Archiwa tagu: Philip Seymour Hoffman

bardzo poszukiwany

Bardzo poszukiwany człowiek, reż. Anton Corbijn, USA, Niemcy, Wielka Brytania 2014
John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, Sonia Draga 2014

Minął już prawie miesiąc od seansu, co nieco uleciało, zostały mi w głowie te najmocniejsze akcenty. Jest ich jednak sporo i koncentrują się na roli Philipa Seymoura Hoffmana. Ostatniej filmowej kreacji, która – na szczęście – godna jest tych, z których go zapamiętam. Chciałam jakoś przedłużyć porażająco silną emocję, wykreowaną w ostatnich sekwencjach filmu. Podpatrzeć, z czego ją Hoffman ulepił. Sięgnęłam więc po pierwowzór scenariusza: powieść szpiegowską mistrza tego gatunku, Johna Le Carrégo. 

Konkluzja: powieść dobra, silniej niż film polifoniczna; scenariusz mistrzowski (sporo przesunięć, które klarują sytuację i uwypuklają lejtmotyw); rola Günthera Bachmanna, charyzmatycznego agenta niemieckich tajnych służb,  nieporównywalnie silniejsza jest w filmie. Za sprawą reżyserskiej koncepcji (zapewne), ale też dzięki talentowi Hoffmana (niezaprzeczalnie).

Z powieścią (filmem) szpiegowską jest ten szkopuł, że czego by nie powiedzieć, wszystko jest jakąś przedwczesną odsłoną tajemnicy. Pozostaje milczeć lub nie przejmować się oskarżeniami o spojlerowanie. Ostrzegam, że przerwałam milczenie. Trochę sama dla siebie zestawiam tu słowa powieści z zapamiętanym obrazem. Myślę, że można się tymi cytatami poczęstować.

Bardzo poszukiwany czlowiek. plakat

Afera dotyczy zagrożenia islamskim terroryzmem. Szerzej: zderzenia cywilizacji, które możemy przetrwać, jeśli dążenie do konfrontacji zastąpimy kompromisem i dyplomacją. Oczywiście, obie strony, pielęgnując poczucie krzywdy i potrzebę rewanżu, brną w drogę bez wyjścia. Islamiści zatracają się w terroryzmie, cywilizacja zachodnia – w jego tępieniu (na oślep i nieskutecznie). Czujność, spryt, szybkość działania – są niezbędne. Grożą jednak schematyzmem w przypisywaniu ról. I niszczą szanse na kompromis, wymagający zaufania, poświęcenia części swych przekonań, złagodzenia radykalizmu. Opowieść Le Carrégo najpierw w sporych emocjach pozwala podglądać misterną, budzącą nadzieję, konstrukcję, by później gruchnąć ciężkim ciosem zdrady, która jak nic wznosi najpotężniejsze mury na przyszłość.

Rzecz rozgrywa się na bardzo poszczególnym przypadku, w który zaangażowanych jest kilkoro osób. Nie rozwiązujemy więc spraw globalnych, lecz jednostkowe, choć one jak soczewka skupiają wiele typowych  trendów i mechanizmów.

Hamburg i konie lipicańskie

W Hamburgu pojawia się zbiegły z rosyjskiego więzienia imigrant Issa Karpov, czeczeński islamista. Szuka kontaktu z bankierem (Tommy Brue), u którego zdeponowana jest zapisana mu w testamencie pokaźna suma. Ma szczęście, bo trafia na młodą ambitną adwokatkę działającą w ośrodku dla bezpaństwowców i nielegalnych imigrantów (Annabel Richter). Ma też  pecha, bo niezwykle szybko namierzają go specsłużby, dla których muzułmanin-buntownik, z nieklarowną przeszłością, jest jak zapłon nieszczęścia, które trzeba w czas ugasić.

Islamista z grubą kasą – to pachnie prochem. Zrozumiała jest ich podejrzliwość. Zrozumiały jest też idealizm młodej prawniczki, która już widziała brutalne akcje przedstawicieli prawa. Ich manipulacje, odsyłające imigrantów tam, gdzie prawo niemieckie wysyłać zakazuje (tam, gdzie czekają ich tortury). Właściwie równie zrozumiałe powinno być to, że Issa Karpov nie myśli o podkładaniu bomb, lecz o medycynie. Choć kto go tam tam wie – obsesyjnie związany jest z cierpiącymi współbraćmi. Ale postać to łagodna, nieco naiwna, niezbrukana zachłannością na pieniądze. Szuka bankiera, lecz pieniędzmi się brzydzi (skoro od ojca, więc na pewno są zbrukane – jego ojcem był rosyjski oficer, gwałciciel czeczeńskich dziewcząt).

