Archiwa tagu: rodzina

nic się nie oprze

Delphine de Vigan, Nic nie oprze się nocy, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012

Opór? Gdyby był, znikłby w okamgnieniu. Czytałam tę książkę, coraz silniej poddając się jej wpływom. Zaskoczona, że ból i melancholia mają w sobie tyle jasności, że są delikatne, płowowłose, idą lekko, choć niespiesznie, uśmiechają się i błyskotliwie żartują. Ból i melancholia skondensowane w pięknej, inteligentnej  dziewczynie, Lucile.

Nie mogłam się oderwać. A jednak niezbyt dużo byłam w stanie wyczytać na raz. Może to sprawa czerni (zapowiedzianej w motcie, powracającej), której jedna kropla – umieszczona przy palecie barw –  starczyła, by poczuć gorycz. A może to sprawa pióra Delphine de Vigan, którego atrament (w kolorze blue blue – taki mógłby być, gdyby był), zapisywał dość skondensowane emocje, które wolałam przyswajać porcjami.

Czytałam, zainspirowana tekstem Czary, który zapowiadał tę książkę w zimowym numerze „Archipelagu” (7), a niedawno został wznowiony na Jej blogu. Odsyłam, to dobre wprowadzenie, spróbuję nie dublować.

portret Lucile 

Lucile Poirie. Śliczna dziewczynka, której twarz zna cała Francja. Agencja fotograficzna nieźle płaci rodzicom, reperując domowy budżet. Rodzina Poirie jest hałaśliwie radosna, witalna, dźwigająca się z tragicznych doświadczeń niczym feniks z popiołu. Lucile dorasta w gwarze i samotności. Jest jednym z dziewięciorga dzieci Laine i Georgesa…

Lucile. Fascynująca kobieta – nieśmiała, zabawna, podziwiana i pożądana, zraniona… Nie wiadomo, kiedy „to” się zaczęło. Czy wtedy, gdy była niebezpiecznie blisko „tragicznych doświadczeń”? Czy dopiero po przetworzeniu ich w smutną, nieodwracalną refleksję, na przykład tę, którą przynosi pojawienie się adoptowanego brata „w miejsce” tego, którego zabrakło: „W ten sposób, pomimo wyjaśnień i zaprzeczeń, niejasno odkryłam, że jesteśmy wymienni. Nigdy potem, ani w miłości, ani w przyjaźni, nic nie zdołało mnie przekonać, że jest inaczej”. A może wydarzenia zewnętrzne nie mają tu nic do rzeczy, bo Lucile już taka była? Tajemnicza, nieuchwytna, samotna.

Lucile –  szalona i toksyczna, nieobliczalna. Jej ból ma moc autodestrukcji, lecz nie zamyka się w niej samej, promieniuje na córki, w których duma z pięknej i mądrej mamy miesza się ze wstydem i buntem… Choroba psychiczna, upadki i imponujące zwycięstwa. Aż po ostateczną decyzję, samobójstwo, o którym dowiadujemy się na pierwszych stronach opowieści Delphine de Vigan. 

pisanie jątrzy i leczy

Delphine jest córką Lucile i pisze biograficzną książkę o swojej matce. 

„Już sama nie wiem, skąd się wziął pomysł, żeby napisać o matce (…), wiem, jak bardzo [go] odsuwałam (…), sporządzając niekończącą się listę autorów, którzy pisali o swoich matkach, od najstarszych po tych najbardziej współczesnych, tylko po to, aby samej sobie udowodnić, jak mocno to zaminowany teren i ograny temat (…), sporządziłam spis przeszkód, na które z pewnością natrafię, porywając się na takie przedsięwzięcie”. 

Gdy bliski mężczyzna zada jej pytanie, czy na pewno musi  o  t y m  pisać – odpowie, że czuje potrzebę, by pisać i nie może pisać o czymkolwiek innym.
Nic nie oprze się nocy jest więc tyleż portretem Lucile, ile zmaganiem się i autokomentarzem dotyczącym tworzenia tego portretu. Awers i rewers, dyptyk, tekst właściwy i glossa. 

Uważam, że ten pomysł się broni. Gdy po tygodniu od lektury, sięgnęłam do niej ponownie, by przeczytać fragmenty odsłaniające warsztat pisarski i emocje piszącej, dostrzegam w nich siłę i słabość książki. Słabość, bo oderwane od zdarzeń z życia Lucile bledną, sporo w nich repetycji; zmagania z warsztatem przeplatają się z uwagami o bezsenności, impasach twórczych, bólach ciała, różnego typu ekspiacjach. Nie jest to odsłona metodyczna, raczej zapis tego, co przydarza się w kolejnych fazach pracy. Siła tkwi natomiast w tym, że odbieram te zapiski jako wiarygodne. Wierzę, że są ważnym dopełnieniem portretu Lucile, bo przecież dotyczą tego, co pozostawiła z siebie w swych dzieciach. Wierzę też, że zmagania Autorki mogą być potencjalnie odczytane jak próba radzenia sobie z własnym bólem i lękiem. Bólem utraty i lękiem, że wina lub gorycz nie opuszczą nas nigdy. Oba te „ukłucia” są mi osobiście dość bliskie. 

W komentarzach Delphine de Vigan – moim zdaniem – postawione są trzy pytania. Jak prawdziwie opisać Lucile (własną matkę)? Jak ją zrozumieć, wyjaśnić ją sobie samej? Jak ocalić siebie od traumy?

Jak ją opisać?

W fabule (zmyśleniem wypełniając luki), w przytoczonych rozmowach z tymi, którzy byli blisko (rodzeństwo!), w cytatach z tekstów Lucile, w rekonstruowaniu wspomnień swoich i siostry. Kolosalna praca, chodzenie po śladach, które parzą. A i tak niemożliwy jest sukces. To nie zarzut, przecież każdy literacki portret pozostanie szkicem. Pisanie niewiele może – „co najwyżej umożliwia stawianie pytań i przeszukiwanie pamięci”.

W gruncie rzeczy najbardziej brakuje mi jej własnego punktu widzenia, słów, które sama by dobrała, (…) znaczenia, które nadałaby wydarzeniom, szczegółów, które należałyby do niej”.

Jak zrozumieć?

Jest wśród licznych wspomnień Delphine taki obraz, gdy idą we trójkę w stronę paryskiego metra. Lucile trzyma za rękę Manon, młodszą córkę, odwraca się i uśmiecha do starszej. Jest w fazie chwilowego zneutralizowania depresyjnych cieni. Taka utrwali się w kadrze pamięci Delphine: „Lucile stała się maleńką, kruchą, posklejaną, połamaną rzeczą, której tak naprawdę nie dało się naprawić. Ze wszystkich zachowanych obrazów matki ten sprawia mi bez wątpienia największy ból”.

Co chciała zrozumieć? Początki, źródła osobowości matki. Sekrety, jeśli były i miały znaczenie. Co ciekawe – nie przepytuje mężczyzn, z którymi była związana matka, nie chcąc rozgrzebywać tego, co intymne, niekonieczne i wymagające ochrony. Wobec innych jest nieustępliwa w zadawaniu pytań, gromadzeniu okruchów. 

Najtrudniejszą fazę życia Lucile – gdy faszerowana lekami lub z powodu ich braku nie była sobą – Delphine zna z własnych obserwacji. Miała wtedy 10-20 lat. Tylko ile można wtedy zrozumieć? Na wierzch wypływa głównie poczucie odrzucenia, braku czułości, niepewność, niestabilność, lęk przed samobójstwem (towarzyszył Delphine od zawsze). Niewiele więcej może, gdy ma lat czterdzieści, bo tajemnica wymyka się lub otworzona podlega deformacji. Liczą się – na wagę złota, na wagę bezcennego piękna uśmiechu Lucile – wszystkie próby wykreowania portretu.

Jak ocalić siebie?

Ten temat zepchnięty jest na trzeci plan, Delphine koncentruje się na Lucile, nie pyta o siebie wprost. Ale pytanie to jest niczym główna podziemna arteria, główna żyła krwiobiegu. Posłuchajmy:

…musiałam to zrobić, nie po to, by cokolwiek zrehabilitować, uhonorować, udowodnić, odbudować, wyjawić czy naprawić, tylko żeby się do tego zbliżyć. Zarazem dla siebie samej i dla moich dzieci – na których ciąży mimo wszystko echo lęków i wyrzutów – chciałam wrócić do początku.

Piszę tę książkę, ponieważ mam dzisiaj siłę, aby się zatrzymać nad tym, co mnie przenika, a niekiedy zalewa, ponieważ chcę się dowiedzieć, co przekazuję, ponieważ chcę przestać się bać, że spotka nas coś złego, jakbyśmy żyli pod piętnem klątwy, chcę móc korzystać ze szczęścia, z energii, z radości, nie myśląc o tym, że niszczy nas coś przerażającego i że w cieniu zawsze będzie na nas czekał ból”.

Gdy mówi o „śladach, które opierają się upływowi czasu i przeczeniom”, mówi w gruncie rzeczy o bólu utraty (niedającej się niczym wypełnić) i lęku, że poczucie winy (niedopełnienia, zaniedbania, nieuważności, niedokochania) może naznaczyć nas tak, że aż okaleczy. Tego nie mogę zreferować, ale moje doświadczenie lektury potwierdza, że choć zgodnie z tytułem „nic nie oprze się nocy”, to jednak pozostaje nadzieja, że światło oddziałuje z tą samą siłą, więc również  „nic nie oprze się dniu”.

Poprę to epizodem, który mnie poruszył. Delphine sporadycznie wspomina o własnych dzieciach (Lucile była świetną babcią, one ją pamiętają, na pewno nie są wolne od aury, którą żyje rodzina). A ich reakcje genialnie łączą w sobie obie treści – tę o bólu i tę o leku (nie lęku).

„Kilka miesięcy temu, kiedy zaczynałam pisać tę książkę, mój syn (…) rozsiadł się w salonie, żeby odrobić lekcje. Miał odpowiedzieć na pytania z czytania ze zrozumieniem (…). Na dziewięćdziesiątej dziewiątej stronie podręcznika do francuskiego Lettres vives, classe de 5e, widniało następujące pytanie: Jakie szczegóły dowodzą, że matka Jana domyślała się, iż jej syn nie wyleczył się z miłości? Czy mimo to jest ona w stanie zapobiec samobójstwu? Dlaczego?

Mój syn zastanawia się przez chwilę, po czym starannie zapisuje w zeszycie pierwszą część odpowiedzi. Następnie głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu i obojętnym, jakby w ogóle nas to nie dotyczyło, mój syn odpowiada powoli, jednocześnie notując:
– Nie. Nikt nie jest w stanie zapobiec samobójstwu”.

Zapobiec odejściom, rozstaniom, przeróżnym decyzjom, które uruchamiają odruch niezrozumienia i buntu.

popełniono błędy

Jonathan Franzen, Wolność, Wydawnictwo Sonia Draga 2011.

Popełniono błędy, a jeden z nich mogę przypisać sobie. Minęło kilka tygodni, odkąd przeczytałam tę powieść – chcę o niej napisać, ale zgubiłam już świeżość odbioru. A odbiór był intensywny, zmienny, ostatnie sto stron (z ponad sześciuset) budziło silne emocje i –  wcale nie tak u mnie częste – zaciskanie kciuków za pomyślność. Czymkolwiek może być pomyślność, gdy wszystko, w co się wierzy i co się ceni, roztrzaskuje się na naszych oczach w drobny mak.

Tołstoj ujął rzecz sentencjonalnie: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.

