohaterów, którzy piszą (cokolwiek)?

Uskok kolejny – narodziny.
Nosowska: to był moment, „gdy zdecydowałam, że odtąd będę głucha na destrukcję”. Chodziło o impregnację na dołujące oceny niezadowolonych rodziców. Stańko: gdy wyszedłem z kina i zrozumiałem, że mogę – tak jak bohater – postawić wszystko na jedną kartę. Mówiono, że nie ma przyszłości dla jazzowego muzyka. Może nie ma, ale kto postawi tamę komuś, kto  zamierza iść przed siebie?

piasek i kamyki

…jak ograć błąd…

Nosowska: po każdym koncercie trzeba dostrzec potknięcia, usunąć, co zbędne, oczyszczać się z nadmiaru (bo jest magazynem złudzeń). Sugestia idzie w tym kierunku, by w tym, co się robi, zachować prostotę. Jeśli coś można wykreślić, a konstrukcja (utworu, relacji, życia) nie chwieje się, może nadal istnieć – to należy dokonać cięć. Innymi słowy: identyfikujemy coś jako błąd, idziemy dalej, starając się uwalniać od zakłóceń. 

Stańko: błąd należy „ograć” (czy w ogóle istnieje coś takiego jak błąd? wszystko, co się przydarza jest koniecznością). Gdy pojawia się fałszywa nuta, przynosi (twórczy) ferment. Wywołuje konsternację, zmusza do natychmiastowej reakcji. Coś burzy i natychmiast ustawia klocki w nowej konfiguracji. Dzięki temu, że muzyka trwa, błędy mają szansę być źródłem energii i przemiany. I samo pojęcie „błędu” jest możliwe tylko z perspektywy sytuacji „sprzed zaistnienia pomyłki”.  

Magiczne nieco. Czary mary. Jak mówią diabły u Bułhakowa: „Wszystko będzie jak być powinno. Tak już jest urządzony świat”. Na co by się zdała cała poprawność, szczęśliwość, spełnienie, gdyby nie było cieni i pęcherzyków pustki?

Z podziwem słuchałam niespiesznych odpowiedzi Stańki. Brzmiały tak, jakby wypowiadał je ktoś, kto za niczym szczególnie nie gonił, a znalazł to, co najważniejsze. „Nie zakładam żadnych progów ani met. Poddaję się życiu. Krajobraz się zmienia… Jestem w tej samej rzece, idę…”

 

Tym sposobem przegadałam do końca tę notkę. Setną! Też myślę, że rzeka mnie poniesie i wypoleruje kanty, o które się potykam. Będę mogła potem zbierać kamyki na pamiątkę, takie jak te z fotografii (plaża w Łebie, we wrześniu, kilka lat temu).

Rozmowy po-szczególne, TVP 2, 3.02.2013 (17.20) 

Rozmowa jest dostępna on-line: Tomasz Stańko i Katarzyna Nosowska.
Można też posłuchać rozmowy Jerzego Stuhra i Agaty Buzek.

listopadowe błyski

Melancholia, nostalgia, depresyjka dobre są o każdej porze roku, ale wszystkie trzy – niczym wiedźmy – lubią siadać na listopadowych gałęziach i mamrotać wanitatywne zaklęcia. Przemijamy…, no przemijamy. Mijamy, płyniemy, zmieniamy się, zostawiamy coś za sobą (albo kogoś). Coś już nie wróci. Choćby nie wiem jak zaciskać palce na gałązkach, nie da się uschniętych liści namówić na zieleń. 

Nic a nic? Nawet refrenem, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy…? Umieramy, odpowiadają, po troszeczku, konsekwentnie i nieodwołalnie. Aż głuche echo zabrzmiało mi w piersiach i zmusiło, by ciężko westchnąć. I tym sposobem – gdy dla równowagi nabrałam tchu – nadmiar powietrza rozrzedził mi czarne ptaszyska nad głową. 

Kto odchodzi, ten odchodzi, ale są tacy, którzy właśnie o tej porze mają zwyczaj się dobijać do intensywniejszego istnienia. Ja na przykład. Bo na przekór – to raz. Bo na pamiątkę – to dwa.

Lat temu tyle a tyle (ogromnie dużo w skali motylej i prawie nic w oczach gwiazd) pierwszy raz rozejrzałam się wokół i zaczęłam sobie żyć. Piąty dzień listopada, była 15.02 (albo 05), chyba wtorek. Więc tak w godzinach nieobjętych mozołem pracy. Mam nadzieję, że nie padało, ale nikt nie może sobie tego przypomnieć na bank. Czekał już na mnie szykowny granatowy wózek. Rodzeństwa jeszcze nie było. W ogóle – pionier był ze mnie na kilku frontach: mama została mamą, tata tatą, babcia babcią, dziadek dziadkiem (i nabroił tego dnia z wrażenia), druga para babcia-dziadek była już namaszczona swoją rolą. Zaczęli się martwić, że przyciśnięta dłoń do czoła zostawiła ślad, który długo nie znikał. Ale zniknął, wcześniej niż byłam w stanie go zidentyfikować i objąć własną obserwacją. Tym samym tropem podążyło wiele innych moich uroczych cech z wczesnego i średniego dzieciństwa. Dołeczki w policzkach, pierścienie we włosach, zapotrzebowanie na wierszyki etc.