Dafoe, Hoffman

Dlaczego ważny jest Hamburg? Bo jest miastem z kompleksem. „– Kiedy zdarzył się jedenasty września, było nie jedno Ground Zero, tylko dwa (…). Pierwsze było w Nowym Jorku. Druga strefa zero tej katastrofy, o której tyle się nie mówi, była tu, w Hamburgu. (…) Hamburg zawalił”.

Ale też jest to miasto portowe, otwarte, bez ksenofobii. Mówi Bachmann: „Nasi obcokrajowcy nie są dla nas obcymi. Nie jesteśmy jakimś tam zapyziałym miasteczkiem w głębi lądu, gdzie na obcokrajowców patrzy się jak na Marsjan. Obcokrajowcy wtopili się u nas w obraz miasta. Od wieków miliony sobowtórów Mohammeda Atty piją nasze piwo, rżną się z naszymi dziwkami, a potem wracają na swój statek. I ani ich nie witamy, ani nie żegnamy, ani nie pytamy, co tu robią, bo jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Tutaj są Niemcy, lecz jakby obok Niemiec. Jesteśmy lepsi od Niemiec. Jesteśmy Hamburgiem, ale też Nowym Jorkiem. W porządku, nie mamy Bliźniaczych Wież. Co z tego? Nowy Jork już też nie ma. Ale jesteśmy interesujący. I ciągle przyciągamy niewłaściwych ludzi”. 

Kluczowy „niewłaściwy”, a w związku z tym „bardzo poszukiwany” przez specsłużby człowiek, to Issa Karpov. Nie on jeden. Istnieją pewnie tysiące teczek (folderów), w których gromadzi się materiały na jemu podobnych. Albo na takich jak muzułmański autorytet, Abdullah, który w 95-ciu procentach jest wzorem cnót, a w pięciu procentach jest łotrem. Albo na przeróżnych aferzystów, którzy właśnie tu lubią wyprać swoje zyski. Stąd te konie lipicańskie, o których mówi bankier Brue, że: „mają tę ciekawą właściwość, iż rodzą się czarne jak noc i dopiero z wiekiem stają się białe. I że właśnie z tego powodu użyczyły swego miana kuriozalnemu typowi rachunku bankowego wymyślonemu przez wybitnego bankiera Edwarda Amadeusa Brue, kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, mojego ojca, którego skądinąd nadal szanuję jako ucieleśnienie bankierskiej uczciwości, pod koniec jego bezgrzesznych lat w Wiedniu, gdy brudne pieniądze z upadającego Imperium Zła płynęły strumieniami – czy raczej całymi ciężarówkami – przez zetlałą do cna żelazną kurtynę”.

Dafoe, Dobrygin

Jeszcze tylko wyjaśnię, że „specsłużby” to liczba mnoga. I że są między nimi tarcia. Zwłaszcza między frakcją amerykańską a tą hamburską Bachmanna. Nie ma jednego frontu, są ludzie, którzy mają swoich ludzi i swoje priorytety. Właśnie to, że style działania się wykluczają, stanowi siłę napędową akcji. Może nawet uda mi się nie odkrywać wszystkich kart, gdy krótko wskażę, że cała sympatia jest po stronie Bachmanna. Nie żeby był czysty jak łza, lecz dlatego, że dostrzega niuanse. A jego cel to nie zemsta, lecz werbunek. I możliwie honorowe dotrzymywanie słowa tym, których zaufanie pozyskał. 

Philip Seymour Hoffman 2

Sedno konfrontacji widać jak na dłoni w zestawieniu cytatów. Bachmann, idący na kompromisy, trzyma się idei pozyskania informatorów. A na zarzuty, że prędzej doczeka się samobójczej eksplozji niż sensownej relacji z donosicielem, odpowiada: „Zresztą my nie będziemy go namawiali do zdrady, tylko damy mu nową definicję wierności”.

