Archiwa tagu: przyjaźń

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

Reklamy

małe życie

Hanya Yanagihara, Małe życie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
Male zycieJak widać po napisach na okładce: nagłośniony tytuł. Każdy już kojarzy i co nieco wie. Nakład znika z księgarń błyskawicznie. Prawdopodobnie rzeczywiście jest czytany. Trudno zmierzyć, ile tych zakupionych egzemplarzy wchłonięto, jednak można założyć, że jeśli ktoś zaczął (przełamując strach przed grubym), najpewniej skończył, bo rzecz wciąga.

Nie od razu po lekturze biorę się do pisania. A gdy zaczynam szukać klucza, pojawiają się dwie opcje. Albo przyjrzeć się, na czym polega mechanizm przyciągania. Albo na odwrót – zająć się tym, co w mojej lekturze było brzęczykiem-przeszkadzaczem. Trzecia opcja – zwycięska – narzuca się po wysłuchaniu rozmowy z Hanyą Yanagiharą, w której padają odpowiedzi na moje niezadane pytania. To popytam dalej, ale zacznę od tematu i warsztatowych założeń Autorki. (Z najwyższej półki – 1.05.16)

Małe życie jest opowieścią o przyjaźni czterech amerykańskich chłopaków, którzy poznają się w college`u i pielęgnują tę więź przez całe życie. Stoją na początku zawodowych dróg, które mimo nierównych startów, powiodą ich do różnych spełnień. Jude to błyskotliwy prawnik, Willem staje się aktorem, Malcolm architektem, a J.B. malarzem, którego sukces przypieczętowały obrazy inspirowane zdjęciami przyjaciół. I tak jak kolejne wystawy J.B., tak cała powieść jest próbą przeniesienia relacji między bohaterami w wymiar uniwersalny (transcendentny). Gdyby wiązkę tematów uruchomionych w tej powieści sprowadzić do jednego, to trzeba wskazać właśnie na siłę przyjaźni – która ocala, nadaje sens codzienności, jest najwyższą instancją, choć nawet ona nie ma mocy ostatecznego rozbrojenia samotności i zaprzeszłych traum.

To, co Yanagihara pisze o przyjaźni jest szalenie wzruszające. Jest tym, co chce się o przyjaźni usłyszeć, by móc w nią wierzyć. A tym, co z wywiadu z Autorką najbardziej mi pomaga w asymilacji powieści jest wyznanie: „chciałam, by to była współczesna baśń”. Wiele z moich niezaspokojonych głodów może się tym nasycić. 

Dlaczego baśń? 

  • czas historyczny został unieważniony. Współczesność, ale bez znaków rozpoznawczych. Realia polityczne i społeczne są umowne. Co nieco wynika z kontekstów kulturowych: projekty architektoniczne Malcolma, wystawy J.B, role filmowe Willema. To „nasze czasy”, bez sugerowania dat. Rekompensatą za mgliste realia świata zewnętrznego jest wnikliwość w ukazywaniu wnętrza. Monologi, introspekcje, wyznania.
  • główny bohater mierzy się z niewyobrażalnymi przeciwnościami losu. Ze wspomnianej czwórki tym głównym i jedynym pełnowymiarowym bohaterem jest Jude. Okrutnie potraktowany w dzieciństwie, nie umie uporać się z traumą, nie potrafi jej wypowiedzieć, znajdując alternatywne ujście w samookaleczaniu. Skala bólu, pustki, wstydu i pogardy do siebie, z którymi musi się mierzyć jest ogromna. Nieprawdopodobna wręcz, ale tu nie ma miejsca na licytację, bo życie ma licencję na urzeczywistnianie potworności, które się nie śniły naszym filozofom. I wszystko to zdarzyć się mogło. Baśń nie musi tłumaczyć, jak do tego doszło, kto był ślepy, kto obojętny. Zło jest silnie skrystalizowane. I zmaganie się z nim jest jak doświadczanie katharsis. Co prawda Jude nie doznaje oczyszczenia, ale czytelnikowi nie jest ono zabronione.
  • tyle samo dobra co zła; obie moce są zadziwiające i niewyczerpywalne. Kibicujemy, oczywiście, dobru. Temu, by Jude zaufał ludziom, którzy go pokochali i pozwolił sobie pomóc. Temu, by ci, którzy cierpliwie opatrują rany, nie musieli patrzeć na rozrywanie opatrunków. Temu by czas, miłość, przyjaźń, zrozumienie, akceptacja i Bóg wie co jeszcze zadziałały ozdrowieńczo. Ale walka między skrajnościami nigdy się nie zakończy.
  • historia jest na tyle odrealniona i prawdziwa zarazem, że jak każda baśń staje się lustrem, opowieścią, w której chcemy się przeglądać, angażując emocje, empatię, nadzieję na sprawiedliwość.

