Archiwa tagu: rozstanie

przeszłość…

Przeszłość, reż. Asghar Farhadi, Francja, Włochy 2013

… każdy ją ma. I choć można by sądzić, że co passe, to zamknięte (minione, skończone, rozpoznane), to bywa wręcz odwrotnie. Przeszłość w filmie Farhadiego nakręca teraźniejszość. I nie dlatego wcale, by ktoś ją rozpamiętywał. Wszystkim zależy na tym, by skończyć stare, zacząć nowe. Dlatego właśnie Ahmad przyjeżdża po czterech latach na prośbę Marie: przeprowadzą rozwód, zalegalizują to, co i tak jest stanem faktycznym, a ona wejdzie w nowy związek z Samirem. 

Ale przeszłość wraca nieprzywołana, w dodatku inna niż zdawała się być.  Jakie są szanse łatwopalnych na wyjście z próby ognia?

Przeszłość

Absolutne dziesięć na dziesięć! Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku. Co potwierdzają dwa objawy. Pierwszy: po dwugodzinnym seansie mogłabym bez zwłoki obejrzeć film drugi raz. Pewnie obejrzę. I może lepiej, że odrobina czasu upłynie. Ale mogłabym od razu. Kto tak pisze scenariusze?! Tamaryszkowy zachwyt!

Drugi objaw to rzadko mnie nachodząca obawa, że nie umiem o tym filmie pisać.

Niczego nie powinno się ujawniać, bo najcenniejsza jest ta perspektywa Ahmada, którego nie było przez cztery lata, a teraz jest i miniony czas odsłania mu się dużymi porcjami. My wchodzimy w świat Marii jak to widzowie: rozglądając się, diagnozując układy i scenerie. Ale wchodzimy też tak, jak wchodzi Ahmad. Koncentrując się na szczelinach, z których sączy się to, co odmienione, co dostrzec może ktoś, kto długo tu był, zniknął i wraca po czterech latach. A co dziwi jego, jakimś zrządzeniem losu, zaczyna dziwić uczestników rozgrywki. I to jest dobry chwyt, bo najłatwiej nitkę do kłębka znaleźć temu, kogo nie było, gdy ona się przędła. 

Wszystkim zakochanym, ufnie radosnym, którym przeszłość niczego nie powinna gmatwać, którzy nie potrzebują zbędnych frustracji, bo wolą fruwać… – mogę odradzić. Melodia Byczka Fernando i uśmiech Amelii niech będą strawą wiecznie zieloną i świeżą. Ale tak w ogóle, tak poza tym, to … naprawdę warto.

NIE CZYTAĆ PRZED SEANSEM
(niczego, żadnych recenzji)

Film trzyma w napięciu. A dramaturgię buduje odsłanianie tajemnic. Nie do wiary z jak wielu niejasności, mylnych wyobrażeń i domysłów składa się nasze rozeznanie we własnym świecie. Przesuwam akcent na „nasze”, bo Farhadiemu udało się opowiedzieć historię poszczególną (na tyle niezwykłą, że nie szukam w niej echa moich doświadczeń), ale uniwersalną. Kilkakrotnie miałam ochotę zatrzymać film i powtórzyć scenę, którą przecież rozumiałam w mig, a chciałabym obejrzeć raz jeszcze, bo bolała i koiła jej trafność. I tak mniej więcej, na swój prywatny użytek, definiuję sztukę. Tego w niej szukam.

Co komponuje tę opowieść? Efekt domina i nakładające się na siebie trójkąty. Działa to tak, że jedna tajemnica prowadzi do następnej. I to jest dość oczywiste. Ale w Przeszłości idzie to w parze ze zmianą jej nosicieli. W różnych fazach filmu kto inny wydaje się być postacią główną. Można powiedzieć – każdy zatrzymuje coś dla siebie: Maria, jej siedemnastoletnia córka (Lucie), Samir (mężczyzna, z którym układa sobie życie), synek Samira, Fouad, który widzi i słyszy za dużo jak na pięcioletnie dziecko, etc.
Ahmad też, choć on niewiele ujawni. A gdy w jednym z końcowych dialogów pyta Marię: „Chcesz wiedzieć, dlaczego wtedy odszedłem?” – to omal mu nie odpowiedziałam: tak, właśnie to chcę wiedzieć! Niestety, Maria gasi szansę i seria wyznań nie zostaje zamknięta. „Nie chcę wyjaśnień. Zniknij już wreszcie”.

