Archiwa tagu: rodzina

w cieniu drzewa

W cieniu drzewa. 1

Oto chór męski spod Reykjavíku. Niezbyt sexy, nie szkodzi, to nie chór jest w centrum opowieści. Chór to ekwiwalent papierosów. W tym sensie, że gdy bohater ma ochotę czmychnąć, by odreagować, to czmycha nie po paczkę Marlboro a na próbę śpiewu. Mowa tu o Baldvinie (to ten, który nie śpiewa). Moja ulubiona postać i wabik dla każdego, komu podobał się film Barany. Islandzka opowieść. W roli Baldvina – Sigurður Sigurjónsson, jeden z braci, o których opowiadał ww.film. Nazwiska nie spamiętam, ale twarz zapada w pamięć. Dobrze się ją ogląda, bo sugestywna i do rozczytywania. Jest taka scena – W cieniu drzewa – gdy Baldvin po prostu jest swoją twarzą: oniemiałą, otępioną, potraktowaną obuchem absurdu sytuacji, w której utknął. Dobrze więc, że tego rodzaju komunikaty niesie twarz wymowna.

I co z tego, że nie sexy, skoro to film o czym innym? Niby innym, lecz od filmu porno się rozpoczyna. I ten początek pozornie nijak ma się do całości, jak cały wątek dotyczący małżeńskich kłopotów Atliego, młodszego syna Baldvina i Ingi. Jak się już wszystko w całość poskłada, okaże się, że boczny wątek potrzebny jest, by dopiąć intrygę oraz po to, by uwierzyć w przebaczenie.

Główny wątek to sąsiedzki spór o drzewo. Drzewo rośnie na posesji Baldvina i Ingi, lecz rzuca cień na ogród Konrada i Eybjorg. Pierwsi mają dwóch dorosłych synów (starszy nie żyje, z czym nie mogą się pogodzić, młodszy wrócił pod dach wygnany z domu przez małżonkę). Drudzy starają się o dziecko. Ci mają kota, tamci psa. A drzewo rośnie i zacienia…

W cieniu drzewa. 2– Nie ścięlibyście kilku gałęzi? – Właśnie o tym myślimy. 

Zaczyna się ugodowo, z gotowością na ustępstwa. Dalej trzeba przemilczeć, by nie zdradzać zbyt wiele. Jedno pewne: to będzie jazda bez trzymanki. Wojna na słowa i na domysły.

– Oni specjalnie tak…. – Jak można coś takiego powiedzieć? – Jak nieludzkim trzeba być, by to zrobić?

Nie skończy się dobrze. Zaklasyfikowanie tego filmu jako komedii (opis dystrybutora) to żart. Nawet jak na standardy komizmu skandynawskiego lekko tu rzecz nagięto. Owszem, jest aura absurdu, jest swoista śmieszność ludzi zacietrzewionych i nie nazbyt logicznie działających. Wszystko jednak zmierza ku takiemu stężeniu niezgody na drugiego, że jeżeli już sięgać po kategorie estetyczne, to tragizm. Tragizm i absurd (o ile to się nie wyklucza). Tragizm w szekspirowskim  sensie, czyli – można byłoby zachować spokój i zasady, gdyby nadepnięcie na odcisk nie uruchomiło w bohaterach emocji silniejszych od nich samych. Każdy kolejny rewanż podbija stawkę.

Świetny film o tym, jaką siłę sprawczą ma domniemanie czyjejś złej woli. Można przećwiczyć na sobie, wszędzie tam, gdzie czyjeś zachowanie jest nam nie po myśli. Wyobrazić sobie, że istnieje jakiś podtekst, celowość, uprzedzenie względem nas etc. Albo lepiej tego nie robić, tylko obejrzeć islandzki film i przeżyć katharsis. Zanim w grę wejdą pies z kotem… 

W cieniu drzewa (Undir trénu) – reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson, Islandia & Dania 2017

jeszcze nie koniec

Lea Drucker, Denis Menochet

Najświeższe filmowe poruszenie: film Xawiera Legranda. Dlaczego go przeoczyłam? Był w kinach między zimą a wiosną, a dla mnie zaistniał ledwie wczoraj. Można go już obejrzeć w telewizji lub na dvd. Jeśli ktoś – tak jak ja – nie musi oglądać w wakacje wyłącznie kina rozrywkowego, oto tytuł wart uwagi.

Fotos 1 (początek)

W izolowanej od życia sali rozpraw trwa przesłuchanie eksmałżonków w temacie opieki nad dwojgiem ich dzieci. Sędzina wysłuchuje obu stron. Za mało danych, by orzec, kto ma rację. Wszystko może okazać się inne niż się zdaje. Ukłon w stronę Farhadiego, który przed laty analogicznie rozpoczął swoje Rozstanie. Tam jednak rzeczywistość miała wiele warstw, bieg zdarzeń mógł podążyć w tę lub inną stronę, postaci przekonując w jednej scenie, budziły podejrzenia w kolejnej. Paradoksalnie: to, że w filmie Legranda role są rozdzielone, niczego nie upraszcza. Chodzi właśnie o to, że domniemana złożoność sytuacji pozwala zawiesić rozstrzygnięcia. Pozwala trwać niebezpiecznej sytuacji, odbiera słabszej stronie nadzieję, że można wyjść z potrzasku.

Sąd się nie spisał. A sekwencja przesłuchania – trwająca długo, ok. 20 minut – świetnie gra nastawieniem widza. Odizolowani od codzienności patrzymy na bohaterów jak na strony. Kto ma rację: drobna blondynka o zgaszonych emocjach, niemająca twardych dowodów na znęcanie się męża czy zwalisty mężczyzna, chcący praw do dzieci, możliwości współwychowywania syna (córka za moment skończy osiemnastkę). A może blondynka coś rozgrywa, nastawia dzieci przeciw ojcu, zawłaszcza je, by korzystając z uprzywilejowanej (?) pozycji matki, dopiec mężczyźnie, który ją zawiódł – odebrać mu wszystko. A może odwrotnie: mężczyzna kryje się jak wilk w owczej skórze w tej misiowatej niezgrabności. Przedstawia swoje wersje zdarzeń i jedno proste pragnienie – nie stracić syna – by legalnym orzeczeniem instytucji wciąż mieć dostęp do swej własności. Głowa rodziny nie odpuści, jeszcze wszystko będzie chodzić jak w zegarku (który on sam nakręci). Ku której wersji skłania ogląd zdjęcia? Ogląd sądu wcale nie jest wnikliwszy.

Fotos 2 (ucieczka i dybanie)

Denis Menochet, Thoms Gioria

Dwunastoletni Julien zadeklarował co prawda, że nie chce mieć nic wspólnego z „tym facetem”, ale to właśnie on jest na pierwszej linii frontu, gdy ojciec pojawia się, by wyegzekwować czas, do którego uprawnił go sąd. Może kilka pierwszych chwil w samochodzie wstrzymuje osąd. Mur niechęci ze strony dziecka. Próba przełamania dystansu, niełatwe przejęcie syna, z którym nie jest się na co dzień. Ciąg dalszy jest przerażająco oczywisty: Julien jest jak paczka do przechowania: odebrało się ją, posadziło w wygodnym miejscu, zwróci się na czas. Można na nią huknąć, wymuszać potrzebne informacje, można nie odpowiadać na pytania, wgapiając się w telewizor. Nie jest to apogeum zła. Napięcie buduje dramaturgia zdarzeń. Aż po moment, gdy jest już bardzo niebezpiecznie. Wtedy to, co uciążliwe objawia się jak stężona patologia. Dlaczego tak długo tyle sytuacji jest „do zniesienia”?

Jedna rzecz nabrać antypatii do ojca, druga – przyglądać się, jak rozgrywki dorosłych kaleczą dziecko. Strach i niechęć w oczach Juliena (Thomas Gioria). Bezradność – nie może nie przyjąć opieki, choć mu ona nie w smak. Nawet ten zabrany mu wolny czas budzi sprzeciw, a to niewiele wobec sedna sprawy.

Ukłon w stronę Niemiłości Zwiagincewa. Tam co prawda Alosza nie miał wsparcia w żadnym z rodziców. Był niewidzialny i niemy. Julien mógłby liczyć na matkę, gdyby ona miała siły liczyć na siebie. Obaj stłamszeni, mierzą się z własnym strachem.

Fotos 3 (samotność)

Thoms Gioria

Thomas Gioria… Jeszcze nie koniec zdobył pulę nagród (Wenecja, San Sebastian) – w kategoriach: film, reżyser, debiut. Opowieść rozgrywa się kameralnie, bez spektakularnych scen (poza finałem), więc jej siłę tworzą aktorzy. Pierwszoplanowe trio: Denis Ménochet, Léa Drucker i – w roli syna – Thomas Gioria. Niesamowicie rozgrywa to Legrand, pierwszorzędnie odgrywają to aktorzy. Sceny niemych konfrontacji, strachu, tłumionej agresji. Zwłaszcza twarz Juliena zapada w pamięć. Gdy wyszukiwałam informacji o młodym aktorze, wyskoczyły jego zdjęcia z gali – jaki kontrast z twarzą znaną mi z filmu! Roześmiany, beztroski, nieskrępowany. Pozafilmowy komentarz do pozbawionej tej swobody postaci Juliena. 

Napięcie między trojgiem głównych postaci odsuwa na drugi plan pozostałe. Lecz drugi plan to nie żaden drugi sort, też przeprowadzony znakomicie. Skoro główne postaci nie mogą się wykrzyczeć, to i osoby towarzyszące tragedii nie wypowiadają się wprost. Nie wiemy o nich wiele, ale widzimy, że są sytuacją naznaczeni. Córka wchodząca w dorosłość szybkim krokiem uciekiniera. Siostra głównej bohaterki – zdeterminowana bardziej niż ofiara (bezradna, bo poza tragicznym trójkątem). Rodzice Antoine`a, czyli dziadkowie Juliena, wściekli na syna, że tępy i destrukcyjny, i że przez niego tracą wnuka.

Zniuansowana jest też postać Antoine`a (ojca/męża). Coś jednak gasi we mnie potrzebę rozumienia jego słabości. Bo tak jak na rozprawie z początku filmu – można się rozczulić złożonością sytuacji, a czasem lepiej widzieć prosto i nie niuansować winy, gdy w obiegu jest przemoc.