Nie dam rady zrekonstruować, nad czym rozmyślałam, przyciskając małą piąstkę do czoła. Coś sobie może do głowy chciałam włożyć, żeby po latach pamiętać. Masz ci los! – daremnie! Mam nadzieję, że nie miałam przedwczesnych olśnień o tym, ile na tym świecie jest spraw nie do pojęcia. Bo byłoby mi samej siebie żal. Domyślam się, że orszak muz stanął nad moim łóżeczkiem. I ktoś go, cholera, musiał przepłoszyć, bo nie wyrosłam na lśniący diament wielokaratowy. Coś tam mi się zagubiło w tłumaczeniu z anielskiego na ziemskie…

Jakby nie było: listopadowy look (wtedy na pewno nie szastano tak anglicyzmami!) był pierwszym, w który weszłam, więc późnojesienne widoczki nie mogły (i do dziś nie mogą) kojarzyć mi się źle. Wokół mnie nie było co prawda roztoczańskich lasów, ani połonin, gdzie by feeria kolorów zagrała intensywnością. Ale: żółtych brzóz (bardziej podatnych na tańce z wiatrem niż te zielone) było na pewno na pęki. I astry, zwłaszcza marcinki, te drobniutkie, i owoce dzikiej róży, i ciemna zieleń upartych sosen.

Co jeszcze (oprócz mnie) przychodzi jesienią? Nie mówmy o grzybach, śliwkach, złotych liściach, bo w listopadzie są już passe. Ale jabłka? Mój Pan z warzywniaka właśnie teraz wystawia piękne cortlandy red, co do których nie można mieć zastrzeżeń, pycha. Przychodzi czas rozpościerania parasoli. Można sobie zanucić Parasolki z Cherbourga. Ja nucę. Znam dwie osoby, które lubią chodzić w kaloszach – teraz właśnie mogą. Chyba. O ile w kaloszach nie jest zimno. Można przyjechać do Poznania na świętomarcińskie rogale (tradycyjnie jedenastego, ale handlowcy ćwiczą  już od dobrych kilku tygodni). Stara prawda mówi: wszystko można, jak się chce.

Różne rzeczy mogą się o tej porze spełnić. No a wieczorową porą (także w listopadzie) powinien przyjść brunet. Tylko po co?

 

Można sobie wespół zespół (z tym brunetem) lub samotnie pograć w scrabble lub poukładać haiku. Albo przeczytać, bo tyle świetnych już powstało. Cytuję za wydaniem zredagowanym przez Czesława Miłosza.

Idę z rzeką
Woda myśli za mnie.   (Bob Boldman)

Po prostu będąc,
Jestem tutaj –
W śnieżycy.       (Issa)

Chorując w podróży – 
Nad suchym wrzosowiskiem
Wędrują sny.                                               (Basho)

Nad łódką
Brzuchy
Dzikich gęsi.                                                   (Kikaku)

 

Oby temu,
Który tej nocy przynosi kwiaty,
Świecił księżyc.           (Kikaku)

Gdyby natomiast do Kogoś z Was przyszedł krasnoludek z niebieską brodą i narzekał, że jesień jest po to, by ją przeczekać, przespać, pobiadolić – to proszę nie wierzyć! To stary symulant bez czci i wstydu, który ludziom mąci w głowach, sprawia, że lęgną się w nich teorie spiskowe albo depresyjne tumiwisizmy. Przegnać drania! Podobno bardzo nie lubi pietruszki, to można ją pokroić i obserwować. Obywatel ten lubi chadzać w tamaryszkowych rękawiczkach. I to już jest o jeden most za daleko, tu się przebrała miarka. Denuncjuję go publicznie, zanim mi wstydu narobi.

A zdjęcia są z dzisiejszego spaceru.
Fotki powiększają się po kliknięciu. Po to, by silniej emanować.;)

roztocze, mon amour

Kino było na wyciągnięcie ręki. Kazimierskie Dwa Brzegi odliczały godziny do finiszu, ale wciąż jeszcze kusiły bliskością artystów. Pierwszy raz byłam w tym mieście, więc trzeba mi było przejść Wąwozem Korzeniowym (i Norowym), zebrać pył z bocznych uliczek, zajrzeć do galerii, doszlifować bruk na Rynku, zjeść „koguta”…, no nie wciągnął mnie kinowy namiot. Byłam jednak na spotkaniu z Agatą Kuleszą i Danutą Szaflarską. Słońce, malwy, słoneczniki, letnie wysokie kwiaty. Piasek, bruk i korzenie (powariowały drzewa, żeby tak żyć z żyłami na wierzchu!), plantacje malin i porzeczek, pole zarośnięte tytoniem. Czego więcej trzeba? Łąka, którą można zmierzyć w tę i we w tę, brzeg Wisły, gdyby brakowało błękitu. Co prawda ludzi było co niemiara, ale moje pierwsze spotkanie z Kazimierzem D. nie wymagało szczególnej intymności, tłum był całkiem znośną scenerią. Rozpełzał się taktownie, nie napierał, nie deptał.

