Archiwa tagu: poeta

Barańczak

Niech już się skończy ten grudzień. Jakby się rozpruł wór z nazwiskami Moich Ulubionych i odlatują w zaświaty. Krzysztof Krauze. Stanisław Barańczak. Barańczak – do którego od zawsze i niezmiennie mam stosunek niemal bałwochwalczy. Niegdyś tam: bohater mojej pracy magisterskiej. Ale i przedtem i później budzący moje czytelnicze ożywienie. Poeta. Tłumacz. Genialny interpretator i publicysta. Od wielu już lat okutany milczeniem. W moim panteonie (kruchym, bo nie lubię rankingów i się w nich gubię) ma zagwarantowaną pozycję kogoś, kogo się nie zapomina. Z podziękowaniem za wiersze i eseje, szlachetność i zmysł humoru… 

Jakieś Ty
Z tomu „Widokówka z tego świata” 1988

Właściwie nie muszę wiedzieć o tobie nic więcej, niż
to,  że jesteś tym jakimś Ty, które formułuje mi w ustach
i – przez opar wydechu, przez opór języka, przez niż
atmosferyczny, przez kłęby spalin nad jezdnią, mgłę lustra,
pył międzyplanetarny – każe przebijać się (z ust
do ust, przez morza, z tego świata na tamten, z chodnika
na chodnik, z murów mózgu w ten sam mur czy mózg)
drugiej osobie liczby pojedynczej czasownika,
jakiemuś „słyszysz”, „nie milcz”, „pamiętasz”, „spójrz”, „bądź”,
które, prostolinijnie wysłane przed siebie, pętlą
powraca, nie drasnąwszy skóry, ścian, urwisk, słońc,
mój rozmówco, Fachowy Psychoterapeuto,
łaskawy Czytelniku, Wszechmogący Panie,
Nieśmiertelna Jedyna, Od Czterdziestu Dwóch
Lat Już Wytężający nadaremnie słuch
Sobowtórze, Tubylcze Na Brzegu, skąd jak bumerang
ze świstem nadlatuje ciągle to samo pytanie
zmienione w tę samą odpowiedź: że w międzyczasie umieram.

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998

Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta,
kiedy szedłeś wzdłuż bloku. A w tej samej chwili
waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

„Non so piu…” – ten żar róż bez ciężaru, ten żart na
śmierć i życie, pędzący za chmarą motyli
anapest tętna. Właśnie ta aria Mozarta
m i a ł a tu brzmieć, jak gdyby istniała gdzieś karta
praw przechodnia spod bloku, której nie gwałcili
ci inni my, ci z gruzów wznoszący mocarstwa –

gwarancja, że choć jedna zasłona, niezdarta
do szczętu płyta przetrwa; że zawsze uchyli
jakieś okno czy wyrok ta aria Mozarta.

Jak gdyby wszystkie dobra zdążyła ta martwa
ręka niepoczytalnie zapisać nam, czyli
kopczykom gruzów, z których wstawały mocarstwa,
w których rosła, wbrew nim, na niczym nie oparta
wiara, że to nie błąd, że nigdy się nie myli
w oknie na którymś piętrze ta aria Mozarta.
Waliły się i z gruzów wstawały mocarstwa.

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził
Z tomu „Chirurgiczna precyzja”, 1998
Ani, jedynej

Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził.
Nie był płaczem dla niego, chociaż mógł być o nim.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi.

I półprzytomny wstyd: że ona tak się trudzi,
to, co tłumione, czyniąc podwójnie tłumionym
przez to, że w nocy płacze. Nie jej płacz go zbudził:

ile więc było wcześniej nocy, gdy nie zwrócił
uwagi – gdy skrzyp drewna, trzepiąca o komin
gałąź, wiatr, dygot szyby związek z prawdą ludzi

negowały staranniej: ich szmer gasł, nim wrzucił
do skrzynki bezsenności rzeczowy anonim:
„Płakała w nocy, chociaż nie jej płacz cię zbudził”?

Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy,
niedotykalnie drodzy ze swoim „Śpij, pomiń
snem tę wilgoć poduszki, nocne prawo ludzi”.

I nie wyciągnął ręki. Zakłóciłby, zbrudził
toporniejszą tkliwością jej tkliwość: „Zapomnij.
Płakałam w nocy, ale nie mój płacz cię zbudził.
To był wiatr, dygot szyby, obce sprawom ludzi”.

Stanisław Barańczak

Reklamy

tabor za taborem

Papusza czyta o sobie w gazetach

Papusza, reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Polska 2013

Wysmakowane kadry, które można zabrać „na wynos”. Pejzaże: lasy (droga wśród kolumnowych brzóz!, drzewa odbite w zalewisku, obrysowujące horyzont), łąki i pola przecięte wijącymi się drogami, którymi ciągnie cygański tabor. Zrywające się do lotu ptaki. Czasem aż gęsto od liści, od przepychu zieleni i barw, które przeczuwamy, wpatrując się w czarno-biały obraz. Skala kolorystyczna jest niezwykła, rozświetlona promieniami słońca, przyćmiona dymem z ogniska, poddana ekspansji ognia (wtedy na przykład, gdy Papusza rozmawia z Ficowskim o słowach, których nie nazywa poezją, bo wydają się być czymś dużo bardziej naturalnym i oczywistym). Aż kłująca biel śniegu. Piękno dostępne ludziom drogi. Niewykluczone, że gdyby ktoś ruszył z nimi i zobaczył świat z perspektywy cygańskiego wozu, tęskniłby później bezpowrotnie. Bezpowrotnie, bo nie dałoby się zobaczyć tego samego z perspektywy gadzia.

tabory


Twórcy odrzucili cepeliadę – świadomie i na początku pracy nad projektem. Korale, chusty, spódnice romskich dziewcząt i kobiet nie skrzą się czerwienią, błękitem, fioletem jak w popularnej piosence, którą na przekór przytoczę, bo słowa napisał bohater tego filmu, Jerzy Ficowski:

Jadą wozy kolorowe taborami 
Jadą wozy kolorowe wieczorami 
Może z liści spadających im powróży 
Wiatr cygański wierny kompan ich podróży 
Zanim ślady wasze mgła mi pozasnuwa 
Opowiedzcie mi Cyganie jak tam u was jest 

U nas wiele i niewiele bo w sam raz …

Na przekór, bo życie taboru, choć niewątpliwie dynamiczne, wspólnotowe, nieprzewidywalne, nie jest takie znów bajeczne, by piosenkowy refren („…ale zawsze kolorowo jest wśród nas”) nie brzmiał naiwnie.

Papusza

I pozostając wciąż przy wizualnej stronie Papuszy, trzeba do nieskalanych obrazków natury dołączyć scenki obyczajowe (życie taboru, stacjonowanie w miasteczkach, próby zamieszkania w czterech ścianach) i atmosferę napięć. Między Cyganami a władzą PRL-u, zdeterminowaną ich cywilizować, osadzić, kontrolować. Między taborem a ludźmi, dla których są „utrapieniem” – już choćby z tego powodu, że mentalnie nie do pojęcia (inne wyobrażenia o relacjach społecznych, o etyce i estetyce życia). Między nimi, wewnątrz taboru – choć nie wiadomo, jak boli bezpośrednio krzywdzonych, którzy akceptują romskie status quo, bo na pewno inaczej niż wydaje się to patrzącemu z boku. Myślę tu o dziewczynkach rodzących dzieci, poślubiających mężczyzn nierzadko wbrew swej woli, znoszących niepojęty patriarchat, a czasem – jak w przypadku Papuszy – tragiczne wykluczenie. Bo również wykluczenie znaczy dla Romów więcej, mroczniej, beznadziejniej niż dla nas.

tabor na zakręcieI tak jak szłam na seans bez żadnego przygotowania, tak po seansie czułam potrzebę dowiedzenia się więcej. Niekoniecznie po to, by zrozumieć film. Raczej dlatego, że film uświadamia, jak mało wiemy i jak niełatwo romski świat pojąć. To nie jest tylko kwestia niesprawiedliwych stereotypów (nie ma żadnego porównania z „obcością” mniejszości żydowskiej!).