Jeszcze nie koniec (Jusqu’à la garde) – reż. Xavier Legrand, Francja 2017

Amerykańska sielanka

american-pastoral

Z kilku powodów zobaczyć warto. Może nawet z kilkunastu. Choć gdyby spojrzeć przez pryzmat stricte filmowych kryteriów, to raczej nie jest to pierwsza liga.

Zacznę od Philipa Rotha, którego nagrodzoną Pulitzerem powieść McGregor zekranizował. Amerykańska sielanka (1997) to jeden z filarów trylogii, która diagnozuje USA i być może pozwala je zrozumieć. Kilka książek Rotha zostało sfilmowanych. Podobno tylko z tej ostatniej próby pisarz jest zadowolony. Przed McEwanem sięgali po jego prozę m.in. Robert Benton – Piętno (Ludzka skaza) i Isabel Coixet – Elegia (Konające zwierzę). 

Znaki firmowe Rotha: jesteśmy w New Jersey, w mieście Newark, rodzinnych stronach pisarza, a narratorem, filtrującym zasłyszane zdarzenia jest alter ego Rotha – Nathan Zuckerman. Na szkolnym zjeździe spotyka przyjaciela, który wtajemnicza go w historię swego brata, podziwianego niegdyś przez Zuckermana. Wybrzmiewa ostatni akord, nazajutrz pogrzeb, Zuckerman zdąży na finał historii. Retrospektywa – ujęta w klamrę wspomnień z młodości i żałobnej ceremonii – to esencja opowieści. Opowieści o jasnowłosym chłopcu z bogatej żydowskiej rodziny, o Seymourze zwanym Szwedem, któremu wszystko w życiu się udawało, po którym spodziewano się rozmachu i dobra. Jak to u Rotha: w życie jednostki wkracza społeczny i polityczny kontekst. Wkracza i przestawia azymut. 

Epicką narrację obejmującą kilka dekad (kluczowe wydarzenia rozgrywają się u schyłku lat 60.) rewelacyjnie dopowiada muzyka Alexandre`a Desplata. Na pewno jeden z powodów, by nie odpuszczać sobie seansu. W rolę Szweda wciela się reżyser, Ewan McGregor. Jego bohater jest jasny, szlachetny, dobry, empatyczny, pracowity, to ktoś, na kim można polegać. Superlatywy budzą podejrzliwość – początkowo skierowaną na uproszczenia reżyserskie, później zyskują one drugie dno. Może o to chodzi, że to idealista, przeganiający z nieba chmurki? Szwed naprawdę jest ok: kocha swoją rodzinę, swoją pracę, wierzy w amerykańskie wartości i jest dumny, że swoim codziennym staraniem czyni świat odrobinę lepszym. Wydaje mi się, że film nie sugeruje dystansu, który znalazłam w rozmowie z tłumaczką Rotha, Jolantą Kozak (TU). Ta rozmowa, sięgająca po sensy wpisane w powieść, pozwala mi odzyskać film, czyli zobaczyć coś, co jest w nim w ilościach śladowych. Naiwność poczciwych ludzi. Iluzoryczność ładu, który odgradza się płotkiem od chaosu zza miedzy.

To jeden z głównych tematów: jak poradzić sobie ze światem, który wyszedł z ram. Spada zapotrzebowanie na damskie rękawiczki (rodzina Levovów to potentaci w branży), różnego typu „wkurzeni” atakują „system”, ukochana córeczka staje się terrorystką. A Szwed naprawdę próbuje być ok, tylko nie nadąża. Nie ogarnia. Jest taka scena: Merry jest dziewczynką (samotną, zazdrosną o tatusia, ciekawą świata) – i widzi w telewizyjnych wiadomościach relację z samospalenia mnicha. Rodzice wyłączają telewizor. Mówią: nic się nie stało, to daleko stąd. A mała nie może zrozumieć, że nikogo nie obchodzi los zdesperowanych ludzi. Kluczowe. Bo dalsze nieporozumienia pogłębiają rozdźwięk. Między tymi, którzy chcą zmieniać świat, niszczyć pozorny porządek, radykalnie burzyć podstawy stabilizacji sytych, a tymi, którzy ratunek widzą w izolacji przed barbarzyństwem. Sedno w tym, że nadchodzi czas, gdy na wszystko jest już za późno. Poczciwy Szwed chce zrozumieć, ratować, wspierać. Nie w czas. Fala gniewu i terroryzmu miesza ludziom w głowach. Nie ma miejsca na negocjacje. Naiwność poczciwych nie oznacza, że radykałowie są dojrzali. Znaczy tylko tyle, że idealistyczne wpatrywanie się w słońce i niedostrzeganie nadchodzących cieni zapowiada bezkresną porażkę.

Szalenie aktualna diagnoza. Terroryści i wkurzeni to słowa modne dziś. Zapomniałam, że to moda retro. Był czas wojny w Wietnamie, który skompromitował amerykańskie elity. Sprzyjał więc populistom i radykałom, rewolucjonistom, burzycielom i nadwrażliwcom, którzy jak Merry szamotali się między skrajnościami: od bezwzględnych krwawych ataków po wycofanie się i litość do owadów. Niemniej zagubieni są ludzie poczciwi, którzy chcą uratować to, co im najbliższe, nie dostrzegając, że są częścią systemu naczyń połączonych. Rubieże i centrum jakoś od siebie zależą.

Podczas seansu najsilniej dotarł do mnie ból rodzica, który bezradnie patrzy, jak dziecko przechodzi na stronę zła. Po pierwszym ataku terrorystycznym Merry (zginął pracownik poczty), Szwed z żoną (Jennifer Connelly) odwiedzają rodzinę zabitego. Z przytłaczającym bagażem emocji i niemocą ich wyrażenia. Nie mieści im się w głowie, że źródłem zła jest ich Merry, ale muszą wziąć na barki jej winę. Znaleźć jakieś słowa, którymi zbliżą się do bólu osieroconych. Padają wówczas dwa paradoksalne wyznania. Pierwsze wypowiada Szwed – kocham córkę bardziej niż kiedykolwiek, gdy widzę, jak zabłądziła. Drugie jest odpowiedzią żony ofiary ataku – wy też jesteście ofiarami (mówi do rodziców Merry), różni nas to, że my jako rodzina przetrwamy. 

Pominę konsekwencje: to, że Szwed i Dawn przeżywają utratę córki inaczej, choć jednakowo silnie i  że to ich nie zbliża. Liczne próby wchodzenia z diabłem w spółkę, byle odzyskać dziecko. Przeżywane pewnie po wielokroć rozczarowanie i poczucie winy. Wszystko zaczyna się, gdy w prywatność wkracza kontekst zjawisk społeczno-politycznych. One antagonizują, zderzają racje. Lecz ostatecznie i tak powraca to co najprywatniejsze. Córka jest córką. Czy wolno/trzeba odciąć się od niej, nie firmując zła, które czyni? Czy być trwającym przy dziecku ojcem/matką, niczego nie poddając ocenie?

ewan-mcgregor-hannah-nordberg

Zdecydowanie warto sięgnąć po amerykańską trylogię Philipa Rotha: Amerykańską sielankę, Wyszłam za komunistę i Ludzką skazę. Znam tylko część ostatnią – więc tę deklarację dyktuje mi niedosyt.

Co z filmem? Trafia w aktualne nastroje. Pozwala spojrzeć na terroryzm z rzadziej analizowanej strony. Terroryzm lat 70.! To, że wyważa problemy globalne i prywatne jest zaletą. Muzyka Desplata! Świetne aktorki wcielające się w rolę Merry (młodsza to Hannah Nordberg, starsza – Dakota Fanning). 

McGregor jednak tak bardzo próbuje przekonać do siebie widza, że jego Szwed Levov ma za mało pęknięć. Córka depcze jego poczciwe zasady, żona zarzuca mu, że skradł jej życie, brat przekonuje, by odpuścił przeszłość i nie brał decyzji Merry na swoje konto. A on wciąż nie pęka. Cierpi i dławi się szlachetnością. Jeśli w powieści Rotha jest tak, jak wnioskuję po wysłuchaniu radiowej audycji (link w 4. akapicie), to Szwed wpada w stupor, „bo takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. Nie ze złej woli, lecz z ograniczeń i iluzorycznych przywiązań. To niekoniecznie czerń, ale i nie świetlistość, w jaką wyposaża swego bohatera McGregor.

Udzieliło mi się napięcie budowane w filmie do czasu przejścia Merry na stronę radykałów. Dalej jest gorzej. Sposób rozegrania postaci Rity („wysłanniczki” Merry), odnalezienie córki w nowej odsłonie, celebrowanie ojcowskiego przywiązania – nie przekonują mnie. W końcowych scenach Zuckerman opowiada, że Szwed nigdy nie pogodził się za stratą. Na ekranie widzimy pięć czy sześć ujęć z McGregorem stojącym bezradnie przed ruiną, w której ostatni raz widział córkę… McGregor jest coraz starszy, by widz zobaczył upływ czasu… Tego rodzaju dosłowność jest autodestrukcją. 

Amerykańska sielanka (American Pastoral) – reż. Ewan McGregor, USA 2016

Ostatnia rodzina

zdzislaw   zosia   tomek

Z tygodniowym dystansem i nienachalnym podsłuchem szumu, jaki film wywołuje, widzę go tak: 1) biografia przesunięta w stronę portretu uniwersalnego, 2) trójca Beksińskich (trzy równie ważne osoby w jednym), 3) trochę odlot dziwaków, ale może tylko ekscentryczność bez pudru. Anormalność wytwarza się w odbiorze, gdy patrzymy na Beksińskich z własnej perspektywy i widzimy to, co nie wydostałoby się na zewnątrz, gdyby nie jakaś ponadprzeciętna potrzeba komunikowania siebie innym i wybebeszania się. 

Bo Beksińscy byli niezwykle elokwentni i nastawieni na utrwalanie i oznajmianie siebie innym. Zdzisław dzień po dniu zapisuje każdy okruch, potem filmuje maniacko scenerię swego życia. Trudno to znieść w czasie seansu. Jakaś nieokiełznana mania. Ujęcie pokoju i widoku z okna, i tego jak wygląda kuchnia i żona, i tego, jak świat trwa w bezruchu, i tego, jak coś się zmienia. Utrwala, jak Tomek demoluje mieszkanie i prosi, by ktoś jego sfilmował („bo taki się czuję niedopieszczony”). Nawet śmierć nie stanowi granicy. Zdzisław kręci kamerą umierającą matkę, filmuje pogrzeb. Odbierałam zachowanie Zdzisława i Tomasza w napięciu, z refrenem, który włączał mi się bezwiednie – „to się nie dzieje! niemożliwe”. 