Berglundowie mogliby taki napis umieścić nad frontowymi drzwiami swego domu na obrzeżach Saint Paul (Minnesota). Choć, niezupełnie. Bo po pierwsze: dopóki żyli tam razem, mieli na podorędziu pakiet złudzeń, dobrej wiary i energii. Nie zakładali złego scenariusza. A później, gdy każdy żył z osobna, odczuwali dotkliwość rodzinnych rozczarowań nierównomiernie i nawet nie w tym samym czasie. Każdy po swojemu. Walter, Patty, ich dzieci – Joey i Jessica.

Po drugie: nie przesadzajmy z tym nieszczęściem. Opowieść na swych głównych bohaterów wybiera silne, barwne osobowości. Walter – „człowiek bardziej zielony niż Greenpeace”, kochający Patty od czasów studenckich, niesamowicie monogamiczny i ogólnie prawy, szlachetnie pryncypialny facet. Patty – niegdyś sportsmenka (koszykarka), więc ukształtowana w duchu rywalizacji i dyscyplinie dążenia do celu, później „dobra mama”, życzliwa, pomysłowa, nigdy niemówiąca źle o innych.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych z synem Joeyem (wówczas studentem) Patty pyta go, czy kłóci się ze swą dziewczyną.
„- Dlaczego mielibyśmy się kłócić? Ludzie się kłócą, gdy nie potrafią się dogadać.
– Nie, ludzie się kłócą, gdy się kochają, ale jednocześnie mają ukształtowane osobowości i żyją w realnym świecie”.

Realny świat wkracza w relacje, czy ktoś sobie tego życzy czy nie. Na przykład w ten sposób, że zaczyna brakować sił, na czyjeś słabości lub czyjąś doskonałość. Budzi się rozczarowanie, gdy dzieci, z którymi niedawno było się w przyjaźni, zaczynają widzieć w każdym geście ingerencję w ich terytorium – i oznajmiają, że niczego podobnego sobie nie życzą.

„– Twoja matka jest dziwną osobą, nie sądzisz?
– Jest mi jej żal, kiedy o niej myślę – oświadczyła Jessica – jeśli akurat nie jestem na nią wściekła. Jest tak inteligentna, a nigdy do niczego nie doszła, jedynie była dobrą mamą”.

Pojawiają się pęknięcia, tam gdzie do niedawna były dające się kontrolować rysy. Odzywa się pozornie spacyfikowany brak wiary w siebie. I ni stąd ni zowąd w życie wkracza Richard Katz.

Trzecia kluczowa postać. Nihilistycznie usposobiony rockman,  cynicznie komentujący świat i czerpiący z niego bez ograniczeń hedonistyczne uniesienia (głównie seksualne). Z Walterem i Patty przyjaźni się od czasów studenckich. On i Walter są jak awers i rewers, wszystko ich różni, ale lubią z sobą rozmawiać, zaprzyjaźnili się, gdy byli bardzo młodzi, a wzajemna lojalność i sympatia jest dla Patty czymś niepojętym. Dla Patty, dodajmy, która przed laty gotowa była dla Richarda porzucić uporządkowany świat. I to jej, niestety, nie przeszło wraz z upływem czasu.
A upłynęło lat dwadzieścia.

Jeśli więc mówić o nieszczęśliwej rodzinie, to nie dlatego, by ktoś kogoś krzywdził, zatruwał, lekceważył. To skutek popełnionych błędów, których – być może – nie dało się uniknąć. Czyżby właśnie dlatego, że jesteśmy wystarczająco wolni, by je popełnić?
„Możesz być biedny, ale nikt nie może odebrać ci wolności do spieprzenia sobie życia, jak tylko żywnie ci się podoba”. 

***
Chyba nie tak chciałam napisać, więc drę kartkę, wrzucam do kosza i zaczynam raz jeszcze.

Można powiedzieć: kwintesencja Ameryki, w wymiarze ogólnym i kameralnym. Najbardziej amerykański tekst, jaki dane mi było czytać. Początkowo budziło to we mnie dystans, a gdy dystans się skurczył – ciekawość, a potem podziw dla autora za umiejętne przeplatanie tego, co społeczne z tym, co prywatne, rodzinne. 

Może na tym polega „amerykańskość”? Na zagospodarowywaniu przestrzeni społecznej – tworzeniu więzi z sąsiadami, interesowaniu się lokalnymi problemami i regionalną polityką, potrzebie działania w pozarządowych organizacjach? Nie, to nie dominuje, ale – jest w pejzażu opowieści.

Akcja właściwa rozgrywa się w latach 2004 – 2010. Patty, Walter i Richard są po czterdziestce, dzieci zaczynają studiować (Joey swój pierwszy akademicki semestr przeżywa w Nowym Jorku w pamiętnym roku 2001). Poszczególne rozdziały wprowadzają uruchamiane w różnych momentach retrospekcje. Są lata 80., wraca w opisie dzieciństwa Patty dekada wcześniejsza. Gdy poznajemy korzenie rodzinne Waltera, sięgamy jeszcze głębiej wstecz. Ameryka w przekroju. Ważne, że widziana oczyma różnych generacji, bo zmieniają się także perspektywy narracji. Ciekawie uchwycił Franzen zmieniającą się mentalność społeczną dwudziestolatków.

Szerokie spektrum problemów.
Przede wszystkim mamy odsłonę ekologicznej wizji świata wg Waltera Berglunda. Dobrodusznego idealisty głoszącego idee ocierające się o skrajność (walka z przeludnieniem!, ochrona ptaków przed kotami, kompromis z przemysłem węglowym z perspektywą nasilonej rewitalizacji zniszczonych terenów etc.). Piękny ptak na okładce to lasówka niebieska. Naprawdę niejedno się robi, by i ona miała swoją wolność.

Ironicznie i demaskatorsko przedstawione są interesy czynione w Iraku, żenujące transakcje wojskowe (tu: m.in. wysyłanie do Iraku części zamiennych do starych ciężarówek, skupowanych w Łodzi). Jest środowisko bogatych żydowskich biznesmenów. Wchodzimy w kręgi artystowskie (za sprawą Richarda-muzyka i sióstr Patty, malarki i aktorki).

Kawał dobrej amerykańskiej prozy. A w tym komplemencie jest kilka kropli zastrzeżenia, czynionego przez czytelniczkę, która na co dzień nie przepada za wyzwolonym językiem, wyzwoloną wyobraźnią, wyzwolonym stylem amerykańskiej obyczajówki.

***

Gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to jednak skupiłabym się na tym, co mi najbliższe. Patty i jej pisana w ramach terapii autobiografia. Pierwszą część zalecił jej lekarz, skutecznie, choć – jak mawiali starożytni – habent sua fata libelli (I książki mają swoje losy), więc i rękopis z wynurzeniami Patty narobił sporo zamieszania. Drugą część pisze z potrzeby i przekonania, że jedyne, co może zrobić, by dotrzeć do człowieka, którego kocha, to podzielić się opowieścią.
Podsunął jej tę myśl przyjaciel:
„- Potrafisz opowiadać historie – powiedział. – Może opowiedz mu jakąś historię”.

Autobiografia Patty nosi tytuł: Popełniono błędy. A sposób, w jaki Patty o sobie pisze, czyni z niej jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. 

Patty na ostatnich stronach powieści ma lat 52, w kluczowym momencie swego życia – 45, ale znam również Patty-nastolatkę, Patty-studentkę, Patty-młodą i mniej młodą mamę i żonę. 

„Wiem, wiem, wiem. Wiem, kto to wszystko spieprzył. Wiem, że to ja zrobiłam! (…) Może jestem pierdołą życiową, ale w ostatnich latach przynajmniej miałam trochę czasu, żeby się zastanowić, i doszłam do pewnych wniosków”.

Ciepło, jakie zostało we mnie po lekturze powieści Franzena, bierze się właśnie z tej dawki autoironii, która współbrzmi z inteligencją, empatią, gotowością spojrzenia na siebie bez kostiumu. Autobiografia Patty świadczy o tym, jak wiele może zdziałać słowo, o tym, że ma ono moc terapeutyczną, jest narzędziem introspekcji i prowadzi ku zmianie.

A Wolność pozostawia nadzieję. I wiarę, że można zaczynać od nowa. Że możliwa jest zmiana, że warto nad sobą pracować.
Skoro jest wiara i nadzieja, to jest również miłość. O tym właśnie (że miłość jest) opowiada  ta książka.

***

A moje ostatnie zdanie współbrzmi z tym, co pisała o Franzenie M. (tutaj) i tym samym nasze wnioski potęgują się i utwierdzają.

nicowanie

Rzeź, reż. Roman Polański, 2011.

Idea tego wpisu jest taka, że chciałam zamieścić świetny kolaż fotek na moim blogu.
Powszechnie znane są ogólne informacje o filmie Polańskiego. Komentowanie dialogów i uprzedzanie puent, byłoby wyrywaniem się przed szereg. Czytanie przed obejrzeniem seansu zakrawałoby na lekkomyślność.
I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć swoje trzy po trzy, ale ulegając manierze uzupełniania obrazu słowem, kilka zdań dopiszę.

***

Zachary Cowan wybił Ethanowi Longstreetowi dwa zęby, uderzając go kijem na placu zabaw. Obaj maja po jedenaście lat. I jak wskazują zdjęcia końcowe, nie bardzo się tym przejmują. Ale też nie o nich tak naprawdę chodzi, lecz o rodziców, którzy spotykają się, by omówić sytuację. Cowanowie – Nancy (Kate Winslet) i Alan (Christoph Waltz) odwiedzają Longstreetów – Penelopę (Jodie Foster) i Michaela (John C. Reilly). Kulturalna rozmowa raz po raz napotyka wyboje i przeradza się w rwący strumień z kaskadami. A porządek wartości i przekonań wywracany jest na nice (nicowany na całego).

Kto nie dowierza, że jedno pomieszczenie i czworo rozmawiających aktorów można oglądać bez znużenia przez 1 godzinę i 19 minut, ten niech osobiście sprawdzi. Kto wierzy, niech potwierdzi swe przypuszczenia. Od sprawy do sprawy, od urazy do kolejnej, od grzecznej glazury po kipiącą pierwotność. Rzeczywiście (przyklaskuję tym, którzy mówią o koncercie aktorskim), casting był fenomenalny. Rolę misiowatego, ale niejednoznacznego Michaela mógł zagrać tylko John C. Reilly. Gdyby wymienić kogokolwiek z pozostałych, mielibyśmy zupełnie inny obraz. Kolaż twarzy można oglądać poziomo lub pionowo (grzeczni, wkurzeni, wściekli). 

A wszystko zaczęło się od sztuki teatralnej Yasminy Rezy, wystawionej najpierw w Zurychu, później w Paryżu, potem krążącej po międzynarodowych scenach. Francuska pisarka przyjęła na siebie rolę współscenarzystki filmu Polańskiego. Zaadaptowała dialogi do nowojorskiej aury. Zaintrygowała mnie wypowiedź Jodie Foster, która na pytanie o uniwersalność ukazanej w Rzezi historii potwierdziła ją, dodając, że jednak rozmowy francuskie są inne niż brytyjskie, a jeszcze inaczej rozmawia się o życiu w Stanach. Ciekawe! Mogłabym obejrzeć takie trzy seanse pod rząd i porównać. :)

Kameralność, jednolitość i ograniczoność scenografii jest trudnym sprawdzianem dla operatora (Paweł Edelman) i reżysera.  Zbudowanie dynamizmu (wręcz chaosu) i napięcia to naprawdę miara mistrza.

Przywodzi mi to na myśl widziany na NH (2010) film Richarda Linklatera Taśma (2002), który opowiadał o spotkaniu w motelowym pokoju trojga przyjaciół z liceum. Po 10 latach odgrzebują sprawy, które niegdyś zostały zbyt gładko zneutralizowane. Troje świetnych aktorów odgrywa historię na maksymalnie szerokiej amplitudzie emocji – od błazenady po dramat. Ethan Hawke, Robert Sean Leonard i Uma Thurman. Jest chyba jeszcze intensywniej i energetyczniej niż u Polańskiego. Choć, być może, porównania są tu czymś niepotrzebnym.