Ze wszech miar polecam powieść Hanyi Yanagihary, bo jest tym, czego potrzebujemy, by uruchomiły się w nas pewne tęsknoty, wypłakały się rozczarowania, by coś się uspokoiło. Bez wątpienia przeczytać warto.

Tymczasem – skoro z przeżyć już ochłonęłam – to powiem, czego mi żal

a) Jude jest postacią, która zapada w pamięć. Świetnie oddane są jego przekonania na temat siebie, paradoksalna wnikliwość w patrzeniu na świat i niezdolność zdystansowania się do własnych cierpień. To jest często chore, nieracjonalne, irytujące. Jude zniewala i odpycha, a w dodatku, co niepojęte, lecz przekonujące, niewiele się zmienia. Połączenie tak wielu barw i pozbawienie postaci spektakularnej przemiany jest świetnym zabiegiem. 

I niech już tak będzie, że wnikamy w psychikę i emocje Jude`a. To o wiele ciekawsze niż retrospektywne historie, które wyjawiają, co zdarzyło się naprawdę. Długo jesteśmy trzymani w tajemnicy, a gdy kurtyna się odsłania, coś na tym tracę. Jeśli już koniecznie mam otwartymi oczyma oglądać, co z Judem robił brat Luke, to przynajmniej doktora Taylora przegnałabym za kulisy. Głupio zabrzmi, gdy powiem, że te fragmenty są nudne, więc niech będzie, że są słabsze.

b) Szkoda, że takie postaci jak Willem, Harold i dr Andy są tak obłędnie jednowymiarowe. Stróże dobra i piękna. Na tyle ciekawie przedstawieni, że choć jednoznacznie dobrzy, dają się lubić. Ale bez pęknięć. Mam nadzieję, że w życiu to żaden problem, ale w literaturze jednak mankament. Jak na powieść o przyjaźni mało wiemy o pozostałych osobach z paczki. Tylko tyle, żeby w ogóle jakoś osadzić chłopaków w ich biografii. Kilka stron o rodzinie i jakimś kluczowym problemie, nie na tyle ważnym, by mógł równać się z problemem Jude`a. Więcej Malcolma! Więcej J.B. (świetna scena, w której wbrew sobie przedrzeźnia i rani Jude`a)

Jakby wszyscy pojawiali się w tej opowieści tylko po to, by dodać coś od siebie o Judzie. Ok, do zaakceptowania, jeśli przyjmiemy kryteria baśni. A mnie na przykład bardzo zainteresowała postać Any z pomocy społecznej, która pierwsza otworzyła Jude`owi drzwi do „normalności”. Opatrzyła rany, ale nie zdążyła nauczyć go mówić o przeszłości. Wiedziała, jak ważne jest, by ból się nie zakleszczył. Zabrakło jej czasu, by udrożnić wspomnienia Jude`a. I wracałam do tego, drążąc, czy rzeczywiście tak ważne jest, by nie pozwolić zbudować muru, czy czas jest aż tak kluczowy?

c) Może nie żal, ale niezrozumienie. Prawie nie ma tu kobiet. Te, które są, wydają mi się celowo zmarginalizowane: Any, Julie, India, żony Andy`ego czy Malcolma. Taki był zamiar. Yanagihara mówi, że chciała opisać fenomen męskiej przyjaźni. Mamy więc chłopaków i mężczyzn… i bardzo kobiecy sposób mówienia o nich. Z jednej strony pisarka sugeruje, że istnieje jakiś społeczny kod męskiej przyjaźni. Jaki? Bo przecież nie ten, który obserwujemy. Męska przyjaźń kojarzy mi się raczej z dogadywaniem się w milczeniu, z rozmowami na jakieś ideowe lub głęboko merytoryczne tematy i z działaniem, nawet z rywalizacją. Tymczasem bohaterowie Małego życia są ponadprzeciętnie empatyczni, wrażliwi, wręcz czuli. Gotowi do wyznań („kocham cię”). Nie, nie, nie twierdzę, że to niemęskie. W ogóle kategoria płci jest wtórna. I dziwię się, że tak przez Autorkę zaznaczona. 

