Archiwa tagu: Ryszard Bugajski

ziemia obiecana to nie tu

Układ zamknięty, reż. Ryszard Bugajski, Polska 2013

Trójca. Zarząd Navaru. PrzedTo taki film, do którego przylega klarowny „dystrybucyjny” opis. Od tego zacznę, bo nie ja jedna wyruszyłam na seans, wiedząc, o czym będzie. Oto trzech młodych prężnych przedsiębiorców. Z energią, nadzieją i sukcesem ze strony własnej, z bagażem zawiści, kąśliwych uwag i zazdrości – ze strony tych, którym czyjś sukces trudno strawić. Starzy wpływowi ludzie układu zniszczą ich wizerunek, odbiorą dorobek życia, brutalnie obedrą z godności – wszystko w białych rękawiczkach i w imieniu prawa. Tyle wiedząc, nie zaskakuje mnie układ fabuły. Ale napięcie, wkurzenie (wynikające z treści)  i zainteresowanie (wywołane grą i reżyserską robotą) – nie ulatniają się ani na moment. 

Historia inspirowana życiem, choć pierwowzory poddane zostały fikcyjnym dopełnieniom, przesunięciom. Biznesmeni z Krakowa, którym w 2003 roku postawiono analogiczne zarzuty (defraudacja, niepraktykowany, więc budzący podejrzliwość tzw. zakup menadżerski) stworzyli dobrze prosperujące zakłady mięsne. Natomiast filmowi ludzie sukcesu wykreowali Navar, zakład urządzeń elektronicznych, wspierany przez skandynawskiego partnera. Trzech fajnych facetów, każdy wprowadza do tej historii swój rozsypujący się na naszych oczach świat. Wdzięk, słabości, żony, dzieci, pasje. Dla filmu – oni są tłem. Dwukrotnie – albo mi się zdaje? – reżyser mrugnięciem zestawia ich z bohaterami Ziemi obiecanej – po raz pierwszy: podczas ceremonii otwarcia fabryki, po raz drugi, gdy oglądają jej spustoszenie. Może Marek Stawski mógłby być odpowiednikiem Borowieckiego, a Piotr Maj nowym wcieleniem Maksa Bauma? Moryca zabrakło, widocznie nie tędy wiedzie trop. 

Ciekawie byłoby podążać śladem kobiet, które towarzyszą filmowym mężczyznom, nie tylko tym z Navaru. Dałoby to wgląd w portrety tych, którym odebrano macierzyństwo (Monika), złudzenie niezależności (Dorota), u których wymuszono determinację (Joanna) albo poddano rodzinnej toksynie ojców (Emilia) czy mężów (Maria). 

Ale uwagę zawłaszcza przede wszystkim zło. Pan z prokuratury i pan ze skarbówki. Spiritus movens całej afery. Prokurator Andrzej Kostrzewa (w tej roli Janusz Gajos) i szef Urzędu Skarbowego Mirosław Kamiński (Kazimierz Kaczor). 

Wszyscy, którym kiedyś dopiekło „państwo”, którym jakiś szczwany urzędnik coś rozwalił lub udaremnił, którzy mają w sobie organiczną niechęć do państwowych struktur – ci obejrzą Układ zamknięty z przyspieszonym pulsem, utwierdzając się w swej słuszności. Może przyklaskując Bugajskiemu, że trafia w środek tarczy. Bo też po prawdzie obnaża dwie mocne, silnie irytujące prawdy. Pierwszą, że w Polsce łatwo oskarżyć ludzi sukcesu o przestępstwo. Załóżmy, że nie mówimy o biznesie szemranym, lecz tym, który kieruje się zasadami. Na każdego istnieje hak. Przepisy są tak formułowane, że wymuszają, by je obchodzić, a ich interpretacja jest nieklarowna, więc można czytać je tak lub wspak. Poza tym: oskarżenie biznesu o machlojki gwarantuje społeczny aplauz, bo narodową cechą Polaka jest nie dowierzać, że można się dorobić uczciwie. Druga prawda: skarbówka i prokuratura są nietykalne, mogą aż za dużo i nie ponoszą konsekwencji swych „pomyłek”. 