Najdziwniejsze wydarza się pomiędzy. Nie tyle samobójcze obsesje Tomka czy „katastroficzne” obrazy Zdzisława. Raczej to, w jaki sposób oni ze sobą rozmawiają, jak na siebie reagują. Bezpośredniość Tomka – nieco cyrkowa, nawet chamska, to znów dziecinna. Jego niezaradność, tendencja do ucieczki i marudzenia na sztuczność, na to, że świat odbiega od jego oczekiwań. A oczekiwania są maksymalne. Więc wszystko źle, nie tak, głupio. Skądinąd raz po raz widzimy Tomka w „stroju wyjściowym”. Gdy czyta tłumaczone przez siebie dialogi filmowe, prowadzi audycje w radiowej Trójce. Inteligentny, urokliwy, dowcipny, romantyczny. Ale tego jest mniej, bo reżyser na dalszy plan przesuwa portret artysty. Ani praca Tomka, ani twórczość Zdzisława nie są tematem pierwszorzędnym. Dominuje to, co widać od środka, w mieszkaniu na Sonaty czy na Mozarta.

Wracam do interakcji. Tomek wkurza się niegrzecznie, ekscentrycznie, jakby zakładając, że rodzice powinni do tej wściekłości znaleźć klucz. Ale też nie zataja problemów. Mówi o relacjach z kobietami (prosi matkę, by przegnała mu z mieszkania dziewczynę, z którą zerwał), o tym, że gubi sens. Zaskakuje mnie ta otwartość. To, że egzystencjalne zwątpienia są precyzyjnie nazwane. To chyba rzadkość? I to idzie w parze z brakiem ogłady, tej formy, którą podobno uwodził słuchaczy swoich audycji. Ekscentryczność albo dowodzi bliskości, albo też jest pochodną tego, że – jak sam mówi – nigdy w dupę nie dostał, więc nie wie, gdzie są granice. Przypominają się mocne słowa z książki Grzebałkowskiej: „Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”. [Beksińscy. Portret podwójny]

Ojciec jakby film oglądał, ma wprost niepojęty dystans. Tam, gdzie ja reagowałabym emocją, on ripostuje intelektem. Nie oburza się. Pomija nieokrzesanie i odpowiada rzeczowo, błyskotliwie. Akceptuje nawet samobójcze próby. Tomek jest bytem odrębnym, więc skoro zdecydował, że chce umrzeć, to może nie trzeba mu w tym przeszkadzać. Szokująca sugestia Zdzisława w rozmowie z lekarzem. I „gratulacje”, gdy znajduje martwego syna. Tego się nie da ocenić, bo takie zachowanie jest organicznie  spójne z tym, jak Beksiński widział świat.

Tercet Beksińskich to związek – na nieszczęście i na szczęście – nierozerwalny. Subiektywnie etykietę najsilniejszej osobowości, najmocniej determinującej pozostałych, przyznaję Zdzisławowi. Zofia ten prymat uznaje, Tomek wierzga. Wpływ i zależności są wzajemne. Dlatego – choć film ma biograficzny kontekst – prywatne staje się uniwersalne. Bohaterem jest rodzina. W jednej z zapadających w pamięć scen Zdzisław tłumaczy jej sens Zofii. Siedzą każde na swoim łóżku, zmartwiona Zosia i jej racjonalny mąż. „Nikt nie gwarantował, że życie rodzinne jest samą atrakcją. (…) To grono ludzi, którzy tak, jak się lubią, tak się i nie znoszą”. A im większa bliskość, tym potem większa potrzeba dokopania drugiemu. Grzejesz się i przypalasz jednocześnie. 

Tercet aktorski – wyśmienity. Seweryn. Ogrodnik. Konieczna. Jestem pod olbrzymim wrażeniem roli Zofii Beksińskiej. Siedzi mi w głowie najsilniej. Z tym wschodnim zaśpiewem, skromnością i zmartwieniem. Gdy wentylatorkiem chłodzi ziemniaki dla Tomka, sprząta w jego domu, gdy powoli, ważąc każde słowo, mówi dorosłemu synowi, że rani ludzi i że miłości trzeba się cierpliwie uczyć. Albo gdy po diagnozie choroby objaśnia Zdzisławowi jak nastawiać pranie. Wiecznie w cieniu, ale tym razem nie do pominięcia na plakacie. Już w trakcie lektury Portretu podwójnego… Grzebałkowskiej jej obecność była wyrazista. Tym razem jest równoprawną bohaterką. Nie ma zbyt wielkich słów, by chwalić za to Aleksandrę Konieczną.

Rzecz jasna – przyczynił się do tego scenarzysta, Robert Bolesto, który ku mojemu zdziwieniu, zapewnia, że Grzebałkowskiej nie czytał. Może teraz do niej sięgnie, bo przecież warto. W rozmowach o inspiracjach pojawia się tu i ówdzie tytuł krótszego tekstu: reportażu Wojciecha Tochmana Leży we mnie martwy anioł. To z kolei trop dla mnie, mam nadzieję, że poznam.

Z naprawdę licznych wypowiedzi okołofilmowych, które zapewne będą się mnożyć, słusznie promując dzieło Matuszyńskiego, dla mnie szczególnie ciekawe były dwie. Rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską (TU) i wywiad z Bolestą we wrześniowym numerze „Kina”. Przyciągają, bo są to rozmówcy, którzy zęby zjedli na wnikaniu w prywatność Beksińskich. A naprawdę mieli się przez co przedzierać. Trudno o szerzej udokumentowaną historię niż życie maniaka zapisu, pana Zdzisława. Ogarnąć materiał, to jednak ledwie stopień wtajemniczenia. Druga sprawa to szukanie klucza, metody selekcji, sposobu ujęcia. Zwłaszcza, że koncepcje się zmieniały, bo praca nad książką czy scenariuszem trwała latami. Bardzo interesująco – choć ja o tym tylko nadmienię (odsyłając do źródła) – zapowiadał się pomysł opowieści z perspektywy ciała (biologii), ostatecznie porzucony. Do końca natomiast ważną inspiracją w układaniu scen była muzyka, której słuchali Beksińscy, i w którą można się zanurzyć podczas seansu.

Zacytuję fragment wypowiedzi Bolesty. Przewrotnie. Bo ukazuje ciekawą zbieżność. Może zabrzmi fatalistycznie, ale ja – choć słowa mi się podobają – trzymam z tymi, którzy nie tropią ani fatum, ani nieuchronności w kolejach losów Beksińskich.

„… skupiłem się na fantazjach bohaterów. Babcie chciały po prostu żyć jak najdłużej i osiągnęły wyniki osiemdziesiąt dziewięć i dziewięćdziesiąt osiem. Zosia, matka Tomka i żona Zdzisława, chciała umrzeć przed synem i mężem. Kiedy ciężko zachorowała, odmówiła możliwości eksperymentalnego leczenia  i umarła pierwsza. Wielką fantazją Tomka było samobójstwo – i Tomek popełnił samobójstwo. Wielką fantazją Zdzisława było zostać zmaltretowanym, sponiewieranym, zamordowanym. To też się spełniło. (…) Bohaterowie mieli świadomość swoich fantazji i w końcu osiągają spełnienie, ulgę: uwalniają się od więzów. Od strachu o drugą osobę, od ciała”.

Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński, Polska 2016

Moje córki krowy

Taki początek filmowego roku, że trudno będzie przebić. Nokaut. W uszach gra mi piosenka Piotra Bukartyka (Kup sobie psa), która kończy film. Jest niby o czym innym (o telefonie od kogoś, kto kiedyś odszedł, a teraz chciałby z tobą pobyć, trochę nie w czas), lecz trafia w punkt. „Dzwonisz bo nie najlepiej ci ze sobą…”. Lecą napisy końcowe i amatorski film z kasety VHS. Młodzi rodzice, dwie figlarne dziewczynki. Całe życie przed nimi, tam – na tym filmie z rodzinnego archiwum; bo ten właściwy film jest o tym, że więcej już za nami, drogi dobiegają do mety. Dlatego chce się dzwonić, by trochę „pobyć” i się ogrzać, mimo że trudno ułożyć się i zgrać. Zwłaszcza z kimś, kto kiedyś był bliski lub kto mógłby być, bo jest rodziną.
Moje córki krowy
Czterdziestoletnie siostry, tak różne, że chyba podmienione. Starsza – samodzielna, racjonalna, serialowa aktorka, samotnie wychowująca córkę-studentkę, bez szczęścia do facetów, To Marta grana przez Agatę Kuleszę. Druga – rozchwiana, emocjonalna, infantylna, z kompleksem tej młodszej-głupszej i z mężem nieudacznikiem. To Kasia, czyli Gabriela Muskała. Obie świetne, moje ulubione. Jednocześnie śmieszne i złamane bólem. Kontrapunkt śmiechu i dławiącego żalu jest w filmie tak wyrazisty, że nie sposób od tego nie zacząć. Ten splot jest pomysłem na całość. Świadome zderzanie tragizmu z komizmem, empatii z niedojrzałością, tego, co w nas czułe z tym, co egocentryczne.

Dojrzałym być niełatwo, zwłaszcza wobec niespodziewanej próby o randze ostatecznej. Choroba rodziców to jak uderzenie kilofem w fundamenty. Mówisz: sprawdzam. I nic ci się nie zgadza, nic nie jest solidne. Jeśli kierujesz się w życiu rozumem (Marta), to zaskoczy cię absurd. Jeśli słuchasz emocji (Kasia), to skierują cię na manowce. Stracisz dużo, aż będzie się zdawało, że wszystko, a mimo to coś zyskasz. Zysk zawsze jest możliwy, choć pokazać wiarygodnie proces utraty i wzbogacenia to coś piekielnie trudnego. Moje córki krowy są pod tym względem ok. Owszem, mają rację ci, którzy mówią, że to film „prorodzinny”, bo siła więzi ogromna. Ale nic nie jest dane ot, tak. Ani w relacjach między siostrami (odmienność, zaszłości, żale, osobność), ani w relacji między każdą z córek a ojcem czy matką (jak zawsze: miłości za mało lub nie taka). Między rodzicami też nie wszystko było lśniące, nawet jeśli Kasi się zdaje, że tata wzrusza się jak Romeo. Toksyny można zbierać chochlą, pełen gar. Odtruwanie idzie z wolna i nieporadnie. I nie wygładzi się chropowatości do końca. Ale ta scena – pod koniec – gdy ojciec chodzi wśród drzew, a Kaśka z Martą siedzą na ściółce i mówią to samo, choć inaczej, to jednak jest piękne. „Moje życie to porażka”. „No, a moje to sukces…”. To sobie trzeba powiedzieć na półmetku. Najlepiej z dystansem.