Zamykanie jest trudne, chcielibyśmy, by decyzja odcinała przeszłość we wszystkich sferach. Na ogół tak jednak nie bywa. Pamiętam tę rozmowę Ahmada z przyjacielem, szefem irańskiej restauracji, który radzi mu kategorycznie, by ciąć, zostawiać za sobą, amputować. Pamiętam też rozmowę Marie z Samirem, gdy uświadamia sobie, że po raz kolejny niczego nie zbuduje. „- Utknąłeś między mną a żoną”. „- Tak. Dopiero teraz to widzisz?” Świetnie rozegrany dialog, w którym padają celne strzały, a przecież oboje dopiero mówiąc, uświadamiają sobie, że trafiają. „- Byłam po to, byś mógł zapomnieć.” „- A jaką pustkę ja miałem zapełnić?”

I tak jak odchodzenie nie jest ostateczne, tak wyjawione prawdy zwodzą, są półprawdami. Mylnie można by się zasugerować, że cienie przeszłości to zaszłości relacji Marii z Ahmadem. Od tego bohaterowie jednak się odżegnują. Choć jeśli przypomnieć sobie scenę na lotnisku (Maria obserwuje przez szybę jak Ahmad szuka walizki), to w spojrzeniach jest ślad bliskości, a rozmowa w aucie uświadamia, że pamięć zawodów pulsuje we krwi. Napięcie między nimi jest silne, mimo że  nie chcą wchodzić po raz drugi w ten sam nurt.

Trójkąty? Wyliczmy. Maria – jej były (Ahmad) – jej obecny (Samir). Samir – jego uwięziona w śpiączce żona (Céline) – narzeczona Marie. Nastoletnia Lucie i jej wejście pomiędzy Samira i Marię (albo Samira i Céline). Mały Faud, który bywa niegrzeczny, bo sytuacja go przerasta (co sam komentuje westchnieniem, że ma po prostu przechlapane) – jest między mamą a Marią i między kategorycznym tatą i rozumiejącym Ahmadem. Rzecz w tym, że opowieść nie oscyluje wokół jednej linii napięcia, lecz wokół wielu, przecinających się.

W ostatnich sekwencjach pojawia się ten element przeszłości, który wydawał się najbardziej zażegnany. Miłość Samira do żony. Oddalił się od Céline, bo raniła go jej domniemana obojętność. Gdy wiązał się z Marie, dawny związek wydawał się martwy. Depresja, targnięcie się na życie, kilkumiesięczny stan wegetatywny… Czy potrzebna była próba samobójcza, by uświadomić komuś, że zdrada boli? 

Ważnym tematem, znów rozłożonym na licznych aktorów, jest temat winy. Ale – tak mi się zdaje – to jest wina, z którą trzeba się nauczyć żyć. Myślę, że trudna to sztuka, lecz próby prowadzą do katharsis.

***

Mam w głowie wiele scen. Przekora (albo mądra samoobrona) Fauda w metrze. Kłótnia Marie i Ahmada. Wiele sytuacji, w których Marie nie panuje nad sobą (zarazem pozwalając wierzyć w jej wrażliwość i bezbronność). Próba docierania zapachem do pamięci Céline … Bardzo męskie zachowania Ahmada (tak je odbieram). Lubię tę postać i choć to nie jest najważniejsze dla wymowy filmu, mnie najbardziej intryguje, dlaczego zniknął z życia Marie. Wielka szkoda, że zniknął. I że nie ma powrotu. Bo, rzecz jasna, nie ma.

Asghar Farhadi ma niekwestionowane miejsce wśród moich ulubionych filmowców. A Bérénice Bejo należał się Złoty Glob, bezdyskusyjnie. Można by tymi mega nagrodami obdarować kilkoro innych twórców Przeszłości. 

ameryka

2. AFF (American Film Festival), Wrocław 15 – 20 listopada 2011.

Jak zwykle. Rozmach. Szaleństwo wyboru. Duże szanse, by trafić na coś ekstra.

