Archiwa tagu: science-fiction

nowy początek

Nowy początek (Arrival) – reż. Denis Villeneuve, USA 2016

Tytuł w sam raz dla mnie. I właśnie tytuł jest kluczem do opowieści Villenueve`a. Polska wersja zwłaszcza. W oryginale – Arrival – po prostu przyjazd, przybycie Obcych na Ziemię. Dwanaście kosmicznych obiektów zawisło nad dwunastoma ziemskimi obszarami. Wybór miejsc nie jest oczywisty (USA, Rosja, Chiny, Sudan etc.). Obcy! Po co przybyli? Czyżby inwazja? Są domniemanym zagrożeniem – bez względu na to, czy okażą się prymitywni czy po stokroć doskonalsi od Ziemian. Nieważne co nam chcą zabrać, na pewno coś. Z mnogości możliwych strategii i postaw – ta jedna pojawia się zawsze. Boję się, więc atakuję. Zanim jednak zabrzmi vox populi, zanim demagodzy chwycą za mikrofon (czytaj jak chcesz: za broń, media, bęben), ktoś pod presją acz spokojnie wypracuje drogę mediacji. Dlatego możliwy jest ciąg dalszy. Dlatego, że frontmenom konfrontacji nałożono cugle.arrival

Tuzin obcych obiektów. Pięknych jak kamień. Doskonale niedostępnych.
„Pukam do drzwi kamienia.
– To ja, wpuść mnie. (…)
– Nie wejdziesz – mówi kamień –
Brak ci zmysłu udziału”.
(Szymborska, Rozmowa z kamieniem)

***

Louise Banks (Amy Adams), utalentowana lingwistka  rozszyfrowuje język przybyszów. Towarzyszy jej fizyk, który ma kosmitów za język pociągnąć i zdobyć kilka technologicznych patentów. W języku tkwi sekret i nadzieja. Jest bronią i darem jednocześnie. W jednej z początkowych scen on podczytuje wstęp do jej językoznawczej książki – o tym, że  początek tkwi w języku (może inicjować spotkanie lub konflikt). Truizm? Louise mówi, że wstępy książek zawsze są pełne banału. Villeneuve ogrywa potencjalny zarzut. Skutecznie. Nie będzie truizmów. Ta historia – z nietypowym dla sci-fi rozłożeniem akcentów – jest przygodą lingwistyczną! Najpierw mozolną rozgrzewką z wyczuwaniem konstrukcji zdań pytających i oznajmiających, z podawaniem imion, ustalaniem czy wypowiedziane znaczy dla odbiorcy to samo, co dla nadawcy. A później dzieją się cuda. Nie tyle w akcji, bo ta jest dość niespieszna, co w sferze estetyki i w percepcji czasu (a każdy manewr z czasem, to działanie o rewolucyjnych skutkach!).

Po pierwsze estetyka: przybysze posługują się pismem sejsmograficznym (!). Z macek wypuszczają czarny dym, który zastyga w formie amplitud zamkniętych w okrąg. Różniących się od siebie jak płatki śniegu – niby takie same, a każdy inny. Dopóki są pojedyncze, Louise je oswaja. Wystarczy do tego otwarcie na drugiego, zdjęcie maski (kombinezonu), uważność. To, co zwykle w komunikacji. Plus dodatek ekstra: talent lingwistyczny i chyba nieświadome wejście w rolę medium. Gdy Louise zacznie śnić w nowym języku, zobaczy swoje życie w innym świetle. Słychać echo Wittgensteina. Poznając język, rozsuwasz granice świata. Język to klucz do zrozumienia tego, co wokół i tego, co w środku.