***

O rozmowach cicho sza, ale o bohaterach drugiego planu mogę pomruczeć.

W roli rekwizytów w filmie Polańskiego wystąpiły:

żółte tulipany – eleganckie, wytworne, tonujące emocje; w sam raz, by zasugerować gościom kulturalny gust gospodarzy;

komórka/telefon – fetysz, najbardziej irytujący przedmiot seansu, ale – gdyby przedmioty czuły, trzeba by dodać, że  – przedmiot ten doświadcza najdramatyczniejszego wstrząsu; telefony wprowadzają do zamknietej scenerii głosy z zewnątrz;

torebka – damska, o niespodziewanej zdolności podskakiwania do sufitu; też fetysz;

książki o sztuce (w tym album Kokochki) – znów fetysz? no tak, każdy ma co innego, Penelopa kocha albumy; biedny Kokoschka, czy skropienie go wodą kolońską zażegna nieszczęście?

whisky (18-letnia) – Michael sięga po nią w samą porę i chyba nie trzeba dodawać, że nic nie stymuluje rozmowy tak zamaszyście jak kilka kropel herbacianego (w barwie) płynu;

szarlotka – według specjalnej receptury pani domu (jabłka + gruszki + piernikowa posypka); no… jest niebezpieczna!

wiaderko – to taki bardzo przydatny przedmiot, który wkracza na scenę odrobinę spóźniony;

suszarka – coś à la balsam łagodzący skutki dwóch rewolucji: żoładkowej i małżeńskiej;

Kontekst rozmowy współtworzą:

bójka jedenastolatków

niestrawność

Darfur i wszystkie jego nieszczęścia

feralny lek lansowany przez farmaceutyczny koncern, mimo skutków ubocznych jego działania

trudne chwile chomika.

Dla miłośników zwierząt informacja bezcenna: chomik żyje! Pozostali są ranni.

wariacje

Rachel Cusk, Wariacje na temat rodziny Bradshaw, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Najpierw cesarzowi co cesarskie – kilka słów osadzających Rachel Cusk w kontekście.

Czterdziestoletnia pisarka brytyjska, ma w swym dorobku dziewięć książek, trzy przetłumaczono na polski (Arlington Park, Ostatnia wieczerza), przeczytałam tę najnowszą – Wariacje na temat rodziny Bradshaw (2009). Nagradzana (Orange Prize 2007), ceniona i atakowana. Kontrowersyjność wynika ze sposobu ujmowania tematu macierzyństwa. Gdy czytam wywiad z Rachel Cusk, otwieram stronę wydawnictwa, które rekomenduje jej książki…, cokolwiek czytam, tam sygnał, że oto proza kobiety o kobiecym pragnieniu samorealizacji, w którym przeszkadzają jej nakładane na nią role społeczne.

Etykieta ciekawa i – podejrzewam – niosąca z sobą jedno z możliwych rozpoznań prozy Cusk. Ale etykieta. Wariacje… zdają się ją rozsadzać. Nie o tym, nie tylko o tym one są.
Inną przypisaną Rachel Cusk wizytówką jest analogia z prozą Virginii Woolf. Nie protestuję. Taka lokalizacja na literackiej mapie dodaje splendoru, a nie ma powodu, by odmawiać go komuś, kto zrobił na mnie ogromne wrażenie. Virginia-nie-Virginia, obrazoburcza-czy-nie, Rachel Cusk napisała rzecz świetną, do wielokrotnego czytania, do składania w nowe konstelacje swych spostrzeżeń i ukłuć.

Nie żartuję: czytałam raz za razem, najpierw zgodnie z rytmem rozdziałów (sytuacje, nastroje, obserwacje, rozmowy, czasem sen – wielu narratorów i tyleż perspektyw), potem jeszcze raz, by ogarnąć ich wszystkich – zobaczyć punkty styczne, promieniowanie aury. Za drugim razem poważniej potraktowałam odniesienia muzyczne i oniemiałam: ależ świetnie skomponowana powieść. Tyle w niej treści między słowami, również między tekstami (utwory muzyczne, motta, poezja,  Sonata Kreutzerowska Tołstoja – budująca finał). Można czytać wielokrotnie. Wiem, co mówię.

Co to w ogóle jest? To są wariacje. Przetworzenia motywu, swobodne interpretacje, zależne od wykonawcy, tu: narratora.
Wariacje na temat rodziny – tej, z której wyrastamy, nigdy do końca nie odcinając pępowiny, i tej, w którą wchodzimy – świadomie, ale przecież ta świadomość jest zmienna i z czasem dziwnie się ulatnia.

Rodzina Bradshaw – czyli trzech braci: Thomas (ożeniony z Tonie, mają córkę Aleksę), Howard (mąż Claudii, troje dzieci) i Leo (w związku z Susie, rodzice chłopca i dziewczynki). Perspektywa czterdziestolatków zaznacza się najsilniej, słabiej – ale wystarczająco, by poczuć jej ciężar – perspektywa ich rodziców, raz jeden słucham, co myśli ośmioletnia Aleksa. Do splotu spojrzeń rodzinnych Cusk dodaje nitkę zewnętrzną – to widzenie Olgi, mieszkającej u Thomasa &Tonie, polskiej eksnauczycielki, w Anglii – sprzątaczki.

Polifonia głosów ma swoje uprzywilejowane tony. Pierwszy plan to opowieść o mniej więcej rok trwającej zamianie miejsc w małżeństwie Thomasa. On porzuca pracę w korporacji, by odnaleźć siebie. Przejmuje opiekę nad Aleksą, zapamiętale uczy się grać na fortepianie, bo w tym widzi ratunek, linę, która wyciągnie go z tego, w czym ugrzązł. Ona wraca do pracy, obejmuje ważną uniwersytecką posadę, wchodzi w nowy świat, do męża i dziecka wraca wieczorem. Oboje tej decyzji chcieli. To nie jest tak, że testujemy urojony feministyczny postulat. Tak, Tonie czuła się zgaszona po narodzinach Aleksy. Tak, Thomas też potrzebuje innej autentyczności niż ta, którą oferuje mu schemat nie wiadomo czemu służącej pracy.

Ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy; i albo jest solidne, stanowi zwartą całość, albo nie utrzymuje nadanego mu kształtu i się rozpada. Rozpad nietrudno sobie wyobrazić. Zagadkowa jest raczej solidność, konkretność kształtu. Rozpadu nie dotyczy kwestia autentyczności, ale w stosunku do solidnej formy pytanie o autentyczność musi paść.

Tak to się zaczyna. Czym jest forma, w której tkwię? Przychodzi taki czas, że trzeba ją opukać, przyjrzeć się pęknięciom, obadać, czy nie krępuje oddechu. Forma, która nadaje życie, jednocześnie coś w nas uśmierca. Formą, która modeluje najsilniej, jest rodzina. 

Gdy przyglądasz się zbytecznym przedmiotom upchniętym do szuflad, na które dotąd nie zwracałeś uwagi, gdy zauważasz obcą energię w żonie, która jeszcze niedawno „stanowiła część wzoru, tak jak postać na arrasie, utkana tą samą nicią, co jej otoczenie” (Thomas). Albo odwrotnie: czujesz rozczarowanie zamiast powiewu nowych możliwości, gdy spędzasz samotną noc w hotelu na delegacji (Tonie). Wtedy – w tysiącu ulotnych chwil, w które zakrada się bezradność lub rozczarowanie – możesz poczuć się jak ślimak bez skorupy. Jak człowiek w środku nocy, przebudzony ze snu, „a łóżko, w którym leży, jest niczym urwisko na krańcu kosmosu”.

m u z y k a

Jeśli moje słowa sugerują, że forma nas zniekształca, to spieszę sprostować, że to nie tak. Dzięki niej istniejemy. Zupełnie tak samo jak muzyka. Gdyby tylko mieć talent i słuch, i znać nuty.

Przywołany w motcie Jan Sebastian Bach mówi z polotem i optymistycznie:

„Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Trzeba tylko naciskać właściwe klawisze we właściwych momentach, a instrument gra sam”.

Ach, gdyby umieć. Thomas rzemieślniczo opanowuje adagio Beethovena – starczy na jedno  brawurowe wykonanie, jego wiedza nie przenika do krwiobiegu. Owszem, słyszy muzykę wszędzie  (świetna scena symfonii podczas sprzątania mieszkania: tworzą ją odgłosy odkurzacza, wody, trzaśnięć czy szurnięć), dostrzega, że w jej rytmie jest harmonia, którą chciałby wprowadzić w życie. „Naciskać właściwe klawisze…” – łatwo powiedzieć. 

„Słysząc jej śmiech, on też się śmieje. Śmieszy ich poczucie formy, poczucie, że w życiu rodzinnym są zarazem ograniczeni i wieczni; jak muzyka, myśli Thomas, która może być wszystkim, a jednocześnie nie może być niczym innym niż tym, czym jest”.

Ludziom chyba często tak właśnie się wydaje… Że sztuka ich uszlachetni, wygładzi kanty i nauczy życia. Thomas marzy o muzyce, Claudia o malarstwie. W obu przypadkach czegoś zabraknie. Rozczarowanie depcze im po piętach. Zresztą… może to poczucie fiaska jest czymś pożytecznym, jakimś przebudzeniem. Nie wiem, ale w powieści Cusk, choć słyszę ulatujące z formy powietrze, nie triumfuje wcale rozpacz. Raczej świadomość ograniczeń. A co kto z nią zrobi – to już inna melodia.

a  j e d n a k   p ę k ł o,  m i m o  s t a r a ń …

Ktoś może powie, że melancholię można przewietrzyć. Nie zawsze. Claudia, która stworzyła dom mogący budzić zazdrość (w obserwatorze, wtajemniczonym mniej niż czytelnik) nie jest wcale typem nadmiernie refleksyjnym. Ma kilka prostych prawd i za nimi podąża, wystrzegając się manowców. I co z tego? Asekuracja przed pustą formą nic nie daje. Mantra zatruwa umysł, osłabia podwójnie, gdy straci swą moc.

„Tak, przyszło do nich to coś – rozżalenie, niezadowolenie – nie wie tak naprawdę, jak to nazwać. Wie tylko, że zawsze bardzo pilnowała, by to odpędzać – przy narodzinach każdego dziecka, przy przeżywaniu każdego roku, wręcz przy spędzaniu każdej nocy z Howardem – zawsze zachowywała czujność; przy przechodzeniu jednego dnia w kolejny trzymała się swojego przekonania, które sprowadza się do tego, iż to ważne, by chcieć tego, co się ma. To przekonanie sprawia, że życie jest dla niej rzeczywiste, więcej nawet – w pewien tajemniczy sposób nadaje mu wartość”.

Nie ma lekarstwa? Jest. Na pewno. Podobnie jak istnieje szansa, że nauczymy się grać bez fałszu, „naciskając właściwe klawisze”. Ale nie ma racji Bach, że to łatwe.

Thomas póki co, odkrył jedno – muzyka* ma swoją cenę. I czasem podwójną twarz. Ale czy to znaczy, że warto zamienić jej nieuchwytne piękno na proste, optymistyczne zaklęcia?