***

Michał Nogaś jest tą powieścią zachwycony i nie boi się wielkich słów. „Arcydzieło”, „powieść totalna”. Ja bym się jednak bała. Przyznaję, że niełatwo ją ogarnąć i dawno nie miałam takiego wrażenia, że kończąc post, jestem na początku. Szkic szkicu etc. Ale to rzut na taśmę. Jutro rozpoczynam moją przygodę z 16. edycją Nowych Horyzontów. Filmy pewnie przegonią część lekturowych wrażeń, więc jeśli w ogóle cokolwiek powiedzieć o Małym życiu, to tylko dziś. 

Gdyby Ktoś zechciał mi jednak podsunąć coś do przemyśleń, to wrócę i domyślę. Albo przyjmę na wiarę. :)

et cetera

Kolejny rok, reż. Mike Leigh, Wielka Brytania 2010

Weekend jak upchana walizka, którą, by dopiąć, trzeba całym ciałem ścisnąć. Seminarium filmowe: piątek, sobota i niedziela w klimatach polsko-żydowskich. Sporo inspiracji, lecz nie dałabym rady ich podjąć, więc chętnie wrócę do filmu sprzed kilku dni. Zupełnie inna tonacja. Żadnego ekstremum, żadnych kwestii ostatecznych, życie na ludzką miarę i śmierć obecna nie bardziej niż zwykle – tyle, ile musi być w każdym życiu.

Do pewnego momentu życie biegnie torem zmiennym, zakręt goni zakręt, nie zapuszczamy korzeni, bo wiemy, że „dzisiaj” jest tymczasowe. Każdy rok coś kończy (a przynajmniej przybliża jakąś metę), coś zaczyna lub podsuwa możliwe rozwidlenia. Matura… i jakiś ciąg dalszy. Studia… i jakiś ciąg dalszy. Pierwsza praca, nowe ważne relacje, nowe przestrzenie i środowiska. To może tak trwać w (nie)skończoność, ale zazwyczaj impet zmian wyraźnie po którymś przełomie słabnie. Można, oczywiście, urządzić sobie życie na kształt ciągu niespodzianek – o ile upatrujemy w tym wartość. A może być i tak, że zaczniemy oswajać się – coraz bardziej, tak całkiem na dobre – z tym, czym jesteśmy, czym jest nasze życie i nasz świat. I wtedy pojawia się taki czas, o którym opowiada Mike Leigh: kolejny rok, wiosna, lato, jesień, zima. Et cetera.

Kolejny rok. plakatWłaściwa opowieść rozgrywa się w kręgu kilkorga bohaterów. Jest małżeństwo, Tom i Gerri, ich 30-letni syn Joe i jego narzeczona Katie, dwoje przyjaciół, Mary i Ken, oraz brat Toma.

Ale zanim wejdziemy w ich świat, jest preludium – przychodzi kobieta do lekarza i mówi: nie mogę spać, proszę przepisać tabletki. Co tam tabletki, trzeba usunąć przyczynę – diagnozuje lekarka. Zmęczona twarz i ciało Imeldy Staunton (pamiętnej Very Drake z innego filmu Mike`a Leigh). Nie chce żadnych psychologicznych prześwietleń. Tabletki proszę, chcę spać, nie chcę o tym rozmawiać.

„- Czy jest pani szczęśliwa? Proszę określić w skali od 1 do 10”.
„- Jeden”. Nie poznamy bliżej jej życia, lecz odsłonięcie rąbka pozwala niejedno sobie dopowiedzieć. Mąż – najbardziej obcy człowiek na świecie, córka, zjawia się, gdy czegoś potrzebuje, monotonia, którą oswoić niełatwo, ściana nie do ominięcia. Terapeutka sugeruje, by wsłuchać się w siebie i coś zmienić. Wzdrygnięcie ramion. „- Zawsze jest tak samo. Od dawna nic się nie zmienia”.

Terapeutką jest Gerri, empatyczna kobieta w szóstej dekadzie życia, za którą podążamy, przyglądając się, jak wygląda jej codzienność. 

Gdyby cegiełkom, z których zbudowała swoje życie, dodać inne spoiwo, inną interpretację, mogłoby być tak. Zmęczenie pracą i słuchaniem cudzych problemów, podglądaniem obcych nieudolności, które wolałaby z siebie zmyć. Świadomość ubytku sił – praca na działce daje się już we znaki. Zawsze można dorzucić też kilka deko zmartwień pod tytułem „Przemijanie”. Syn wiecznie samotny, więc nie ma wnuków. W nadmiarze natomiast upierdliwych przyjaciół, których karmi, przytula, wysłuchuje i gości. No i nie musiałoby jej się układać z mężem, bo na tym etapie nietrudno o zrzędliwość i ciążącą rutynę. Mogłoby tak być, ale nie jest.

