Archiwa tagu: osobiście

fotoreportaż tatrzański

Tatry, 3-11. sierpnia 2011

Góry zapierają dech. Toteż nie będę rozprawiać, a pokażę kilka zamkniętych w kadrze widoków.
Najpierw wchłania nas zieleń i perspektywa drogi.

Dalej to już wszystko zależy od szlaku. Wracam na stare, przebyte zdaje się niedawno, choć dzieli mnie od nich nieodwołalnie miniony czas i o kilka kroków inne miejsce na własnej drodze. Mapy poprzekreślane trasami sugerują konieczność wyboru i możliwość dowolnych kombinacji. Polecam kilka tras z naszego harmonogramu.

Dzień 3., czyli znane, ale trochę inaczej.
Palenica Białczańska – Dolina Roztoki – Wielka Siklawa – Dolina Pięciu Stawów – Szpiglasowa Przełęcz – Dolinka pod Mnichem – Morskie Oko – [coś, co wolałabym przeskoczyć, ale się nie da: spacer szosą] Dolina Rybiego Potoku.

Atrakcja: stawy, bo niezmienne prawie jak góry, a w tysiącu wcieleń zależnych od mgły i słońca. I Szpiglasowa, bo po raz pierwszy.

Dzień 6., byłby dłuższy, gdyby nie gęsta mgła i deszczobicie.
Krzeptówki – Dolina Małej Łąki – [Czerwone Wierchy:] Małołączniak – Małołącka Przełęcz – Kopa Kondracka – Dolina Kondratowa – Kuźnice.

Atrakcja: Samotność na szlaku i spotkanie trzeciego stopnia z kozicami.
Ja, przyznam szczerze, psioczyłam w duchu, że to droga samobój w taką pogodę. Owszem, Przystup Miętusi cały w kwiatach i słońcu, ale dalej widoki zaczęły niknąć aż po znaną z Seksmisji, lekko sparafrazowaną konstatację: mgła, mgłę widzę, widzę mgłę. Kozice wyłoniły się z mleka i zniknęły. Były o kilka kroków, wcale pogodą nie zbite z pantałyku, przerywały popas dla obserwacji. I tu zachodziła zbieżność. Udało się je uwiecznić.

Dzień 7., czyli wśród kamieni i skał.
Kuźnice – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw – Zawrat – Świnica – Kasprowy Wierch – Dolina Kasprowa – Kuźnice.

Atrakcja: łańcuchy i trzymanie pionu. Jakoś nigdy dotąd nie byłam na Świnicy, choć cyklicznie rozmawiam o widoku stamtąd na Dolinę Wierchcichą (Tetmajer!). Nareszcie trochę zajęcia dla rąk. Łańcuch gonił łańcuch, dłonie wyszukiwały skalnych podpórek, a nogi aż podskakiwały, by wdrapać się wyżej.

Powyżej fotka z dedykacją: dla Wspólnika. Wspólnik się może domyśli.

Co do tras: sprawdza się zasada, że mniej uczęszczane hojniej spełniają obietnice. Te zaś, gdzie ludzie chodzą gromadnie, przypominają miejskie bulwary – obojętnie, czy jest to szosa do Morskiego Oka, zejście z Kasprowego czy wejście na Giewont.

Światowe wydarzenia omijały mnie w tym czasie szerokim łukiem, z wyjątkiem tych, które bezpośrednio przecinały mi szlak. Tour do Pologne sprawił, że po zejściu z trasy mogłam albo czekać do nocki albo dotrzeć do bazy noclegowej opłotkami, wędrując per pedes z Poronina do Murzasichle (dla urozmaicenia mijana dwukrotnie przez peleton).

Miło było odwiedzić miejsce z wielu powodów bliskie. Wyprawa do Łopusznej, do dworku Tetmajera wśród malw, do Tischnerówki i śladów po Księdzu Profesorze.

Obyczajówka

Nocleg w Murzasichle wymuszał korzystanie z busów, by dotrzeć na punkt startowy szlaku. To codzienny rytuał wielu turystów i okazja do spotkań górali z ceprami.