„– Czytałem rano książkę – mówi Thomas – o mężczyźnie, który zabija żonę za to, że grała na fortepianie. (…) Ten mężczyzna o wszystko obwinia muzykę – ciągnie. – Mówi, że pod jej wpływem ludzie czują coś, co nie jest ich prawdziwym uczuciem. Myślą, że coś rozumieją, podczas gdy w istocie nie mają o tym pojęcia. To swego rodzaju złudzenie, tak jak miłość.
Olga patrzy na niego nieruchomym wzrokiem.
– To zła książka – mówi wreszcie.
– Tak – zgadza się Thomas. Gdyby jej nie czytał, może zwróciłby większą uwagę na Aleksę. Może uświadomiłby sobie to, że jest poddawany próbie. Nagle nie może znieść tego, że ma tę książkę w kieszeni. Wyjmuje ją i wrzuca do kosza. Potem znów siada.
Powinno się czytać wesołe książki – mówi Olga. – Po co utrudniać sobie życie?
Nie wiem dlaczego – mówi. – Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ty czytasz wesołe książki?
Jest północ. Za oknami całkowita czerń. Thomas widzi swoje odbicie w szybie. Jest roztrzaskane, rozbite, stanowi zbiór miliona odrębnych linii.
Czytam kolorowe czasopisma – odpowiada Olga”.

W moje ręce proza Rachel Cusk trafiła dzięki  Marpil. Inspiracją była jej blogowa recenzja.

* muzyka = miłość, rodzina, życie…

przelot bocianów

Hanna Kowalewska, Inna wersja życia, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Hanna Kowalewska, Przelot bocianów, Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Cykl pięciu powieści: 1. Tego lata w Zawrociu, 2. Góra śpiących węży, 3. Maska arlekina,
4. Inna wersja życia i 5. Przelot bocianów.

Wciąga jak serial. Gdy pozna się Zawrocie i kilkoro głównych bohaterów, kilka punktów zapalnych, niewyjaśnionych posunięć rzutujących na czyjś los… to chciałoby się uczestniczyć w rozplątywaniu warkocza dziwnych splotów i zastanawiać się, czy lepiej je rozczesać czy odciąć. Serialowa przyjemność. Ni mniej, ni więcej. W pewnych okolicznościach: w sam raz.

O części pierwszej już pisałam. Niektóre przeczucia okazały się mrzonkami (przebijała mi przez karty Maria Kuncewiczowa, zniknęła). Inne okazały się trafne (nieco karkołomny pomysł prowadzenia opowieści w pierwszej osobie, który dodaje bohaterce pewnej nadświadomości sytuacji). Cykl jest spójny, podobny w klimacie. Mnie najmniej wciągnęła Maska arlekina, a najlepiej „czytała się” Inna wersja życia. O dwóch ostatnich tomach chciałabym napisać coś więcej.

Magiczne miejsce

Zawrocie: dworek z ogrodem, sadem, łąką… w małym prowincjonalnym miasteczku. Twierdza dobrego gustu, wielkiego świata i marzeń o sztuce. Należy sobie wyobrażać to miejsce tak, by z tła dobiegał Program2. Polskiego Radia. Małomiasteczkowe klimaty mogą sączyć się gdzieś za bramą, tu nie dochodzą.

Gdy Matylda Malinowska odziedziczyła Zawrocie po swej Babci, sądziłam, że ma już to, czego niektórzy szukają bezskutecznie całe życie: swoje miejsce na ziemi. Ale wcale nie.

Zawrocie sobie stoi, kwitnie i zarasta, a Matylda wraca do niego tylko czasami, choć na ogół skutecznie.

„Wysiadłam z samochodu i odetchnęłam głęboko – pachniało jeszcze poranną wilgocią. Nic dziwnego, wyjechaliśmy z Warszawy skoro świt. Po pierwszym hauście poczułam się spokojna. Po drugim bezpieczna. A po trzecim szczęśliwa. Byłam tu, gdzie powinnam być zawsze, w domu.” (IWŻ, s.314)

Jeśli tak działało to miejsce mimo braku osoby, która by rozpaliła w nim trwalsze ognisko, to co dopiero mogło się tu dziać, gdy żyła Babka?

„- Jak tu było? – zastanawiała się [Zosia]. – Jak w innej rzeczywistości. Przekraczało się bramę Zawrocia i wkraczało do innego świata. Obowiązywały w nim zupełnie inne reguły niż na zewnątrz. Były też inne zapachy, inne kolory.” (PB, s.165-166)

I tu uspokajam tych, którym ta magia sielskości obciąża powieki, niestety, burząc tym samym spokój miłośników „tajemniczych (kojących) ogrodów”. Bo Matylda żyje sobie w warszawskiej dziupli na dziesiątym piętrze – paskudna sprawa, ale nie tak banalna, skoro przez okno wejdzie o świcie kochanek z nasturcjami. ;) Kolejnym ważnym miejscem jest przestrzeń teatru, w którym Matylda pracuje jako kierownik literacki. Teatr otwiera się na scenę i odsłania życie artystów nieudaczników oraz mistrzowskich garderobianych. Codzienność jest goryczą przyprawiona, problemy się mnożą, ludzie potrafią być ślepi, trochę wredni, na ogół w fazie wstępnej wtajemniczenia w ars vivendi.

Matylda M. na tropie

Nie jest to wcale powieść detektywistyczna… Nie jest to również: powieść psychologiczna, romans (ani literacki odpowiednik komedii romantycznej), czy wielopokoleniowa saga rodzinna. Obyczajowa wiwisekcja jakichś środowisk społecznych – też nie. I nie na miarę szyte byłoby określenie „powieść współczesna”, bo choć główne wątki rozgrywają się tu i teraz, to gadżety nie nadążają (ani komórki, ani facebooka,  ani czytnika Kindle…). Ale wszystkim tym po trochu cykl o Zawrociu bywa.

Rozmawiałam niedawno z Autorką, zapytałam o ulubiony trick rozpoczynania powieści od „nowej karty w życiu bohatera”. Każda z powieści wprowadza charakterystyczne zmieszanie składników shakerem, które zmienia naturę miksu od razu i gruntownie.

Przykłady: Matylda dowiaduje się o spadku. Nieistniejąca dotąd w jej życiu Babka wkracza w nie z całą swą przeszłością i tajemnicą, którą trzeba wytropić: dlaczego ja a nie ktoś inny z rodzinny dostał Zawrocie? (TLwZ)

Albo: Pani Miecia podrzuca bohaterce kopertę ze zdjęciami, które uruchamiają drążenie tematu: dlaczego nie ma rodzinnych zdjęć z sześcioletnią Matyldą? I kim jest Asia-Wiewióra, uśmiechająca się uroczo na fotografii, lecz powracająca złośliwą mantrą: „Jesteś głupia i brzydka. I nikt cię nie kocha”? (IWŻ)

Albo: dziwny apetyt, mdłości, nadwrażliwość na zapachy… Ciąża. Zmiana życia najgruntowniejsza z możliwych. Na szczęście tym razem nie trzeba prowadzić śledztwa „kto jest tatusiem.”  Diagnoza tygodnia poczęcia jest wystarczająca, by nie mylić Jakuba z Igorem czy Jaśkiem. Ale tropienie trwa: szukamy wraz z Matyldą pomysłu na szczęśliwe okoliczności dla „fasolki”. Niezmiennie wzbogacając też bazę danych o rodzinie, bo pojawi się, niczym deus ex machina, przyjaciółka Babki – Wiktoria Krampp – wprowadzając nowe oświetlenie. (PB)

– Tego wymaga dramaturgia dobrej opowieści. – usłyszałam odpowiedź. Dla mnie wcale nie oczywistą. Ale pomocną, bo odtąd już wiem, że natrafianie na zagadki z przeszłości (jakoś dziwnie dotąd niedostrzegane), traumy przypisane przedmiotom (fortepian „gra pierwsze skrzypce”), odkrywanie epokowych tropów w starych listach lub pamiętnikach, doświadczanie snów, z których sączy się zepchnięta w podświadomość tajemnica… – że to wszystko dla dramaturgii. Słusznie, pomysł z Godotem, który rozwala dramaturgię tym, że nie przychodzi, nie sprawdza się pod każdym piórem.

Detektywistyczne (archiwistyczne?) skłonności Matyldy nie przesłaniają dziejących się współcześnie relacji rodzinnych. 

Rodzinka

W rodzinie znajdziesz wszystko, spotkasz anioły i diablęta. Kłótnie o misia Joachima, dziecięcy tyłek zbity pasem ze sprzączką, rozmowy o pogodzie starające się nie dostrzec prawdziwych burz i trzęsień ziemi. Mnie zaciekawił wątek poczucia winy – bycia skrzywdzoną i krzywdzącą jednocześnie – rozegrany w relacji między siostrami: Matyldą i Paulą.

„Byłam winna, bo taka była moja rola w jej życiu. Ktoś przecież musiał być winny.” (IWŻ, s.23) Wyplącz się z tego człowieku, kiedy żadne racjonalne rozmowy nie działają w kanale emocji. Jest tu trochę przerysowań. Paula naszkicowana jest karykaturalną kreską. Trochę zanadto egoistyczna i zawistna, dziwnie skutecznie werbująca na swoją stronę wciągniętych w intrygę bohaterów drugoplanowych i statystów. Piękna, głupia i apetyczna „pani Naleśnik”.

Może odrobinę zbyt autystyczna jest matka obu dziewczyn, a ojciec (ojczym) wydaje się niewiarygodnie płaski, jeśli uwzględnić, że pojawił się w rodzinie po śmierci pierwszego męża Krystyny, ojca Matyldy. Gra Pauli z Matyldą i Matyldy z Paulą intryguje, bo odsłania temat życiowy i wcale nie tak oczywisty jak by się mogło zdawać: siostrzane naznaczenia, odtrącenia, próby odzyskania niezależności, ale i rywalizację czy chęć rewanżu. Zostawiam na boku wszystkie swoje zastrzeżenia psychologiczne. Ostatecznie: ludzie bywają przerysowani. Również w życiu.

Podobały mi się „wieże z ptasiego mleczka”. Przeniesione z dzieciństwa w dorosłe życie. Paula lubiła naznaczać czekoladowe klocki palcem. Na przykład budując z nich wieże. Niby każdy mógł się częstować, ale starsza siostra, która się brzydzi młodszym „gnomem”, na pewno ich nie dotknie. I tak sobie wieże rosły przy byle okazji. Jedna z sióstr czuła ból, patrząc jak druga zawłaszcza, zagarnia, wręcz kradnie smakołyki (tak samo jak uwagę rodziców). Druga uruchamiała gorzką satysfakcję budowaną na poczuciu odrzucenia, na byciu tą, której się ktoś brzydzi, którą ktoś odtrąca.

Feromony i love story

W temacie miłości dzieje się dużo. Jako że zdarzenia stanowią znaczący trzon fabuły, nie będę ich odsłaniać. Zdradzę tylko, że ciekawe jest połączenie dwóch krańcowo różnych strategii doświadczania damsko-męskich zauroczeń. 

Matylda wielką miłość ma już za sobą. Jako dwudziestolatka pokochała i poślubiła Świra, artystę, którego uwiodła śmierć. Wyszedł przez okno, zostawiając Matyldę z bólem i pustką. To wydarzenia z przedakcji. Gdy ją poznajemy, nie tęskni za miłością, nie dowierza, ulega natomiast licznym zawirowaniom, którym winne są męskie feromony. Z biegiem czasu widzi, że relacje z kimś, kto jest poraniony, prowadzą donikąd i coraz bardziej wyzwala się z własnych ran (Maska arlekina), i nieco świadomiej podchodzi do poranionych przedstawicieli płci męskiej.

„Miałam dość mężczyzn ze złamanymi sercami, którymi już nie potrafili kochać.” (IWŻ, s.53) Związki na miesiąc lub dwa, przypominające chodzenie po polu minowym w obawie, że mina musi wybuchnąć i zburzyć kruchą jedność.