Gdzieś w okolicach końca wkurzony Bachmann podchodzi do człowieka, który poplątał mu szyki i słyszy:
„- Sprawiedliwości stało się zadość, chłopie. Możemy spokojnie iść do domu. (…)
– Zadość? – powtórzył tępo. – Zadość? O jakiej ty sprawiedliwości mówisz?
– O amerykańskiej, baranie. A niby o jakiej? O prawdziwej sprawiedliwości, takiej, kurwa, co strzela z biodra. A nie byle jakiej, takiej jak wasza, co wystarczy byle adwokat, żeby ją wypaczyć. (…) Oko za oko, Günther. Sprawiedliwość, czyli zemsta, jasne?” 

Każdy, kto widział film, rozpozna sytuację i poczuje niedosyt. W filmie to wszystko rozgrywa się jednym słowem. I jest to jedno z najgenialniejszych użyć trywialnej „kurwy”. Philip Seymour Hoffman włożył w to cały swój aktorski sznyt. W moich oczach tą sceną pożegnał się z rzeszą fanów, którzy chętnie zawyliby wraz z nim. Z rozpaczy i bezradności albo po prostu ze wstydu i wkurzenia. Scena przełamuje  chyba kontekst i nabiera samodzielności. Jakby się nie układać ze światem, karty i tak są znaczone.

Polifoniczność

To à propos powieści. Gdyby nie pierwszeństwo filmu, Bachmann zostałby zepchnięty na drugi plan. W książce równie ważny jest złamany wewnętrznie i odrodzony mocą niemożliwej miłości bankier Brue. Wciela się w niego William Dafoe, bardzo udanie, lecz w okrojonych scenariuszem możliwościach. Sześdziesięciolatek na życiowym zakręcie, który spotkanie z prawniczką reprezentującą klienta przypłaci życiową wywrotką. Bezkompromisowa Annabel wkracza w jego życie bezpardonowo: „Mojego klienta by tutaj nie było, gdyby nie ten pana pierdolony bank!”. Tommy Brue widzi w niej kogoś, kim sam nie jest, a chciałby być, gdyby mu starczylo odwagi. Zresztą: ona w nim tę odwagę budzi. Powieściowy Brue zabiega o paszport dla Issy i zabezpiecza Annabel przed ewentualnymi reperkusjami. Otacza ją gwarancją bezpieczeństwa – i tyle tylko jest tego, co może dać z szansą na przyjęcie. „Zainwestował samego siebie na niewłaściwym rynku”. Nie wzbudzi wzajemności, może nawet otrze się o śmieszność. 

„Ale jeżeli w życiu człowieka pojawia się osoba o połowę młodsza i od razu mianuje się przewodniczką moralną, to ten człowiek musi zainteresować się i słuchać, nie ma wyjścia. A jeżeli tak się składa, że osoba ta jest równocześnie najbardziej pociągającą i najbardziej interesującą kobietą, i najbardziej niemożliwą miłością w całym jego życiu, to tym bardziej”.

Szkoda, bardzo szkoda, że pozbawiono filmowego Tommy`ego Brue rewelacyjnej sceny w restauracji. Gdy on i ona są podsłuchiwani (każde przez inny zespół służb), a Brue ceremonialnie lekceważy konspirację, wręcza Annabel dokumenty i rozpoczyna piękną opowieść o swojej córce. Najdziwniejsze z możliwych wyznań, bo oczywiście, jego troska o dorosłą już Georgie jest ekwiwalentem uczuć do Annabel. Ale też jest wycofaniem się i świadectwem miłości, która nie zniewala i ktora nie usycha, lecz przemienia.

Powieść dopuszcza do głosu bohaterów zdegradowanych w filmie. Więc świetnie uzupełnia wrażenia z seansu. Gdybym jednak miała wybrać, co odpowiada mi bardziej, powiem: film. Ze względu na szansę obserwowania Philipa Seymoura Hoffmana. Bo to jest bardzo nieodżałowany człowiek.

Dafoe, McAdams

Na koniec – konia z rzędem (zastrzegam: koń nie lipicański) temu, kto mi wyjaśni motto powieści. „Najważniejszą zasadą jest to, by pomóc tym, których kochamy, uwolnić się od nas”. (Friedrich von Hügel) Trochę rozumiem. Ale mniej niż więcej.