Prawdziwie kinowym miejscem okazał się następny przystanek: Zwierzyniec. Letnia rezydencja Zamojskich. Zamojscy trafiają na moją krótką listę ulubionych wizjonerów i zanim dokończę myśl o filmowym Zwierzyńcu, dopowiem dygresyjnie, że bardzo spodobał mi się Zamość. Miałam na niego jeden dzień, więc włóczyłam się po starym mieście – tam, gdzie cudnymi ornamentami ustrojone są ormiańskie kamienice (wybieram niebieską, pod małżeństwem!), gdzie renesansowy ratusz pokrewnie mruga do ratusza poznańskiego, gdzie katedra pod wezwaniem niewiernego Tomasza i gdzie na obrzeżach, czyli pod wierzchnią fasadą, można podpatrzyć odrapania, zapadnięte mury, drzwi w ruinie etc. Niczym proustowska magdalenka przywoływał Lwów, gdzie warstwy stare-nowe zmieszane są dość podobnie. I wiem, w którym domu mieszkał Leśmian. I weszłam do najstarszej w Polsce apteki (1609). W Zamościu mieszkali kolejni Ordynaci, a do Zwierzyńca przyjeżdżali na wypoczynek. Rozsiewali hojną ręką pomysły i donacyjne fundusze, więc te prowincjonalne miasteczka (otulone roztoczańskim płaszczem) wchłonęły i zasymilowały mury sprzed stuleci.

Renesans i barok trzymają się pod rękę. Zwierzyniecki kościółek na wodzie jest spokojnie barokowy. Architektura okolicznych miasteczek nie przytłacza obowiązkiem, by koniecznie zwiedzać każdy kościół, synagogę czy cerkiew, ale wchodzi się do nich z drogi, naturalnie, by po chwili przejść mostem, pospacerować po parku i dalej: znów na łąki, na trakty leśne, nad stawy, strumienie, mokradełka, na kolorowe, wstążkowe pola.

Ale: kino! Miało być o kinie! Bo w Zwierzyńcu – wtedy, gdy ja w nim gościłam – trwała 13.Letnia Akademia Filmowa. I to jest rzecz z rozmachem, ze świetnie przemyślanym programem. Zdarzają się tu filmy, które pamiętam z Wrocławia (NH), ale w przewadze są te mniej nowohoryzontowe. Program naprawdę kuszący, ale każda żarłoczność kiedyś się w końcu nasyca, więc ja byłam tak jakby „po obiedzie”. Tylko dwa seanse. Bardzo spodobała mi się atmosfera. Prowincjonalne kina (jedno prawdziwe, trzy przysposobione – czytaj: widownia rozsiada się na krzesłach lub ławkach), więcej zieleni, zdecydowanie mniej snobizmu niż we Wrocławiu (chociaż nie zgłaszam do tego snobizmu żadnych pretensji). Również dla filmu – ja tu kiedyś wrócę! Jakoś podobnie odgrażał się niegdyś Wilk do Zająca w rosyjskiej dobranocce. 

Po prawdzie: kino i architektura są trochę tematem zastępczym, bo najważniejsze, co oferuje Roztocze, kraina buku i jodły, to natura. Zwlekam, bo przecież – czy to się da opowiedzieć? Że obok kościółków, przydrożnych kapliczek, parkowych mostów i starych nagrobków, są domki i chałupy malownicze   i niedzisiejsze (?). I że wszystko zaczyna się zwyczajnie od jakiegoś szlaku i wygodnych butów, czasem od roweru, od plecaczka i mapy. I się idzie. Podoba się, bo jest zielono. Trochę może szkoda, że tak zielono, bo gdyby była jesień, toby dopiero ogień ruszył w tan, toby się zażółciło, zaczerwieniło, że hej! (Trzeba to sprawdzić!). Nie opowiem, jak to wygląda, na pierwszy rzut oka może być na przykład tak, jak na załączonych obrazkach.

Pierwszy raz w tych stronach. Przecieranie szlaków. Odzwyczajanie się od tatrzańskich oczekiwań, czyli od tych wędrówek, które najpierwsze przychodzą na myśl, gdy przypominam sobie wakacje. Tutaj jest zrazu mniej ekscytująco, zwyczajniej, lżej, wydaje się, że nie tyle znakowanych tras, co w Tatrach. Ale ruszamy w drogę i wiadomo – im głębiej w las, tym więcej drzew. Odsłania się kolejna warstwa, poszerza się przestrzeń, okazuje się, że nie wszystko da się zobaczyć podczas jednej wyprawy. Przybywa notatek odnośnie tego, co zostaje na przyszłość. Drzewa chcą być rozpoznane – buk na pierwszym planie, ale trzeba dostrzec wśród buczyny i graby, i wiązy. Jodłę odróżnić od świerku, klon od jaworu, dąb czerwony od tego rodzimego. Przyjrzeć się naciekom żywicznym, nacięciom, garbom i guzom. Pierwszy raz – niezapomniany, ale chyba więcej przede mną niż za mną. 

Są drzewa-okazy, np. w alei dębów w Górecku Kościelnym lub we Floriance – dąb Florian i wielki jawor. Wolę te, które rwą się do życia i nie przejmują się starczą próchnicą, ale pod jaworem posiedziałam. Myślałam, że Filon jakiś nadejdzie. Może za krótko czekałam… Może zabrakło wianka? Poniżej udokumentowane czekanie i droga powrotna przez stawy Echo, gdzie hasają sobie koniki polskie (potomkowie tarpanów, dziś symbol Roztaczańskiego Parku Narodowego).