Są w Moich córkach krowach ważne rozmowy, ale siłą filmu są mikrosytuacje. Kalejdoskop scen toczących się rytmem wyznaczonym przez awaryjną sytuację. Nawet te poważne wyjaśnienia (np. gdy Marta mówi ojcu o terapii, której potrzebowała, by uwolnić się od jego apodyktyczności) przerywa scena w tonacji odmienna. Przez chwilę intensywnie dotykamy rany, by natychmiast wskoczyć w coś, co jest naturalnie zabawne. Podziwiam scenarzystów, wyczucie tych przejść jest niesamowite. I z jednej strony – opowieść jest spójna, wszystko się super zazębia. A z drugiej – mam w głowie dziesiątki zapamiętanych epizodów. 

To, co mnie frapuje już poza seansem, to pytanie o autobiografizm. Historia opiera się na doświadczeniu reżyserki, która pracę nad filmem nazywa twórczą terapią. Oczywiście, zaznacza: tyle jest przekształceń, że nie należy sięgać po wytrych biografizmu. Poza tym forma tragifarsy ma w sobie siłę cudzysłowu. Ale wiadomo: Marta przypomina Kingę Dębską, córka reżyserki gra córkę Marty, wyroki medyczne, z którymi trzeba się było zmierzyć, są analogiczne. Podobno siostra realna nie rozpoznaje się w tej wykreowanej, co może być istotnym wentylem w konfrontacji życia z opowieścią. Interesuje mnie to ze względu na ryzyko i odwagę związaną z taką odsłoną. Jedno i drugie: odwaga i ryzyko.

Na przykład komizm – dany jest szczodrze wszystkim postaciom. I prostackiemu szwagrowi (nie można przegapić Dorocińskiego w takiej roli!) i ojcu, który gubi się dramatycznie i zabawnie (Marian Dziędziel – świetna kreacja) i obu siostrom. Ale jednak bardziej Kasi. Marta bywa zabawna błyskotliwie. Kasia (co jest również zasługą vis comica Gabrieli Muskały) rozbraja nieporadnością. I jeśli siostry są dla siebie nawzajem niepojęte, to widzowi chyba bliżej do racjonalnej Marty. Co prawda im dalej w głąb, tym mniej jednoznaczna to przewaga, jednak to infantylna uczuciowość wyzwala więcej pobłażliwego uśmiechu. Myślę o odwadze reżyserki, bo jedna rzecz to dotrzeć do własnej traumy, druga rzecz wyważyć perspektywy oglądu. Dominuje ta, która jest bliższa reżyserce.

Jest tylko jedna scena, w której szale racji są w absolutnej równowadze. Najsilniej emanuje z niej siostrzany żal, że ta druga nas nie widzi, bo koncentruje się na sobie. Scena w ogrodzie, po pogrzebie, na którym Marta żegnała matkę. Mówiła prosto, szczerze, uczciwie. Ale Kasia podchodzi do niej z pretensją – absurdalną dla Marty, mimo to zrozumiałą. „Mówiłaś tylko o sobie. Jakbym nie istniała”. Rodzi się silne napięcie. Kulminacyjne. Zakładam, że o mocy katharsis, skoro później jest ta wspomniana wyżej (kadr poniżej) scena w lesie.

Moje córki krowy. Gabriela Muskała i Agata Kulesza

Moje córki krowy, reż. Kinga Dębska, Polska 2015

Obce niebo

Zbiegły się dwa wtajemniczenia. W obu chodzi o ingerencję instytucji w los dzieci. Jestem po świeżej lekturze najnowszej powieści Iana McEwana – W imię dziecka, w której pani sędzia rozstrzyga, czy wychowywany w kręgu świadków Jehowy chłopak będzie uratowany przez transfuzję krwi, czy zgodnie z wolą rodziców ma przyjąć z pokorą wyrok choroby. Obejrzałam też film Gajewskiego, w którym o losie dziewięcioletniej dziewczynki decyduje szwedzka opieka społeczna, postanawiająca „dla dobra dziecka” odebrać Ulę rodzicom. Obie opowieści są silnie nasycone absurdem, w obu przyglądamy się roli osoby postronnej, której nadano moc sprawczą. I obie są w pewnym sensie przewidywalne: znamy argumenty świadków Jehowy (nihil novi) i domyślamy się, że skandynawskie wyczucie krzywdy bywa hiperboliczne (vide: Polowanie Thomasa Vinterberga). Dość jednoznacznie przyznajemy rację jednej ze stron. Gdyby nawet założyć, że ktoś będzie kibicował prymatowi religii nad życiem albo wyższości prawa nad miłością, to zdecydowana większość odbiorców wybierze „właściwą” opcję. Tu różnica, bo u McEwana reprezentuje ją sędzia, a u Gajewskiego – rodzice. 

Wniosek nieco paradoksalny: mimo że pytanie „kto ma rację” nie prowadzi do konfrontacji racji równoważnych, to i tak doświadczamy tragizmu o greckim rodowodzie. Tragizmu, który uświadamia, że słuszność jest na straconej pozycji, bo istnieje jakieś irracjonalne fatum, które nie wiadomo jak obejść. Co gorsza: w filmie Gajewskiego irracjonalne jest uzbrojone w czysty racjonalizm.

Obce niebo. PlakatEmocjonalny dreszczowiec. Naprawdę. Gdybym była wierna temu, co czułam, oglądając, powinnam pisać wykrzyknikami. Przerażające. Tym bardziej, że nie wyssane z palca. Tym silniej angażujące, że zaangażowanie rodziców w odzyskanie córki jest źle postrzegane. Jakikolwiek bunt i niesubordynacja zadziała na ich szkodę. Więc człowiek bierze na siebie tę niemoc i wychodzi z kina przemaglowany na amen.

Dużym atutem jest aktorstwo – profesjonalizm Agnieszki Grochowskiej (Basi) i Bartłomieja Topy (Marka) oraz nieprzeciętna intuicja i talent odtwórczyni roli Uli – Basi Kubiak

Młode polskie małżeństwo emigrowało do Szwecji. Są tu już dwa lata. On jest trenerem szkolnych drużyn, ona dorabia masażem. Ula chodzi do szwedzkiej szkoły, mówi po szwedzku. Rodzice – gdy trzeba będzie bronić swych racji – wybiorą angielski. Są tu obcy. Mówią innym językiem, wyrośli z innej kultury, ich wyobrażenia nieba i dobra wydają się nie przystawać do szwedzkiej definicji raju. Basia nosi tę obcość w sobie i gdy pojawi się pierwszy znak – nauczycielkę zaniepokoi agresywne zachowanie Uli – będzie je tłumaczyć obcością. Jak ma się czuć jej dziecko, skoro tęskni za utraconym? I tę nieznośną samotność odczuje każde z nich, gdy urząd wkroczy w ich życie.

Pięknie zbudowane są relacje między nimi, zanim jeszcze rozpocznie się walka. Są naturalni, bliscy sobie, lekko pogubieni. Coś zaszło, są reperkusje po zakończonym już romansie Marka. Żyją skromnie, Basia nie ma pracy. Nie są tak krystaliczni jak pojawiająca się w połowie filmu szwedzka rodzina zastępcza. Ale właśnie zestawienie obu rodzin odsłania, jaki potencjał jest w relacji między Basią, Markiem i ich Ulą. Szwedzi, którzy przygarniają ich córkę to ludzie prawi, przeżyli śmierć dziecka, są poranieni, lecz otwarci. Poukładani, wyważeni, bogaci. Zasługują na wdzięczność. Niewtajemniczeni w sytuację, zmanipulowani przez społecznych opiekunów. Ale nawet jeśli daliby Uli wszystko, co chcą dać – mądrą rozmowę, uważność, ciepłe kakao i psa, to nie zastąpią Basi i Marka. Urząd na tę prawdę jest ślepy. 

Szalenie mi się podoba takie rozłożenie sił. Mogło być inaczej. Grany przez Jana Englerta „jedyny polski adwokat w Szwecji”, który zrzeknie się pomocy, bo wie, że nie ma szans na wygraną, przyznaje, że rodziny zastępcze to loteria. Opowiada o okrutnym losie dzieci, których nie umiał obronić. Ale tu jest inaczej. Reżyser nie zdecydował się na kontrast. Całe szczęście, już i tak grubą czarną kreską skreślił postać Anity, nadzorującej rozdzielenie. Trzeba więc było sugestywnej gry Topy i Grochowskiej, by uwierzyć w bliskość. Topa jest luzakiem, który wydaje pieniądze na zakup łódki, a zapomina o czynszu. Gdy zabiera córkę na przejażdżkę albo gdy gra z nią w piłkę, gdy ją przytula, a ona do niego lgnie, choć się przekomarza i dąsa, to jest w tym takie ciepło, że nic się z tym nie równa. Grochowska gra mamę wciąż lekko zmartwioną, palącą papierosy przy dziecku i faktycznie – jak nierozsądnie! – wymierzającą córce klapsa, gdy Ula wraca tuż przed balem w ubrudzonej sukience, specjalnie szykowanej na ten dzień. Ale sama tę sukienkę uszyła, ustroiła (upiekła?) urodzinowy tort i wie, czego życzyć swojej Uli. „Żebyś zawsze była sobą” – a Ula właśnie przy nich może być Ulą, nie Ursulą. 

To, co możemy przeżyć, patrząc na dwoje ludzi, którym ktoś w imieniu prawa odbiera niespodziewanie dziecko, a potem stawia warunki i straszy, że może być gorzej, to już prawdziwy thriller. I znów mistrzowska gra. Dezorientacja. Niemal apatia, jakby im wyszarpnięto duszę. Chyba żaden histeryczny występ nie krzyczałby równie silnie jak ta pustka. To, jak rozpisano działania i zachowanie Basi i Marka, to dla mnie ogromny walor filmu. Nie wiem, ile tu roli scenarzysty i reżysera, ile aktorów. Ale nie sposób się otrząsnąć. Obce niebo. Agnieszka Grochowska, Basia Kubiak

Na koniec zostawiam to, co uosabia w tej historii zło – do granic absurdu posunięty system interwencji. Nie wiem, w jakim stopniu oddaje rzeczywistość. W tej historii spotkanie restrykcyjnej i fanatycznej Anity z nieco roztargnioną parą polskich emigrantów demaskuje zło w potencjalnie dobrych intencjach. 

