Archiwa tagu: PRL

o, bogowie!

Bogowie, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2014

Religa (Kot)

„- To pan jest ten wariat ze skalpelem? Chciałem podziękować”.
Mówi lokalny „mafiozo” do Religi, który wzrokiem szacował, czy nie dostanie czegoś bardziej wprost. Ciosy odbierać umiał, bo los mu ich nie szczędził. I raczej nie w przewadze były te personalne. Obrywał, bo się o to prosił – wiedział, że zajmuje się czymś, co ma sens, a ma go dopóty, dopóki robi wszystko, co się da i przełamuje granice. Rzecz jasna, przesuwał granice możliwego tam, gdzie wielu bało się patrzeć. Ze strachu przed tabu (serce to nie mięsień, lecz szkaplerz ze świętościami), z inaczej pojmowanego respektu dla życia czy z powodu rutyny lub niewiary w siebie. Religa ma tę cudowną cechę, że nie chce czekać na cud i „musi spróbować”.

Fama niesie, że Tomasz Kot zagrał Religę brawurowo (zgarnął nagrody, a żaden potencjalny recenzent nie może przejść mimo tej kreacji). I fama w niczym nie przerasta wrażeń. Kot trafił na świetną postać, Religa ma szczęście, że wraca do nas w ciele i talencie Kota. Symbioza i sprzężenie zwrotne. Aż paraliżuje, gdy próbuje się znaleźć kilka słów, by ująć wrażenia. Mój sposób na przełamanie impasu to okrzyk: chapeau bas! Jaka radość, że film mnie tak uniósł! Wzroku nie sposób oderwać, energia zaraźliwa, sympatia calutka ulokowana po stronie docenta. Nie to, że postać-heros, bo przecież wicher nim miota i czasem znosi w rejony nonszalancji lub każe biegać po rondzie. Owszem, potrafi cofnąć pochopne zwolnienie z pracy, przyjąć pomoc od żony („nie jestem święta, jestem wkurwiona!”) i ogarnąć alkoholowe rozchełstanie. Nie ma wątpliwości, że trudno było z nim żyć, ale też zrozumiałe jest, że od takich ludzi się nie odchodzi. Bo trudno gdzie indziej znaleźć podobną temperaturę wrażeń, determinację i … radość gry drużynowej, którą prowadzi charyzmatyczny kapitan. Ukształtowany od pierwszych kadrów, ale i dojrzewający. Memento schorowanego profesora Molla: „pokora, panie kolego, ona jest najtrudniejsza” – trafia do Religi dość późno.

Słowem: postać jest siłą filmu. To, kim jest i w imię czego działa. To, jak rozgrywa realizację swych celów. To, jak chodzi, uśmiecha się, wścieka, patrzy spode łba, kopci papierosy, pruje swym żabim fiatem przestrzenie polskich dróg. Jak dziecko cieszę się, że we mnie ta postać zostanie i że – tak się akurat składa, choć dla jakości filmu nie jest to fundamentalne – zostawia pozytywne, ludzkie przesłanie.

Bogowie, papierosNie wiem, pod czyim adresem kierować słowa uznania za narrację, tempo, konstrukcję scen. W stronę reżysera (Łukasz Palkowski), bo on odpowiada za całość. Ale częściej przychodził mi na myśl scenarzysta (Krzysztof Rak), który rzecz rozpisał, wymyślił sceny i dialogi, pewnie niejedno odrzucił, by stworzyć coś, co rewelacyjnie łączy dramatyzm, dowcip, ówczesne realia i sprawy odwieczne. 

Pierwsza sprawa to wybór fragmentu biografii. Bo jest to film o Zbigniewie Relidze, lecz ujmujący jedynie wycinek jego losu. Preludium to rok 1969 – burza medialna po pierwszej operacji na żywym sercu, przeprowadzonej przez profesora Molla w 1969. Pionier i epigoni, polskie piekiełko mentalnego zaścianka: „Polak Polakowi nawet klęski zazdrości”. Ten wątek będzie towarzyszył percepcji osiągnięć Religi w światku rodzimej medycyny i za sprawą mediów będzie sączył wątpliwości w odbiór społeczny. Kulminacją opowieści są pierwsze próby transplantacji serca (1985-1986), czasy pionierskich eksperymentów (!) kończących się śmiercią pacjentów w krótkim terminie po operacji. Oczywiście, poprzedzone pokazaniem stylu pracy głównego bohatera, serii potknięć i sukcesów, ceny płaconej za – nie z własnej winy wynikające, ale jednak – niespełnienie nadziei pacjentów (vide: nastoletnia Ewa, „dająca się pociąć” przez sympatycznego Zbyszka). Niczego o tym, co ukształtowało Religę i niczego o tym, dokąd doszedł i w jaki sposób odszedł (2009). 