Zwyczaje miejscowe są takie, że kierowca wypowiada głośno nazwę przystanku. Cena za przejazd jest stała, niezależna od przewoźnika (krótsze trasy: 3 zł, dłuższe: 10). Gdy kierowca nie musi wchodzić w komunikację z pasażerami, najczęściej prowadzi rozmowę przez telefon komórkowy. Słowem – w jakiejś relacji jest zawsze, obserwacja drogi jest widać cechą wrodzoną, o którą nadto dbać nie trzeba. Taki uzus. Uprzejmość idzie w parze z końską dawką sceptycyzmu co do inteligencji ceprów. Słusznie. Cepry, jak pijane dzieci we mgle, pytają wciąż o to samo.

Mam swoich trzech ulubionych kierowców.
Pierwszy:
Przy dziesiątym pytaniu o cenę biletu nie wytrzymuje:

– Psze pana, ile kosztuje bus do Kuźnic?
– 60 tysięcy – odpowiada, podając szacunkową wycenę swojego auta.

Drugi: a la Zinedine Zidane (po przejściach). Nie dość, że nie ogłasza, jaką miejscowość mija, to w ogóle się w niej nie zatrzymuje. Zakodował, że ma dotrzeć do celu, więc każdy postój przyjmuje ze zdziwieniem.
Patrzę z podziwem. Pierwszy przystanek wywołał konsternację, na następnym cepry przerabiają szybki kurs przystosowawczy.

– Trzeba pana poprosić, by wysiąść – podpowiada jeden.
Drugi przejmuje funkcję ogłaszania nazw. Każdy z nas z wyprzedzeniem anonsuje swoje zamiary:
– Ja wysiadam!
– My też.
– I ja!
– Prosimy!

Trzeci: tekściarz nad tekściarzami.
Ton cynicznie-litościwy, z nutą niedowierzania wobec absurdu zachowań przyjezdnych.

Wchodzi młody chłopak i już od pierwszego stopnia schodków peroruje:
– Ja poproszę ze zniżką! Bilet ulgowy. Mam legitymację studencką. Zaraz… znajdę…i pokażę. [znajduje] O, poproszę ze studencką zniżką!
– Ale dokąd?
– No, Murzasichle. Ja poproszę ulgowy.
– 3 złote. [Podaje cenę obowiązującą wszystkich.]
………………………………………

– Czy zatrzyma się pan przy Skoczni, proszę…
– Nie jadę tamtędy.
………………………………………

– Ojej, zmieścimy się jeszcze?
– Wszyscy na pewno nie.
………………………………………

Minimalizm i sceptycyzm po prostu zwalały mnie z nóg. :)

*****

A teraz słyszę jeszcze jak szemrzą potoki.

Zdjęcia: M.

depesza

Dziś skrótowiec. * Doniesienia. Zapowiedzi. Podziękowania. I wynurzonko  małe.
Otóż
.

Książkowiec (Bogusia) przyznała mi wyróżnienie, którego logo po lewej. Lovely, isn`t it? Dziękuję. :)

A cała rzecz ma swój rytuał,…który niestety naruszę. Trzy założenia: ogłosić od kogo, ujawnić siedem nieznanych dotąd informacji o sobie, wytypować 16 kolejnych wyróżnionych.

Wyłamię się w punkcie trzecim, bo 16 to dużo i musiałabym rozmyślać, kogo nie wyróżnić. ;)

Z punktem drugim rozprawię się telegraficznie. Nie wiem bowiem, jakie to informacje na mój temat mogłyby komukolwiek być do czegokolwiek przydatne. Skoro już ustaliłam, że będą to newsy bezinteresownie bezużyteczne, przystępuję do ujawniania. Miłośnicy konkretu przeskakują do dalszego ciągu notki.

1.     Zacznę od paradoksu: swoją pracę lubię, POMIMO ŻE jest pełna absurdów, na które próbuję się impregnować. Moja mocna strona: dygresje, słabych stron brak.;)

2.  Marzenie: we śnie/maluję jak Vermeer van Delft. Nie…, to Szymborska. Ja jestem Szeherezadą i snuję takie opowieści, że zaklinam rzeczywistość.

3.   Ze sportów najbliższa jest mi joga. Nie śmiać się, że to nie sport olimpijski, bo wysiłek jest wcale niezgorszy. Joga Ashtanga daje wycisk, ale przede wszystkim przybliża poczucie harmonii między ciałem a duchem. Co prawda ostatnio trochę mniej… ale wracam do systematyczności, bo spotkanie z matą to spotkanie trzeciego stopnia, a tego nie należy zaniedbywać.