Od początku można mieć wątpliwości, czy Anita (Ewa Fröling) chce zdiagnozować zagrożenie, czy je z premedytacją sprokurować. Przecież już podczas pierwszej rozmowy z dziewczynką, która zażądała, by nazywać ją Ulą nie Urszulą, wmawia dziecku, że na pewno coś dzieje sie w jej domu nie tak. Podsuwa numer telefonu do BRIS, namawia, by dzwoniła. Przecież to powinno być karalne! Urzędniczka manipuluje dzieciakiem. Dzieciak skłamie, no tak, bo dzieci mają swe powody, żeby kłamać. Na ogół trudno wytłumaczalne, ale znów wskażę na kontekst Polowania Vinterberga, takie kłamstwa się zdarzają. W zachowaniu opiekunki społecznej – dziwnie mocno kojarzącej mi się z Siostrą Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem – jest wiele nadużyć. Apodyktyczność, poczucie wyższości wobec „obcych”, fanatyzm, manipulowanie rodzicami zastępczymi, niedopuszczanie do głosu oskarżonych, niewyjaśnianie im sytuacji. Czarny charakter.

Mnie może bardziej jeszcze przeraził mężczyzna, do którego przychodzą rodzice pierwszego dnia po utracie dziecka. Ma przy boku Anitę, w tle sceneria biura. Wydaje się neutralny, więc gdy ustawia głos, zabraniając jakichkolwiek emocji, grożąc końcem rozmowy, gdy tylko wyczuje próbę niesubordynacji, to nie wiem, czy istnieje coś straszniejszego. Człowiek uzbrojony w procedury. Ktoś porywa ci dziecko, nie mówi, o co chodzi i jeszcze oczekuje, że grzecznie podziękujesz za troskę. Film dla ludzi o mocnych nerwach.

Jeśli dobrze wyczuwam, odbiór koncentruje się właśnie na tym aspekcie filmu, który dotyczy praw systemu opiekuńczego do ingerowania w prywatne życie. Na pewno Obce niebo jest głosem w dyskusji nad tym, dokąd zmierza szwedzkie prawodawstwo. Mówi, że łatwo przekroczyć granice, że nadinterpretacja może wyrządzać krzywdę. Uzasadnione są również przeniesienia tej historii na szersze tło: widzi się wówczas w Obcym niebie parabolę zderzenia człowieka z systemem (totalnym/ totalitarnym). Albo konfrontację uczuć z rozsądkiem nakazów i zakazów. 

Pomyślałam – czując na własnej skórze, jak bardzo wzrosła we mnie chęć obrony rodziców, nawet ich nieporadności – że jednak wiele racji trzeba wyważyć. Przywołana na początku tekstu powieść Iana McEwana (W imię dziecka) byłaby dla filmu Gajewskiego równowagą. Dbanie o to, by miłość rodzicielska nie stratowała dziecka, mimo najlepszych intencji, powinno jednak czasem zależeć od sił zewnętrznych. Czasem, czyli kiedy i w jakim stopniu? Tego się nie wie. Albo: niestety, norma nie zawsze uwzględnia scenariusze życia.

Obce niebo, reż. Dariusz Gajewski, Polska, Szwecja 2015

żona policjanta

Żona policjanta, reż. Philip Gröning, Niemcy 2013

Z oferty objazdowej: T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee. Informacja znacząca, bo film zdecydowanie nie z mainstreamu. Jeśli ktoś kojarzy poprzedni film Gröninga, Wielką ciszę (2005), może oczekiwać podobnej estetyki.  Co to znaczy? Mówiąc zwięźle: że będzie w czasie seansu obserwował strumień wykruszających się widzów. Szerzej: że film trwa 3 godziny, więcej w nim ciszy niż dźwięków, nie ma tradycyjnie rozumianej akcji, wyrazistych punktów zwrotnych, kulminacji czy finału. Poprzedni film tego reżysera był dokumentem o życiu francuskich kartuzów, więc ascetyczna poetyka współbrzmiała z monotonią, ciszą, ograniczeniem zewnętrznych bodźców i skromnością życia mnichów.  Żona policjanta jest fabułą zakrojoną na trzy role (w tym jedna dziecięca). Trzy-czteroletnia Clare, mama spędzająca z córeczką całe dnie, tata policjant, widziany wyłącznie w roli domowej. Mieszkają w małym miasteczku, we własnym domu, odgrodzonym od tego, co zewnętrzne.
Żona policjantaFilm pocięty na pięćdziesiąt dziewięć sekwencji, rozdzielonych planszami. Całość staje się albumem, zbiorem etiud. Ich kolejność zdaje się przypadkowa. Niektóre są statycznym obrazem, utrwaloną obiektywem chwilą. W innych można obserwować interakcje: rozmowy z córeczką, rodzinny spacer, oglądanie telewizji, doglądanie roślinek w ogródku. Czas płynie bez przynagleń. Uśmiech na twarzy Christine, jej ufność są albo wciąż te same, albo wyczerpują się niezauważalnie. Zmienia się jej ciało. Coraz więcej na nim sinych, fioletowych, zielonych plam. 

Gröning zajmuje się przemocą w rodzinie, toksyczną relacją, w której chora miłość i chora agresja idą ramię w ramię. Przyzwyczajenie czy niedowierzanie uspra-wiedliwiają stężone od złych emocji ciosy. 

W napisach końcowych wyświetlają się podziękowania dla wszystkich, którzy zwierzyli się reżyserowi z życia wśród analogicznych toksyn. I rzeczywiście czuje się, że Gröning chce się zbliżyć do codzienności, do tych najzwyklejszych przejawów, interwałów między momentami cielesnego i psychicznego bólu. Stąd tyle monotonii. Żadnej sensacji. Agresja jest zakamuflowana. Pamiętam może pięć rozdziałów, w których się ujawnia. To rozrzedzenie jest najgorsze. Pozwala kobietom, takim jak Christine, „posprzątać po rozruchach”, uładzić, zdobyć się na współczucie wobec kata, zminimalizować jego winę. Znów być gotową, by przytulić, całować, troszczyć się i usuwać w cień. 

Chodzi też zapewne o to, by widzowi nie tyle opowiedzieć czyjąś historię, lecz go w nią włożyć, osaczyć nią, pozwolić doświadczać jej w nieefektownych dawkach, które po trzech godzinach urastają do wymiarów kuriozalnych. Pomyśli ktoś: wyjście na seans jest w takim razie aktem sadomasochizmu. Dobrowolnie wchodzić w taką duszność? Jest w tej uwadze sporo racji. Więc nie namawiam, że trzeba koniecznie zobaczyć. Ale zaświadczam, że dla mnie było to doświadczenie cenne. Zapamiętam.

Kilka wybranych rozdziałów. Rodzina Perkingerów idzie na wiosenny spacer. Jest tuż przed Wielkanocą, Uwe wyprzedza dziewczyny,  maskuje w lesie zostawione przez zajączka prezenty. A potem oboje (Uwe i Christine) bawią się w znajdowanie ich razem z Clare. Inna scena: wszyscy troje śpiewają przedszkolną piosenkę. Ustawieni jak do zdjęcia, do obiektywu kamery (vide: plakat). Trochę im się zapominają słowa, tylko Clare jest bezbłędna. Ale bawią się i wchodzą w rolę na całego. Najbardziej myli mnie jasność Christine i niepozorność Uwe. Christine ma anielską cierpliwość, dłubie kijkiem w ziemi, by udrożnić drogę glistom, rozmawia z Clarą z uwagą, łagodnie, radośnie. Cieszy się tym, co jest, choć to tylko strzępy i atrapy. Ale skąd wiedzieć, kiedy należy zadowalać się drobiazgami, a kiedy podnieść bunt żądając całości?

Uwe nie jest potworem. Raczej sfrustrowanym, małym, niedojrzałym facetem. Pierwsza scena, w której traci równowagę wygląda mniej więcej tak. Przysnął przed telewizorem, ocknął się i szuka Christine. Nie ma jej w kuchni, w łazience, ani tu, ani tam. Znajduje ją śpiącą w sypialni, więc z rozmachem zrzuca ją z łóżka. „Jak mogłaś mnie tak zostawić?” – jest wściekły z bezradności. Ona ma przy nim być, bo bez niej traci poczucie tożsamości. Uzależnienie, jak widać, jest obustronne. Christine zachowuje się tak, jakby go rozumiała. Jakby można było dopatrzyć się w tej histerii jakiejkolwiek racji.

Innym razem Uwe przychodzi naburmuszony, nie chce spróbować zrobionej przez Christine sałatki owocowej. Christine zabiera się za jedzenie, a po chwili torpeduje ją reprymenda męża: „Nie ciamkaj!”. Jejku, no próbuje nie ciamkać. Jeszcze gorzej! Pokornie odstawia miseczkę. Ostatecznie nie musi jeść, może ustąpić.

Najmocniejszym obrazem, który zostanie ze mną na pewno, jest ten, który ukazuje przejście Clary na stronę ojca. Najpierw Christine słyszy od córeczki: „Śmierdzisz!”. Ojciec milcząco potakuje i bawi się z dzieckiem, wystawiając mamę poza nawias. Christine idzie wziąć kąpiel. Ciało ma całe w sińcach. Kąpie się chyba za długo, bo Uwe dobija się do łazienki. Rozwala zamek, otwiera drzwi. Mała jest przerażona widokiem mamy. Kilka chwil później tatuś tłumaczy córeczce, że mama ma taką chorobę, że śmierdzi i że ciało jej się przebarwia od byle czego. 

Obecność dziecka działa stymulująco. Ono ich łączy. Wymaga ochrony, więc tłumaczy łagodzenie sytuacji przez Christine, unikanie konfrontacji. Dziewczynka pozornie pozostaje nietknięta, lecz toksyny działają podskórnie. Osadzają się cieniutkimi warstwami obserwacji. Ciekawym zabiegiem jest przeplatanie obrazów z wnętrza i z pleneru. Sceny zewnętrzne aż oślepiają jasnością. Dom może nie jest mroczny, lecz klaustrofobiczny, podszyty dziwną pustką (wzmocnioną selektywnie przepuszczonymi dźwiękami). Przydomowy ogródek to skrawek ziemi spod wyjętego betonowego kwadratu, ciasna przestrzeń, którą moje kinowe sąsiadki z rzędu wyżej ochrzciły „spacerniakiem”.