Janusz Gajos vel Andrzej KostrzewaGajos w roli czarnego charakteru (podobnie Kaczor, mniej kojarzony z takim emploi) to jest mistrzostwo świata. To jest władczość, cynizm, niedopuszczanie myśli, by ktoś śmiał zniekształcić jego plan, to apodyktyczność przy rodzinnym stole i w gabinecie, manipulacja, przebiegłość, zdolność wdeptywania w ziemię, natura myśliwego, który poluje i pożera. Ale istotne jest nie tylko zagranie zła, ale wskazanie na jego początki. Bo wszystko, co gnije, kiedyś było świeże. Andrzej Kostrzewa jest, kim jest (i nie ma mocnych, by to odwrócić!), bo coś go w tym kierunku pchnęło.

Tropy są dwa. Jeden bardzo czytelny, bo powraca po wielokroć w reminiscencjach: to wydarzenia z marca 68`, pierwsza bezkarność, pierwsze poczucie władczości i triumf układu nad uczciwością. Drugi trop rozjaśnił mi się dopiero po lekturze wywiadu z reżyserem (papierowe wydanie „Kina”). Wspomina się w filmie, że Kostrzewa był członkiem grupy rozpracowującej „wampira z Zagłębia”, w głośnym procesie z lat 70. Skazano Marchwickiego, a był to werdykt niesłuszny. Podobno nie tyle pomyłka sądu, co świadome wytypowanie kozła ofiarnego, rzucenie żeru dla spragnionych zemsty (sprawiedliwości?). Kostrzewa – jeśli brał w tym udział i jeśli był tak przenikliwy jak na starość – powinien przeżyć wtajemniczenie w moc kreowania wyroków niezależnie od prawdy i przy społecznej aprobacie. Pierwsze, nieświadome uruchomienie lawiny zła i obserwacja, jak niszczy się człowieka, by udowodnić z góry założoną tezę – oto siły, które stwarzają ludzi pokroju prokuratora Kostrzewy. 

Obraz złego człowieka byłby, oczywiście, niepełny, gdyby odmówić mu odruchów serca. Jest taki moment, kiedy grana przez Gajosa postać jest gotowa wstrzymać plan. Ale strach wstrzymuje ten odruch.

Wojciech Żołądkowicz jako Kamil Słodowski

Podziw dla gry Gajosa i Kaczora to jedno, ale najmocniejsze wrażenie zrobiła na mnie postać żółtodzioba Słodowskiego (Wojciech Żołądkowicz). Gdy stare wygi chcą wykonać brudną robotę, rozglądają się po narybku. W cenie jest młody, bystry, ambitny typ. I teraz strzał: powinien być giętki moralnie, ale to wyjdzie w robocie, więc trzeba się zdać na intuicję. Sytuację mamy symetryczną: redaktor telewizyjny typuje młodego dziennikarza (reportera Roberta) do medialnych komentarzy o zarządzie Navaru. Prokurator Kostrzewa powierza sprawę „ratowania społeczeństwa” przed „bandytami gospodarczymi” młodemu adeptowi sztuki, Słodowskiemu właśnie. 

Obaj stają przed życiową szansą. Mają swój wielki temat, uchylone drzwi kariery, wyzwanie i głask zwierzchnika. To arcyniebezpieczna sytuacja. Usypia czujność, mobilizuje siły do działania – w nie przez siebie wyznaczonym kierunku. Losy młodych toczą się odmiennie. Za dużo zrozumieją, by pozostać takimi, jakimi byli przed próbą. Na szczęście coś tu zależy od człowieka i można się nie ubrudzić. Ale ubrudzenie na widza działa silniej. Fenomenalny ten Żołądkowicz! W zwiastunie można go podpatrzyć, gdy ćwiczy głos przed wypowiedzeniem oskarżenia. Jak chłopiec, który wkuwa lekcję, równie bezmyślnie.

A ziemia obiecana? Znów okazuje się mirażem. Ziemia obiecana to nie tu.