Lubię też długaśne (przez pół miasta) spacery i może lubiłabym i jogging, ale jak się ma młodszą siostrę maratończyka, to się nie ma co wygłupiać. Pierwsze skrzypce już zajęte.

4.  Szanuję moje auto. Rozczulam się, gdy do mnie mruga. Pierwsze mrugnięcie to wiadomo, sygnał na mój nacisk na klucz, ale drugie mrugnięcie jest gratis. Moje auto też mnie lubi. Yaryszek, kochany.

5.  Nie mam żadnych zielonych sukienek, spódnic, bluzek, sweterków, apaszek ani kolczyków… Wyjątek stanowi świeżo nabyty płaszczyk na górską wyprawę, co to od deszczu, wiatru i przygód wszelakich ma mnie chronić. Zerowy wybór kolorystyczny, więc padło na zieleń z czerwienią. Poza tym nic. Szafa bez zieleni.

6.  W dzieciństwie słynęłam z niezmordowanej potrzeby recytacji. Wszyscy z uśmiechem słuchali (w duchu pewnie przeklinając), aż nie podzielę się kawałkiem mowy wiązanej, mniej lub bardziej okolicznościowym. Własna mama nie wiedziała, kiedy znów z czymś wyskoczę. Do dziś wspomina, jak oniemiała, słysząc moje charakterystyczne chrząknięcie do kościelnego mikrofonu. A ja zobaczyłam, że dzieci szykują się do występów, przedarłam się przez tłum, dołączyłam i na szczęście dopasowałam coś w miarę zgodnego (bo repertuar ci ja miałam szeroki i różnorodny – stąd ta chwila paraliżu mojej mamy: od chrząknięcia do pierwszego wersu). Przeszło mi to w szkole podstawowej, bo wtedy u większości osobników zachodzi (szczęśliwy) regres.

7.  Mój ulubiony (a ściślej: jedyny szanowany) w szkole przedmiot to matematyka. Tak, królowa nauk, bezdyskusyjnie. Żadnego obciążania pamięci nadmiarową treścią. Najpotrzebniejsze dane, kilka przetartych dróg i olbrzymie pola manewru. Zabawa zaczyna się, gdy pierwsze progi już za nami, gdy można poszarżować w zadania z olimpiad, akademickie jakieś (na ogół czegoś mi tam brakło, by z sukcesem rozwiązywać, ale już próby były sycące). Przed maturą zrobiłam gwałtowny skręt na polonistykę, ale z tamtych lat zostało mi przekonanie, że abstrakcja to konkret. Co brzmi paradoksalnie, no ale to każdy czytelnik mego bloga już wie: lubię paradoksy.

*****
Mała przerwa na blogu spowodowana wyjazdami.

Primo: na Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty. Wrocław 21-31. lipca. Cieszę się i choć nie wiem, jak mi dopisze kondycja kinomaniaka, ile i co zobaczę, to kilkoma planami się podzielę. Moje typy przedfestiwalowe:
1.  Pewnego razu w Anatolii, reż. Nuri Bilge Ceylan, Turcja 2010
2. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi, Iran 2010
3. Cod Blue, reż. Urszula Anoniak, Holandia 2010
4. Koń turyński, reż. Béla Tarr, Węgry 2011
5. Pina, reż. Wim Wenders, Niemcy (…) 2010.


Z przegapionych w sezonie: Angèle i Tony, reż. Alix Delaporte, Francja 2010.
Kilka polskich: Ki, reż. Leszek Dawid; Lęk wysokości, reż. Bartosz Konopka i koniecznie Młyn i krzyż, reż. Lech Majewski (choćby ze względu na archipelagowy artykuł Asi).
Z retrospektyw najbliżej mi do Mariusza Wilczyńskiego, więc być może będę śledzić Wilkowisko. Choćby po to, by zawiesić oko na Kizi Mizi: „Szkatułkowo skonstruowany, pełen poezji, ale i suspensu animowany melodramat. Ona jest myszą, on – kotem. I ten trzeci – także kocur. Miłość, zdrada i udręka samotności, a wszystko to w rytm przepojonego smutkiem przepięknego bluesa…”
I na pewno kilka tytułów z kina norweskiego. Mam typy, ale nie murowane.

A potem Tatry, mam nadzieję, że po seansowym bezruchu dam radę pokonać zaplanowaną trasę. Na taryfę ulgową nie mam co liczyć. Więc jeśli padnę na szlaku, to przerwa się wydłuży.