Druga rzecz to gatunkowy miks – bo ogląda się Bogów jak kino akcji, sensację podszytą komedią (!), dramat psychologiczny i obyczajowe studium środowiska i peerelowskiego społeczeństwa. Przy czym zgrabnie to wszystko wyważone i nakręcone w tempie, które wstrzymuje oddech.

Trzecia sprawa: dialogi. Żadnych przegadań, w ogóle: nie ma wielkich rozmów. A tego można by oczekiwać, bo na przykład relacja Religi z żoną mogła prowadzić do jakiejś spektakularnej wymiany zdań. Tymczasem: są emocje, jest więź i obecność, trwanie pomimo…, spojrzenia i wypalanie wspólnego papierosa. Podobnie rozgrywają się rozmowy ze współpracownikami, z oponentami, z pacjentami lub rodzinami pacjentów. W sam raz. Sporo kwestii zapada w pamięć. Nie wszystkie zabrzmiałyby dobrze wysadzone z kontekstu – a to walor, bo słowo w filmie wcale nie ma brzmieć jak tekst do cytowania. Jak choćby ekspresyjny wytrych „k…a”, który ma naprawdę polisemiczną wymowę. Podczas jednej z operacji asystująca pielęgniarka rzuca: „- Oczko”. „- Co oczko?” „- No dwudziesta pierwsza k..wa pana docenta”.

Przechodzień

Jedna z pierwszych scen: Religa idzie szpitalnym korytarzem (jak na zdjęciu poniżej) do sali, w której leży czyjeś martwe ciało. Nastawia zegar i w tempie możliwie najszybszym wyciąga serce. „Trzydzieści pięć minut, k.rwa, za długo!”. Za moment wciąga go wir nagłych okoliczności i decyduje się na operację, której nikt bez zgody szefa kliniki nie chce podjąć. A Religa migiem podejmuje decyzje, reżyseruje jakby wiedział, co robić, podczas gdy tyle samo zależy tu od wiedzy, co od intuicji i fartu. No ale alternatywa jest żadna. Do prosektorium wysyła kogoś, by po nim posprzątał. Istny Hitchcock! 

Scena, którą polubią chyba wszyscy. Zdjęcie powyżej. Religa właśnie zwolnił się z pracy w warszawskiej klinice z zamiarem wyjazdu do Zabrza. Wychodzi z torbą, w drzwiach szpitala zamieszanie, bo przywieźli pacjenta w stanie „nierokującym”. Religa wyławia strzępki komentarzy sanitariuszy, po czym rzuca tobołki i zaczyna operację w drzwiach. Serio. Wkłada rękę do środka, wydaje dyspozycje i już każdy ma swoją rolę. Dopiero po chwili któryś z sanitariuszy reaguje pytaniem: „-Kim pan jest?” „- A przechodziłem tędy…”

Oj, a początki słynnej kliniki w Zabrzu, której objęcie oferował mu znajomy! Propozycję przyjął, gdy zrozumiał, że na zielone światło dla transplantacji w Warszawie się nie doczeka. Przyjeżdża więc na Śląsk, a tu… plac budowy i zmieszanie inicjatora pomysłu, że na łóżka może starczy, ale ze sprzętem będzie krucho. Religa zakasuje rękawy i wyciąga kasę skąd się da. Seria świetnych scen. Czy to o „Jadzi”, której można coś podebrać, czy o dyrektorze, który mruczy, że no, tak, tak, wspieramy…, ale już myśli jakby uwolnić się od natręta. Spojrzenie Religi: „- Oddech płytki, otłuszczenie…, do zobaczenia, panie dyrektorze”.

Przyjmowanie kadry medycznej. Szczęście do młodych fachowców z pasją (Andrzej Bochenek, Marian Zembala) jest obustronne, bo nigdzie nie ma tylu szans na rozwój, co u Religi. Bezceremonialność i serdeczność: „- Ok, witam, skombinuj sobie jakiś fartuch”. Pielęgniarki, które zbudują później zaplecze mocnej ekipy, są świeżo upieczonymi przyjezdnymi adeptkami zawodu. Zembala martwi się o fachowość kadry, przecież co najmniej dwa lata potrzeba na przeszkolenie kardiochirurgicznej pielęgniarki! „- No to zaczynać. Nie ma na co czekać!” Rewelacyjna jest rozmowa Zembali z Religą, w której podpytuje docenta, „jak to się robi?” Jadą właśnie do Warszawy po zgodę na pobranie organu od dawcy, więc Religa odburknął – jak to jak, normalnie, ktoś się zgadza, potem przewóz, operacja. No ale Zembali chodzi o niuanse operacji właśnie. Religa puentuje rozbrajająco: „a tego to nie wiem, nie robiłem”.

Polski film z dobrą akcją, ze świetnymi dialogami, z postacią, która budzi w widzu ważne struny. I jeszcze sceny operacji, które oglądamy bez zażenowania porównaniem z którymś z amerykańskich seriali. O, bogowie, nie wierzę, ale widziałam, więc nie wątpię. Tak właśnie jest.

Kot jako Religa