Archiwa tagu: Quentin Tarantino

nienawistna ósemka

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight), reż. Quentin Tarantino, USA 2015
Nienawistna ósemka

Notka będzie raczej krótka. No bo co tu mówić? Można rzec: Good job! Mam jednak w pamięci Fletchera z filmu Whiplash, który w tych słowach widział samo zło. Nie ma co chwalić, oczekujmy więcej i więcej. Niech Tarantino przejdzie sam siebie. W Hateful Eight jest „tylko” sobą.

Dystans ma swoje źródło w tym, że gdy obejrzałam Django, wiedziałam, że za moment wrócę do filmu ponownie i aż fruwałam, gdy przypomniała mi się melodia lub scena. Wszystko błyszczące i perliste. A tutaj: spokój odbioru, „lekka przyciężkość”, ostatecznie głęboko słuszna i w sam raz. Potwierdzenie tego, co wiem. Może taki jest los mistrzów, że już nie wyważają drzwi,  tylko pilnują rytmu.

Fabułę pozna, kto się wybierze. Wspomnę tylko, że jesteśmy tuż po wojnie secesyjnej w stanie Wyoming. Jest sroga zima. Śnieżyca zanosi się na coraz większą. Bielutko. Mroźnie. Pusto, choć oko wykol. Dyliżans zmierza do miasteczka Red Rock, lecz zboczy do zajazdu, bo pogoda nie odpuszcza. Zajazd nazywa się Pasmanteria. 

Ósemka to główne postacie, wśród których jedna dama – Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Wygląd, charakter, sposób bycia i ilość brudów, które się na nią wylewają (zupa, krew, wnętrzności) odbierają jej atrybut nieskalanej. Są i trzy inne panie w rozdziale retrospektywnym, lecz Daisy, której losem zawiśnięcie, króluje. 

Jest generał (Bruce Dern) i szeryf (Walton Goggins), jeden jawny łowca głów, zwany Szubienicą (Kurt Russell). „Łowiectwo” jest tu topowym fachem, bo ceny ściganych zna każdy. Drużyna ośmiu ma w swym kręgu całkiem pokaźną potencjalną sumkę. Daisy jest skuta, pozostali podszywają się zgrabnie za kogoś, kim nie są. Dorzućmy więc trzy nazwiska, których identyfikacją należy się zająć podczas seansu: Oswaldo Mobray (Tim Roth), Bob (Demián Bichir) i Joe Gage (Michael Madsen). Wisienką na torcie (nawet jeśli nikt tu frykasów nie zajada) jest Major Warren grany tarantinowsko przez Samuela L. Jacksona. Tyle wymienianki, ale właśnie wcale niedużo, bo film jest teatralnie kameralny. Jak wejdziemy do Pasmanterii, to już nie ma po co ruszać dalej. I nie ma komu. Epitet „nienawistna” jest, oczywiście, trafny, bo nienawiść to chleb powszedni. Tylko ofiary się zmieniają: od „czarnucha”, przez „Meksykańca”, „białasa”, homofoba etc. 

Jak dla mnie: pan Samuel jest the best. Gdybym się wahała, to szalę przeważa list od Abrahama Lincolna, absurdalny i wzruszający. List prezydenta USA do czarnoskórego żołnierza, którego usunięto z armii za tchórzostwo to pięknie ograny (po trzykroć) rekwizyt. Co jeszcze mi się podoba? Nie będę pisać, że błyskotliwość scenariusza i dialogów, zaskakujące zmiany wizerunkowe bohaterów czy choreografia wytryskującej krwi, bo to oczywiste.

Podoba mi się kompozycja, dzieląca film na rozdziały, a zwłaszcza pomysł na epizod, który porzuca opowieść i wraca do Pasmanterii na kilka godzin przed pojawieniem się w nim kluczowych gości. Świetna jest muzyka – ta oryginalna, i ta przysposobiona do filmu. Ennio Morricone ma szansę dostać kolejnego Oscara. Dobrze tak wtulić się w fotel, poczuć śnieżycę, być bezpiecznie daleko od nadpobudliwych kowbojskich gnatów i słuchać takich piosenek czy melodii. I poczuć, jak dalece ten świat nie rozczula się nad subtelnościami egzystencji. Tutaj gra trwa aż zgasną światła i nikt nie dramatyzuje, gdy szanse na wyjście z opałów są minimalne, a z każdą chwilą spadają. Dorzucę jeszcze – na konto tego, co udane – rozhisteryzowaną grę szeryfa Mannixa. Jego skłonność do powtarzania kwestii podbitych prowokującą drwiną.