* Po dotarciu do mety stwierdzam, że obietnica skrótu była fałszywa.

wręcz przeciwnie

Obraz powstały w lustrze jest obrazem pozornym i symetrycznym względem płaszczyzny zwierciadła.

Pozornym i płaskim. A przecież na nim opieramy swoje przeczucie, intuicje co do tego, jak mogą nas widzieć inni.

Lusterko przeniknęło w krwiobieg blogosfery i dzięki niemu kolejnym blogerom stawia się pytanie: kim jesteś? jaki jesteś? zdradź coś o sobie. Korzyść wielka, gdy czytam o innych. Kłopot duży, gdy mam wydusić coś o sobie. Lustro podrzuciła mi Lirael.

Lustrzane odbicie rządzi się, jak wiadomo, swoimi prawami. Polega w pewnym stopniu na złudzeniu, na uruchomieniu w mózgu procesów, które coś uzupełniają, magicznie jakoś (choć zgodnie z prawami optyki) odwracają, w dodatku potrząsając wyobraźnią, a ta -raz obudzona- hasa sobie bez miary. Niby alter ego, ale niezupełnie. Temu drugiemu niezależnemu ja zdarza się być w konflikcie z tym prawdziwym. O ile to prawdziwe w ogóle istnieje, o ile jest czymś uchwytnym – w co, wiadomo, Gombrowicz wątpił.

Zrezygnowałam więc z pierwszego konceptu, jaki zaświtał w mojej głowie, by zamieścić tu swoją fotografię i tyle. Po pierwsze żadna nie spełnia wymagań ukazania mnie przynajmniej z siedmiu stron jednocześnie (uśmiechnięta, zamyślona, zdystansowana, zainteresowana, skupiona, nieobecna, o specyficznym poczuciu humoru nie wspominając). Po drugie: to byłaby łatwizna, przedwczesne narzucanie całej swej materialności, gdy wszystko inne poszło spać. Nie dotyczy to umieszczania zdjęcia w ogóle, ale tu, w konkretnej sytuacji, w której miałoby ono ilustrować mnie.

Kiedyś pisałam (wplątana w blogowy łańcuszek) o dziesięciu rzeczach (?), które lubię. Mogę więc dorzucić do tamtego portretu siedem spraw, które są mi dość obce lub znane, lecz nieasymilowane.

Każda z nich na pytanie o mnie udziela odpowiedzi: wręcz przeciwnie!

1. utożsamianie się z rolą

Identyfikowanie się z jednoznacznym wizerunkiem siebie, bez widocznej na horyzoncie (najlepiej gdzieś blisko) furtki, którą można z roli uciec. Obojętnie, czy to będzie rola społeczna (zawodowa), czy kostium relacji rodzinnej, czy bycie zadeklarowanym wyznawcą, fanem, zwolennikiem.

Dajmy na to: rola nauczyciela. Od razu ewokuje tysiąc stereotypowych zachowań, predyspozycji, sposobów wartościowania. Bzdura totalna. Dydaktyzm, wymodelowany głos, styl doradczo-oceniający…sprawdzą się może w zestawie „Mały belfer”, ale w życiu nie są niezbędne.

Dużo energii wkładam w uciekanie z roli, niepokojąco dużo.

2. szukanie dróg prosto do celu

Oszczędne gospodarowanie zasobami własnymi, szukanie strategii ułatwiających, podpórek, prostych rozwiązań, ludzi, na których można się wesprzeć (mocnych w plecach).

W tych sprawach jestem Misiem o Bardzo Małym Rozumku. I zawsze wybieram drogę pod górkę, do plecaczka wrzucając kilka obciążających kamyczków.

3. narzekanie, przeklinanie i zdrabnianie

Jako nieodrodna córka polskiej ziemi narzekać czasem muszę. Ale jestem w ogonie narzekających i chyba nie rokuję poprawy. Szczególnie warte wzmianki jest tu narzekanie na to, czego się zmienić nie da, więc ewidentne tracenie czasu. Lub odwrotnie: narzekanie na coś, co się zmienić da łatwo, wystarczy decyzja – tu interesujące jest marnotrawstwo życiowej energii. Wiem jednak, że w tej kwestii logika jest czymś wtórnym. Narzekanie spełnia rolę terapeutyczną, towarzyską, filozoficzną,…chwilowo nie potrafię uzasadnić, ale na pewno również jakąś metafizyczną.