Organizatorem imprezy jest Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. Klimat – podejrzewam, byłam zbyt krótko, by oceniać – podobny do lipcowego maratonu filmowego NH.

Listopad wiąże ręce i ogranicza mobilność, więc moje wchłanianie obrazów miało wymiar oszczędny, weekendowy.

Widziałam:
1. Jack Goes Boating, reż. Philip Seymour Hoffman, USA 2010.
2. Przyszłość, reż. Miranda July, USA 2011.
3. Happiness, reż. Todd Solondz, USA 1998.
4. Z dystansu, reż. Tony Kaye, USA 2011.
5. Restless, reż Gus Van Sant, USA 2011.
6. Blue Valentine, reż. Derek Cianfrance, USA 2010.
7. Damsels in Distress, reż. Whit Stillman, USA 2011.

Festiwalowy repertuar dzieli się na sekcje.
Bohaterami retrospektyw byli: Billy Wilder, Terence Mallick, Joe Swanberg i Todd Solondz.
Wybrałam tylko jeden film z tej kategorii (3.).
Nie obejrzałam żadnego dokumentu (American Doc.), filmu-eksperymentu (On The Edge), bardzo żałuję, ale pominęłam również sekcję Spectrum (najnowsze odkrycia kina amerykańskiego). Moje filmy przynależą do kategorii Hightlights (głośne tytuły ze znaną obsadą), tak więc: prawie mainstream. Ale daj Boże taki mainstream na co dzień!

Zdecydowanie najważniejszy był dla mnie film Z dystansu, a zaraz po nim Happiness. Rewelacyjne. Pozostałe zaprezentuję krótko, do ulubionych wrócę w następnym „odcinku”.

I tylko jedno jeszcze zaznaczę – że tematy przyklejają się do człowieka jakoś dziwnie. Bo nie celowo, ale jednak, wybrałam sobie filmy o rozstaniu. Związki sypią się jak domki z kart. Te wieloletnie, ze stażem, którego już nic nowego nie przebije. Te, które przeszły pierwszą ogniową próbę i rozsypały się na następnym, dużo łagodniejszym zakręcie. Te, które są tuż przed scementowaniem i te, ledwie zadzierzgnięte, ale już z ambicjami na wieczność. Rozbijają się o wieczność właśnie. Urojoną, jak zwykle.

Jack Goes Boating

Znacie piosenkę Rivers of Babylon? Tak, Boney M. ją wyśpiewał(o). To najulubieńsza piosenka Jacka i bohaterka sceny, którą pamiętam najlepiej. I tylko tyle powiem o filmie, by móc przywołać tę scenkę.

Jack ma opinię nieudacznika. Pracuje w firmie przewozowej i przyjaźni się z Clydem. Jest samotny i (dlatego) trochę dziwaczny, przyjaciel chciałby mu pomóc, więc wspólnie z żoną obmyślają, że można by go wyswatać z Connie, która jest również dziwna i (bo) samotna. No tak, jak ktoś się dobrze formalnie umości, to mu się czasem zdaje, że jest zabezpieczony i kilka pięter mądrości wyżej od tego, który z niczym nie zdążył.

Po prawdzie: Jack rzeczywiście jakby lekko z myśleniem nie nadąża. Ale serducho ma duże i sympatycznie jest podglądać, jak „uczy się pływać” (polska wersja tytułu). W dobie szybkich randek, znajomości na trochę i na próbę, to co robi Jack jest fenomenalne. Gdy Connie wyzna mu, że takiego ma pecha, bo nikt-nigdy-nic specjalnie dla niej nie ugotował, to on zamierza tę katastrofalną sytuację zreperować. Nic to, że nie ma porządnej kuchenki i bladego pojęcia o kucharzeniu. Zapisuje się na lekcje, by przećwiczyć jedno konkretne menu. A następnie – w kuchni u przyjaciół – sześć razy robi próbę kolacji, by ta dla Connie wypadła ok.

Nie wypadnie, jak się można domyślić, bo Jack przypali zapiekankę. No po prostu świat legł w gruzach…, a Jack zamknął się w łazience. I niewiele pozostaje przyjaciołom, jak stać u drzwi i wyć piosenkę Boney M. Jest coś bardziej kiczowatego? A trzeba śpiewać pełną piersią: o tym, jak wiele łez muszą wylać nieszczęśni Izraelici uprowadzeni do Syjonu. Rzeki łez.