Gdyby tylko o to chodziło, że ktoś nie akceptuje Cygana, bo inny… Zastrzeżenia wynikają często z niezgody na cygańskie bycie poza prawem, które społeczność uznaje za regulujące zasady współżycia.

tabory2Mam z tym problem, choć wstydziłabym się wygłaszać negatywne opinie. Trudno mi ogarnąć, jak to możliwe: nie pracować, naruszać czyjeś prawo własności, nie asymilować się… Skrajny przykład: opisanie swojego świata uznają za zdradę. Napiętnują i Ficowskiego, i Papuszę, choć żadnej złej intencji nie miało żadne z nich. Wręcz przeciwnie: oboje dostrzegają w tym świecie wartość, z którą się utożsamiają. Czyżby więc Romowie chcieli być obcy, a później mieli pretensje, że nimi są? 

znikający tabor

Zaskoczeniem i dużym walorem filmu jest brak emocjonalnego szantażu. Krauzowie nie kreują mitu wolnych ludzi, których zrodził las i dźwięki skrzypiec. Nie znikają moje obawy, że romski świat (przynajmniej z czasów Papuszy) nie mógl nieść z sobą harmonii, nie mógł liczyć na bezkolizyjne przyjęcie czy choćby neutralność ze strony tych, w których społeczność wkraczał. Jakby tragizm wpisany był z definicji w los Cygana. Cygan chce być wolny, nie chce dbać o czystość w mieszkaniu, bo gna go do lasu, musi ukraść kurę (to jest honorowe, w odróżnieniu od pogardzanego przez nich żebractwa; anegdota z Papuszą, która trafia do więzienia za kradzież kury i trzeba ją stamtąd wyciągnąć, by dać nagrodę od ministra – super!). Z obawą o tym piszę, bo posługuję się skrótem i może to zabrzmieć obskurancko, ale tyleż w tym widzę wolności i niespokojnego ducha, ile nieodpowiedzialności, ignorancji, a nawet pewnego ograniczenia horyzontów (przy skądinąd otwartych na oścież horyzontach wyobraźni wędrowca). Oczywiście, współczuję Romom i dostrzegam, jak katastrofalnie obeszła się z nimi władza PRL-u. I pouczona po seansie rozmową, rozumiem, że należy przedefiniować podstawowe pojęcia (praca, własność, wolność, rodzina, wspólnota), by otworzyć się na to mroczne światło i zabłocone barwy świata polskich, romskich taborów. 

Dlatego bezcenny jest Jerzy Ficowski i jego monograficzne dzieło Cyganie w Polsce. Dzieje i obyczaje. I bezcenni są twórcy filmu, który – gdy teraz o nim myślę – powinien powstać koniecznie i właśnie w takim kształcie, w jakim mogłam go obejrzeć. Większość występujących w filmie to statyści, odtwarzający znany sobie świat. Tym razem obdarzyli artystów zaufaniem i – mniemam – również zezwoleniem. Przełamując izolację i niewiarę, by istniało cokolwiek poza teraźniejszością, a podobno nawet język nie zezwala Romom wchodzić w przeszłość lub przyszłość, bo obie strefy czasowe nazywa jedno słowo.