Reklamy

co zrobi Brutus?

Idy marcowe, reż. George Clooney, USA 2011

„Osiołkowi w żłoby dano: w jeden owies, w drugi siano…” 
Wszystko nęci i wszystko po trosze jest nie takie, więc co wybrać na sobotni seans?
Wciąż mi ucieka Musimy porozmawiać o Kevinie – ale boję się, że zaburzy moje grzeczne wyczekiwanie na ferie. Spotkanie z irytującym nastolatkiem może człowieka rozregulować, a po zerwaniu jakiegoś nerwu-postronka rozsypię się na proszek. I narozrabiam.
Róża – pozycja obowiązkowa, ale nie dziś. Gwałty, kopniaki, hiperboliczna rzeczywistość… A ja mam zapotrzebowanie na delikatność. 
Z delikatnych i zabawnych (a przy tym wartych biletu) są dwa: Człowiek z Hawru i Moja łódź podwodna. Oba widziane już w lipcu. Nie kuszą mnie obsypane oscarowymi nominacjami  Służące. Zostały więc Idy…, choć jakem tamaryszek, za polityką nie przepadam. A puentę o brudach, nieuczciwości i podwójnej grze towarzyszącej kampanii wyborczej mam wdrukowaną nienaruszalnie.


Walka o miejsce w Białym Domu jest na etapie wyłaniania kandydata spośród demokratów. [Brawo, Clooney – jeśli obnażać, to swoich,  doceniam.]

Jesteśmy w sztabie wyborczym gubernatora Morrisa – mającego wszystkie atuty charyzmatycznego lidera, od wdzięku, elokwencji po pasję i … no, powiedzmy, twarde zasady. Nie zgadza się na zagrania, które gwarantując mu zwycięstwo, jednocześnie uzależnią od wspierających (vide: senator Thompson). Ma szanse uwieść demokratów, pomimo kilku ciemnych plam na wizerunku (niejasne sprawy z przeszłości, areligijność).

Ale walka jest zacięta, liczy się każdy głos, bo republikanie woleliby słabszego demokratę w szrankach z ich kandydatem. Będą przeciwko Morrisowi. Poza tym konkurencyjny sztab wyborczy nie zasypia gruszek w popiele. 

Wierzycie, że Morris-Clooney zmieni świat? Że ma wystarczająco dużo doświadczenia, charyzmy, instynktu i inteligencji? Jeśli nie, to nie głosujcie. Tak się zaczyna ten film.

Stephen Myers (rzecznik prasowy prezydenta), młody, wyposażony w walory Ryana Goslinga bohater drugiego planu kampanii, w filmie przesuwa się na plan pierwszy. To jego rozterki i przemianę śledzi widz. Otóż – w tej pierwszej scenie – Stephen wchodzi w rolę Morrisa, przygotowując salę do wystąpienia, mówiąc w próbie mikrofonu jego kwestię (możliwe, że sam ją napisał). „Nie jestem chrześcijaninem ani ateistą, nie jestem żydem ani muzułmaninem. Moim bogiem jest Konstytucja. Wierzę, że ona jest gwarantem naszych praw…”.  Ten chwyt zamiany ról, motyw alter ego, ring pokoleń (trochę w stylu mistrz i uczeń, a trochę rywal i konkurent) to rusztowanie całej historii. Może nie jedyne – równie istotna jest sama kampania i mechanizm politycznej gry. Zatrzymam się jednak na duecie Stephen – Morris. Czyli Gosling – Clooney.

Podoba mi się ta gra. Oczywiście, wyżej wymienione motywy, jak i temat walki o władzę, są nienowe. Czyż jednak nie opowiadamy sobie nieustannie tych samych opowieści od początku świata? 

Ładni chłopcy kontra mniej ładni…

Bo pierwsza sprawa, która wzrok przykuwa, to uwodzenie. Polityczne i dosłowne. George Clooney gdzie by nie wystąpił, postrzegany jest jako przystojny facet. No, ale nie trzydziestolatek. Jeśli tuż obok pojawi się Ryan Gosling, którego filmowe emploi zmierza w tym samym kierunku, co Clooneya, to sytuacja przypomina bieg sztafetowy. Brawoooo, Gosling! Przejmujemy pałeczkę i run, Ryan, run!