Moja ulubiona scena. Dodam, że w roli Jacka – reżyserujący po raz pierwszy – świetny Philip Seymour Hoffman. I że w tle rozgrywa się, oczywiście, rozpad małżeństwa Clyde`a. Żeby sobie nie myślał, że coś ma, gdy tak z góry spogląda na Jacka.

Przyszłość

Tak jakoś trafiam na Mirandę July, która reżyseruje i gra główne role w swoich filmach. Specyficzna artystka. Jeszcze nie wiem, czy ją lubię. Raczej „tak”, bo jest oryginalna, ale trochę też „nie”, bo jakby nie mój typ. Na ubiegłorocznym festiwalu obejrzałam jej film Ty, ja i wszyscy, których znamy. Kto żyw, szuka miłości, a przypadek i los grają partyjkę szachów. Coś a la Amelia, tylko zamiast cukru pudru zastosowano brązowy cukier kandyzowany.

Tym razem obserwujemy parę trzydziestolatków, na chwilę przed stabilizacją. Zanim życie nabierze przewidywalnego kierunku i okrzepnie w solidności, organizują sobie próbę z kotem. Zwierzęcia jest tam tyle, co -nomen omen- kot napłakał. Bo gdy Sophie i Jason decydują się wziąć pod opiekę chorego terminalnie kotka, ten ma właśnie nogę w gipsie i musi miesiąc odczekać w schronisku. A tymczasem… S&J mają 30 ostatnich dni bez odpowiedzialności (tej kociej i tej życiowej).

I choć wszystko przebiega niemal jak dotąd, to jednak w tym „niemal” czyha sedno. Poluzowało się, tandem już nie umie dreptać w tym samym rytmie. Nawiedza ich nagła potrzeba eksperymentowania i rozglądania się za nowymi drogami. Symptomatyczne i na pewno świetnie wyjaśnione przez badaczy podświadomości. On postanawia „czytać znaki”, być uważnym i nasłuchiwać, co mówi jego wewnętrzny głos. Ryzykowne: z informatyka przeobraża się w domokrążcę oferującego tanią filozofię ekologiczną. Jej eksperyment to impulsywna reakcja na numer telefonu nieznajomego mężczyzny, którego obraz wisi u nich w domu.

Mniejsza o szczegóły fabuły. Toczy się płynnie, ale zaskakuje ciągłymi uskokami. Ciekawa jest aura. Coraz bardziej nieuchronnie rozsypującej się bliskości. I nawet takie cuda, jak chwilowe zatrzymanie czasu nic nie mogą wskórać. Powrót do znanego, oswojonego azylu jest niemożliwy. Eden zamknął podwoje. „Wszystko wydaje ci się znajome. Ale nic już nie jest takie samo.”

Jest jedno wyraziste wspomnienie z Przyszłości, które sobie zapamiętałam (nie da się ukryć, związane ze skutkami rozstania, trudno… lejtmotyw). Sophie pracowała jako nauczycielka tańca w przedszkolu. Niestety, odsunięto ją do recepcji. Odwiedzają ją dwie koleżanki, z którymi utraciła kontakt. Obie w ciąży.

– I jak to jest? – pyta Sophie.
– Upierdliwie. Ale i wspaniale. – zgodnie odpowiadają.

Następuje seria takich spotkań. Sophie i koleżanki z dziećmi w wieku przedszkolnym, potem z nastolatkami, wreszcie przychodzą mocno dorośli ludzie z własnymi dziećmi, które chcą zapisać na lekcję tańca. Matki już nie żyją. I wciąż to: – Upierdliwie. Ale i wspaniale.

–  Sophie, a co u ciebie?
– Upierdliwie.
– I wspaniale?
– Nie.

Blue Valentine

Bardzo mi się ten film podobał.  Absolutnie do obejrzenia. Dla świetnej Michelle Williams i dla Ryana Goslinga. I dla opowieści. Dla gorzkiego smaku nieuchronności, gdy zbliżają się finałowe sceny. Bo na pewno nie tak powinno być.
Ale ten Gosling…! No naprawdę. Obejrzę jeszcze raz.