Co do przekleństw: czytałam kiedyś (chyba w autobiografii Buñuela) o fantazyjnych, kwiecistych i pieprznych zarazem przekleństwach hiszpańskich. A że tak nie potrafię, to nic poniżej tego poziomu mnie nie uwodzi i nie nęci.

Zdrabniające wyrazy zdrabniają to, co nazywają. Nie daj Boże, zdrabniane imiona. Nie dość, że nie wiem, o kogo chodzi -po chwili rozumiem, że o mnie – to jeszcze jakość mojej odpowiedzi spada o 50%, bo tyle energii pożera mi rozprawienie się z dyskomfortem Reni (Renatka to już tylko 35%).

4. wmawianie innym siebie

Mam szósty zmysł, by tę strategię wykrywać. I nie mówię tu o tym, że każdy tekst jest autobiografią, a każda wypowiedź (gest) autokreacją. Myślę o takich komunikatach, których celem jest imputowanie odbiorcom gotowych pozytywnych klisz na nasz temat.

Rzecz jest obłędnie skuteczna. Bo wiadomo, że czasu na myślenie deficyt, więc gotowe wnioski są w cenie. A jednak obraża to moją inteligencję, zwłaszcza, że na ogół bliższy mi negatyw tych klisz. I to podwójnie: czasem nie pojmuję, czym się ktoś chwali, czasem myślę, że mówi o swoim rewersie.

Z nostalgią zauważam, że znika z życia społecznego skromność i autoironia.

5. manipulacja

Mieści się w punkcie 2. i 4, ale trzeba ją wyodrębnić. Odrzucam ze względów estetycznych, względny moralne są równie ważne, lecz lampka, która je sugeruje zapala się później.

Takie podejście do spawy – np. składanie propozycji, wyznaczanie komuś zadania, oferowanie korzyści wiązane z ukrytym obciążeniem – które ma gwarantować, że stanie na naszym. Dewiza: chcę, by było tak, jak chcę. Autorytarność jakiejkolwiek barwy. Zwłaszcza ta podszyta przymilnością lub partnerstwem (udawanym, więc wygodnym).

Wiem, że każdy podręcznik NLP jest pełen rad na ten temat. Ale spróbujcie przeczytać. Nie da się. Ze względów estetycznych.

6. towarzyskie zagęszczenie

Czyli robienie wszystkiego wespół zespół. Z poczuciem przynależności. W radosnym gwarze lub pełnej głośnego oburzenia pasji. I żeby nie było obok pusto. Nawet w kinie, nawet, gdy czyta się książkę, gdy cokolwiek nas dotknie czy wzruszy.

Rozumiem dowartościowywanie własnych przeżyć możliwością dzielenia ich z innymi. Doświadczanie czegoś wspólnie. Ale bez przesady, bez presji, bez odpoczynku.

7. pamiątki, bibeloty, amulety

Nie zbieram: zakładek do książek, autografów, pamiątek z wakacji, ulubionych piór, długopisów, znaczków, guzików i broszek. Ogromną sympatią darzę Ryjka z krainy Muminków, którego kolekcjonerskie skłonności są powszechnie znane. Ale nie podzielam.

Nie lubię też uzewnętrzniania zawartości szuflad, wnętrzności rozsypanych na dywanie, na stole, na półkach…, co niektórzy złośliwie określają manią porządku. No, co ma być w środku, niech będzie. Ten niekończący się list do świata – o tym, co we mnie i z pytaniami, co dalej ze mną – piszę zasłaniając ręką świeżo powstały tekst.

Poza tym, by nie kończyć zbyt serio, dodam, co następuje.
Otóż, lubię niezmiennie i nałogowo:

  • kawę – a zwłaszcza Kawkę;)
  • kolczyki
  • krówki, czasem marcepanowe kartofelki – nie jadam hurtowo, ale…
  • szafirki i tamaryszki (upodobanie do tamaryszków jest wtórne: najpierw była Agnes Varda i jej Cinema Tamaris)
  • kwitnące jabłonie – tak, uważam, że przebijają nawet widok kwitnących wiśni!
  • słowa!
  • obrazy! – mogą być ruchome.


impresje podróżne

Tak tu sobie coś na marginesie napiszę. Nie będą to zapiski Marco Polo ani innego Magellana, nawet nie diariusz podróżny anonimowego wędrowca. Szczere, ale nie nadto otwarte, bo podróż nie była wyprawą osobistą, lecz przedsięwzięciem gromadnym, zorganizowanym, z wytyczonym szlakiem… niczym scenariusz z przydzielonymi do zagrania rolami.