Koniki jedno, ale mam też we wspomnieniu jedną zdezorientowaną kunę, dzięcioły różnorakie i mrówki. Ptaki – że tak powiem – stonowane, szału nie było. Dorzucę więc do fauny roztoczańskiej chrząszcza ze Szczebrzeszyna. Wyciągnęli go z trzciny, postawili na rynku. Dla kamuflażu podrzucili kilka chrząszczy drewnianych, rozsianych po mieście – ostatecznie więc nie wiem, czy z właściwym się witałam, ale myślę, że ta znajomość nie może mi zaszkodzić. 

Dobrze, że wymyślono rower. Że Roztocze jest rowerom przychylne – czasem można było śmigać rowerową trasą, czasem podskakiwać na siodełku między drzewami. Błogosławię ten cud, bo z racji bąbla pod czwartym paluszkiem stopy lewej i trzecim prawej (licząc od palucha), możliwość niedeptania ich oszczędziła mi ciut bólu, a więc uczyniła szczęśliwszą (jeszcze bardziej).

Oczywiście, nie wszędzie rowerem. Takie na przykład mokradełka, uroczyska, bagienka… to już insza inszość i trafiają tam tylko (co niektórzy) piechurzy. A wspomnę jeszcze – a propos zdrobnień użytych w poprzednim zdaniu – że deminutivum ma na Roztoczu szczególne względy. Sklep z miodem to „ulik”, sklep na rogu (gdzie wieje) to „Zefirek”, mniej frontalna dzielnica Z. to „Wywłoczka”, lokal przydrożny – „Upałek”. Zdrobnienia w natarciu. Nazwa też ważna – moim zdaniem „uroczysko” bardzo adekwatnie nazywa miejsce, które rzuca urok.

Bez puenty, bo co mam powiedzieć? Że „piękna nasza Polska cała…”? A jakże. Może więc sobie ku pamięci dorzucę, by mieć na uwadze, że pajęczyny są piękne, zwłaszcza w lesie. 

[zdjęcia: M.B.]

herbata i rogale


herbata

Na bramce, przed koncertem:

– Rekwirujemy napoje. Coś do picia – zostawić.
– Niby nic. Ale mam herbatę.
– Oj, zostawić.
– Ale w torebkach…
– Aaa… to nie… [Spojrzenie zdezorientowane: albo tego nie było na szkoleniu z procedur. Albo nie mieści się w głowie bramkarza, że można przyjść na koncert z paczką herbaty na sucho].

***
Nudno mi
Ze wskazówki sekundy kapią
Leje się
Za godziną godzina
Z zegara do wiadra
Z wiadra do cysterny – czas

Nudno mi
Z kalendarza się doby sypią
Ziarnka lat
Zwały dekad, stulecia
Furgony z erami
Wagony eonów – czas       (Czas)

Koszmarne naręcza czasu, który skapuje z zegara… Naręcza, bo zostają z niego badyle jakieś. Gdzie to wszystko wykapało? Dlaczego tak się zdeformowało, upodobniło kropla do kropli… ?  I teraz wydaje się, że niby mnóstwo czasu, zwały dekad, aż szuflami można zgarniać i usypywać górki-pagórki. Pokapany ten czas.

Nuda idzie w parze z nawałem pracy i rymuje się z frazą refrenu: nie wyrabiam.
O nie! Nie taka nuda jest najdokuczliwsza, gdy człowiek nie ma pomysłu, co ze sobą zrobić. Gorzej, gdy wie, ale musi się najpierw wyplątać z dziwnie monotonnych pnączy, które odrastają jak głowy Hydry. Niezmordowanie.

Mam na półce zbiór esejów o nudzie, pokłosie naukowej konferencji na powyższy temat. Lubię jedną z anegdotek, które pełnią tu rolę motta:

„Niejaki pan Geduldiger, co go napadło, nie wiem, wybrał się raz na Parsifala Wagnera. Na drugi dzień spotkał go znajomy i pyta, jak było. „No jak było…”, powiada pan Geduldiger. „Co mam Panu opowiadać? Kwadrans przed północą patrzę na zegarek, a to była dziewiąta”.

Inna rzecz, że w tekstach Kasi Nosowskiej nuda sąsiaduje z „monstrum, co wysysa ze mnie miąższ”, „wysysa szpik”. Z potworem, co go sobie człowiek własną krwią wykarmił, wyhodował.

ziarenko i strzępy

Regularnie podlewasz
Pobudzasz do wzrostu
Ziarno rozpaczy
Co kłączem sprężystym
Pnie się spod żebra
Wysoko ku nozdrzom
By tam się rozdwoić
By trysnąć z otworów

I sznurem podwójnym
Wzlecieć ku nocy
Przez obręcz Saturna
Ku Ziemi z powrotem
By pętli zawijasem
Na szyi zastygnąć
Śmiertelnym…
Śmiertelnym…    (Ziarno)*

Coś równie trafnego powiedzieć o nadziei…? Zabrzmiałoby jak rewers. Najpierw olbrzymi balon, potem strzępy, które zostają po przekłuciu. I cóż…, te strzępki sobie są. Więc jest i nadzieja, choć do spójnego kształtu jej daleko. Nie wiem też, czy równie zachłannie puszcza pędy. Ale to już kwestia metody podlewania i dogodnego wystawienia roślinki na słońce.