Dużo teraz zewsząd głosów rozwija ten temat. Dobrze, to dla nas wielka szansa. Ale też przyczyna, zwalniająca mnie z relacjonowania dramatu, który rozgrywa się w życiu bohaterów. Papusza – tragiczna poetka, która wyrzeknie się części siebie, przekreślając i paląc swoje wiersze, bo mogąc wybierać, wybrałaby szczęście w taborze: „Gdybym nie nauczyła się czytać, byłabym szczęśliwa”. Dionizy Wajs, mąż Papuszy, któremu nie drży ręka, gdy „trzeba” przyłożyć żonie, lecz który z empatią (nie przestając marudzić) towarzyszy jej w wykluczeniu. Kreacja Zbigniewa Walerysia jest najbarwniejszą w tym filmie. Jerzy Ficowski – fascynujący człowiek (bardziej jako pierwowzór niż filmowa postać stworzona przez Pawlickiego), przygarnięty i okrzyknięty zdrajcą, obciążony nieprzewidzianymi skutkami pomocy udzielonej Papuszy. Spisek dwóch poetów (Tuwim & Ficowski), który w zamierzeniu miał ratować poetkę, w rezultacie strącił ją w przepaść, choć ocalił dla dzisiejszych odbiorców, więc i uwiecznił.

Jowita BudnikI sama Bronisława Wajs, zwana Lalką, czyli Papuszą – kobieta o niezwykłej wrażliwości, obciążona społeczną klątwą przez swoich, płacąca za podążanie za swym głosem niebotyczną cenę. Bezdyskusyjnie dobra Jowita Budnik, zastępowana w retrospektywnych fragmentach aktorką romską – Palomą Mirgą. 

Zbigniew waleryś jako Dionizy WajsJerzy Ficowski

między podróżą a tekstem

„Znak” nr 698-699
LISTY HERBERTA I BRZĘKOWSKIEGO

Na zdjęciu: poeci. Zbigniew Herbert, tu rozpoznanie jest oczywiste, i Jan Brzękowski, współtwórca krakowskiej awangardy, poeta emigracyjny, osiadły we Francji. Francja w tle. Między nimi różnica pokolenia (rocznik 24. i 03.), inne poetyckie drogi, odmienna życiowa sytuacja. 

Brzękowski po debiutanckim tomiku i wejściu w krąg peiperowskiej „Zwrotnicy” wyjeżdża na studia do Paryża. Jest środek międzywojnia. Osiada nad Sekwaną, później w Amélie-les-Bains (przy granicy z Hiszpanią). Bywa w Paryżu, kiedyś znów w nim zamieszka. Ale póki co jest rok 1958 – wtedy poznaje obiecującego Herberta.

Herbert ma za sobą pierwsze tomiki (Struna światła oraz Hermes, pies i gwiazda), którymi zaistniał dzięki popaździernikowej Odwilży. Ma trzydziestkę na karku, mieszka pokątnie, pracuje w przypadkowych miejscach, chce żyć z pisania… Stypendium literackie (sto dolarów!) staje się zaczynem ruchu. Po raz pierwszy wyjeżdża za granicę, podróż trwa dwa lata (1958-1960). Francja, Anglia i Włochy. Dużo czasu spędza w Paryżu. Łapczywie chłonie wrażenia z miejsc i inspirację ze spotkań. Poznaje Jana Brzękowskiego. I co? I nic. To nie jest wielka przyjaźń, chyba nawet nie ma większej fascynacji wzajemnym dorobkiem literackim. Kilka spotkań i bardzo uprzejme listy. 

W wakacyjnym numerze „Znaku” opublikowano tych listów dwadzieścia pięć (najmłodsze, pisane po długiej przerwie, pochodzą z roku 1972). Zgodnie z zasadami edycji prywatnej korespondencji. Z przybliżeniem kontekstu. Czytałam. Komu przydarzy się okoliczność – polecam.