Another Year

Dzień za dniem, kolejna pora roku, jeszcze jeden zestaw dwunastu miesięcy. Używamy przypraw kojących, świadomie dobieramy zestaw składników dobrych i smacznych. To nie muszą być egzotyczne rarytasy, może być coś z ogródka.

Sympatyczna para, która umie ładować akumulatory. Jadą na działkę, przekopią, wypielą, podleją, zbiorą pomidory do koszyka. A jak rozpada się deszcz, siądą pod prowizorycznym daszkiem jak dwoje przedszkolaków, których to bawi, albo jak para uśmiechniętych ludzi, zadowolonych, że nie mokną. 

Wieczorem Tom upichci coś smacznego, bo ma do tego dryg. I będzie pachnieć. Pożartują, popracują, przeczytają książkę przed snem. Lub – co zdarza się często – spędzą wieczór z Mary lub z Kenem. Ona jest przyjaciółką Gerri, lecz Tom nie pierzcha, gdy nadchodzi (choć niejeden miałby taki odruch, bo Mary jest toksycznie nieszczęśliwa). A Gerri nie znika, gdy nadciąga Ken, kumpel Toma, niegdyś przystojny, dziś napęczniały od tłuszczu i poczucia, że coś przegrał. I na moment (który trwa całkiem długo, wieczór lub kilka dni) ich prywatne wentyle: humor, rozmowa, bycie tu i teraz, neutralizują neurozy i niespełnienia. A życie przynosi, co ma w ofercie. Czasem niespodziewaną synową, czasem śmierć bratowej. 

Sama się dziwię temu, co tu piszę. Bo planowałam, że skupię się na czym innym. Tom i Gerri są świetni, lecz nadto przewidywalni, by o nich pisać. Mary to jest temat! Że co, że niby każdy mógłby, jak tych dwoje, wypracować w sobie niezbędną dozę odpowiedzialności, zgody na to, co jest, empatię wobec drugiego i umiar w zalewaniu go własnymi toksynami? Mógłby każdy. To nie jest dyscyplina ekstremalna i każdy może ją ćwiczyć, zaczynając w dowolnym punkcie, w tym, w którym akurat jest. Tom i Gerri (ach, jak kot i mysz ze znanej animacji!, przynajmniej fonetycznie) chyba częściej używają bazyli i tymianku niż cukru czy kandyzowanych owoców. Słodziutko wcale nie jest. Tylko zbyt normalnie na jakiś dynamiczny tekst.

No więc uważam, że gdybym skupiła się na Mary, post byłby ciekawszy. Gdybym na przykład opisała, jak Mary marzy o samochodzie, który rozwiąże jej problemy, zwłaszcza osamotnienie. A potem go kupuje i ściaga na siebie nadwyżkę tarapatów. Bo „małe czerwone tanie autko” z nią za kierownicą to katapulta nieszczęść. Albo gdybym opisała jak to wiecznie czeka na coś, co jej się należy. Na przykład na to, że eksfacet będzie za nią tęsknić (po co jej to?), że przystojniak w barze zapała czymś intensywnym i nagłym właśnie do niej (rany, takie podwojenie mrzonek to gwarantowana niestrawność!), albo że młodszy o dekadę lub dwie syn przyjaciółki uzna ją za bratnią duszę i atrakcyjne ciało (oj, Mary, Mary!). Cudne to czterdziestoletnie dziewczę, zaprogramowane na niedojrzałość.

Nie będę przypisywać reżyserowi intencji, których może nie miał – Mike Leigh nie moralizuje, podgląda arcyzwyczajnych ludzi, niezbyt ładnych, niezbyt docenionych, którym nie trafił się los na loterii, którzy jakoś tę swoją codzienność oswajają lub z nią się boksują. Tom i Gerri. Joe i Katie. Mary. Ken. Brat Toma, Ronnie. A właściwie my wszyscy. Taki zwyczajny film jak samo życie. I o to tylko chodzi, by nie żebrać o tabletki na sen. By zaradzić chorej bezsenności. Czymś zwykłym. U Mike`a Leigh sensownym antidotum jest przyjaźń. Bliskość. Niekoniecznie w temperaturze wrzątku.

Z wczorajszego newslettera z zaprzyjaźnionej Księgarni z Bajki: „Pod koniec dnia lub pod koniec życia tak naprawdę posiadamy tylko siebie i miłość”.

życie przed sobą

Romain Gary (Émile Ajar), Życie przed sobą, Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 2005.

***

W sumie: chodzi o to, by kogoś kochać. Tak zupełnie „bezwzględnie”. To znaczy bez względu na walory i zasługi. Tak jak Momo kochał panią Rozę. Ona na pewno jego też. 