Dziwne jest to kino Gröninga. Działa skutecznie, choć równie skutecznie płoszy. Nie jestem przekonana, czy wszystkie rozdziały są niezbędne. Ktoś o innym reżyserskim temperamencie sięgnąłby jednak po nożyczki. Ja usunęłabym sceny ze starym mężczyzną, który nie wiadomo kim jest, a my obserwujemy go jak się ubiera, rozbiera, patrzy, nie patrzy. On jest w tym filmie chyba po to, by zapytać po co.

Gdyby przypadkiem Gröning zajrzał na tamaryszka, świeżo po kursie polskiego, i chciał ode mnie usłyszeć cenną sugestię, to mam coś w zanadrzu. Otóż: przy następnym tytule proszę zaszaleć. Wydłużyć film do siedmiu godzin, okroić listę dialogową i nie zezwolić na opuszczanie kina przed końcem.

Żona policjanta 1

W kinach Żona policjanta zagości w marcu.

boyhood

Boyhood, reż. Richard Linklater, USA 2014

Mason sześciolatek

Wiecie dlaczego warto zobaczyć ten film? Powodów jest kilka. Na przykład ten: widzisz na ekranie przemijanie, niedający się zatrzymać upływ czasu, a mimo to doświadczasz jakim bogactwem jest chwila. Przeminie, ale zanim to nastąpi, można z niej wyssać różne smaki i rozmościć się w niej, jakby poza TERAZ nie było tego, co PRZEDTEM i tego, co będzie POTEM. Takiej pochwały teraźniejszości nie spotyka się często, choć nawołują do niej mędrcy, coache i terapeuci wszelkich szkół. Co innego zalecać carpe diem, a co innego poczuć na własnym przedramieniu gęsią skórkę. Więc warto.

Linklater ma taki dar, a może nawet obsesję, że lubi sprawdzać, co się stanie, gdy rozpoznaną sytuację zanurzymy w roztworze czasu, odczekamy i wyjmiemy na światło dzienne. Można wtedy zagrać w „stałe i zmienne” – zawsze przecież coś jest rozpoznawalne (niekoniecznie constans) a coś w kawałkach i rozpryskach. Upływ czasu to lejtmotyw jego – jak na razie – trylogii o Jesse i Celine (Przed wschodem słońca, Przed zachodem…Przed północą). W Boyhoodzie jest coś analogicznego.  Eksperyment, który trwał 12 lat. Pomysł jest tak prościutki, że nie do wiary, by nikt wcześniej na to nie wpadł. I nie na nim opiera się wartość filmu, choć rzeczywiście sporo z niego wynika.

3

Wybrany w drodze castingu sześcioletni Ellar Colltrane i ośmioletnia wówczas córka reżysera, Lorelei Linklater to para dzieciaków,  którym przydzielono role rodzeństwa, wyposażono w mamę (Patricia Arquette), tatę (Ethan Hawke) i kilku ojczymów. Filmowy Mason i Samantha odgrywają scenki z codziennego życia – które wychwytują to, co charakterystyczne dla kolejnych przystanków w ich rozwoju (a dla dzieciaka i nastolatka każdy rok to korekta perspektywy!).

2

Reżyser rozdaje karty, układa rodzinne zdarzenia w opowieść mającą swoją dramaturgię. Ale napięcie wynikające z wydarzeń to rzecz wtórna. Wyobrażam sobie, że skrzyknięci na plan filmowy aktorzy, mogli nie wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza i jakie progi będą przekraczać przy następnym spotkaniu.

Zakładam, że liczyła się chwila, uchwycenie momentu: zmieniającej się fizyczności, nastawień do świata, relacji z najbliższymi etc. Tego, co akurat modne i zaprzątające uwagę. Efekt: kolaż scenek rodzajowych z tymi samymi, choć w odmienionej skórze bohaterami. Ale jakie to są scenki! Podszyte komizmem, nostalgią, mądrością (na ogół okupioną utratą) i wymądrzaniem się przeróżnych mądralińskich. Wpisuję Boyhooda na listę filmów, do których będę powracać. Między innymi dla poprawienia nastroju i przypomnienia sobie, że zramolenie jest nieuchronne – czy chodzi się w garniturze czy w podartych dżinsach. Świeże, nastoletnie oko jest – niestety – bezlitosne.

4Tytuł namaszcza na pierwszoplanowego bohatera małego chłopca (któremu w ostatnich ujęciach stuknie osiemnastka). Żeby się nie nabrać! Wcale nie mniej ciekawe są postaci towarzyszące: Straszna Starsza Siostra, Skomplikowana Pogubiona Mama i Chłopięcy Tata, który zadaje sobie wiele trudu, by Być Równym Gościem. 

5

Najwięcej radości wnosił swą energią Ethan Hawke. Niedzielny Tata, niedorosły do roli, ale po swojemu przejęty. Gdzie by nie zabrał swoich pociech, zawsze to on bawi się najlepiej. Cudna jest scena, w której instruuje dzieciaki, jak należy rozmawiać z Fajnym Rodzicem. Oczywiście, oczekuje, że na hasło „co słychać?” usłyszy litanię sekretnych wyznań, bez pruderyjnych zatajeń. Cóż, zdarzyło mu się uciec przed ojcostwem „na Alaskę”, ale po latach stara się o właściwy światopogląd (tylko nie Bush!) i angażuje syna i córkę w słuszną sprawę (Obama!). No i te rozmowy! O Gwiezdnych wojnach, o kondomach (biedna Samantha zatyka uszy, bo pierwszy chłopak już swym istnieniem ją onieśmiela, a gdzie tu te wstrętne kondomy z przestróg Taty!), o życiu.
6

Świetna jest rola Patricii Arquette, samotnej mamy dobierającej sobie – nie najszczęśliwiej – partnerów na dalsze, rodzinne życie. W oczach dzieci wypada czasem na zrzędę i nudziarę, choć przecież daje im niesamowite wsparcie. Może największe tym, że realizuje swe życiowe plany, walczy o siebie i jest gotowa zaczynać wciąż od nowa.

Gdzieś w trzeciej godzinie (seans trwa 2 godz. 43`) postanawia sprzedać dom, pozbyć się bibelotów i tych trochę większych rzeczy, w które obrosła. Zdziwienie dzieci, odruchowo osadzających rodziców w roli strażników starych dekoracji, kwituje krótkim: to mi już niepotrzebne. Miałam wrażenie, że to kobieta otwarta na wszystko, co może nadejść. Dlatego tym mocniej wybrzmiał jej płacz, w jednej z ostatnich scen.
7

Jedną z najciekawszych stron filmu Linklatera jest wierność dziecięcej perspektywie widzenia. To uruchamia nostalgię: każdy odnajdzie w sobie niejedno z Masona i Samanthy. Większość, o la boga!, również coś z tych Dziwnych Dorosłych.

Mnie rozśmieszyla dydaktyczna nieporadność przeróżnych tyrad i pouczeń. Gdy jest się nastolatkiem, to niemal wszystko ze świata dorosłych brzmi jak udzielane bez proszenia porady. Oczywiście, gdy wygłasza je bufoniasty ojczym, przerzucający życiową porażkę na tych, którzy są mu podlegli – to irytacja jest oczywista.

8Ale nawet poczciwe rady nauczyciela (te z ciemni fotograficznej) lub opiekuna z dorywczej pracy w restauracji, nawet słuszne rodzicielskie wskazywanie na konsekwencje i stawianie wymagań – wszystko to jest belfrem podszyte. Bezcenne jest więc przejrzenie się w tym filmowym lusterku.

A dorastanie jest szukaniem siebie na swój własny sposób. Doświadczaniem utraty (dorastamy za sprawą rozstań i dzięki porażkom?). Stawianiem pytań i wyciąganiem wniosków z obserwacji. Mason mówi niewiele. Mam wrażenie, że dopiero pierwsze ważne zauroczenie, odkrycie bliskiej osoby w Sheenie, otwiera go na rozmowę i określanie siebie. Stawia diagnozy, wybiera, szuka coraz świadomiej (rezygnacja z Facebooka, fotograficzna pasja, akceptacja rozstania z Sheeną).

10

Ostatnie ujęcia filmu są peanem na cześć młodości. Rany! jaka piękna jest młodość! Ta pierwsza. Gdy wszystkie drogi są wciąż do przejścia. Gdy zadaje się naiwne pytania, które brzmią świeżo, bo są stawiane serio. Mason pyta ojca: „O co w tym wszystkim chodzi?”. „Stary, to improwizacja. Nikt nie wie niczego na pewno”. A Mason zdążył już zrozumieć, że dorosłość niczego nie porządkuje, że nie jest stanem uładzenia ścieżek w swoim ogródku, raczej podróżą. Na przykład wyprawą w góry z przyjaciółmi.

I w całym tym obłędnym przemijaniu zdarzeń i ludzi, w tym nieubłaganym następstwie generacji, przecież żadne wejście na szczyt nie potrwa długo. Jest chwilą, którą można złowić. Może od razu poczuć nostalgię za tym, co jest i już być przestaje. Albo nie: ucieszyć się na myśl o kilku… dobrych chwilach, które wciąż przed nami.  

Notkę dedykuję Czarze, której pięciomiesięczny Chłopczyk dorasta póki co z wolna, lecz niepostrzeżenie zawłaszcza coraz większe połacie świata dla siebie. I Piotrowi, który mieszka w Austin, więc jest prawie stamtąd, skąd Mason, Samantha, Mama, Tata i inni. :)

11

wypełnić pustkę

Wypełnić pustkę, reż. Rama Burshtein, Izrael 2012 

W polskich kinach ten film pojawił się latem (lipiec 2013). Kto to widział, by taki film wprowadzać w obieg w takim czasie?! I właśnie dlatego niejeden może westchnąć, że nie widział. A szkoda, bo warto. Ja mogę dodać, że nawet nie słyszałam, choć zapewne mogłam, bo tytuł został doceniony m.in. Pucharem Volpi (Wenecja 2012), czyli nagrodą dla najlepszej aktorki – Hadas Yaron w roli Shiry.
I tak jak wszystko w życiu przydarza się parami, tak jednym przypadkiem zobaczyłam ten film w sali kinowej, a drugim przypadkiem dostrzegłam go dwa dni później w roli gadżetu przy najświeższym numerze „Focusa”. I już go mam.