dwie minuty narzekania

Patent, ale mogę się podzielić. Są takie dni (a nie jest ich mało), że drętwotka, znużenie bądź wypalenie zakrada się do sali i robi rozrubę wśród 45 zaprogramowanych na wysokie obroty minut. Spojrzę w lewo: mina mopsa. Spojrzę w prawo: tłumione ADHD. Na wprost: wzrok nie nadąża za myślą albo ją dawno przegonił, bo myśl wysiadła na wcześniejszym przystanku. Jedyne, co jednoczy, to ochota na pomarudzenie. Zarządzam dwie minuty tylko na to. Okazuje się, że dłużej trudno wytrzymać, dzienna dawka antywitaminy wyczerpuje się niezwykle prędko. Czas na coś pożywniejszego. Odrobina słodyczy po łyżce dziegciu. Czas na merytoryczny konkret.

rogale marcińskie

I jak księżniczka Anna zawsze w maju spada z konia, tak każdego listopada Marcin przepycha się przed Rena. Niby ma wyznaczone, że jego dzień to jedenasty, ale długo przed i sporo po moszczą się na jego cześć wypasione rogale. Detronizują sernik, szarlotkę i drożdżowy placek. Niełatwo jest świętować The Day After.

Zwłaszcza w Poznaniu. Gdzie (niegdyś) główna ulica to Święty Marcin (w takiej właśnie mianownikowej, nie dopełniaczowej formie). Gdzie 11 listopada Marcin konno penetruje ulicę, a wszyscy zjadają przynajmniej jeden pokaźny, nafaszerowany białym makiem (w tajemniczej kombinacji) rogal. Komercja rozciągnęła żniwa rogalikarzy z jednego dnia bodajże na miesiąc. Więc i 12 dzień miesiąca nie jest w stanie marcińskich słodyczy odegnać. A skutki są zgubne. I ja się ich w tym roku zarzekam.

Wszystkie reny nucą to, co słyszą najczęściej. A 12 listopada największą częstotliwość zyskuje stara toastowa melodia Sto lat! Oczywiście, zmyślam. Nikt mi nie życzy dogorywania przy Alzheimerze, nikt nie podrywa mnie do boju tą melodią. Ale: choć Marcin zawłaszcza Święto Niepodległości, dwunasty dzień miesiąca jest (będzie) niepodzielnie mój.


* Teksty piosenek z najnowszej płyty Nosowskiej: 8

niepoczytalna poczytność

Niepoczytalna poczytność, czyli jak namierzyć tamaryszka

Miałam ostatnio do czynienia z przeróżnymi leksykonami. Lubię słowniki. Są takie dni, że mogłabym je czytać zamiast prasy. Nie robię tego często – trochę z obawy, by mnie nie wessało, trochę ze względu na to, by nie popaść w niepoczytalność lub inną anomalię.

Z ostatniego kontaktu jeszcze się nie otrząsnęłam, dlatego czepiam się znaczenia słów i dziwię niedopasowaniom. A wzrok mój padł na blogowe zestawienie haseł, które wpisane w wyszukiwarkę zaprowadziły poszukujących na tamaryszkowe włości.

„Poczytność” jaka jest, taka jest. Lepiej za bardzo nie rozbierać. Ciekawe wydaje mi się rozłożenie zainteresowania wśród dotąd zamieszczonych 31 wpisów. Królem magnesów jest notka z 29 marca 2011: sala samobójców (paralele). Niby dlaczego? Akurat o tym filmie pisało tak wielu, a ja nie zamierzyłam sobie, by stworzyć tekst głębszy nad inne, więc dlaczego? Proste. Film nabrał cech obrazu kultowego, postacie są niemal ikonami, a teksty odrywają się od scen i fruwają jak to skrzydlate słowa mają w zwyczaju. Wielu spragnionych fraz, które dotknęły ich podczas seansu (dowcipem lub trafnością), próbuje je odtworzyć… a dobrze wiemy jak szybko wyparowują z głowy cytaty. Nie powiem, mojej głowy słowa trzymają się dość uporczywie.
I gdybym wiedziała, że tak będzie, zanotowałabym cytatów więcej. Trwają więc łowy na: „najśmieszniejsze teksty z sali samobójców”, „najlepsze teksty…”, „czadowe teksty…”. A kto napisze tytuł filmu i magiczne słowo „teksty”, ten przekierowany zostaje na…”pre-teksty…”. Proste? No jasne.

Wykaz haseł podaje liczne strzały w tarczę. Uważam, że strzałem w dziesiątkę jest tytuł mego bloga. Tu przynajmniej wiem, że ktoś trafił na to, czego szukał. Sporo jest słów korespondujących z treścią wpisów, ale im uwagi poświęcać nie będę. Niezdrowe zainteresowanie budzą we mnie odstępstwa od logiki, słowa z kapelusza, ni przypiął ni przyłatał, takie, że nawet siódma woda po kisielu jest za gęsta na określenie ich pokrewieństwa z moim blogiem. Takie zbłąkane trafienia określam mianem „niepoczytalnych”.

„Niepoczytalny”, czyli „nieprzytomny, szalony, zagubiony między tym, co zamierzone a tym,co osiągnięte”. W niczym mi to, oczywiście, nie przeszkadza. Lunatycy i wszelkie motyle przysiadające na moment na kwieciu tamaryszka są widziani mile, choć niekoniecznie udaje mi się opanować zaskoczony wyraz twarzy. Dedykuję im kadr z filmu Wima Wendersa, Pina – korowód zmierzających nie wiadomo dokąd zahipnotyzowanych (a może lunatykujących?) tancerzy.