Dlaczego? Może ze względu na to, by uniknąć jałowości i spranych kolorów. Chociaż czy miłość ubarwia życie? Czy tu chodzi o barwę raczej czy o smak? 

Bo motto jest następujące:
Powiedzieli: „Oszalałeś przez Tego, którego kochasz”.
Odrzekłem: „Smak życia jest tylko dla szalonych”.

***

Książka ma ciekawą historię. Nie jest to bowiem tytuł nowy. W 1975  roku Émile Ajar otrzymał za Życie przed sobą Nagrodę Goncourtów. Fenomen polegał na tym, że pod tym pseudonimem ukrywał się pisarz, który tę nagrodę otrzymał kilka lat wcześniej. Jako jedyny wymusił podwójne potwierdzenie swego talentu. Mistyfikacja trwała aż do śmierci pisarza i obejmowała również osoby postronne, m.in. „figuranta” podszywającego się pod tę postać. Romain Gary – to oficjalne personalia. Ale gdyby sięgnąć do czasów przedliterackich (pochodził z Wilna, skąd emigrował po I wojnie światowej do Francji) to mamy do czynienia z Romanem Kacewem. Te przebieranki są jak mrużenie oka, gra, przekora. Podobają mi się i diagnozuję, że impulsem był zmysł humoru, skłonność do odwracania świata do góry nogami, do kabaretowych w swych korzeniach chwytów qui pro quo. Może zbyt pochopny wniosek? Romain Gary zmarł śmiercią samobójczą. To niby niczemu nie zaprzecza. Ale poczucie humoru miał czarniejsze niż można by przypuszczać.

***

Kurewski świat pani Rozy. Tak, kurewski, ale czysty jak łza. Literatura lubi zapuszczać żurawia w te pograniczne rejony i tak wywracać nasze przekonania i uprzedzenia, że ostatecznie wierzymy w świętość kolejnej Soni Marmieładowej czy Małgorzaty Gautier. Tu mamy świat trochę odmienny. Nie tak mroczny jak u Dostojewskiego i nie tak romantyczny jak  u Dumasa (syna). 

Paryż wczesnych lat 70., dzielnica Belleville, gdzie obok siebie żyją imigranci: Żydzi, Arabowie i Murzyni. Kamienica, w której na szóstym piętrze niegdysiejsza prostytutka wychowuje dzieci kobiet z branży, oddane jej i opłacane z różną regularnością. Pani Roza jest Żydówką, która przeżyła Holokaust w Polsce. Czasem, gdy bardzo jej źle, wyciąga spod łóżka portret Hitlera i przypominała sobie, że pierwowzór jest już  nieszkodliwy.

Stara jest, ale „kiedyś była kobietą i trochę jej z tego jeszcze zostało”. Ma swoje dziwactwa, jest gruba i rozpada się mentalnie na naszych oczach. Ostatnią dekadę życia ubarwia (albo przyprawia, gdyby trzymać się metafory miłości-smaku) jej Momo, przybrane dziecko, z którego perspektywy prowadzona jest narracja. Momo, czyli Mohammed. W ochronce pani Rozy nie przywiązywało się wagi do religii jako takiej, ale pilnowano, by nikomu niczego nie odebrać, więc Arab wysyłany był na nauki do uczonego w Piśmie, Żyd dostawał koszerne jedzenie, a Murzyna zaprowadzano na ulicę, gdzie żyli jego współplemieńcy, „by się napatrzył na czarne”.

Nie wiadomo, ile lat ma Momo, gdy spisuje wspomnienia, pisze z perspektywy, w której wszystko się już dokonało, ale wciąż myśli i mówi jak dziesięciolatek. O, pardon: dziesięciolatek, który pewnego dnia postarzał się o cztery lata w ciągu kwadransa. Momo jest do pani Rozy przywiązany tak cudnie, prawdziwie, dziecięco i dojrzale, że dla tej wzruszającej relacji trzeba tę książkę przeczytać. 

„Z początku nie miałem pojęcia, że pani Roza zajmuje się mną tylko dlatego, żeby dostać przekaz pod koniec miesiąca. Kiedy się o tym dowiedziałem, miałem już sześć czy siedem lat. Jakbym dostał w łeb na wieść, że jestem opłacany. Myślałem, że pani Roza kocha mnie za nic i że jesteśmy dla siebie kimś. Przepłakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie”.