Po drugie – czas. By coś powiedzieć, słowa muszą wydobyć się z nas w określonym porządku: litera, słowo, zdanie, tekst. Gdy zaczynam pisać, nie wiem, dokąd dobrnę. Percepcja też jest procesem. I tu pulsuje źródło kosmicznej innowacji. Gdy kosmici przekazują komunikat (rozbudowane memento), czynią to synchronicznie. Wystarczą dwie sekundy. Jednocześnie pojawia się wstęp i akord końcowy. Tysiące znaków wyświetlających się naraz, choć w określonej sekwencji. Wykres rozedrganych czarnych ikonek. Oszałamiający! Tłumacz nie da sobie z tym rady dopóty, dopóki ta równoczesność nie przekoduje mu mózgu. Czas przestaje być linearny. Nie jest też w znany nam już sposób cykliczny. Czas po prostu jest: trwa teraźniejszość i – jak zawsze – tylko ją można przeżywać. Ale drgania przeszłości i przyszłości są na wyciągnięcie ręki, na okamgnienie.

Wydawało się podczas seansu, że Louise ma za sobą intensywne doświadczenia szczęścia i bólu, (narodziny i dzieciństwo córki, potem jej śmierć), że wracają do niej w pamięci. Tymczasem ich początek jest dopiero przed nią. To znaczy, że w tym wyimaginowanym świecie Villenueve`a, jeśli skorzysta się z daru synchronii, można nosić w sobie przeszłość i przyszłość. Można nawet przeżywać szczęście, mając świadomość, że jest śmiertelne. Zaczynać z nadzieją, choć bez złudzeń, że uda się uniknąć rozpadu. 

Nie mam patentu na wyjaśnianie tytułu, ale wrócę do zapowiedzi, że uznaję go za znaczący. Nie w tym rzecz, że po „przybyciu” Istot z Kosmosu zmieniło się życie na Ziemi. Nie trzeba by było wówczas dodawać przymiotnika. Tymczasem „nowy” znaczyć może „inny niż sądzisz”, taki pra-, pra-, prapoczątek. Niewykluczone, że wszystko ma swój początek gdzie indziej niż się zdaje.

 ***

Są dwa filmy, które z przekonaniem dedykuję na nadchodzące Święta. Nowy początek jest jednym z nich. Niech będzie, że potwierdzę to życzeniami, do których mnie zainspirował.

∼ DLA TAMARYSZKOWYCH GOŚCI ∼ 

By czas sacrum sprzyjał szczęściu i pozwalał ujrzeć niejedno w innym świetle.
By dało się wierzyć, że nie każda inność jest inwazją.
By odkryć język, którym możemy mówić do siebie pięknie i zrozumiale.

Niech teraźniejszość ma swój czas,
pomimo cieni z przeszłości i obaw o przyszłość.
Może jeszcze…, by dało się zacytować postać z tego filmu:
– Niesamowite! Nie to, że spotkałem kosmitów, lecz że udało mi się spotkać Ciebie –

z pozdrowieniami świątecznymi,

tamaryszek

Reklamy

galaktyka

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy – J.J.Abrams, USA 2015

Co to jednak znaczy być wtajemniczonym! Godziny (lata!) wdrożeń i wyczekiwań. Żółtodziób nie dogoni. Laicki kostur nie pomoże. Trzeba być fanem i uczestnikiem kultu – wtedy się ma legitymację, by wydziwiać bądź rozpływać się w zachwycie. Deklaruję, że jestem nowicjuszem na płytkiej wodzie i tyle powiem, ile mi wolno, ze świadomością, że kino gatunków to nie jest to, o czym pisze mi się najłatwiej.

W kinie kultowe święto. Niebo usiane gwiazdami i wstrząsane konfliktem. Jasna moc kontra jej ciemny pogromca. Żywe legendy i młodociani następcy. Rozpoznawalna scenografia z rekwizytami, które mają swoją historię (jak przysypiający na rumowisku Sokół Millenium czy kultowe miecze). Muzyka – podobno w dużej części napisana przez Williamsa od nowa – przypomina tę, która żyje w obiegu od lat. Z wypowiedzi na forach można się dowiedzieć (wiedzę tę zapośredniczam), że również schemat fabularny nawiązuje do jednego z wcześniejszych epizodów (Nowa nadzieja). No to jesteśmy w domu. Bardziej ci, którzy zasiedlili ten Lucasowski świat już dawno. Ale – naprawdę – jest tak fajnie, że zbłąkana owieczka też czuje się jak w zagrodzie. 