Na pierwszy rzut idą poszukiwacze tamaryszkowych historii miłosnych, ściślej: erotycznych. Moje oko wygląda jak wykrzyknik, bo nie nadążam z wypatrzeniem analogii. Ja, przypomnę, wywodzę się od nazwy wytwórni filmowej Agnes Vardy: Cine Tamaris.

Co się kryje za skojarzeniami tamaryszka z erotyką, tego nie wiem. Może winna jest Krystyna Nepomucka, pisząca przed laty powieści z tamaryszkiem w tytule (Sekret tamaryszka, Tamaryszek i dwa serca złączone, Tamaryszek i tajemnica babuni etc.), ale nie podejrzewam tej autorki o wybujałe dywagacje erotyczne. Pracowała jednocześnie w redakcji „Chłopskiej Drogi”, a tam to raczej gorączki emocjonalnej nie szerzono.

Kto szukał „nagości męskiej” i „tamaryszka do towarzystwa”, ten trafił kulą w płot. A wyznanie: „zakocham się w tobie, choć będzie to szok” odczytuję jak obietnicę. :)

Na drugi rzut weźmy ogrodników. Tropicieli: „tamaryszka francuskiego”, „tamaryszka białego”, „tamaryszka w formie drzewa”, „tamaryszkowych lasów”, „drzew tamaryszka w Turcji” oraz tych, których ciekawi zapach i liść tamaryszka. Na pocieszenie mają fotkę w tle nagłówka.

Dalsze porządkowanie nie ma sensu. Niepoczytalność nie daje się okiełznać. Najbardziej z równowagi wytrąca mnie zapotrzebowanie na „identyfikację wizualną niedźwiedzia”. Żaden komentarz nie przychodzi mi do głowy.


Pozostałe spróbuję potraktować jak rzucone mi w biegu hasło czekające na odzew.

Jak wymawia się „bovary”?    Bez udziwnień.     
Pryszczata dziewczyna. Dziewczyna z papierosem. To nie ja.
Faceci na plakatach perfum.  Wąchają lub pachną. Ten typ tak ma.
Czy Marysia będzie żyć? Będzie, ale do czasu.
Znaczenie krogulców na Notre Dame. Rzygacze wszech czasów.
Jak rozmawiać z tymi, którzy wszystko wiedzą? Unikać.
Ile przeciętnie kosztuje szafa z pawlaczem? Nie kupować niczego, co przeciętne.
Kiecki i loczki Emily Dickinson.
Kiecki i loczki… Nie miała ich w nadmiarze...
Gdzie mieszka dziewczynka Audrey, która czyni cuda? !Wszystko za jeden adres!
Niewinność utracona w deszczu. Okoliczności wcale niezgorsze.
Co to znaczy „wręcz przeciwnie”? Że trzeba czytać od prawej do lewej.
Co zarzuca sobie autor tamaryszka? Nic. [Ok, wiem, że chodziło o Herberta – w wierszu Tamaryszek zarzuca sobie, że zajmował się wielkimi sprawami a zapomniał o tamaryszku. Proszę to sobie wziąć do serca.]

Niezłe eseje. :)))

fotoreportaż tatrzański

Tatry, 3-11. sierpnia 2011

Góry zapierają dech. Toteż nie będę rozprawiać, a pokażę kilka zamkniętych w kadrze widoków.
Najpierw wchłania nas zieleń i perspektywa drogi.

Dalej to już wszystko zależy od szlaku. Wracam na stare, przebyte zdaje się niedawno, choć dzieli mnie od nich nieodwołalnie miniony czas i o kilka kroków inne miejsce na własnej drodze. Mapy poprzekreślane trasami sugerują konieczność wyboru i możliwość dowolnych kombinacji. Polecam kilka tras z naszego harmonogramu.

Dzień 3., czyli znane, ale trochę inaczej.
Palenica Białczańska – Dolina Roztoki – Wielka Siklawa – Dolina Pięciu Stawów – Szpiglasowa Przełęcz – Dolinka pod Mnichem – Morskie Oko – [coś, co wolałabym przeskoczyć, ale się nie da: spacer szosą] Dolina Rybiego Potoku.

Atrakcja: stawy, bo niezmienne prawie jak góry, a w tysiącu wcieleń zależnych od mgły i słońca. I Szpiglasowa, bo po raz pierwszy.

Dzień 6., byłby dłuższy, gdyby nie gęsta mgła i deszczobicie.
Krzeptówki – Dolina Małej Łąki – [Czerwone Wierchy:] Małołączniak – Małołącka Przełęcz – Kopa Kondracka – Dolina Kondratowa – Kuźnice.

Atrakcja: Samotność na szlaku i spotkanie trzeciego stopnia z kozicami.
Ja, przyznam szczerze, psioczyłam w duchu, że to droga samobój w taką pogodę. Owszem, Przystup Miętusi cały w kwiatach i słońcu, ale dalej widoki zaczęły niknąć aż po znaną z Seksmisji, lekko sparafrazowaną konstatację: mgła, mgłę widzę, widzę mgłę. Kozice wyłoniły się z mleka i zniknęły. Były o kilka kroków, wcale pogodą nie zbite z pantałyku, przerywały popas dla obserwacji. I tu zachodziła zbieżność. Udało się je uwiecznić.

Dzień 7., czyli wśród kamieni i skał.
Kuźnice – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw – Zawrat – Świnica – Kasprowy Wierch – Dolina Kasprowa – Kuźnice.