Chasydzi

Wchodzimy w świat współczesnych chasydów. Brzmi co prawda jak oksymoron: jaka tam współczesność, skoro rytuały i styl życia wywodzą się z najstarszych tradycji, a celowe zamykanie się na wpływy świata (media, kontakty z gojami, modne trendy) tworzy warstwę impregnującą przed nowoczesnością. Ważne, że poznajemy współczesnych chasydów z perspektywy reżyserki, która się z tego środowiska wywodzi. I darzy je zrozumieniem, które i widzowi może się udzielić. Rzecz jasna oglądam świat egzotyczny. Rozumienie bierze się stąd, że w tę opowieść nie wkracza „obce oko”, więc to, co się zdarza, przyjmowane jest naturalnie, osadzone w zrębach, które nikogo tu nie dziwią.

Uderza mnie zwłaszcza silne poczucie wspólnoty. W czas jednego z chasydzkich świąt mężczyźni tłoczą się w domu rabina, wchodzą gromadnie do salonu, gdzie dzielą się problemami, otrzymując po wysłuchaniu stosowne finansowe wsparcie. Jak – nie przymierzając – na seansie u Vito Corleone ;). Śpiewa się przy tym i energicznie wystukuje rytmy. Śpiew i muzyka są fenomenalne. I te oryginalne pieśni chasydzkie, i to, co przygotowano specjalnie do filmu. Akordeonowa muzyka Shiry czy tło muzyczne ilustrujące wybrane sceny. Proszę posłuchać motywu przewodniego.

Drugie, na co zwracam uwagę, to określony model rodziny. Małżeństwa kojarzone przez swatów, tworzone pod czujnym okiem starszyzny, z konieczną aprobatą rabina. Spojrzenie człowieka Zachodu bywa w tym temacie sceptyczne. Bo mamy w głowach inne wzorce: miłość, która wiąże nie czekając na błogosławieństwo, która rodzi się z ognia i bez przymusu albo ze wspólnoty przeżyć, z bliskości, manifestującej się na tysiąc sposobów zanim okrzepnie w decyzji na tak. Różne tam mieć możemy w głowie i sercu matryce, ale na ogół chcemy spontaniczności i nieskrępowania w wyborze. A tu: swaty, ślub z człowiekiem, o którym więcej nie wiesz niż wiesz i w ogóle… ta gotowość do małżeństwa jakby ono było jedyną możliwą drogą i jakby trzeba było na nią wstąpić najszybciej jak się da. Powiem tak: nie będę tu roztrząsać wolności człowieka zanurzonego we wspólnocie i tradycji, bo nie starczyłoby mi kompetencji i mogłoby zabraknąć wirtualnej przestrzeni. W tym konkretnym przypadku, którego dotyczy opowieść, ujmuje mnie dojrzałość, gotowość do miłości i świadomość, że ona możliwa jest wtedy, gdy nie zatracasz siebie.

Fotografia powyżej, „portret rodziny we wnętrzu”, jest dobrym punktem wyjścia. Panowie w czarnych chałatach, z obowiązkowym nakryciem głowy – żonaci w futrzanych sztrajmlach, kawaler ma kapelusz. Kobiety ubrane skromnie, odświętnie, więc na biało, również z nakryciem głowy (na co dzień ten zmyślny kapelusik bywa weselszy). Niezasłonięte włosy może mieć tylko panna.
Plan pierwszy: rabin i jego żona, Rivka. Ich córki: niezamężna Shira z zaproponowanym przez swata kawalerem oraz (po prawej) Esther z mężem Yochayem. 

W środku drugiego rzędu – ciotka, nie ma rąk, nigdy nie wyszła za mąż, a mimo to w kapeluszu, bo tak doradził rabin. To unik od uciążliwych pytań. Nie unika ich nieobecna na zdjęciu Frieda – piękna i dobra, ale niemająca szczęścia do swatów. Gdy zaręcza się jej młodsza siostra, słyszy zewsząd: „obyś ty była następna”. Słowa ciepłe i współczujące, ale nie wątpię, że doprowadzające do szału („myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?!” – odpowie później i brzmi to tak, że chętnie obejrzałabym film o Friedzie).

Esther jest w ciąży, niestety, umrze przy połogu. A jej (przystojny jak sto diabłów!) mąż, który wyznawał: „Kocham cię, jesteś moją Torą”, pogrąży się w rozpaczy. Pustka, którą w sobie odnajdzie, wyda się nie do wypełnienia. Pustkę, równie dotkliwą, choć inaczej doskwierającą, czuje również ojciec i matka Esther. I jej osiemnastoletnia siostra, Shira, której swatanie usunie się na dalszy plan, by móc wpierw przeżyć ból i stratę. Tylko co dalej z pustką? Życie domaga się, by ją wypełnić.

Shira, Yochay, Rivka i MordechajŚmierć Esther jest jedną z początkowych scen, to pierwszy moment zwrotny. Dalsze wydarzenia koncentrują się na tytułowym wypełnianiu pustki  i priorytet ma to, co dzieje się wewnątrz bohaterów. Jeśli zdążyłam zaakceptować chasydzkie otwarcie się na wspólnotę, która wkracza i porządkuje świat każdego brata i siostry od spraw najprozaiczniejszych (kupno kuchenki) po egzystencjalne, to teraz muszę to przyzwyczajenie porzucić. Są propozycje i sugestie, ale też mocne veto samych zainteresowanych, którzy znają cenę życiowych decyzji. Nie podejmują ich nim dorosną, by je udźwignąć i zaakceptować skutki. 

Nietrudno się domyślić, że równolegle do swatania Shiry pojawi się temat szukania drugiej żony dla Yochaya. I że prędzej czy później pojawi się pomysł, by… Ale ani on tego nie chce, ani ona. Nie będzie fabularnych atrakcji, które zawiłością perypetii przekonałyby widza do nieuchronności tego związku. Paradoksalnie: ograniczenie akcji na rzecz subtelnej ilustracji dojrzewania i rodzenia się szansy na szczęście okazuje się czymś fenomenalnym. Kilka rozmów, spojrzenia, obecność i znikanie. Konieczność odsłonięcia swych pragnień, a najpierw rozpoznanie ich w sobie. Pomaga w tym prowadzenie kamery. Przewaga ujęć bliskich, zbliżenia twarzy. Dialog musi być oszczędny, by nie dublować obrazu. 

Oglądałam z dużymi emocjami. To bardzo kobiecy film – choć ma niejedno do powiedzenia mężczyznom.

Ujęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy gotowości serca, która poprzedza cały ciąg dalszy (i której brak ów „cdn” uniemożliwia). Druga to lęk, by nie być kimś zastępczym, nie wypełniać pustki po kimś innym. Dopóki nie zabliźnią się rany, nic nie jest możliwe. Zabliźnienie nie oznacza tu zapomnienia, zwłaszcza, że istnieje Mordechaj, synek Esther i Yochaya – to stan, w którym potrafimy widzieć tę drugą osobę bez potrzeby konfrontacji z własną (i jej) przeszłością. 

Yochay i Shira

zmiana obiektu uczuć

Jak ojciec i syn (Soshite chichi ni naru), reż. Kore-eda Hirokazu, Japonia 2013
Płynące wieżowce, reż. Tomasz Wasilewski, Polska 2013 

13 MFF T-Mobile Nowe HoryzontyTe filmy wiele różni. Na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty umieszczono je w odrębnych sekcjach: japoński w PANORAMIE światowego kina, polski w KONKURSIE głównym, czyli wśród filmów „nowohoryzontowych”, coś w temacie i formie przełamujących. Inne tempo (montaż) i barwy, inny rodzaj napięcia.

…wieżowce są ostre, eksplodujące, z emocjami szukającymi ujścia, domagającymi się haustu powietrza i tym haustem – szarpanym i gwałtownym – krztuszące się.  Fraza zamknięta w tytule pada podczas rozmowy Michała z ojcem, który przypomina synowi szczeniacki wybryk. Taniec na parapecie, przy otwartym oknie, gdy zdawało mu się, że świat razem z nim faluje, wieżowce płyną. Czyli? Stan niebezpiecznej wolności? Krótkotrwałe szczęście? Zatarcie konturów, rozmycie stałych kształtów? Interpretacja chyba nie jest konieczna, zresztą mogłaby iść innym tropem: płynięcia, zanurzenia w wodzie, która jest w filmie eksponowana, nie tylko dlatego, że obaj bohaterowie trenują pływanie i to jest ważna sceneria ich rozpoznań.

Jak ojciec i syn już w tytule jest bardziej zachowawczy. Kontekst uruchamia sugestię, że chodzi o istotę relacji między ojcem i synem, o tę odwieczną mantrę: krew z krwi, kość z kości, więź, której się nie kwestionuje.  Staroświecki tytuł, dość jednoznacznie ogniskuje temat w pytaniu, czy sedno relacji ojca z synem tłumaczy się genotypem, kodem biologicznym czy raczej tym, co wynikać mogłoby z obecności i czuwania. Film jest subtelny, emocje intensywne, z wektorem dośrodkowym. To, co się przydarza jest wystarczająco sugestywne, by o tym już nie rozprawiać.  To trzeba przeżyć, patrzeć, jak wszystko się rozsypuje i po omacku z rozsypanego budować na nowo.

W „Gazecie Festiwalowej” czytałam wywiad z ubiegłoroczną laureatką Konkursu, Domingą Sotomajor (Od czwartku do niedzieli), w którym pada zdanie: „W kinie nie powinno chodzić o fabułę, a o umiejętność przeniesienia widza w emocjonalny stan postaci”. I to jest łącznik między filmami, o których piszę. Najważniejsze są domagające się wyrażenia (lub stłumienia) uczucia, rozpoznanie ich, radykalna wolta (ewentualnie obrót dookoła własnej osi). „Przeniesienie widza w emocjonalny stan postaci” – to się naprawdę udało.

Zaznaczam: oba filmy mają fabułę. Wyraźnie prowadzoną, z punktami zwrotnymi, kulminacją etc. Temat z pozoru inny, lecz dający się sprowadzić do niechcianej, zaskakującej „zmiany obiektu uczuć”.  Inaczej: pojawia się ktoś trzeci, choć uczucie do osoby obdarzanej nim wcześniej nie znika.

Jak ojciec i syn. Do dwóch japońskich małżeństw przychodzi list z sądu, informujący, że sześć lat temu, przy narodzinach ich synów, doszło do zamiany dzieci. 
Płynące wieżowce. Kuba i Sylwia są ze sobą od dwóch lat. Dla obojga ta relacja jest ważna. Michał pojawia się jak grom z jasnego nieba. Węzłem wiążącym te relacje jest Kuba. (Kuba-Sylwia, Kuba-Michał).