” – Nie trzeba płakać, Momo, to naturalne, że starzy ludzie umierają. Ty masz jeszcze całe życie przed sobą.
Chciał mnie drań nastraszyć, czy co? Ciągle słyszę, jak starsi mówią z poczciwym uśmiechem «jesteś młody, masz całe życie przed sobą», jakby im to sprawiało przyjemność. Wstałem. No dobra, wiem, że mam całe życie przed sobą, ale nie będę z tego robił afery”.

Książka jest zabawna, świeża, pełna błyskotliwych podpatrzeń, jakichś łez wychlipanych w ukryciu i bezpośrednich, zadziornych puent. I jest zarazem smutna, tak bardzo, jak tylko smutne może być przemijanie. Zwłaszcza w tej fazie, gdy nie chodzi już o ubytek urody, mniejszą energię, spadek kondycji fizycznej. Ale wtedy, gdy miesza się pamięć, kretyniejemy, nikną podpory i drogowskazy, dzięki którym wiedzieliśmy z grubsza, o co nam w życiu chodzi. Gdy najbliżsi mruczą pod nosem, że byłoby już najlepiej dla nas, gdyby czas dobiegł mety. To, że starość podpatrywana jest przez wrażliwego chłopca, który zaskakuje wiernością (a chwilę później myślę sobie: dlaczego zaskakuje? dlaczego oczywisty miałby być egoizm i komfort?) – buduje niezwykły efekt. Trochę makabryczny, trochę komiczny. 

Właściwie – tyle. Niczego już nie mogę dodać, by nie zepsuć nikomu lektury. 

Ale jeszcze chętnie wspomnę o jednej z moich ulubionych scen, dygresyjnej wobec tego, co tworzy nurt główny opowieści. Rzecz w tym, że Momo portretuje sąsiedzki światek: transwestytę panią Lolę (do rany przyłóż!), pana Hamila, który studiował Koran, a później pomylił go z Nędznikami Wiktora Hugo (Momo: „jak dorosnę, też napiszę nędzników, to się zawsze pisze, kiedy się ma coś do powiedzenia”.), jakichś przybyszów z Afryki, co tańce plemienne w kamienicy odgrywali, prostytutki i alfonsów. I jeśli przyjaźń pani Rozy z Momo to kolor bazowy opowieści, to dygresje o postaciach drugiego planu stanowią niezłą paletę odcieni.

Muzułmanin szuka syna. Odwiedził raz panią Rozę licho wyglądający mężczyzna, dopiero co zwolniony z psychiatryka, który postanowił odebrać dziecko zostawione u niej dziesięć lat temu. Cóż, pani Rosa nie zamierza rozstawać się z Momo, podsuwa mu więc inną ofertę, doprowadzając mężczyznę do szału. Twierdzi, że jego syn ma teraz na imię Mojżesz i jest, co sugeruje nazwa, Żydem. Oto jego reakcja.

„Jedenaście lat temu powierzyłem pani trzyletniego syna, muzułmanina o imieniu Mohammed. Dała mi pani pokwitowanie na muzułmańskiego syna, Mohammeda Kadira. Jestem muzułmaninem, mój syn był muzułmaninem. Jego matka byla muzułmanką. Powiem więcej: oddałem pani arabskiego syna w należytej formie i takiego chcę widzieć. Absolutnie nie chcę żydowskiego syna, madame. Nie chcę go, koniec, kropka. Zdrowie mi nie pozwala. (…) Pozwalam sobie nadmienić, że nie wolno mi doznawać podobnych wzruszeń. Przez całe życie byłem obiektem prześladowań, mam na dowód zaświadczenia lekarskie, które stwierdzają na wszelki użytek, że jestem prześladowany.

– Ale w takim razie czy jest pan pewien, że nie jest pan Żydem? – zapytała pani Roza z nadzieją.

Po twarzy pana Jusefa Kadira przebiegały skurcze boleści.
– Jestem prześladowany, nie będąc Żydem. Nie macie monopolu. Koniec z żydowskim monopolem, madame. Są inni ludzie poza Żydami, którzy też mają prawo być prześladowani. Chcę mojego syna Mohammeda Kadira w arabskim stanie, w jakim go pani powierzyłem za pokwitowaniem. Nie chcę żydowskiego syna pod żadnym pozorem, i tak mam dość zmartwień”.

Wyrwany z kontekstu cytat oddaje klimat językowy tej opowieści. Gdyby cokolwiek mąciło jego odbiór, dodam, że książka o żadne rasizmy czy nazizmy nie zahacza. Wręcz przeciwnie: zachowuje wobec nich jak najsłuszniejszy dystans.