Posyłam wieżę EifflaCoś niecoś wynika z tego, jak i o czym korespondujemy. Epistolografia literatów jest ciekawym wglądem w to, jak prezentują się ich niezredagowane teksty, nieprzeznaczone do druku (choć głowę daję, że pisane ze świadomą autokreacją). Po śmierci Herberta – w lipcu minęło 15 lat – wydano niemało śladów jego epistolarnych rozmów. Listy wymieniane z Turowiczem, z Elzenbergiem, z Miłoszem, Zawieyskim, Barańczakiem… 

Ważne jest co dzieje się w tle korespondencji: nad czym autorzy pracują, jaki rodzaj doświadczeń gromadzą i co im się zdaje, zanim skondensują swe rozmyślania w jakimś – do szerszej publiki adresowanym – wierszu czy eseju. Owocem pierwszej podróży zagranicznej Herberta był rewelacyjny tom esejów Barbarzyńca w ogrodzie. Przebłysk tego projektu odsłania się w listach do Brzękowskiego. Wiecznie czymś zaaferowany Herbert, przepraszający, że odpisuje z opóźnieniem, że po uszy zajęty, że w drodze dokądś lub w podróży jakiejś w głąb (poprzez księgi)… To odsłona kondycji i metody wchłaniania wrażeń, prawdziwy, chaotyczny odprysk tego, co w zastygłej postaci stoi na mojej półce już od lat, czasami zabierane w drogę a częściej będące zastępstwem realnej podróży. Nie muszę dodawać, że podróż z Herbertem nigdy nie jest namiastką, bo jeśli nawet zmysły nie mogą się sycić, to myśl krąży jak torpeda: przenikając historię i piękno. 

***

garść obserwacji

1. Herbert ma dość dramatyczną świadomość przepaści między życiem w Polsce a zagranicą. Fascynuje go świat Zachodu i Południa. Decyzję emigracji rozważa, lecz jest do niej mentalnie niezdolny. Mniejsza o trudności z pracą, o biedę czy samotność. Te same dodatki towarzyszą mu również w Polsce. Niewykluczone, że tego rodzaju patriotyzm odchodzi w przeszłość, dla ludzi o konstrukcji osobowości podobnej do Herberta był on czymś organicznym. I paradoksalnie: to, co ograniczało wolność, było zarazem ostrogą do przekraczania samych siebie.

„Wracam do Polski za kilka miesięcy. Robię to, jakbym miał wejść w wodę brudną i zimną, ale to jest jedyna moja rzeczywistość. Tu żyję na powierzchni, bez racji i powodu”. „Niedawno otrzymałem wiadomość, że cenzura zdjęła moje wiersze, co mnie niesłychanie podnieciło i natchnęło do walki”.

2. Jedną nogą w świecie starych. I to nie brzmi jak kokieteria. Pan Zbigniew mógł tak myśleć. „Jutro kończę 35 lat. To istna katastrofa. Już jestem definitywnie wykreślony z kręgu młodych”. (!!!)

3. Pierwsza podróż, czyli wchłanianie całą skórą. „Uczę się języka i obwąchuję to piękne i okrutne miasto” – pisze o Paryżu. Kawiarnie, kina, muzea (kolejność raczej odwrotna). Przepisywanie ksiąg niedostępnych w kraju a niezbędnych przy studiach nad tematem. Rzetelność Herberta nie zaskakuje. Trochę bawią mnie francuskie słowa, które mu wchodzą w nawyk: „Bardzo serdecznie Pana pozdrawiam i mezomażę madame” (mes hommages) lub „ekskuzuję się z powodu milczenia”. Gdy wspomina o pisaniu Barbarzyńcy…, mówi, że „ciągnie w wielkiej męce książkę szkiców o Francji i Włoszech”. Męka? zupełnie niewyczuwalna w lekturze.