Jestem jednak za tym, by nie karać ładnych chłopców za ładność i docenić ich pasję i talent. Wygląda na to, że i w filmie, i w życiu obaj aktorzy wykorzystują nie tylko image przystojniaka, a do przypisanych etykiet mają dystans. Czego dowodem niech będzie to, że Clooney-reżyser oddał dwie najlepsze zagrywki filmu chłopcom mniej ładnym, acz

bezsprzecznie genialnym. Nie umiem o tym pisać, nie zdradzając wszystkiego, co przewidział scenariusz (oscarowy), więc tylko zaanonsuję. Proszę Państwa, klasa mistrzowska: Philip Seymour Hoffman jako lojalny (?) Paul, szef sztabu Morrisa, i Paul Giamatti w roli Toma Duffy`ego, podstępnego szefa sztabu konkurenta. 

Duet – polityk i jego asystent – budowany jest kilkoma lustrzanymi kliszami. Obaj przystojni, ulegający urokowi tej samej Evan Rachel Wood, charyzmatyczni (im się wierzy, za nimi pójdą ludzie jak w dym). Tu mam problem z brakiem odpowiedniego słowa: nie nazwę ich idealistami, bo słowo jest zbyt czyste, ale są przecież ludźmi z ideą, z werwą, z determinacją w dążeniu do wartości, w które wierzą. 

Jak długo się da, grają nieznaczonymi kartami. I zbierają baty. Aż staje się oczywiste, że trzeba wyjąć fałszywego asa z rękawa. Od pewnego momentu gra polityczna zostaje zawieszona, a rywalizacja dotyczy tylko ich. Kulminacją tej konfrontacji jest scena w hotelowej kuchni. Vis-à-vis, warunki, wzajemna zależność, zbyt wysoka cena, by wybrać wolność bez zobowiązań.

Nadążyć za Goslingiem…

Nie, w gruncie rzeczy odsłaniam niewiele. Bo sama nie wiem, co tak naprawdę się stało.

Gosling zbija mnie z tropu. W pierwszych sekwencjach filmu wierzę mu – ale nie do końca. Jest w tym świecie świeży, jeszcze mu mówią, że ma sobie dać spokój, zanim nie utonie, ale to jest tzw. „druga świeżość” (spytajcie Wolanda, powie wam, że taka nie istnieje!), bo trzydziestolatek, skuteczny w kreowaniu politycznego wizerunku, nie może być niewinny.

Czy desperacki czyn Molly jest spowodowany konfliktem moralnym, czy lękiem przed szałem Stephena, który rozjuszony zacznie kąsać kogo popadnie? A może jednak główna przyczyna tkwi w złym zagraniu Morrisa i jemu cała wina przypada w udziale?

Gosling najlepszy jest wówczas, gdy traci grunt pod nogami. Najpierw w relacji prywatnej. Co w nim siedzi? Zraniony facet, młody rywal, trochę urażony, trochę współczujący? Czy polityczny strateg, jeszcze lojalny, ale mocno wściekły na szefa? Kto go tam wie.

Gdy grząsko jest na gruncie kariery, jest fenomenalnie nieprzewidywalny. Wygląda na kogoś, kto jest gotowy przegrać i wycofać się na dalsze pozycje. Ale wlaśnie wtedy atakuje. Piękna rozgrywka.

Co się wydarzy tuż po seansie? Co powie w blasku fleszy? Otrzepie się z nieopierzenia i cynicznie zagra w drużynie szefa? Czy może – zgodnie ze swoją dewizą – „Mogę zrobić wszystko, jeśli tylko wierzę w słuszność sprawy” – nie poprze tego, co go rozczarowało?

Co zrobi Brutus? Zawierzy prawdzie? Tak, wiem, to naiwne oczekiwanie i zupełnie niezły finał gwarantuje też sojusz z kłamstwem. Kto atakuje, wiedząc, że rykoszet będzie zabójczy?

Ale dlaczego nie? Jeśli się jest Brutusem, to taka kolej rzeczy jest jak najbardziej akceptowalna. 

ameryka

2. AFF (American Film Festival), Wrocław 15 – 20 listopada 2011.

Jak zwykle. Rozmach. Szaleństwo wyboru. Duże szanse, by trafić na coś ekstra.