Mamy więc z jednej strony głód ciała, potrzebę flirtu, podatność na grę czaru i wdzięku. Co też przecież nie jest pozbawione nadziei na przyszłość: „Dobraliśmy się jak krzywy garnek i krzywa pokrywka – powiedział. – Pasujemy idealnie.” (IWŻ, s. 199)

A z drugiej strony: romantyczną miłość po grób. Ale nie taką z romantycznych komedii, z happy endem, lecz romantyczną w znaczeniu pierwotnym: niespełnioną, uporczywą, niedającą się przegnać, podporządkowującą wspomnieniom teraźniejszość i przyszłość. W dodatku: przydarza się ona nie zwiewnym nimfom nowoczesności, lecz tym, którym glejt na miłość skłonni bylibyśmy odebrać. Wyniosłej Teresie Malinowskiej wspominającej mężczyznę, który wybrał inną, pani Mieci, starej pannie o najpiękniejszej duszy, czy – jak zaświadczają odnalezione tropy: Babce, która na pozór żyła w najlepiej dobranym tandemie, tymczasem serce rozpalał jej ktoś trzeci.

Nowocześnie i staroświecko zarazem.

Klub Siedmiu i Wiedźmy

W Przelocie bocianów podskórne wybija się na wierzch: kobiecość, wiedźmowatość, pokrewieństwo siostrzanych dusz. Może dlatego, że zasygnalizowana w pierwszym rozdziale ciąża Matyldy zmienia jej perspektywę oglądu. A może dlatego, że w gruncie rzeczy od pierwszej strony pierwszego tomu domagało się wyartykułowania przeznaczenie tej opowieści. Kobiety odnajdą w niej coś z siebie. Mężczyźni też mogą co nieco rozpoznać, ale są bohaterami zapośredniczonymi przez kobiecą percepcję. Nie jest to rewers filmu Koterskiego (Baby są jakieś inne). Ale można by dopisać analogiczną dedykację: „Facetom”.

Dziecko, ochrzczone na czas symbiozy mianem „fasolka”, przechodzi od najwcześniejszego stadium wtajemniczenie w męską zawodność. Na szczęście Matylda nie sączy w nie żadnych uprzedzeń.

„Nie denerwuj się, skarbie – rzuciłam w myślach do fasolki. – Tatuś jest w fazie larwalnej. Każdy to przechodzi. Pamiętasz tego motyla, którego widzieliśmy dwa tygodnie temu w atlasie twojego pradziadka Maurycego? On też był najpierw paskudną gąsienicą. A potem siedział w lepkim kokonie pod liściem. Trudno w to uwierzyć, prawda? A jednak. Z twoim tatusiem też tak będzie.” (PB, s.278)

Zjawiają się natomiast kobiece duchy wsparcia, bez których ani rusz. Nie są to psiapsiółki serdeczne, lecz kobiety, które sygnalizują swoją bliskość, nie wchodząc zbyt głęboko w meblowanie życia Matyldy. Są w dobrym słowie, w konkretnej wskazówce, w towarzystwie na jeden babski wieczór, przywracając swoim „byciem” równowagę kosmosu. I najwyraźniej rzecz nie jest odosobniona, bo nie Matylda jedna odczuwa taką potrzebę. O podobnej idei mówi również Wiktoria Krampp, nazywając ją Klubem Siedmiu, chyba właśnie niepojedynczość relacji ma tu duże znaczenie.

„Tak musiało być dawno temu, gdy kobiety tworzyły swój własny świat, a mężczyźni byli tylko częścią ich życia. Matki, córki, babki, kuzynki, przyjaciółki wspierały się i uzupełniały. Ten dzisiejszy świat w parach wydał mi się nieskończenie ubogi.” (PB, s.267)

Alternatywne zakończenie

Każda powieść z cyklu o Zawrociu kończy się podwójnym epilogiem. Jedna wersja wydarzeń jest taka, jak by się chciało, by było. Druga, jak jest naprawdę. I szkoda, że to się zawsze dziwnie wyklucza.

Kropka kończąca Przelot bocianów nie zamyka dziejów Matyldy. Tyle jeszcze przed nią odkryć, nadziei i rozczarowań. Nie będzie już jednak opowieści. Możliwy sequel został deklaracją Autorki zażegnany. Myślę, że w gruncie rzeczy to dobra decyzja. Seriale muszą wiedzieć, kiedy nadciąga ostatni odcinek.

Dla mnie nadchodzi czas na zasadniczą odmianę. Teraz chcę sięgnąć po coś bardziej poszarpanego. Szytego bez dyktatu tradycyjnej dramaturgii. Bez przesady, oczywiście, jakaś fabuła musi być. Na Godota czekać nie będę. Stawiam na Rachel Cusk, w ciemno.

u wiedźmy w zawrociu

Hanna Kowalewska, Tego lata, w Zawrociu, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 1998

Zacznę od kręcenia nosem, ale ten gest nie będzie ostateczny, bo lektura pozostawiła po sobie przyjemne wrażenie.

Książka Kowalewskiej, nie debiut, ale pierwsza z pięciu opowieści o Zawrociu (ta najświeższa ukaże się na dniach) została doceniona nagrodą dwu wydawnictw (Zysk i S-ka oraz Świat Książki). To tłumaczy anons na okładce i powielaną w licznych prezentacjach formułę: „najlepsza powieść roku 1997”. Bez żartów… Przypomnę, że tego roku opublikowano Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk. Ba! to był ten czas, kiedy Wydawnictwo Literackie MUZA wypuściło na świat Widnokrąg Myśliwskiego. Wobec takich faktów czyjeś subiektywne opinie nie powinny się pysznić na okładce, bo budzą podejrzliwość.

Tego lata, w Zawrociu nie było dla mnie lekturą równie intensywną jak wyżej wymienione tytuły. Co więcej, nie do końca umiem zaakceptować dwa kluczowe rozstrzygnięcia autorki. Po pierwsze pomysł narracyjny, po drugie nagromadzenie znanych klisz.

Narracja prowadzona jest przez główną bohaterkę, która pisze pamiętnik. Ściślej: pamiętnik pisał niegdyś jej dziadek, po jego śmierci (zostawiając jedną niezapisaną stronicę) pisała babka, a gdy w spadku po niej bohaterka otrzymała dom na wsi, wraz z łąką, sadem, ogrodem, wraz z wnętrzem, czyli fortepianem, starymi meblami, tajemniczym strychem i pamiętnikiem właśnie – to i ona zostawiła jedną stronę i pisze ciąg dalszy. Bohaterka, młoda kobieta, Matylda, niezależna od ludzkiej opinii i doświadczona poszarpanym związkiem sprzed lat i samotnością w obecnej relacji z mężczyzną, jest ciekawą antytezą swojej babki. Zerwane relacje, obcość i niechęć, jaką odczuwa wobec kogoś, kto tak ponad miarę ją obdarował, a zarazem decyzja, by wejść w skórę babki (dom, pamiętnik) to ciekawy punkt wyjścia.

Ale drażni mnie, że choć Matylda manifestuje swój dystans, zarazem niezwykle przenikliwie czyta w duszy swej babki. Wolałabym, by Kowalewska wymyśliła jakiegoś nadrzędnego narratora i pozwoliła Matyldzie mniej rozumieć. Paradoksalnie – wtedy rzeczywiście mogłabym uwierzyć, że dziewczyna coś powoli odkrywa. Tymczasem ona zbyt wcześnie wchodzi w nie swoje buty. Narracja personalna odsłania od pierwszych chwil bardzo dużo. Wiem, kim jest Matylda już od początkowych rozdziałów. Jeszcze nie ujawniono przede mną perypetii, tajemnic, zależności, a ja nie mam wątpliwości, że ta niebojąca się samotności, lubiąca innych drażnić (zwłaszcza ciotkę Irenę) dziewczyna jest wrażliwa, otwarta na naturę, konfrontująca swe życie z przeszłością. Nieprawda, że dopiero przyjazd do Zawrocia ją zmienił. Od pierwszych stron Matylda jest ulepiona według babcinego genotypu i powróciła do siebie. To się słyszy w języku. Jest więc antytezą (rewersem) swej babki i kopią jednocześnie. „Kopią” bez negatywnych, wtórnych skojarzeń.

Druga sprawa, która odrobinę mi przeszkadza, to znane chwyty, klisze, po które Kowalewska sięga w sposób jawny.

Bo co my tu mamy? Dychotomię miasto – natura (nie wieś, bo babka mieszkała poza wsią, w pięknym dworku odgrodzonym murem). Scena, w której Matylda przeżywa burzę i uświadamia sobie, że w mieście nigdy by jej tak nie odczuła…, gdy czuje smaki, dostrzega barwy i fakturę rzeczy…  prowadzi do dobrze znanego spostrzeżenia, że intensywnie żyje się na łonie natury a nie w miejskim kurzu i zaduchu. Poza tym: pamiętniki, skarby znalezione na strychu, ukrywana miłość, sobowtór (lub przynajmniej ktoś, kto próbuje się podszyć, czy naśladować babkę), stare listy miłosne…

Zastanawia mnie ta składanka fabularnych pomysłów, jakby celowo nieoryginalna. Ale jaki cel się w tym kryje…?

Podoba mi się natomiast dialog z Cudzoziemką Kuncewiczowej. Nie wiem, czy świadomy, ale zakładam, że tak. Za dużo tu jest zbieżności.

Babka Matyldy żyła muzyką. Szanowała tych, którzy potrafili otworzyć się na piękno, którzy pełnię życia utożsamiali z doświadczaniem harmonii, dążeniem do doskonałości. Tak również postrzegała Boga: jako doskonałość, nie miłość. Dzieliła życie z mężczyzną, którego nie potrafiła pokochać, choć – inaczej niż Róża z powieści Kuncewiczowej – umiała się z nim zaprzyjaźnić. W tle unosiła się jednak inna, zaprzepaszczona namiętność, przypominana kilka razy w roku przez pocztówki z różami przesyłane jako dowód pamięci i niepozwalające zapomnieć. Muzykę uznała za przeznaczenie dla swych dzieci: unieszczęśliwiła nią Krystynę i wyrzekła się córki, gdy ta porzuciła karierę; toksyczną opieką otacza utalentowanego wnuka, Pawła.

Kto pamięta powieść Kuncewiczowej, ten wie, że jej bohaterka wszędzie czuła się cudzoziemką, nigdzie u siebie. I dopiero w ostatnim dniu życia przeżywa przemianę, próbuje naprawić co się da i z bólem wyznaje, że nie żyła, że zapomniała kochać, ścigając niedostępne miraże. Babka Matyldy ma więcej czasu, by ostatniej miłości życia (miłości do wnuka) nie zmarnować, ale i ona potrzebowała przebudzenia: „Czy ja żyłam, Maurycy? Czy to na pewno było życie?” (s.127) Inaczej Kowalewska rozgrywa obcość: babka co prawda jest postrzegana jako obca przez ludzi z wioski, ale u siebie, w Zawrociu, zna każdą piędź ziemi, każdy dźwięk i smak. Poza tym, choć pierwsze zdanie powieści nazywa ją „starą, złośliwą kobietą” – dalsze karty odkrywają, że była niezwykle silna, świadoma swej siły i mądra. Krotko mówiąc: wiedźmą była!