4. Listy są dość zwięzłe i może dlatego chwilami zaskakuje mnie egzaltacja. Dziwni mnie ona u Herberta. Wówczas jeszcze nie wie, czy kiedykolwiek powtórzy przygodę z Europą, może to motywuje wylewne trzykrotne wyznanie smutku, jaki budzi w nim myśl, że mógłby już więcej nie spotkać Brzękowskiego. Trzeba, niestety, dodać, że Brzękowski wystąpił tu w roli synekdochy: niby smutek za nim, a de facto za światem, do którego dostępność nie jest czymś oczywistym. Nie przekonują mnie wzajemne serdeczności.

5. Hmm… byłoby inaczej, gdyby listy wymieniały ze sobą kobiety. Kobiety-pisarki. Męski dialog krąży wokół autorskiego ego. „Wysłałem Panu (…) tom moich wierszy (…). Bardzo mi zależało, aby Pan zechciał go przejrzeć”. „Czy czytał Pan moje wiersze…?” „Czy zna Pan mój artykuł… ?” Obaj chcą być czytani i chętnie przejrzeliby się w docenieniu ze strony drugiego. To oczywiste. Ale listy między kobietami wyglądałyby inaczej. I zastanawiam się, czy szczerzej? Oczywiście, to zależy, kim by one były. Nie pytałyby tak wprost, chyba.

6. Żałuję, że Herbert tak enigmatycznie pisze o zwiedzaniu: …wyjeżdżałem z Paryża tknięty turystyczną manią”. W omówieniu listów znajduję wzmiankę o przejawach tej manii, zaświadczoną wspomnieniami żony. Herbert mógł nie spać, nie jeść, nie robić przerw. „Ja byłam głodna, a jemu wciąż szkoda było czasu na jedzenie. Zawsze miał wytyczoną dokładną trasę zwiedzania i nie chciał się ani na chwilę zatrzymywać”. Po czym dodaje: „Ale zwiedzanie z nim było wspaniałym przeżyciem”.

A ja sobie myślę, jak dobrze, że powstał Barbarzyńca… Mogę sobie podróżować z Herbertem, a jeść, kiedy tylko najdzie mnie głód (albo jeszcze częściej). Mogę sobie robić przerwy. Bo przecież jego eseje aż proszą o to, żeby siąść i posmakować chwilę.

Najbardziej lubię tekst O albigensach, inkwizytorach i trubadurach. Ale zacytuję coś bardziej na dziś, gdy upał trwa i prawie nie trzeba sobie wyobrażać, jak ciepło jest na południu (tekst dotyczy Grecji).

„Zresztą krótki wypad z autokaru nie daje pojęcia o tym, czym jest świątynia grecka. Trzeba spędzić wśród kolumn przynajmniej jeden dzień, aby zrozumieć życie kamieni w słońcu. Zmieniają się one zależnie od pory dnia i roku. Rankiem wapień Paestum jest szary, w południe miodowy, o zachodzie słońca płomienisty. Dotykam go i czuję ciepło ludzkiego ciała. Jak dreszcz przebiegają po nim zielone jaszczurki.

Schyłek dnia. Niebo jest spiżowe. Złoty wóz Heliosa stacza się do morza. O tej porze, jak mówił Arcypoeta: «ciemnieją wszystkie ścieżki». Teraz przed świątynią Hery róże, które śpiewał Wergiliusz: «biferi rosaria Paesti», pachną odurzająco. Kolumny przyjmują żywy ogień zachodu. Niedługo w ciemniejącym powietrzu będą stały jak spalony las”. (U Dorów)

Znak. Okładka wakacyjnego numeruWakacyjny numer „Znaku”. Wspomnę na marginesie, że miesięcznik „Znak” za chwilę wypuści w świat swój siedemsetny numer. I z tej okazji udostępnia całe archiwum (od 1946 roku, w formacie pdf). Można też kupić za niską opłatę (5,90zł) numery od maja 2012 do sierpnia 2013 – w formatach MOBI/EPUB.

Tamaryszek natomiast, naoglądany, nasycony filmami i spacerami po równinie, rusza zdobywać górskie szczyty. Nie, nie, Himalaje nie dla mnie. Tatry są w sam raz.