Star Wars. PlakatMinimum o treści. Ciemna moc to Nowy Porządek, wojskowy dryl, odczłowieczenie, żądza inwazji i zemsty. Trzy kluczowe postacie: Snoke (animowany techniką motion capture), Generał Hux i Kylo Ren wystylizowany na Dartha Vadera (sprzed nawrócenia). 

Po stronie jasnej – oczywiście – Republika, poszukująca wycofanego od lat Luke`a Skywalkera. Trwa odzyskiwanie mapy, na której zaznaczony jest wiodący do Luke`a trop. Nowy Porządek chce ją przejąć. Ważną maskotką (lub bohaterem) jest sympatyczny biało-pomarańczowy droid BB-8. Stara gwardia to m.in. księżniczka (generał) Leia, Han Solo i Chewbacca. W zamieszki wplątanych jest dwoje młodocianych: zbieraczka złomu, Rey oraz Finn, wyzwalający się na naszych oczach z roli szturmowca złej mocy.

Science-fiction i przygody. Takie wolty, starcia, pościgi, że dech zapiera. Do tego w bardzo stylowej aranżacji. Mimo przypadku, który obsadzony jest w roli głównej i decyduje o tym, że ulubieńcy są o włos od katastrofy, a jednak włos robi swoje. Mimo industrialnej (?) technologii, która nie zabija ani lęku, ani nadziei, więc nie mrozi emocji. Niebo szturmowane wojennymi maszynami przez kilka chwil staje się niebem z filmu Coppoli. Akcja wciąga. To jest to sakramentalne stwierdzenie, które przesądza, że jest ok.

Scenografia ma swoją dynamikę i trójpodział. Jest kraina wyjściowa, Jakka, czyli obszar pustynny. Obłędnie piękna pustynia Abu Dhabi, na której kręcono zdjęcia (Zjednoczone Emiraty Arabskie) uwodzi pastelową „architekturą”. Kraina zieleni i mórz – to ta, do której docierają Rey, Finn i Han Solo, by poradzić się Maz Kanaty. I wreszcie ta skuta lodem, z zimowym lasem, w którym rozegra się choreografia tańca na miecze. Piasek, zieleń i biel. Piękne.

Co do historii Rey (Daisy Ridley) i Finna (John Boyega), to dużo dodaje do niej humor, z jakim rozgrywa się fabuła Gwiezdnych wojen. Trzeba uwierzyć w magnes bez żadnych uzasadnień. Oboje są z innych bajek: nieco nieporadny, nienadążający Finn i bystra, zwinna, odważna Rey. Sentyment i naiwność są przypudrowane podziwem dla utalentowanej nawigatorki. Zwłaszcza, że dziewczyna jest skromna, wyrosła wśród złomiarzy i sama się dziwi rozkwitającej w niej mocy. W jednej ze scen jest uwięziona, skuta na rozkaz Kylo Rena. Przed chwilą przeszła męczący eksperyment wydobywania z niej tajemnic. Oparła się mrocznej sile i zdecydowała się sprawdzić, czy jej własna sugestia zadziała na pilnującego ją szturmowca. „A teraz rozkujesz mnie, wyjdziesz, zostawisz otwarte drzwi i rzucisz broń”. No ba, szturmowiec ma ochotę jej przyłożyć, ale… Wspominam tę scenę, bo wyczytałam (czyżby? naprawdę?!), że tego zamaskowanego strażnika Porządku gra Daniel Craig. Jeśli tak, to zabawne.

Moją ulubioną bohaterką jest Maz Kanata. Czuję niedosyt pobytu w jej pubie. Postać o fantastycznej powierzchowności, o intrygująco wybałuszonych (a przy tym chyba jednak zmrużonych) ślepiach, która widzi coś, co innym w oczy się nie rzuca. Druga rzecz to atmosfera pubu. Kręcą się tam dziwolągi, do których strach się przysiąść. Nie wiesz, czy dostaniesz cios, czy może ktoś zechce się z tobą zaprzyjaźnić.