„… czarownice to nie są osoby, które mają nadprzyrodzony dar i kontakt z mocami piekielnymi, one tylko wiedzą to, co powinni wiedzieć inni. Głupota ogółu robi z mądrych kobiet wiedźmy. Tak właśnie stało się z tobą, babko. Całe życie ten chłód i obcość. Nie mogłaś się wtopić w tłum, bo i tak wyplułby cię przerażony tym, że prześwietlasz ich myśli, wiesz o grzeszkach, przewidujesz intrygi i odgadujesz najskrytsze plany.” (s.91)

To jest ciekawe w tej powieści, że jej główny charakter (babka, nie Matylda) jest taki niejednoznaczny. Przekonuje do swej mądrości, gdy widzimy jak nie narzeka, jak bierze życie w swoje ręce, jak nie godzi się na bylejakość.  Ale gdy po latach spotyka się z córką na pogrzebie Maurycego (męża pierwszej i ojca drugiej) szokuje swą bezceremonialnością:

„Kim jest ta utuczona, zaniedbana kobieta, która uważa się za moją córkę? Czy urodzenie dziecka skazuje nas na  nie po wsze czasy? Zresztą, to przecież ona zdecydowała o przecięciu pępowiny. [miała alternatywę: albo narzeczony albo matka] A teraz patrzy wilgotnymi, krowimi oczyma. Doprawdy, nie wiem, kto to jest. Na pewno ktoś obcy i nudny. Dlaczego miałabym rozmawiać z tą obcą i nudną kobietą?” (s.27)

Mocne. Choć inspirowane biblijną Mądrością Syracha:

„Ani synowi, ani żonie, ani bratu, ani przyjacielowi/ nie dawaj władzy nad sobą za życia,/ (…)
Póki żyjesz i tchnienie jest w tobie,/ nikomu nie dawaj nad sobą władzy./
Lepszą jest bowiem rzeczą, żeby dzieci ciebie prosiły,/ niż żebyś ty patrzył na ręce swych synów./
W każdym czynie bądź tym, który góruje,/ i nie przynoś ujmy swojej sławie.” (s.20)

Tym, co pozostaje po lekturze tej powieści jest również przyjemność czytania, spotkanie z odświeżającym stylem, który cechuje wrażliwość i oryginalność patrzenia. Nie przekonywała mnie ta pierwszoosobowa narracja pamiętnikarska. Ale z drugiej strony… Matyldę można polubić właśnie za sposób, w jaki opisuje świat. Gdybym miała wyszukać swoje ulubione fragmenty, byłyby nimi te, w których próbuje zanurzyć się w sferę doznań zmysłowych: gdy smakuje jabłka, uczy się nazywać motyle czy polne kwiaty, gdy wystaje na deszczu, podąża za psem… mówi o swym pragnieniu ciała Michała (choć wie, że go nie kocha). Takie drobiazgi. Są lepsze niż niektóre dialogi (te z ambicjami wyjaśnienia zbyt wielu zawiłości, które lepiej zostawić niedopowiedziane). A to znaczy, że w starciu: język i akcja – wygrywa język.

O pozostałych tomach cyklu Hanny Kowalewskiej piszę w poście przelot bocianów.

słabe dobro

W lepszym świecie, reż. Susanne Bier, Dania, Szwecja 2010

Fajny film wczoraj widziałam…

Ale niezupełnie. Bo nie wczoraj, lecz we wtorek. I nie fajny, nie miły i nie familijny (choć o rodzinie), lecz taki, co wierzga i nie chce się ułożyć grzecznie do interpretacji. Ostatecznie stawiam sprawę następująco: gdy dobro jest słabe i bezradne, busola wariuje. Nie wiadomo, czym się kierować. I nawet jeśli jakimś cudem słabe dobro zasłuży na finalny deser, to gorzki posmak osadza się na podniebieniu. Właściwie deser jest tutaj niespodzianką, mogło go nie być, bo z nim jest trochę nadto.

Proszę bardzo: scena ze zdjęcia. Po prawej tata Eliasa, z lodami w ręce i topniejącym nastrojem dobrego samopoczucia. Młodszy synek pokłócił się o huśtawkę z innym chłopcem. On dzieci rozdzielił, ale spod ziemi wyrasta mu na drodze tata niesfornego brzdąca i okazuje się typem chamskim, bez pardonu wymierzającym mu policzek. Nie przebierając w słowach (cytuję!): dupek! On (czyli Anton, szlachetny lekarz, który przyjechał na przepustkę z afrykańskiej misji) uznaje draba za nieokrzesańca, żałosnego troglodytę, z którym nie będzie się mierzył. Ludzie nie powinni się bić. Wszystko należy wyjaśniać słowem. Kto uderza, ten słaby, etc.

Niestety, tylko on w ten sposób ocenia sytuację. Drab ma go za mięczaka, który nie umie oddać. A jego syn (w zielonej bluzie) czuje się rozczarowany, że tata tak po prostu spasował. Christian (chłopak po lewej), przyjaciel Eliasa, widzi to jeszcze ostrzej. Nienawidzi tych, którzy nie walczą do końca, głupim tłumaczeniem usprawiedliwiają swoją bierność i niemoc. Niedawno tak właśnie zachował się i jego ojciec: pozwolił umrzeć matce, nie walczył z rakiem z taką determinacją, jak według niego trzeba było. I jeszcze te interpretacje własnego tchórzostwa, powoływanie się na los, na zasady, na swoją słuszność.

To scena ze środka filmu. Wcześniej można zobaczyć, jak analogiczne sytuacje rozgrywają się w szkolnym mikroświecie, który – nie muszę chyba przekonywać – jest kroplą wody odbijającą makroświat. Elias jest systematycznie gnębiony przez szkolnego tępaka o mocnej pięści. Znosi to, bo fizycznie nie dałby mu rady, psychicznie również rozsypuje się coraz bardziej, zwłaszcza, że nikt z dorosłych nie jest w stanie zrobić nic sensownego, by przemoc powstrzymać. Dopiero pojawienie się w szkole Christiana przyniesie odmianę. Scena upokorzenia ojca jest dla Eliasa bolesna, przecież zna ten smak, może jego stężenie jest nawet silniejsze niż gdy sam zbierał baty.

Christian jest bohaterem pierwszoplanowym, głównym. Dawno nie oglądałam w kinie równie złożonej kreacji nastolatka (lat co najwyżej dwanaście). Ułożony, inteligentny, wrażliwy. Współczujący Eliasowi, potrafiący zaprzyjaźnić się z kimś, w kim inni widzą ofiarę losu. Bystry, przebiegły, silny (choć fizycznie kruchy, wystarczy spojrzeć). Sposób, w jaki rozprawia się ze szkolnym chuliganem budzi oczywiście opór. Ale i pełne zrozumienie dla radykalnego działania, gdy wszyscy święci czekają aż się zjawi deus ex machina. Byłam zaszokowana, ile w nim niezależności, zdania się na siebie samego, nieufności wobec dorosłych. Wierz lub nie, ale tak właśnie jest. Dzieci mają własne strategie, przenikliwe oceny sytuacji, świadomość, że jeśli nie zagrasz, jesteś przegrany na starcie.

Christian jest obrzydliwie okrutny, gdy zarzuca ojcu fałsz, podłość, obojętność wobec śmierci matki. Niesprawiedliwy – tak, jak tylko dziecko potrafi, z precyzją trafiania w każdy czuły punkt.

Wszystko, co wydarzy się dalej, po scenie spoliczkowania Antona, od której rozpoczęłam swój tekst, będzie jazdą bez trzymanki. Horrendalną, ale uzasadnioną, bo bezkompromisowość Christiana nie podlega już dyskusji.

Bardzo mi żal Szlachetnych Dorosłych. I wcale nie zmniejsza ten żal poczucia irytacji. Nie mogli zrobić dużo więcej. Byli dość uważni – z wyjątkiem tych momentów, kiedy padali ze zmęczenia. Proponowali rozmowy, wsparcie, swoją obecność. Jak mieli zareagować, skoro dzieci zbywały ich pytania zapewnieniem: „jest ok” albo kłamały, albo czuły się doroślejsze od nich i za nic nie dałyby się przekonać, że powinny działać ostrożnie.

Winić ich za to, że żyją w separacji? Że sami nie potrafią pozbierać się po odejściu partnera? Tak już jest. A oni naprawdę się starają.

I to irytuje najbardziej. Chcą dobrze, ale świat się ich intencjami nie wzrusza. Może powinni zaakceptować prawo pięści i do lamusa odłożyć delikatność i zasady.

Marianne (Trine Dyrholm) mogłaby być bardziej nieufna i uważniejsza na słowa, które mówi w emocjach. Claus (Ulrich Thomsen- świetny jak zawsze!) bardziej otwarty i bliski. Anton (Mikael Persbrandt) mógłby szybciej wyciągać wnioski z obserwacji afrykańskich psychopatów. Tymczasem oni są dobrzy, i słabi. I szkoda, że tak jest.

Finał łagodzi tragedię i niesie krzepiącą szansę na przyszłość. Niech będzie, ale nie wydaje mi się, by to było zwycięstwo mądrości. Ona  jest taka krucha i nieporadna.

Równolegle do wydarzeń w Danii rozgrywają się perypetie afrykańskie. Anton dzielnie i z uczuciem leczy tamtejsze dzieci, starców, matki… wszystkie kobiety z rozciętym brzuchem, które miejscowy tępak kaleczy, by pokazać, że ma władzę i by „zobaczyć seks od środka”. Dyskutować z przemocą? Nadstawiać policzki na zmianę, ratować poszkodowanych i bezradnie czekać aż pojawią się następni?

Oj, irytująca jest słabość dobra. Niepokojąca. Założyłaby raz bokserskie rękawice i rozstawiła drani po kątach, dając każdemu, co należne. Ja wiem, że Anton ma rację i tak nie wypada, ale takie wierzgające pomysły mnie nawiedzają.

Cieszę się, że Susanne Bier jest w dobrej formie i kręci filmy w Danii (a nie w Hollywood, jak jej rodaczka Lone Scherfig). Lubię skandynawskich aktorów. Tak zwyczajnie, na poziomie fizyczności, lubię ich twarze.

imiennik (jhumpa bis)

Jhumpa Lahiri, Imiennik, Prószyński i S-ka 2007

dla Czary:)

Imiennik jest powieścią (pozostałe dwa tytuły Jhumpy Lahiri to opowiadania). Historią dwupokoleniowej rodziny Gonguli, którą tworzą: Ashoke (wykładowca uniwersytecki), Ashima (żona przy mężu) i ich dwoje dzieci: Gogol i Sonia (w końcowych partiach książki: pan architekt i pani adwokat). Żyją w Ameryce, korzenie mają hinduskie (bengalskie) i choć odmiennie odnoszą się do kraju ojców, to ich tożsamość jest naznaczona rodowodem. Odmiennie?

Ashoke i Ashima przybywają do Stanów jako świeżo poślubieni małżonkowie, mają po dwadzieścia kilka lat. On z ambicjami i determinacją, ona – w przekonaniu, że wszystko, co ją tu spotka będzie pozorne, nie do końca rzeczywiste, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro nie ma na wyciągnięcie ręki całej rodziny. Rodzina – ma, baba, dida, dadu, didi, dada i liczne mashi i mesho*to dla Bengalczyka pępek świata, usankcjonowanie własnego istnienia. Żyją w dwu światach naraz. Ciałem w Bostonie, duszą w Kalkucie. Tworzą namiastkę swojskości, spotykając się z poznanymi w Stanach rodakami, których asymilują jako krewnych. Ten stan rzeczy jest głęboko w nich osadzony, ale podlega ewolucji (a nawet kilku maleńkim rewolucjom).

Dzieci natomiast rodzą się i dorastają w Ameryce i jest im pisane „klasyczne rozdwojenie jaźni” (J.L.). Wcześniej czy później będą chciały uciec od rodzinnej tradycji. W mniejszym lub większym stopniu będą do niej  – po okrzepnięciu w dorosłości – powracać.