*************************

ps.
Rany! jak się cieszę, że mogłam to napisać. Miałam szlaban, dopóki nie wywiążę się z innej inszości. A jako prawdziwy grafoman, gdy nie mogę sobie popisać, jestem na głodzie. Usycham, rozpada mi się świat wartości, nie wiem, co robić z rękoma, mam nerwowe tiki i inne takie okropieństwa. Jeszcze chwila a groziła mi wysypka. Uff, co za ulga.

nietykalni

Nietykalni (Intouchables), reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, Francja 2011.

„25 milionów widzów…” – ojojoj, jeśli tylu widziało, to już niewielu pozostało w zbiorze ludzi niezorientowanych. Może i tacy są, ale to kraina liczb nierzeczywistych. Widzieliśmy. Śmialiśmy się. Ubaw był przedni, choć szarża goniła szarżę i ocierała się o granice przyzwoitości. Źle powiedziane: przyzwoitość to jest kręgosłup tego filmu, więc była poza podejrzeniem. Ale żart z tematów granicznych (kaleka, pochodzenie społeczne, rasa, seksualność, snobizm kulturalny) nieustannie te granice ostukiwał i sprawdzał ich elastyczność. 

Przyzwoitość dlatego ma takie mocne karty, że to jest film o czymś, co można by nazwać francuskim snem o dobrych (z gruntu) ludziach. Sen na podbudowie Amelii, tyle że bardziej „wywrotny”. Sparaliżowany arystokrata, unieruchomiony po wypadku i chłopak z przedmieścia (albo z tych mniej lubianych paryskich dzielnic), z pochodzenia Senegalczyk – w roli pielęgniarza-opiekuna.

Dwa nieprzystawalne światy, ale – jak się okazuje – nie taka przepaść głęboka. Dwa różne temperamenty: wysublimowany gust, takt i inteligencja a w kontrze spontaniczność, nieokrzesanie, energia. Dwa różne ciała (to takie powierzchowne, ale tutaj zasadnicze): bezwładne, nieadekwatne do psychiki, ciało-więzienie (tylko uszy się nie poddają i wciąż czegoś pragną!) i pełne ekspresji (taniec w dniu urodzin Ph.), silne (Driss-pielęgniarz), trochę agresywne (akcja z przywołaniem do porządku źle parkującego kierowcy lub musztra „mopa”) czarnoskóre młode ciało Drissa. Rany! Co za mimika! 

Elita jest przyzwoita. I przyzwoity jest świat podmiejskiego żywiołu. A przynajmniej Phillippe i Driss. A nie musiało tak być.

Ilu widziało, tyle opinii. Zacytuję recenzenta „Kina”, z którym nie zgadzam się w całej rozciągłości: „Humor opiera się raczej na niewyszukanym dowcipie sytuacyjnym”. „Słabość wykonania nie przekreśla jednak tkwiącego w Nietykalnych potencjału wyjściowego”.
Co jak co, ale aktorstwo przednie: świetny François Cluzet (jako tetraplegik Phillippe) i rewelacyjny Omar Sy (jako Driss), który zgarnął Artyście (Dujardinowi)  Cezara sprzed nosa.
Co jak co, ale humor bardzo mi odpowiadał! No, sytuacyjny, tak (ale i komizm postaci, które bynajmniej nie są karykaturami, lecz mają przypisany zmysł humoru i wynikającą z ich osobowości vis comica).

Rozmowa o Nietykalnych to najlepiej taka, w której ci, którzy widzieli, przerzucają się sytuacjami i bon motami z filmu. Co tu dużo komentować? Jajko Fabergé w roli Kinder-niespodzianki. Podryw na wannę. Śpiewające drzewo w operze lub samochód na konia w bagażniku. Rajstopy i czajnik z wrzątkiem. Nonszalanckie podawanie telefonu i podpytywanie o wagę epistolarnej przyjaciółki. Et cetera.

Jazda bez trzymanki!

Niemal klamra. Film zaczyna się sceną pościgu i na niej kończy. Na szczęście z dopisanym epilogiem. Tak mnie wciągnęła ta bajka, że przebudzenie „wszystko psuło” – dobrze, że znalazł się sposób na względny happy end. Życie toczy się dalej. A dopóki kieruje nim scenariusz tandemu Nakache & Toledano jest śmiesznie, czule, wzruszająco. Można nawet trzymać kciuki za udaną randkę Phillippe`a i za rozsądek Drissa. 

Chyba nie ma sceny, w której bohaterowie byliby równie zgrani, jednakowo zdesperowani, dogadujący się bez słów i recytujący tę samą kłamliwą wersję zdarzeń.