Moje trzy grosze: Kylo Ren nie powinien zdejmować maski, bo jego fizjonomia jest zgrzytem, bliżej nieuzasadnionym, ale jednak. To kluczowa postać, więc budzi dyskomfort wszelkie niedopasowanie. Co prawda urobiony przez nienawiść, wypierający się swych korzeni Kylo ma ponoć w sobie resztki światła i garść wątpliwości rozrzedzających czerń. Niewyrazistość jest więc być może celowa. Niemniej jednak. Ciekawe czy głos Marcina Dorocińskiego, tworzącego tę postać w dubbingu, brzmi lepiej. Tego się nie dowiem, bowiem z trzech dostępnych wersji wybrałam tę najbardziej optymalną: 2D z napisami.

Han Solo (Harrison Ford) „daje radę”. Niedowiarki uwierzą. Albo i nie, bo sądząc po gorących komentarzach popremierowych, społeczność żarzy się namiętną niezgodą i zachwytem. Nie ma takiej opcji, by J.J. Abrams mógł zadowolić wszystkich. Przynajmniej nie w jednym epizodzie. A że będą następne, to możliwe, że zadowoli tych kręcących nosem przy Przebudzeniu mocy, a narazi się tym, którzy klaszczą dziś.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…
Google – gdy wpisze się te słowa – wyświetla wyszukiwania, stylizując je na czołówkę filmu. W realnym świecie coraz więcej tropów prowadzi do świata Gwiezdnych wojen. Nie wiem, czy to reklamowe apogeum, czy początek maratonu bez końca. Przypominam sobie rozmowę Masona z Tatą (Boyhood), gdy obaj zgodnie utwierdzali się w przekonaniu, że Epizod VI to ostatni z serii. Co powiedzieliby na to dziś? Czekaliby na kolejne odcinki, które będą ponoć kręcone w nieskończoność…? Jeśli wojna trwa, to jak tu nie stanąć po jasnej stronie mocy?!

blade runner

Łowca androidów (Blade Runner), reż. Ridley Scott, USA 1982
Philip K. Dick, Blade Runner (Do Androids Dream of Electric Sheep?), Prószyński i S-ka, tłumaczył Sławomir Kędzierski – rok powstania: 1968

Gdy wokół newsy o Ultronach, nowych Spidermanach, remakach i sequelach hitów kina akcji czy sag science-fiction, czas sięgnąć po nieodkrytą klasykę. Nie wiem, jak to się dzieje – a niestety notorycznie – że umykają mi kinowe przeboje. Co bywa rozczarowujące dla tych, którzy się spodziewają, że widziałam wszystko. ;) Wyszło na jaw, że nie znam Łowcy androidów. Zaopiekowano się tą dysfunkcją i niebawem otrzymałam do czasowej dyspozycji film i książkę – z bardzo przydatną instrukcją, by najpierw zobaczyć, potem przeczytać. Luka wypełniona, a wpis jest dedykowany, z wdzięcznością.

Pierwsza sprawa: i książka, i film są szalenie klimatyczne. Film zdecydowanie w tonacji noir, przyszłość w stylu retro, Yukon 2019. Postapokaliptyczna Ziemia, skąd wielu emigrowało  i osiadło na okolicznych planetach. Wspierają ich tam androidy, które po rebelii mają zakaz powrotu na planetę-matkę. Reklamy (wszechobecne i audio-wizualne) zachęcają do przemyślenia wyboru: „Emigruj lub się degeneruj!”. Tubylcy żyją w radioaktywnym pyle, wśród deszczu, po którym pełno kałuż, a światło nie rozjaśnia przestrzeni przedmieść czy (tym bardziej) wnętrz przepastnych mieszkań. Ogromne wieżowce bywają zamieszkane przez jednego człowieka i nie jest to miarą posiadania, lecz pustki. Filmowcy nadali światu azjatycki charakter. Wrażenie surrealistyczne, bo Azjaci nie docierają na plan pierwszy, natomiast wizualnie i fonicznie wypełniają każdą szczelinę planu drugiego. Pustka i przeludnienie zarazem – czytaj: samotność. Blade Runner

Klimat filmu ma swoich dyktatorów – scenografię i muzykę Vangelisa. Nie wyobrażam sobie jak bardzo inny byłby Blade Runner przy zmienionych dźwiękach. Elektroniczna nostalgia, z porcją patetycznego smutku. Patos, wiadomo, źle się kojarzy, ale tutaj jest w sam raz. By wybrzmiały pewne kwestie i by było żal tego, czego nie można już zmienić.