Po poznańsku to się zowie reisefieber, panika przed podróżą. Gęsta mgła zdeformowała mi trzeźwy osąd. I zobaczyłam wszystkie nieszczęścia świata – poczynając od niesubordynacji, uporczywego wierzgania, rozruby i demolki, z kulminacją w delirium alkoholowo-narkotycznym, po chorobę, nieszczęśliwe wypadki, aresztowania albo dajmy na to zaginięcia a nawet całkowitą ewaporację.

Zmęczona byłam na starcie. Więc właściwie każda następna minuta okazywała się zaskakująco promienna, wolna od czarnej matrycy z mojej głowy. A nawet: stanowiła jej dokładne zaprzeczenie. Było prawie swobodnie i normalnie. O ile szkolne wyprawy mogą się mieścić w kategorii swoboda i normalność.

Dwa dni w Paryżu

Jest taka scena w filmie Linklatera Przed zachodem słońca, gdy Celine i Jesse (o ich spotkaniu pisałam w opowieściach) wsiadają na statek kursujący po Sekwanie. Ona paryżanka, on nowojorczyk. Celine przełamuje początkowe zahamowanie…, bo kto z tubylców pływa stateczkiem? To gadżet zarezerwowany dla turystów, więc niestylowy. A jednak kilka ważnych rozmów tam właśnie się toczy. I słusznie.

Ja wiem, że są takie miejsca, którym gotowi bylibyśmy odebrać znaczenie, ze względu na ich przeciążoną eksploatację. Są niczym fragmencik rzeźby (najczęściej wstydliwy), który zwyczajowo pociera się, żeby powrócić, a on zaczyna błyszczeć i migotać. Odstaje tym błyskiem od spatynowanej prostoty codzienności. Tak to jest ze stateczkiem, i z Wieżą Eiffla, z dziedzińcem Luwru, z Panteonem i Wahadłem Foucaulta itp., itd., etc…

Oryginalne klimaty, zbłąkane uliczki i prawdziwy paryski chic opisują ci, którzy tę aurę zasymilowali organicznie – np. Czara czy Holly. A ja widziałam obrazy schodzone, ale świeże młodością tych, którzy niebawem będą szukać w starych zaułkach własnych życiowych miraży. Teraz mają po 15 lat i są mieszanką niedogotowanego romantyzmu, zadziornego buntu i kumpelskiej zgrywy. I co się wtedy widzi? Ano: paryskie randez-vous, artystycznych dziwaków tańczących solo gdzieś pod Notre Dame lub na Montmartrze, poławiacza monet przy Luwrze (a zmyślny był! wyciągał euro ze studzienki – duży szacun od chłopaków). Gimnastykujących się w Ogrodzie Luksemburskim amatorskich joginów i joggerów. Widzi się paryską wielokolorowość, która dziwi, bo w Kraju nad Wisłą/vel Wartą normą jest monolit rasy i wyznania. Gdzieś przy Placu Pigalle napotkaliśmy przedszkolaków – barwną dżdżownicę ludzkich typów: skośne oczy, cera czarna, śniada, blada, włos kręcony albo nie – inność, która podarowana w dzieciństwie już nie szokuje, nie wywołuje potrzeby, by ją podkreślać, zauważać, wyliczać.

Handlarze spod Wieży Eiffla dostarczyli serii anegdotek, które zabraliśmy w drogę razem z setką małych wieżyczek. A sama wieża znalazła wielbicieli, którzy zażarcie przeciwstawiali jej piękno starej katedrze św.Eulalii z Barcelony. – Bo gdyby przetrwać miała tylko jedna z tych dwu budowli, to która? Zwolennicy Wieży wypominają klerykalizm amatorom staroci. Kto by pomyślał, że tak można ustawić kierunek dyskusji? Paryż czarował, ale jeśli był tak otwarty, jak powinien, to zapamiętał nasz swing i radość. W metrze uliczny grajek zaproponował skrzypcowy koncert. Za moment skrzypce uprosił Piotrek i to on grał. A później wystukiwał zaraźliwie jazzowe rytmy, do których dołączali inni – czy to był hip-hop czy jazz? Rytm, który wciągał. Paryż był muzyką, Barcelona barwą. Tak subiektywnie to pamiętam.