Auto ma niezłe przyspieszenie – żal nie skorzystać. Policja ma zastrzeżenia, ale zabawa w kotka i myszkę jest ekscytująca (więc Driss daje popis jazdy bez konwenansów). Hmm.. Spotkanie ze stróżami prawa jest chwilowym patem, ale nie tylko siła fizyczna, nie tylko brawura stanowi o charyzmie. Kilka dobrze rozegranych komunikatów werbalnych potrafi zamienić groźnych panów w mundurach w potulną eskortę dwójki zadziornych rebeliantów.

Co jeszcze? Chciałabym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Pierwsza to dowcipnie i ciekawie rozegrane role kobiece. One są w tle, rzecz jasna, bo przecież to film o męskiej przyjaźni. Ale wnoszą świeży ton, czasem równoważący chłopięco-męską beztroskę (Mama Drissa), czasem przypominający, że nie tylko faceci prowadzą swą rozgrywkę (Ivonne i Magalie) albo pojawiają się (deus ex machina) niczym archetyp pięknej, mądrej, kochającej (Eléonore). 

Sceny z mamą-ciocią Drissa wprowadzają realizm, dom na przedmieściach czy praca sprzątaczki to niewesołe przypomnienie, że istnieją obywatele drugiej kategorii. Ale ile w tej mamie dumy, troski i bezwzględności zarazem, ile moresu wzbudza. Może dzięki jej obecności postać Drissa zyskuje warstwę głębszą, bo jeśli za swą opiekę nad Ph. otrzymuje zapłatę, to szacunek dla mamy jest już zdecydowanie odsłoną charakteru. Ivonne – z kolei – jest dyskretna, ułożona, ale nie sztywna, nieźle się bawiąca wysiłkami Drissa, by uwieść lesbijkę. Ona stoi na straży arystokratycznego rytmu dnia, ale potwierdza, że ci na górze też mają zmysł życia i – na przykład – sympatię do ogrodnika. Może najmniej udaną i wykorzystaną postacią jest zostawiona sobie samej adoptowana córka Phillippe`a, Elisa.

Druga sprawa: podobała mi się w Nietykalnych gra z taką „pierdołowatością” (mało eleganckie słowo mogę od biedy zastąpić synonimem „poprawności politycznej”). Szereg scen wprowadza przerysowane, ale prawdziwie podpatrzone stereotypowe zachowania, ilustrujące to, co „wypada”, choć niekoniecznie wiadomo dlaczego.

Casting na opiekuna: wszyscy z referencjami, z autoprezentacją, że mucha nie siada, każdy wie, co dobrze brzmi, więc recytują głupoty – „od dziecka lubiłem kaleki” ;)

Inwestycja w malarstwo współczesne i zachwyt nad abstrakcją. Niewątpliwie słuszny, ale zdecydowanie dający się wmówić i wynikający raczej ze snobizmu niż ze znawstwa (skoro obraz Drissa tak absurdalnie się sprzedaje).  Snobistyczna jest opera. Jasne: dla wyrobionych słuchaczy lub dla tych, którzy mają ucho otwarte na operowe dźwięki, to z pewnością uczta. Ale znacząca część publiczności czuje pewnie to, co nazwać może tylko nieokrzesany „prostak”, który parska i chichocze widząc na scenie faceta z liśćmi na głowie. I śmiałby się dłużej, gdyby mu nie przepowiedziano, że to się przed upływem czterech godzin nie skończy. Słowa „prostak” użyłam oczywiście bardzo umownie, bo Driss przecież zna Berlioza;) a tutaj występuje w roli dziecka z baśni Andersena o szatach cesarza.

Konwenanse rozwala też scena, w której Driss spóźnia się na koncert muzyki klasycznej, a bardzo chciałby siedzieć na zajętym już miejscu przy Magalie. –  Halo! Przesuwamy się wszyscy o jedno krzesło! Dalej! Już!. I na komendę zmienia się usytuowanie ustrojonych gości. A ta panienka, która sterczy niczym słupek, bo dla niej miejsca zabrakło, to już naprawdę.:)) Gdzieś tam, odrobinę lub bardziej, żarty są głupawe. Ale mają siłę. I to między innymi dlatego, że nie omijają tego, z czego śmiać się „nie wypada”. Wiadomo: nic trudniejszego do zrobienia niż komedia. Im łatwiej się ją ogląda, tym większy kunszt. 

Polecam wpis Katasi o Trzech kumplach (Omar Sy, Nicolas Anelka, Jamel Debbouze), czyli o karierze aktora, piłkarza i komika, o tym, jak z pozycji imigranta można zawojować Francję! Tutaj.