Dysponuję czasem, bo mam ferie. Wciśnięcie Nienawistnej ósemki w harmonogram okrojony powinnościami może być trudne. Jedna rzecz  – 167`. Druga – to, że Tarantino nie odpuszcza, stawia na konwersację, zmienia sytuację z minuty na minutę, więc jeśli ktoś wyczytał, że szaleje śnieżyca, ośmioro typów spod ciemnej gwiazdy przesiaduje w Pasmanterii, czytają list od Lincolna, a w tle gra Morricone, to jednak niezupełnie.

django (d-nieme)

Django, reż Quentin Tarantino, USA 2012

DJANGO dr Schultz

Tak to się zaczyna. Dwa lata przed wojną secesyjną, gdzieś na Południu. Ciemny las, noc, kilku białych wiezie spętanych łańcuchami Murzynów na targ. Normalny układ sił, który bezceremonialnie zaburzy doktor „Ząbek”. Christoph Waltz, Niemiec i eksdentysta (stąd ten sprężynkujący ząbek na dachu jego wozu) po prostu rozsadzi sytuację. Zarówno: sposobem argumentacji, nonszalancką grzecznością, celnością strzału, jak i tym, że urządza spektakularną „rozpierduchę”, za którą jeszcze należą mu się w świetle prawa pieniądze. 

Kim jest? To dżentelmen-łotr (zależy od punktu siedzenia), łowca głów (ukłon w stronę Bękartów…), ktoś, kto poluje na poszukiwanych listem gończym i martwych spienięża. Jest równie ważny w tej historii jak Django i do pewnego momentu jest dla niego mentorem. Do czasu, bo Django z niewolnika przeistacza się w kwintesencję wolności, brawury, staje się fantazją o zemście i legendą, którą zrodzić może tylko western.:)

Póki co – Django (Jamie Foxx) jest jednym ze skutych łańcuchami niewolników, a dr King Schultz (vel Ząbek) potrzebuje go, by rozpoznać poszukiwanych przez prawo gagatków. Ale ten gest, którym uwolniony Django zrzuca z siebie koszulę! Te podrygujące w zwolnionym tempie umięśnione plecy, taneczny krok… Ech, to jest jak balet!

DJANGO. Schultz & Django

Jak dzień i noc, awers i rewers, jak biały i czarny – tak ci dwaj, Schultz & Django, przemierzali amerykańskie farmy i miasteczka, z szarmancją egzekwując prawo, rzucając bon moty i prowokując cudnie absurdalne sytuacje. Połączyła ich przyjaźń, wspólny interes i wyższy cel: Broomhilda! Niewolnica, znająca niemiecki, piękna żona Django, z którą go rozłączono, i której szuka wytrwale, by dać jej wolność i miłość, i co by tam jeszcze chciała. To tylko gwoli wyjaśnienia, dlaczego tandem trafi na plantację Candyland, gdziej włada Leonardo DiCaprio (Calvin Candi), słynący z zamiłowania do brutalnych walk niewolników. On ma Broomhildę i trzeba mu ją odebrać. Och, legendy… niemieckie pieśni o pięknych pannach i amerykańskie o dobrych bandytach i wolnych ludziach. Django (oczywiście, d-nieme) ma przybrane nazwisko: Freeman.

DJANGO 8

Ten film nakręcił Tarantino. Quentin Tarantino. Napisał, wyreżyserował i zagrał epizodzik, taki wybuchowy bardziej. I ponieważ Tarantino, więc bawełna nie jest biała, lecz nakrapiana czerwonym. Krew sika strumieniami, wodospady tryskają z brzucha, chluśnięcia, trzaśnięcia, trochę dymu, huku i wrzasku. To nieodzowne. Ale wcale nie przesądzające, by Django był dla widzów brutali albo że wyłącznie dla mężczyzn. Dama może śmiało oglądać, jest smacznie i widowiskowo. [Owszem, tamaryszek dwukrotnie przymierzał się, by wejść pod fotel, ale przemógł to w sobie, szybko nadrabiając śmiechem to chwilowe wahnięcie równowagi.]  Tarantino to mistrz pastiszu, więc mamy to, czego mogliśmy się po nim spodziewać. Grę kinową konwencją, zagęszczenie klasycznych chwytów, które mniej sprawne wyczucie reżyserskie mogłoby zamienić w kicz i żenadę, a Tarantino przemienia w majstersztyk. 