Autorka sięga do własnych doświadczeń. Zapytana o to, czy jej bunt przypominał ucieczkę Gogola, uniwersalizuje tę reakcję. (Jhumpa Lahiri, z wywiadu:) „Ani Gogol, ani ja nie byliśmy tak naprawdę buntownikami. (…) Ale nawet zwykłe czynności były buntem wobec mego wychowania – to, co jadłam, czego słuchałam, z kim się przyjaźniłam, co czytałam. To, co nigdy nie obchodziło rodziców moich amerykańskich znajomych, moich rodziców obchodziło przede wszystkim.”

Fotografie, którymi ilustruję swój tekst, są kadrami z filmu Miry Naim (reżyserki Monsunowego wesela) o tytule zgodnym z pierwowzorem – Imiennik (The Namesake, 2006). Nie znam, ale wizualizacja książkowych bohaterów bardzo mi odpowiada. Powyżej, od lewej: Gogol, Ashoke, Sonia i Ashima (jak zwykle, w sari).

Ciekawie jest zanurzyć się w ten egzotyczny świat. Kto się boi Bollywoodu, zapewniam, że niepotrzebnie. Akcja toczy się na amerykańskim podwórku: w Bostonie i Nowym Jorku, z uwzględnieniem kilku zabawnie opisanych podróży do Kalkuty i jednego wypadu do Paryża (moim zdaniem Paryż wypadł tu bardzo parysko). Jest subtelnie, niejednoznacznie, wzruszająco (co dla mnie oznacza zbratanie się z bohaterami) i odrobinę gorzko, mimo tylu słodkich specjałów wyczarowanych ręką Ashimy.

Bardzo tę książkę lubię i tym razem nie najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się pisarskim trickom Jhumpy, ani wczytywanie się w konteksty lub gry przebiegające wewnątrz tekstu. Po prostu świetna opowieść, która zapada w pamięć, po którą chętnie się sięga, gdy wreszcie zdarza się chwila na lekturę.

Jako że historii rodziny Gonguli odsłaniać tu nie chcę, zajmę się jednak pomysłami Jhumpy Lahiri.

Opowieść prowadzona jest z kilku perspektyw, ale najczęściej do głosu dochodzi Gogol. A raczej narrator, który z jego perspektywy ogląda świat (mowa pozornie zależna to dominanta całej narracji). Tak być musi między innymi z tego powodu, że koncept powieści wiąże się z jego imieniem.

Bengalskim zwyczajem jest posiadanie dwóch  imion: oficjalnego (bhalonam) i pieszczotliwego, używanego tylko przez rodzinę (daknam). Młodzi Gongulowie wyczekiwali na sugestię babki Ashimy, bo imię wybrać, to nie tak hop-siup. W Kalkucie decyzja zapadła i wysłano ją w kopercie do Bostonu. Ale, najwidoczniej nie tylko Poczta Polska miewa takie wpadki, list zaginął, a babka z przyczyn od niej niezależnych, nie mogła wyjawić, co obmyśliła. A tu amerykański szpital żąda imienia dla noworodka (w Indiach oficjalne imię wybiera się czasem i siedem lat po narodzinach). Gongulowie decydują, że tymczasowo niech będzie „Gogol”, przeznaczony dla syna jako imię domowe.

Perypetii co niemiara przysporzy to chłopakowi, bo nie dość, że bagaż bengalskiej tradycji, to jeszcze imię kuriozalne. „- Czy to nie był pisarz?” – pytał głupawo niemal każdy amerykański nauczyciel, sprawdzając listę obecności. Ale jeden nie. To był szalenie błyskotliwy anglista, który wykorzystał sytuację i wygłosił wykład o rosyjskim mistrzu satyry, Mikołaju Gogolu właśnie. No tak, ale po pierwsze: na fotografii w podręczniku pisarz wyszedł nietęgo i młody Gonguli aż chciał dopowiedzieć, że „to właściwie nie ja”. Po drugie: dziwak, oryginał i samotnik… z taką biografią Rosjanin mógł osiągnąć tylko jedno: nieprzepartą niechęć swego imiennika do tego, co kiedykolwiek napisał, do Płaszcza(Szynela) w szczególności.

Potrzeba będzie lat, by Gogol Ganguli (od studiów, po zmianie imienia: Nikhil Ganguli) docenił słowa Dostojewskiego: „My wszyscy pochodzimy z szynela Gogola.” Tak, bo nie byłoby sagi rodzinnej, gdyby nie młodzieńcza miłość Ashoke`go do literatury rosyjskiej i gdyby pewnego tragicznego dnia egzemplarz książki z opowiadaniami Gogola nie uratował mu życia. Dosłownie.

Można rzec, że powieść Jhumpy Lahiri to dywagacje o roli imienia. Kilka ciekawych fragmentów odnosi się do tej kwestii. Poza tym: kompozycja! Od książki Mikołaja Gogola się rozpoczyna i na niej się kończy.

Mam kilka ulubionych fragmentów, jeden z nich jest wspomnieniem, które Gogol/Nikhil przechował z dziecięcych lat.  Podczas rodzinnej wyprawy nad ocean, Ashima z Sonią zatrzymały się po krótkim spacerze, Ashoke z Gogolem szli dalej. Mama wołała za nimi, z typową dla niej troską i obawą:

” – Nie idźcie za daleko – prosiła ich. – Nie idźcie tak daleko, żebym straciła was z oczu.”

Chłopaki idą dziarsko, nie zamierzając poprzestawać, nie osiągnąwszy celu.

” – Jest za mały – zawołała matka. Słyszysz mnie? Jest za mały, żeby iść tak daleko.
Gogol się wtedy zatrzymał, myśląc, że może ojciec przyzna jej rację.
– A co ty powiesz? – spytał go ojciec. – Jesteś za mały? Nie sądzę.”

Mijali wydmy, wraki łodzi, jakąś martwą mewę, obrośniętą wodorostami starą boję. Zostawiali po sobie ślady stóp na piasku, zbierali czarne kamyki z białymi paskami. Dotarli aż do latarni i wtedy Ashoke krzyknął, że nie wzięli aparatu:

” – Przeszliśmy taki kawał drogi i nie będzie zdjęcia – westchnął, kiwając głową. (…)
W takim razie będziemy musieli to zapamiętać. (…)

– Zapamiętasz ten dzień, Gogolu? – spytał ojciec, odwróciwszy się, żeby na niego spojrzeć, ręce przycisnął do głowy niczym nauszniki.
– Jak długo mam o tym pamiętać?
Przez szum wiatru usłyszał śmiech ojca. Stał, czekając, aż syn go dogoni, wyciągnął do niego rękę, kiedy Gogol był bliżej.
– Spróbuj zapamiętać to na zawsze – powiedział, gdy Gogol zrównał się z nim, i zaprowadził go wolno z powrotem przez falochron do miejsca, gdzie czekały matka i Sonia. – Zapamiętaj, że ty i ja poszliśmy tam, że razem dotarliśmy do miejsca, z którego nie można było już dalej pójść.” (s.158-159)

*****

Gdyby ktoś zastanawiał się, czy obejrzeć film czy wybrać książkę, zdecydowanie doradzam oryginał – prozę Jhumpy Lahiri. Która dziś wystąpiła pod hasłem „Jhumpa bis”, ale na pewno pojawi się w odsłonie trzeciej, gdy zakupię sobie Tłumacza chorób.

* (babcia, dziadek, mama, tata, starsza siostra, starszy brat i liczne ciotki i wujkowie)

Zdjęcia z portalu FilmWeb.

w kolorze blue

Melancholia, reż. Lars von Trier, Dania (& inne) 2011
Drzewo życia, reż. Terrence Malick, USA 2011

Kosmiczny rozmach i nostalgia. Poczucie utraty – niemijające, nie do wypełnienia. Filmy, które były wydarzeniem tegorocznego Festiwalu w Cannes, są zadziwiająco bliźniacze. Budzą we mnie emocje podobnego formatu i w analogiczny sposób uruchamiają moją akceptację i odrzucenie.

Drzewo życia wzrusza mnie w kameralnych scenach rodzinnych, w potrójnej perspektywie ukazania czułości, rygoru, braterstwa, w przeplataniu bólu i szczęścia. Matka – Ojciec – Synowie.  Nie trzeba nic więcej. Gdy opowieść Malicka rozszerza się, zahaczając spojrzeniem czasy prawybuchu, odległych ewolucyjnie epok, by w innych ujęciach wybiec w metafizyczną przyszłość, wzruszenie mija. Jest kontemplacja pięknych zdjęć.  Gdy przywołuje Boga i pyta Go, dlaczego dobrych spotyka cierpienie, dlaczego niewinność przegrywa… dostrzegam, że są to pytania zasadne i zgrabnie wprowadzone, ale niczego po nich nie oczekuję i sama wolałabym ich nie zadawać. Czekam na powrót do mikroświata O`Brienów.

W przypadku Melancholii Larsa Von Triera kameralność jest wzięta w cudzysłów, tu klimat uogólniającej historii o nadciągającym kataklizmie silniej determinuje losy bohaterów. Ale i tak wolę Justine (Kirsten Dunst) wpatrującą się w obrazy (Breugel, Bosh, prerafaelici), patrzącą w twarze otaczających ją osób lub gdy mogę sama obserwować jej twarz – niż gdy całą tę „rzeczywistość” przyćmiewa czerwono świecący Antares lub pojawiająca się na ekranie planeta Melancholia.

Mikrokosmos nabrzmiewa makrokosmosem A ja mam apetyt tylko na okruchy.

Wiem, że to są dwie odrębne opowieści i wszelkie analogie są przez twórców niezamierzone.
A jednak uparcie będę szukać korespondencji. Widzę ją na przykład w upoetycznionej formie. Dla potrzeb własnych określę ją tak: Melancholia jest filmową operą, Drzewo życia – filmowym poematem.

MELANCHOLIA

Dlaczego opera?
Może to dźwięki Wagnera – Tristan i Izolda – wprowadzają mnie w tonację dur? Może scenografia z umiejscowioną na odludziu posiadłością milionera (szwagier Justine, mąż Claire – w tej roli Kiefer Sutherland)? Może odrealnione, odbierające rzeczom i ludziom esencjonalność spojrzenie depresyjnej Justine? A już na pewno utkana z wizyjnych scen ekspozycja.
Zanim opowieść się rozpocznie, oglądamy wysmakowane dzieła malarskie, teatr cieni, nie ludzi z krwi i kości. Oto Claire przytula do siebie synka i brodzi w łące – w zwolnionym tempie – grzęznąc po kolana w soczystej, lecz niestanowiącej gruntu trawie. Oto Justine chce dokądś uciec, lecz paraliżują ją wyrastające z ziemi gałęzie, odrośla, korzenie, które krępują jej ruchy. Jakby ktoś puszczał nam film na wyjątkowo niemrawych obrotach.
Weselnie goście wygłaszają toasty jak arie. Zachowanie Justine dziwacznieje. Claire (Charlotte Gainsbourg) również przypomina operową heroinę raczej niż żonę, matkę, siostrę wśród codziennych rozgrywek.

Sedno opowieści: skrywająca się za Słońcem Melancholia zmienia tor swej orbity i niebezpiecznie zbliża się do Ziemi. Czy urządzi spektakularne widowisko astronomiczne, czy też pochłonie Ziemię, powodując jej kres (plakaty filmu krzyczą słowami: TO BĘDZIE PIĘKNY KONIEC ŚWIATA).

„Opera” ma dwa akty, każdemu patronuje jedna z sióstr: Justine i Claire. Tak pomyślana kompozycja podkreśla królujące w filmie antytezy: odrzucenie świata – akceptacja; apatia i działanie; zanurzenie się w smutku – szukanie szczęścia; obojętność na ludzi i zaangażowanie w relacje.
Jest jeszcze strona trzecia, ale zamiera samoistnie. Męski racjonalizm – zestawienie słów nieprzypadkowe, u Triera instynkt i rozum polaryzują się według płci – tu: scjentystyczną postawę reprezentuje mąż Claire, który w akcie samobójczym przekreśli błędnie obrane priorytety.