JAK OJCIEC I SYN

Jak ojciec i syn. ZdjęcieOpis kadru

Po lewej stronie rodzina Nonomiya, po prawej Saiki – nie w komplecie, bo mają jeszcze dwoje młodszych dzieci.

Chłopczyk w białym kołnierzyku grzecznie wpatruje się w obiektyw. Lubi być grzeczny, tak trzeba. Nie śmiałby przeszkadzać czy łobuzować, bo woli, gdy wszystko jest jak ma być. Mama i Tata wiedzą co i jak, a on się tego trzyma. Często uwiecznia się w ich rodzinie ważne chwile. I wtedy ładnie się uśmiecha, zgłasza się (na pierwszej lekcji w szkole) i patrzy ufnie czernią swych dziecięcych oczu w obiektyw.  Słodki maluch, ale już wprawiony w rytm obowiązków – choćby regularne ćwiczenia gry na fortepianie. Gdy później mama zapyta, czy może chce przestać, odpowie, że nie, on będzie się starał. Chociaż wie, że innym gra przychodzi łatwiej i radośniej.

Drugi sześciolatek jeśli stanie na baczność, to przypadkiem. Umie się bawić i wygłupiać. Nigdy nie jest sam. W domu jest młodsza siostra i braciszek, jest Tata, który włącza się do każdej zabawy albo wskakuje z nimi do wanny. Co tam! Jak się coś zepsuje, to nic. Tata wszystko naprawi, bo umie i lubi. Nie ma sprawy, że się człowiek ubrudzi albo spontanicznie je palcami. Najważniejsze, że można puszczać latawce, gonić za nimi, spać w namiocie, przytulać się, kiedy się tego chce. Gdy później pan Nonomiya będzie mu tłumaczyć, że ma do rodziców mówić Wujku i Ciociu, nie da sobie niczego wmówić i będzie uparcie pytał: – Dlaczego? – Bo tak po prostu jest (Nonomiya jest zaskoczony, ale też widzi w tym buncie samego siebie). – Ale dlaczego?…

Obaj są tacy jak stojący za nimi ich „pomyłkowi” rodzice. Nonomiya mieszkają w dużym mieście, on buduje swą karierę, jest wykształcony i taki będzie też jego syn. Wysoki standard życia, stawianie sobie celów i zadań, ustalanie zasad wspólnego bycia. Gdyby nie list z sądu i absurdalna informacja o zamianie dzieci, nigdy by nie spotkali drugiej rodziny. Saiku żyją poza aglomeracją, prowadzą mało dochodowy sklepik, żyją w ciasnym mieszkaniu i nie potrzebują granic, są blisko, na wyciągnięcie dłoni, ogarnięcie ramieniem, przytulenie. Teraźniejszość ich dzieci jest ważniejsza niż przyszłość, której nie próbują aranżować. Styl i klasa Nonomiya kontra spontaniczność i luz Saiku. 

***

Jak ojciec i syn... Synem jest ten, przy którym jesteś. Bycia ojcem nie unieważni żaden szpitalny dokument. Ale co z nieznanym dzieciakiem, rzuconym przez los w przypadkowe ręce? Czy ma znaczenie, że traf jest pomyślny? Trudno się z tym zgodzić. Chyba nie sposób nie próbować dotrzeć do tego, który nosi nasze geny, w którym one wcześniej czy później dadzą o sobie znać. Będzie miał smykałkę do tego, co Ty, jego twarz i sylwetka będą Cię przypominać, a on niezrozumiale dla postronnych powtórzy reakcje, których nikt tak jak Ty nie rozszyfruje. I co byś poczuł, gdybyś był bohaterem tego absurdu?
– To nic nie znaczy. – Jak mogłam nie zauważyć. – Wiedziałem.
Powyższe odpowiedzi to pułapki.

Co sensownego można zrobić w sytuacji absurdalnej? Jak to doświadczenie ludzi zmienia i przede wszystkim: co przeżywają dzieci? Świetnie zagrany film, niesamowite wręcz role sześciolatków, mądrze prowadzonych przez reżysera i zaskakujących ekspresją. Bo niby wszyscy starają się ich chronić, lecz intuicja pozwala im wiele z tej dramatycznej zmiany pojąć i bez osłon się z tym zmierzyć.

Premiera światowa miała miejsce w maju. Nie wiem, kiedy trafi do polskich kin. Gdy trafi, warto obejrzeć. 

PŁYNĄCE WIEŻOWCE

Płynące wieżowce. Plakat

Opis kadru

Kadr to zarazem plakat, przemyślany, metaforyczny. Reżyser, Tomasz Wasilewski, w wywiadzie dla „Gazety Festiwalowej”: „Pod wodą jest bezpiecznie, ale nie ma tlenu. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, żeby przeżyć, ale to wiąże się z niebezpieczeństwem i koniecznością konfrontacji z problemami”. Dlatego sceny poprzedzające wybór Kuby pokazują głębokie zanurzenie. Podczas zawodów, mimo że prowadzi, zaprzepaszcza zwycięstwo, schodząc w głąb.  Odruch obronny, w którym jest zarówno asekuracja, jak i świadomość, że ta ochrona nie może trwać wiecznie, przyspiesza potrzebę oddechu na powierzchni. 

Jeśli uznać, że wypłynięcie jest „konfrontacją z problemami”, to z jakimi? Zakończenie związku z Sylwią. Owszem, nieco rozchodzącego się w szwach, ale uszytego z dobrej materii, wciąż nie są sobie obojętni, jak dotąd niejedną trudność (vide: matka Kuby) przetrzymali. Dalej: przyznanie się przed sobą, że jest się gejem. Wbrew pozorom sobie samemu wyznać to jest najtrudniej. Wreszcie: zdecydować się na związek z Michałem. Skala lęków i przynagleń jest dość rozległa.

Miłość rodzi się na naszych oczach.  To trudne, ale możliwe do pokazania. Od jakichś zapatrzeń i ożywień, chęci rozmowy, ukradkowych obserwacji, przypomnień… Po zbliżenia erotyczne, zaskoczenie ich intensywnością, nieporównywalnością z niczym innym. Niepewność „co to jest?” i czy obaj czują to samo, i czy tego „nie spieprzą”. Nie chcą spieprzyć. Są prawie gotowi wypłynąć – jeden bardziej, drugi trochę mniej.

***

Powtórzę, co słyszałam podczas rozmowy z reżyserem, bo nie jest to instrukcja odbioru, lecz wpisana w film rzeczywistość. To film o ich trojgu. Pierwszoplanowa postać Kuby (Mateusz Banasiuk) nie zasłania emocji Michała (Bartosz Gelner) i Sylwii (Marta Nieradkiewicz). Ktoś kocha, ale poznaje silniejsze przyciąganie. Ktoś kocha, ale nie wie, czy może wejść w miejsce już zajęte. I nie wie, jak mógłby nie wejść. Ktoś kocha, walczy, przygląda się, jak traci bliskość, zostaje porzucony. Dlatego prawda, że to nie jest film gejowski, choć pewnie tej etykiety nie uniknie. Emocje, dojrzewanie, nieuchronność, odwaga i tchórzostwo to jest na pierwszym planie.

Komplikacje mogłyby mieć inny kontekst. Podobno na etapie szkiców scenariuszowych – miały. Trzecia postać mogłaby być kobietą, kimś starszym/młodszym, kimś zobowiązanym do lojalności wobec kogoś innego. Nagła zmiana kierunku, nieplanowana i nie oferująca ułatwień. 

To, co dzieje się między Kubą i Michałem ma swój kontekst społeczny, to drugi plan. Wiadomo, że gejowskie pocałunki działają jak płachta na byka na różnych osiedlowych twardzieli. Sprzeciw. Jasne, że rodziny chłopaków będą miały do przełknięcia trudną prawdę. Świetne drugoplanowe role Katarzyny Herman (partnerska i toksyczna zarazem mama Kuby), Izy Kuny i Mirosława Zbrojewicza (rodzice Michała, scena kolacji i zagadywanie wyznania pobocznymi tematami jest świetna). Sprzeciw. Ale – to walor – kwestie mentalnego szoku nie przysłaniają tego, co rozgrywa się wewnątrz głównych bohaterów.

Erotyka. Za Chiny Ludowe nie powiem, że „odważna”, bo irytuje mnie ten przymiotnik zestawiony z seksem. A zewsząd do mnie docierał. Płynące wieżowce mówią o odwadze wielowymiarowo i nie klasyfikowałabym odwagi jako sposobu podejścia do ukazywania miłosnych zbliżeń.  Bardzo wprost, bezpruderyjnie, gwałtownie, bez poetyckich skrótów. Tak, że fizyczne doznania stają się częścią opowieści o tym, co łączy – tych dwoje, tych dwóch. Zagęszczają emocje, zostawiają im intymność i zachłanność.

Film jest spójny, zdjęcia, muzyka, ta będąca wciąż na podorędziu woda… Dlatego w pierwszym odruchu mówię: Wasilewski robi dobre kino. Reflektuję się jednak i dodaję: miał rewelacyjnych aktorów! Nazwiska jeszcze przed chwilą mi nieznane. Skąd się wzięli tacy gotowi? Marta Nieradkiewicz niedająca się zepchnąć w cień, choć cicha i czująca co się święci, jak nieodwracalnie raz na zawsze znika jej poczucie stabilności. Świetne.

Festiwal – o czym już wspomniałam – tematy relacji lesbijskich i gejowskich przemycał w wielu tytułach. Ok. I tak nie widziałam tych najgłośniejszych – między innymi otwierającego Nowe Horyzonty zwycięzcy z Cannes (Życie Adeli). Płynące wieżowce mają ten ważny atut, że nie czynią z tego tematu sztandaru, nie są żadnym manifestem czy głosem w sprawie. A w mej subiektywnej (nielubiącej indoktrynacji) opinii naprawdę poruszają.

Dziś już wiadomo, że film otrzymał Nagrodę Publiczności w nowohoryzontowym konkursie. I ja to rozumiem, nie rozumiejąc, niestety, dlaczego Nieznajomy nad jeziorem został uhonorowany nagrodą FIRPRESCI. Niebezpiecznie jest rozumieć zbyt wiele, więc mnie to nie martwi. W kinie …wieżowce popłyną w listopadzie.