Cień wiatru w Barcelonie

Miłośnicy prozy Carlosa Ruiza Zafóna czuli dreszcz emocji. Bo choć ani antykwariatu, ani Cmentarzyska Zaginionych Książek, ani nawet Kościoła św. Anny nie wytropiliśmy, to i tak wszystko wokół pachniało Cieniem wiatru. Znalazłam zapiski z podróży śladami tej powieści na blogu Dziennik literacki – polecam.

I znów: tak wielu zna Barcelonę lepiej niż ja, że odkrywanie oczywistości mogłoby trącić kiczem, którego – zapewniam – nie brak w tym mieście. A jego najczęstszą odmianą jest multiplikowanie Gaudiego na potęgę: na pocztówkach, koszulkach, durnostójkach i w innych wszelakich formach. Czym Franz Kafka dla Pragi, tym Antonio Gaudi dla Barcelony- a może jeszcze bardziej. Gaudi, czyli Sagrada Familia, czyli Casa Batlló i Casa Milà, czyli Park Güell z najdłuższą ławeczką świata i domkami jak z bajki o Babie Jadze. Gaudi w monumentalnej odsłonie i w mikroskopijnym odłamku, tak czy siak – wszędzie. Secesja kwitnie tu i wciąż jest w fazie nieprzemijającej młodości. Kamienice z fantazją. Czasem rezydencje, wyszukane i eleganckie, rozsiadające się przy placach, na skrzyżowaniach dróg, oddychające pełną piersią i spoglądające na świat balkonami a la oczy jaszczurki. To znów ciemne, wysokie, z balkonami, na których pranie uprasza się o łyk słońca (uwaga: na balkonach z upodobaniem wiją się w skrętach i podrygach drzewka szczęścia), żyjące w bliskim sąsiedztwie, więc rozgradzające je uliczki są ślepo wąskie. Czasami, od niechcenia zdarzy się, że wśród gaudich wyrośnie rzeźba Joana Miro (Kobieta z ptakiem, na przykład) lub pojawi się ekstrawagancki pomysł na krzesło wśród chmur (nazwa oficjalna: krzesło i chmura). Voila!


Zastanawiałam się, ilu rdzennych barcelończyków umawia się na spotkania w Parku Güell? Ilu emocjonuje się Sagradą Familią? Jak by nie było na pewno wielu uważa się za kumpla Kolumba, który wzniesiony na postumencie na skraju La Rambli wyciągniętą dłonią wskazuje właściwy kierunek. Nie mogą nie spacerować La Ramblą, a skoro tu są, to na pewno zaglądają na targ Boqueria, feerię barw, niemal szamańską przestrzeń smaku i zapachu.


Mały Hiszpan uczy się secesji. W Parku Güell, pod okiem wesołej Pani, ubrane w kolorowe stroje przedszkolaki wchłaniają Gaudiego przez skórę. Wymalowani nieziemsko, rozćwierkani i słodcy jak creme de catalonia stanowią zwieńczenie wrażeń. Gaudi jest gigantem, sama nie wiem, czy przekonuje mnie do tego dzieło monumentalne, niedokończone – Sagrada Familia, czy też raczej jego miłość do szczegółów i do miasta, które sobą naznaczył. Nie tylko kamienie i ceramikę objął we władanie, ale -mam wrażenie- również ludzi.

Barcelona dała nam więcej szans na zanurzenie się w niej. Schodziliśmy ją aż do bezczucia w nogach. A że uczestnicy wyprawy sprawnie posługiwali się hiszpańskim, więc okazji do zagadnięć było co niemiara. Odnotowuję – z satysfakcją – że zaatakowaliśmy hiszpańskie księgarnie. Powodzeniem cieszył się Llosa i (o dziwo) Ernesto Sabato, oczywiście z zachowaniem królewskiej miary dla unikalnej hiszpańskiej wersji mangi, którą nabywano z wypiekami na twarzy, niedającymi się wytłumaczyć niczym innym jak gorączką wewnętrzną. Na zewnątrz było chłodno, padało… jak nie w Hiszpanii.

Na deser odrobina bohemy:


Last but not least: tamaryszek na Costa Brava! Przyłapany porą wieczorną.:)