Justine i Claire to dwie opcje. Można je zdefiniować jako negatyw i pozytyw, ale to nie oznacza, że któraś z nich jest tożsama ze złem czy dobrem, z racją czy błędem. Działanie Claire jest tak daremne…, a przeczucia depresyjnej Justine, choć potwierdzone katastrofą, tak wyzute z energii, że nie wiadomo, gdzie jest busola.

A Trier częstuje nas wysmakowanymi kadrami i uwzniośloną muzyką. Jeszcze jedna fotografia, by pokazać stylizacje, od których w filmie gęsto. Przypomina się Ofelia Johna Everetta Millaisa?

DRZEWO ŻYCIA

Dlaczego poemat?

Może ze względu na zamaszystość i wspomnianą wcześniej „kosmiczną” skalę opowieści? Pojemność, której nie zapełni fabuła (historia rodziny O`Brienów jest ledwie przyczynkiem do zamiarów reżyserskich Terrence`a Malicka). Różnorodność, którą zaanektować może właśnie poemat: cytaty z Księgi Hioba, obrazy natury przerastającej człowieka, zderzenie kilku perspektyw czasowych: teraźniejszości mężczyzny, przeszłości osadzonej w jego dzieciństwie, prehistorii ludzkości i eschatologicznych wyobrażeń tego, co może nadejść.

Może dlatego, że filmowe dialogi stanowią nie najważniejszy słowny przekaz, dominuje nad nimi Głos, który swymi pytaniami i refleksją skierowaną ku Bogu tworzy tekst poetycki?

Wreszcie: cała nadwyżka egzystencjalnych treści, którą reżyser uruchomił (a którą ja najchętniej sprowadziłabym do skali mikro: O`Brienowie – tu i teraz).

Sedno opowieści (tej fabularnej, o O`Brienach): Rodzina – matka (Jessica Chastain) prowadząca dom i ojciec (Brad Pitt), niespełniony muzyk, starający się sprostać bezwzględności świata, wychowują trzech synów. Obraz dorastania chłopaków widzimy z perspektywy najstarszego z nich, Jacka. Jego współczesną, dorosłą wersję gra Sean Penn. Na początku opowieści dowiadujemy się o śmierci jednego z chłopców, 19-latka. To jest szczęśliwa rodzina – ale doświadczona tragedią i tym wszystkim, co rozgrywa się zawsze i wszędzie pod skórą rodzinnego domu.

Malick ujmuje to archetypicznie: matka obrazuje drogę natury (to oznacza podporządkowanie, uległość, ale i dobroć, czystość), a ojciec – drogę łaski (czyli dominację, samozadowolenie, podporządkowywanie innych sobie, używanie siły). W dzieciach obie te siły walczą z sobą – i tym właśnie jest dojrzewanie! Hmmm… po prawdzie przeszkadza mi wydumanie tych sformułowań (droga natury/droga łaski). Ja widziałam po prostu piękną opowieść o tworzeniu rodziny. Wzruszyłam się, poczułam, jak fenomenalną sprawą jest bliskość, która czasem emanuje czułością, a czasem nienawiścią (genialne jest zmaganie się młodego Jacka z apodyktycznym w jego mniemaniu ojcem!).

Opasłość notki już na niewiele mi pozwala. Ale trzeba zaznaczyć, że macierzyństwu, ojcostwu i byciu synem towarzyszy „poemat” o braterstwie. Niewiele istnieje silniejszych więzi niż ta (potencjalna) więź między wspólnie dorastającymi braćmi. Naprawdę świetnie wybrany chłopak wcielający się w rolę Jacka – Hunter McCracken.

Zdjęcia pochodzą z portalu filmowego FilmWeb – stąd i stąd.

jhumpa lahiri po raz pierwszy

Jhumpa Lahiri, Nieoswojona ziemia, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010

Po raz pierwszy, nie ostatni. W głowie mam jedno: dotrzeć do innych tekstów tej pisarki i zmierzyć się, sprawdzić, czy uczucie akceptacji (zachwytu, trafienia w swoje klimaty, wnikliwości psychologicznej) utrzyma się. Aż trzymam kciuki, by tak się stało i trochę się denerwuję, że to trudne zadanie, bo Nieoswojona ziemia podobała mi się bardzo.
Póki co trzeba ustalić, że nie jest to oczekiwanie na drugą książkę w dorobku, więc syndrom drugiego dzieła możemy odłożyć do lamusa. Jhumpa Lahiri (rocznik 1967) debiutowała zbiorem opowiadań Tłumacz chorób w 1999 roku, zgarniając Nagrodę Pulitzera. Cztery lata później ukazała się jej powieść Imiennik i dopiero w 2008  nadszedł czas na kolejny tom opowiadań Nieoswojoną ziemię.

Droga Jhumpo, co dalej? Co wydane, szybko nadrobię. Pozostają publikacje w New Yorkerze i zaciskanie kciuków za kolejny udany tytuł.

Zdjęcie zapożyczyłam (nie wiem, czy mogę, ale nie sposób się oprzeć) z oficjalnej strony Autorki. Typ urody ma swoje przełożenie na klimat jej opowieści. Urodzona w Anglii (obecnie mieszkająca w Nowym Jorku), jest córką bengalskich emigrantów. Podobnie jak Hema, Ruma, Sudha czy Sang – bohaterki z jej opowiadań, które choć urodzone już na amerykańskiej ziemi – tej nie do końca „oswojonej”  –  wynoszą z domu poczucie własnej odrębności. Czasem jest ono powiązane właśnie z typem urody, który wyróżnia je nawet w wielokulturowym amerykańskim świecie, z domową kuchnią, z wystrojoną w sari matką, a czasem wynika z przekazanych przez rodziców lęków, determinacji, ambicji.

Jhumpa Lahiri pisze o tym, co zna. O tożsamości składanej z przemieszanych puzzli. Dla pierwszego pokolenia Hindusów z Bengalu Zachodniego, które ukształtowane w Indiach, tworzy nową tożsamość na emigracji, ilość rdzennych puzzli jest większa. Wyraźniejsza siła kontrastu, konieczność potwierdzenia umiejętności zawodowych, zaradności życiowej, utrzymania się na fali przy diametralnie innych wiatrach. To prawdziwa fuzja. Drugie pokolenie ma do dyspozycji puzzle o stonowanych barwach, ale i tu gdyby zabrakło kilku cząstek tradycji, mozaika tożsamości byłaby niepełna.

Dlaczego warto sięgnąć po opowiadania Jhumpy Lahiri? Dla dobrej prozy obyczajowej, przyprawionej egzotyką, nie niszową, lecz otwartą na asymilację z nowoczesnością i wielokulturowością. Zwłaszcza, że wspomniana wyżej mozaikowa tożsamość jest zjawiskiem coraz powszechniejszym. Są jeszcze dwa inne atuty: zręczność narracji i psychologiczne portrety bohaterów, ich relacji z najbliższymi osobami. Te atuty są nierozłączne.

W Nieoswojonej ziemi mamy pięć niezależnych od siebie opowiadań i trzy połączone ze sobą parą bohaterów, tworzące rozwijającą się w czasie spójną historię. Tercet jest nieco inaczej pisany (Raz się żyjeKoniec rokuUpragniony brzeg). Narracja personalna raz oddaje głos Hemie, raz Kaushikowi. Ich matki poznały się, gdy jedna zajęta była radosnym macierzyństwem, a druga właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży. Przyjaźń obu rodzin, ukazana w kilku odsłonach stanowi tło znajomości i preludium historii miłosnej między Hemą a Kaushikiem. Historii zawiłej, pełnej zakrętów, wydarzeń możliwych, choć niespodziewanych, rozgrywającej się w perspektywie kilkudziesięciu lat. To nietypowe. Pierwszych pięć opowiadań rozpisanych jest znacznie skromniej. Postaci umieszczone są w ciaśniejszym pierścieniu czasu i przestrzeni. Nie dzieje się wiele, lecz nawet w niepozornym zdarzeniu uruchamia się wszystko, co ważne w danej relacji.

Dzieje się co? (żadnych spojlerów, naprawdę)
Ojciec, od kilku lat owdowiały, odwiedza dom dorosłej córki, Rumy, która rozważa, czy powinna, i czy chce zaoferować mu wspólne mieszkanie (tytułowa Nieoswojona ziemia).
Sedha obserwuje młodszego brata, uzależnionego od alkoholu i nie wie, ile jest w tym jej winy (Samo dobro).
Amit zabiera żonę na ślub swej przyjaciółki sprzed lat. Marzy o romantycznym oderwaniu od codzienności, a nachodzi go ciąg niepewności (Wybór noclegu).
Córka opowiada o obserwowanej i odkrywanej po latach przyjaźni swej matki z przyjacielem domu, przyjaźni, która zastępowała miłość. (Piekło i niebo).
A Paul, przygotowujący się do doktoratu z literatury, towarzyszy nieudanej relacji miłosnej swej hinduskiej współlokatorki (Niczyja sprawa).

Zabrzmiało niepozornie? Ale te proste historie mieszczą w sobie znacznie więcej. Opowiedziane sprawnie, bez dłużyzn, wybrzmiewające na koniec finałem zamykającym pewien rozdział w życiu postaci. Dobrze skomponowane, z rewelacyjnie ustawioną perspektywą oglądu. Teraz, gdy wertuję  tę książkę, podpatruję, jak ciekawie autorka rozdzielała rolę narratora. Delikatnie obecny jest narrator nadrzędny (auktorialny), raz po raz wprowadzone są osoby trzecie (kilkakrotnie dziecko, ściślej: wspomnienia z czyjegoś dzieciństwa), to znów naprzemiennie główni bohaterowie.

I przyznam, że nieraz miałam wrażenie, że odnajduję w tych opowieściach własne odczucia.
A Jhumpa Lahiri bierze na warsztat wyjątkowo subtelne stany emocji czy refleksji. Bardzo mnie ujęło spotkanie ojca z córką, w którym początkowo sekundowałam obcości odczuwanej przez Rumpę (córkę), jakiemuś nieuchwytnemu żalowi o niezrozumienie, zbyt duży dystans, a potem uderzyła mnie perspektywa ojca. Jego niepokój o naiwność córki, jej życiowe kalkulacje, które grożą wywrotką, bo zbyt wiele zawierzają niezmienności tego, co jest w ciągłym ruchu. I to, co jeszcze trudniej uchwycić: bliskość i obcość, które splatają się w warkocz wiążący z sobą matkę (ojca) i córkę (syna). Podobnie: siostrę i brata, męża i żonę.

Najsłabiej zapamiętam opowiadanie Niczyja sprawa. Ono jedno zostawiło niedosyt. Zbyt ciekawie rozegrany był początek, bym to, co stanowi ciąg dalszy przyjęła jako optymalne. Poza tym w tym tekście jest najwięcej literówek, a nawet kilka nieporadnych translatorsko zdań, czego nie rozumiem, bo tłumaczem była Anna Kołyszko. A sądząc po obramowaniu jej nazwiska na stronie tytułowej, była to jedna z jej ostatnich prac. Może właśnie niedokończona, redakcyjnie niedopatrzona.

Niedosyt pozostawia również moja notka, bo nie udało mi się utrwalić kilku olśnień towarzyszących tej lekturze. O czym wspominam, by raz jeszcze potwierdzić, że w prostocie prozy Jhumpy Lahiri kryje się skomplikowany desant, którego szkic nie odda, nie zastąpi.