Atrakcja: łańcuchy i trzymanie pionu. Jakoś nigdy dotąd nie byłam na Świnicy, choć cyklicznie rozmawiam o widoku stamtąd na Dolinę Wierchcichą (Tetmajer!). Nareszcie trochę zajęcia dla rąk. Łańcuch gonił łańcuch, dłonie wyszukiwały skalnych podpórek, a nogi aż podskakiwały, by wdrapać się wyżej.

Powyżej fotka z dedykacją: dla Wspólnika. Wspólnik się może domyśli.

Co do tras: sprawdza się zasada, że mniej uczęszczane hojniej spełniają obietnice. Te zaś, gdzie ludzie chodzą gromadnie, przypominają miejskie bulwary – obojętnie, czy jest to szosa do Morskiego Oka, zejście z Kasprowego czy wejście na Giewont.

Światowe wydarzenia omijały mnie w tym czasie szerokim łukiem, z wyjątkiem tych, które bezpośrednio przecinały mi szlak. Tour do Pologne sprawił, że po zejściu z trasy mogłam albo czekać do nocki albo dotrzeć do bazy noclegowej opłotkami, wędrując per pedes z Poronina do Murzasichle (dla urozmaicenia mijana dwukrotnie przez peleton).

Miło było odwiedzić miejsce z wielu powodów bliskie. Wyprawa do Łopusznej, do dworku Tetmajera wśród malw, do Tischnerówki i śladów po Księdzu Profesorze.

Obyczajówka

Nocleg w Murzasichle wymuszał korzystanie z busów, by dotrzeć na punkt startowy szlaku. To codzienny rytuał wielu turystów i okazja do spotkań górali z ceprami.

Zwyczaje miejscowe są takie, że kierowca wypowiada głośno nazwę przystanku. Cena za przejazd jest stała, niezależna od przewoźnika (krótsze trasy: 3 zł, dłuższe: 10). Gdy kierowca nie musi wchodzić w komunikację z pasażerami, najczęściej prowadzi rozmowę przez telefon komórkowy. Słowem – w jakiejś relacji jest zawsze, obserwacja drogi jest widać cechą wrodzoną, o którą nadto dbać nie trzeba. Taki uzus. Uprzejmość idzie w parze z końską dawką sceptycyzmu co do inteligencji ceprów. Słusznie. Cepry, jak pijane dzieci we mgle, pytają wciąż o to samo.

Mam swoich trzech ulubionych kierowców.
Pierwszy:
Przy dziesiątym pytaniu o cenę biletu nie wytrzymuje:

– Psze pana, ile kosztuje bus do Kuźnic?
– 60 tysięcy – odpowiada, podając szacunkową wycenę swojego auta.

Drugi: a la Zinedine Zidane (po przejściach). Nie dość, że nie ogłasza, jaką miejscowość mija, to w ogóle się w niej nie zatrzymuje. Zakodował, że ma dotrzeć do celu, więc każdy postój przyjmuje ze zdziwieniem.
Patrzę z podziwem. Pierwszy przystanek wywołał konsternację, na następnym cepry przerabiają szybki kurs przystosowawczy.

– Trzeba pana poprosić, by wysiąść – podpowiada jeden.
Drugi przejmuje funkcję ogłaszania nazw. Każdy z nas z wyprzedzeniem anonsuje swoje zamiary:
– Ja wysiadam!
– My też.
– I ja!
– Prosimy!

Trzeci: tekściarz nad tekściarzami.
Ton cynicznie-litościwy, z nutą niedowierzania wobec absurdu zachowań przyjezdnych.

Wchodzi młody chłopak i już od pierwszego stopnia schodków peroruje:
– Ja poproszę ze zniżką! Bilet ulgowy. Mam legitymację studencką. Zaraz… znajdę…i pokażę. [znajduje] O, poproszę ze studencką zniżką!
– Ale dokąd?
– No, Murzasichle. Ja poproszę ulgowy.
– 3 złote. [Podaje cenę obowiązującą wszystkich.]
………………………………………

– Czy zatrzyma się pan przy Skoczni, proszę…
– Nie jadę tamtędy.
………………………………………

– Ojej, zmieścimy się jeszcze?
– Wszyscy na pewno nie.
………………………………………

Minimalizm i sceptycyzm po prostu zwalały mnie z nóg. :)

*****

A teraz słyszę jeszcze jak szemrzą potoki.

Zdjęcia: M.

depesza

Dziś skrótowiec. * Doniesienia. Zapowiedzi. Podziękowania. I wynurzonko  małe.
Otóż
.

Książkowiec (Bogusia) przyznała mi wyróżnienie, którego logo po lewej. Lovely, isn`t it? Dziękuję. :)

A cała rzecz ma swój rytuał,…który niestety naruszę. Trzy założenia: ogłosić od kogo, ujawnić siedem nieznanych dotąd informacji o sobie, wytypować 16 kolejnych wyróżnionych.

Wyłamię się w punkcie trzecim, bo 16 to dużo i musiałabym rozmyślać, kogo nie wyróżnić. ;)

Z punktem drugim rozprawię się telegraficznie. Nie wiem bowiem, jakie to informacje na mój temat mogłyby komukolwiek być do czegokolwiek przydatne. Skoro już ustaliłam, że będą to newsy bezinteresownie bezużyteczne, przystępuję do ujawniania. Miłośnicy konkretu przeskakują do dalszego ciągu notki.