Organizatorem imprezy jest Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. Klimat – podejrzewam, byłam zbyt krótko, by oceniać – podobny do lipcowego maratonu filmowego NH.

Listopad wiąże ręce i ogranicza mobilność, więc moje wchłanianie obrazów miało wymiar oszczędny, weekendowy.

Widziałam:
1. Jack Goes Boating, reż. Philip Seymour Hoffman, USA 2010.
2. Przyszłość, reż. Miranda July, USA 2011.
3. Happiness, reż. Todd Solondz, USA 1998.
4. Z dystansu, reż. Tony Kaye, USA 2011.
5. Restless, reż Gus Van Sant, USA 2011.
6. Blue Valentine, reż. Derek Cianfrance, USA 2010.
7. Damsels in Distress, reż. Whit Stillman, USA 2011.

Festiwalowy repertuar dzieli się na sekcje.
Bohaterami retrospektyw byli: Billy Wilder, Terence Mallick, Joe Swanberg i Todd Solondz.
Wybrałam tylko jeden film z tej kategorii (3.).
Nie obejrzałam żadnego dokumentu (American Doc.), filmu-eksperymentu (On The Edge), bardzo żałuję, ale pominęłam również sekcję Spectrum (najnowsze odkrycia kina amerykańskiego). Moje filmy przynależą do kategorii Hightlights (głośne tytuły ze znaną obsadą), tak więc: prawie mainstream. Ale daj Boże taki mainstream na co dzień!

Zdecydowanie najważniejszy był dla mnie film Z dystansu, a zaraz po nim Happiness. Rewelacyjne. Pozostałe zaprezentuję krótko, do ulubionych wrócę w następnym „odcinku”.

I tylko jedno jeszcze zaznaczę – że tematy przyklejają się do człowieka jakoś dziwnie. Bo nie celowo, ale jednak, wybrałam sobie filmy o rozstaniu. Związki sypią się jak domki z kart. Te wieloletnie, ze stażem, którego już nic nowego nie przebije. Te, które przeszły pierwszą ogniową próbę i rozsypały się na następnym, dużo łagodniejszym zakręcie. Te, które są tuż przed scementowaniem i te, ledwie zadzierzgnięte, ale już z ambicjami na wieczność. Rozbijają się o wieczność właśnie. Urojoną, jak zwykle.

Jack Goes Boating

Znacie piosenkę Rivers of Babylon? Tak, Boney M. ją wyśpiewał(o). To najulubieńsza piosenka Jacka i bohaterka sceny, którą pamiętam najlepiej. I tylko tyle powiem o filmie, by móc przywołać tę scenkę.

Jack ma opinię nieudacznika. Pracuje w firmie przewozowej i przyjaźni się z Clydem. Jest samotny i (dlatego) trochę dziwaczny, przyjaciel chciałby mu pomóc, więc wspólnie z żoną obmyślają, że można by go wyswatać z Connie, która jest również dziwna i (bo) samotna. No tak, jak ktoś się dobrze formalnie umości, to mu się czasem zdaje, że jest zabezpieczony i kilka pięter mądrości wyżej od tego, który z niczym nie zdążył.

Po prawdzie: Jack rzeczywiście jakby lekko z myśleniem nie nadąża. Ale serducho ma duże i sympatycznie jest podglądać, jak „uczy się pływać” (polska wersja tytułu). W dobie szybkich randek, znajomości na trochę i na próbę, to co robi Jack jest fenomenalne. Gdy Connie wyzna mu, że takiego ma pecha, bo nikt-nigdy-nic specjalnie dla niej nie ugotował, to on zamierza tę katastrofalną sytuację zreperować. Nic to, że nie ma porządnej kuchenki i bladego pojęcia o kucharzeniu. Zapisuje się na lekcje, by przećwiczyć jedno konkretne menu. A następnie – w kuchni u przyjaciół – sześć razy robi próbę kolacji, by ta dla Connie wypadła ok.

Nie wypadnie, jak się można domyślić, bo Jack przypali zapiekankę. No po prostu świat legł w gruzach…, a Jack zamknął się w łazience. I niewiele pozostaje przyjaciołom, jak stać u drzwi i wyć piosenkę Boney M. Jest coś bardziej kiczowatego? A trzeba śpiewać pełną piersią: o tym, jak wiele łez muszą wylać nieszczęśni Izraelici uprowadzeni do Syjonu. Rzeki łez.