Co my tu mamy? Western, jeden z silniej skodyfikowanych filmowych gatunków. Musi być dobry i zły (tu są przesunięcia, ale z grubsza biorąc czarni są ok, biali są niehalo – z wyjątkami po obu stronach). Sprawiedliwości stanie się zadość (względna rzecz ta sprawiedliwość, ale nie filozofujmy). Męska gra zakłada, że padną ciosy – tu: szybkie, celne, niespodziewane strzały. Ale w duszy herosa (tu raczej nie szeryf, lecz szlachetny rewolwerowiec) brzmią takie honorne zasady, że aż się serducho wyrywa. No i jest akcja. I dowcip – o westernowej prowieniencji, lecz przyprawiony gustem Quentina Tarantino, dowcip z mrugnięciem, że wszystko jest umowne, że właśnie dlatego, że znamy to i lubimy, trzeba zagrać raz jeszcze, dodając korkociąg.

DJANGO.Samuel L. Jackson

Myśląc o bohaterach, zamiennie używam ich filmowych imion i nazwisk aktorów. Bo są synonimiczne – w tym znaczeniu, że nie mogę sobie wyobrazić, by którakolwiek postać miała inny image. Django to Jamie Foxx, a Schultz to Christoph Waltz, zły plantator jest Leonardem DiCaprio, a jego sługą Stephenem – czarny, przewrotny Samuel L.Jackson. 

Można się zachwycić scenariuszem (wczoraj rozmawiałam z A. i jest zgoda, że parę scen można by wyciąć…, ale nie trzeba). Bezapelacyjnie świetna jest muzyka! Sam Ennio Morricone sygnuje kilka filmowych motywów Django. Klimat spaghetti westernów naznacza każdą scenę. Scenerię, napisy, konieczne w tego rodzaju opowieściach smaczki. 

Dla mnie najcudniejsze jest tempo: zwolniony rytm ruchu, najazdy kamery na twarz (vide u góry: Samuel L. Jackson wypatrujący któż to nadjeżdża. Wzrok go nie myli: Murzyn w kowbojskim stroju, z ciemnymi lenonkami na nosie, Murzyn na koniu – chyba widać, co o nim myśli ta postać). Niesamowite są te momenty, w których kolejny szybki Bill (ale najczęściej Schultz lub Django) wyciąga broń i zmienia statyczną sytuację w pełną ekspresji kanonadę dźwięków i gestów. Podam przykład egzekucji na szeryfie (lokalnym, bo na federalnego nie była jeszcze kolej;)), gdy zebrani na ulicy świadkowie padają groteskowo jak pajace, mdlejąc z wrażenia. Oczywiście, szeryf padł nie dla żartu.

DJANGO. Ku-Klux-Klan

Moją ulubioną scenę uwiecznia powyższy kadr. Oto Don Johnson (grający plantatora) skrzyknął okolicznych białych, by jako Ku-Klux-Klan rozprawić się z irytującym ich duetem – bezczelnym białym i paradującym z nim czarnym. Duet jest sprytny i elegancki, a banda białych w workach na głowie rozbrajająco nieporadna. Nie opowiem, to jest scena, dla której warto obejrzeć film ponownie. Aż skrzy się od komentarzy i odzywek, po których można ocierać łzy śmiechu. 

Wyrwane z kontekstu. Gdyby ktoś miał ochotę dorzucić inne, to zapraszam. Zrozumiałe wyłącznie dla widzów ze „skasowanym” biletem.

 – Nie szkodzi, że nie widzisz, ważne, że koń trafi.
 – A teraz powiedzcie: do widzenia, pani Laro.
 – Co słychać, Mała Psotnico?
 – [Podejdź bliżej], Śnieżynko.

ps.
Jeśli istnieje cień wątpliwości, rozwiewam go bezzwłocznie. Przyznaję sześć gwiazdek w sześciostopniowej skali. Gdyby mnie ktoś zaprosił raz jeszcze, jestem gotowa!