1.     Zacznę od paradoksu: swoją pracę lubię, POMIMO ŻE jest pełna absurdów, na które próbuję się impregnować. Moja mocna strona: dygresje, słabych stron brak.;)

2.  Marzenie: we śnie/maluję jak Vermeer van Delft. Nie…, to Szymborska. Ja jestem Szeherezadą i snuję takie opowieści, że zaklinam rzeczywistość.

3.   Ze sportów najbliższa jest mi joga. Nie śmiać się, że to nie sport olimpijski, bo wysiłek jest wcale niezgorszy. Joga Ashtanga daje wycisk, ale przede wszystkim przybliża poczucie harmonii między ciałem a duchem. Co prawda ostatnio trochę mniej… ale wracam do systematyczności, bo spotkanie z matą to spotkanie trzeciego stopnia, a tego nie należy zaniedbywać.

Lubię też długaśne (przez pół miasta) spacery i może lubiłabym i jogging, ale jak się ma młodszą siostrę maratończyka, to się nie ma co wygłupiać. Pierwsze skrzypce już zajęte.

4.  Szanuję moje auto. Rozczulam się, gdy do mnie mruga. Pierwsze mrugnięcie to wiadomo, sygnał na mój nacisk na klucz, ale drugie mrugnięcie jest gratis. Moje auto też mnie lubi. Yaryszek, kochany.

5.  Nie mam żadnych zielonych sukienek, spódnic, bluzek, sweterków, apaszek ani kolczyków… Wyjątek stanowi świeżo nabyty płaszczyk na górską wyprawę, co to od deszczu, wiatru i przygód wszelakich ma mnie chronić. Zerowy wybór kolorystyczny, więc padło na zieleń z czerwienią. Poza tym nic. Szafa bez zieleni.

6.  W dzieciństwie słynęłam z niezmordowanej potrzeby recytacji. Wszyscy z uśmiechem słuchali (w duchu pewnie przeklinając), aż nie podzielę się kawałkiem mowy wiązanej, mniej lub bardziej okolicznościowym. Własna mama nie wiedziała, kiedy znów z czymś wyskoczę. Do dziś wspomina, jak oniemiała, słysząc moje charakterystyczne chrząknięcie do kościelnego mikrofonu. A ja zobaczyłam, że dzieci szykują się do występów, przedarłam się przez tłum, dołączyłam i na szczęście dopasowałam coś w miarę zgodnego (bo repertuar ci ja miałam szeroki i różnorodny – stąd ta chwila paraliżu mojej mamy: od chrząknięcia do pierwszego wersu). Przeszło mi to w szkole podstawowej, bo wtedy u większości osobników zachodzi (szczęśliwy) regres.

7.  Mój ulubiony (a ściślej: jedyny szanowany) w szkole przedmiot to matematyka. Tak, królowa nauk, bezdyskusyjnie. Żadnego obciążania pamięci nadmiarową treścią. Najpotrzebniejsze dane, kilka przetartych dróg i olbrzymie pola manewru. Zabawa zaczyna się, gdy pierwsze progi już za nami, gdy można poszarżować w zadania z olimpiad, akademickie jakieś (na ogół czegoś mi tam brakło, by z sukcesem rozwiązywać, ale już próby były sycące). Przed maturą zrobiłam gwałtowny skręt na polonistykę, ale z tamtych lat zostało mi przekonanie, że abstrakcja to konkret. Co brzmi paradoksalnie, no ale to każdy czytelnik mego bloga już wie: lubię paradoksy.

*****
Mała przerwa na blogu spowodowana wyjazdami.

Primo: na Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Wrocław 21-31. lipca. Cieszę się i choć nie wiem, jak mi dopisze kondycja kinomaniaka, ile i co zobaczę, to kilkoma planami się podzielę. Moje typy przedfestiwalowe:
1.  Pewnego razu w Anatolii, reż. Nuri Bilge Ceylan, Turcja 2010
2. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi, Iran 2010
3. Cod Blue, reż. Urszula Anoniak, Holandia 2010
4. Koń turyński, reż. Béla Tarr, Węgry 2011
5. Pina, reż. Wim Wenders, Niemcy (…) 2010.


Z przegapionych w sezonie: Angèle i Tony, reż. Alix Delaporte, Francja 2010.
Kilka polskich: Ki, reż. Leszek Dawid; Lęk wysokości, reż. Bartosz Konopka i koniecznie Młyn i krzyż, reż. Lech Majewski (choćby ze względu na archipelagowy artykuł Asi).
Z retrospektyw najbliżej mi do Mariusza Wilczyńskiego, więc być może będę śledzić Wilkowisko. Choćby po to, by zawiesić oko na Kizi Mizi: „Szkatułkowo skonstruowany, pełen poezji, ale i suspensu animowany melodramat. Ona jest myszą, on – kotem. I ten trzeci – także kocur. Miłość, zdrada i udręka samotności, a wszystko to w rytm przepojonego smutkiem przepięknego bluesa…”
I na pewno kilka tytułów z kina norweskiego. Mam typy, ale nie murowane.

A potem Tatry, mam nadzieję, że po seansowym bezruchu dam radę pokonać zaplanowaną trasę. Na taryfę ulgową nie mam co liczyć. Więc jeśli padnę na szlaku, to przerwa się wydłuży.

* Po dotarciu do mety stwierdzam, że obietnica skrótu była fałszywa.