Moja ulubiona scena. Dodam, że w roli Jacka – reżyserujący po raz pierwszy – świetny Philip Seymour Hoffman. I że w tle rozgrywa się, oczywiście, rozpad małżeństwa Clyde`a. Żeby sobie nie myślał, że coś ma, gdy tak z góry spogląda na Jacka.

Przyszłość

Tak jakoś trafiam na Mirandę July, która reżyseruje i gra główne role w swoich filmach. Specyficzna artystka. Jeszcze nie wiem, czy ją lubię. Raczej „tak”, bo jest oryginalna, ale trochę też „nie”, bo jakby nie mój typ. Na ubiegłorocznym festiwalu obejrzałam jej film Ty, ja i wszyscy, których znamy. Kto żyw, szuka miłości, a przypadek i los grają partyjkę szachów. Coś a la Amelia, tylko zamiast cukru pudru zastosowano brązowy cukier kandyzowany.

Tym razem obserwujemy parę trzydziestolatków, na chwilę przed stabilizacją. Zanim życie nabierze przewidywalnego kierunku i okrzepnie w solidności, organizują sobie próbę z kotem. Zwierzęcia jest tam tyle, co -nomen omen- kot napłakał. Bo gdy Sophie i Jason decydują się wziąć pod opiekę chorego terminalnie kotka, ten ma właśnie nogę w gipsie i musi miesiąc odczekać w schronisku. A tymczasem… S&J mają 30 ostatnich dni bez odpowiedzialności (tej kociej i tej życiowej).

I choć wszystko przebiega niemal jak dotąd, to jednak w tym „niemal” czyha sedno. Poluzowało się, tandem już nie umie dreptać w tym samym rytmie. Nawiedza ich nagła potrzeba eksperymentowania i rozglądania się za nowymi drogami. Symptomatyczne i na pewno świetnie wyjaśnione przez badaczy podświadomości. On postanawia „czytać znaki”, być uważnym i nasłuchiwać, co mówi jego wewnętrzny głos. Ryzykowne: z informatyka przeobraża się w domokrążcę oferującego tanią filozofię ekologiczną. Jej eksperyment to impulsywna reakcja na numer telefonu nieznajomego mężczyzny, którego obraz wisi u nich w domu.

Mniejsza o szczegóły fabuły. Toczy się płynnie, ale zaskakuje ciągłymi uskokami. Ciekawa jest aura. Coraz bardziej nieuchronnie rozsypującej się bliskości. I nawet takie cuda, jak chwilowe zatrzymanie czasu nic nie mogą wskórać. Powrót do znanego, oswojonego azylu jest niemożliwy. Eden zamknął podwoje. „Wszystko wydaje ci się znajome. Ale nic już nie jest takie samo.”

Jest jedno wyraziste wspomnienie z Przyszłości, które sobie zapamiętałam (nie da się ukryć, związane ze skutkami rozstania, trudno… lejtmotyw). Sophie pracowała jako nauczycielka tańca w przedszkolu. Niestety, odsunięto ją do recepcji. Odwiedzają ją dwie koleżanki, z którymi utraciła kontakt. Obie w ciąży.

– I jak to jest? – pyta Sophie.
– Upierdliwie. Ale i wspaniale. – zgodnie odpowiadają.

Następuje seria takich spotkań. Sophie i koleżanki z dziećmi w wieku przedszkolnym, potem z nastolatkami, wreszcie przychodzą mocno dorośli ludzie z własnymi dziećmi, które chcą zapisać na lekcję tańca. Matki już nie żyją. I wciąż to: – Upierdliwie. Ale i wspaniale.

–  Sophie, a co u ciebie?
– Upierdliwie.
– I wspaniale?
– Nie.

Blue Valentine

Bardzo mi się ten film podobał.  Absolutnie do obejrzenia. Dla świetnej Michelle Williams i dla Ryana Goslinga. I dla opowieści. Dla gorzkiego smaku nieuchronności, gdy zbliżają się finałowe sceny. Bo na pewno nie tak powinno być.
Ale ten Gosling…! No naprawdę. Obejrzę jeszcze raz.