Nastroje w powieści Dicka nie atakują tak bezpośrednio. Można je nawet nastawiać programatorem lub wysubtelniać skrzynką empatyczną. Mimo to oscylują wokół dekadencji. Główna postać, łowca Deckard, racjonalny i nie nazbyt hamletyczny, coraz czarniej odbiera rzeczywistość. Narasta w nim obsesyjna tęsknota za istotami autentycznymi, za niereplikowanymi zwierzętami. Tym bardziej, im mniej ostre wydają mu się rozróżnienia między ludźmi i androidami. 

Ale istotę rzeczy najtrafniej oddają słowa Johna Isidora (w filmie będącego J.F.Sebastianem), gdy opisuje dziewczynie jedną z zasad rządzących światem („chłam wypiera niechłam”).  –  „Pokoje, w których nikt nie mieszka – setki pokojów i każdy z nich pełen jest rodzinnych fotografii, ubrań i rzeczy, które kiedyś należały do jakichś ludzi. Ci, którzy umarli, nie mogli nic wziąć, ci, którzy emigrowali, nie chcieli. Ten budynek, poza moim mieszkaniem, jest całkowicie schłamiony. (…) Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych, papierowych zapałkach albo opakowanie po wczorajszej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam sam się rozmnaża. Na przykład jeżeli pójdzie pani spać, pozostawiając takie rzeczy w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle”. (…)

Postapokalipsa ma – jak sądzę – forpoczty w czasach, które ją poprzedzają. Bo nadmiar, przyrost, nadprodukcja i ekspansja to etykiety dobrze opisujące to, co wokół nas.

Druga sprawa to spora rozbieżność między powieścią a filmem. Duże zmiany w fabule, jeszcze większe w istocie konfrontacji ludzi z androidami. Historię tych zmian a także kilku różnych zakończeń oraz chyba wszystko, co naprawdę powinien wiedzieć miłośnik Blade Runnera znaleźć można w artykule Michała Chacińskiego i Konrada Wągrowskiego sprzed ponad 7 lat. Powstał w ćwierćwiecze premiery filmu i śmierci Philipa K. Dicka. TU

Punkt wyjścia. Policja wytropiła przybyłe na Ziemię androidy, przekazuje więc zlecenie łowcy, który ma je czym prędzej „zlikwidować”. W filmie jest ich czworo, w książce więcej. Nie używa się słowa „zabić”, bo przecież one nie żyją. Przeprowadzenie testu Voigta-Kampffa, badającego poziom empatii, daje łowcy glejt, by działać bez pardonu. – Czy zdarzały się rozpoznawcze pomyłki? – pyta Rachel, dobrze wiedząc, że tak, bo zakłócenia emocjonalności mają też ludzie leczący się psychiatrycznie. Rick Deckard zna skalę niebezpieczeństwa i rację wyższą. Androidy (zwane kolokwialnie andkami lub neutralnie replikantami) są zagrożeniem. Najnowsza technologia – Nexus 6 – wyposażyła je w moc fizyczną i intelektualną wyższą niż ludzka. Rzeczywiście, kilka scen rewanżu wystarczy, by zorientować się, że działają brutalnie. Czego replikantom brak? Ano uczuć, wspomnień i empatii. Bywa, że oni sami wierzą, że są ludźmi, a to tylko implanty cudzej pamięci dają im wrażenia jakby mieli za sobą przeszłość. Replikanci „umierają” po czterech latach. Podobno właśnie tyle trzeba, by otworzyły się na emocje. Gdyby więc proces humanizacji poszedł dalej niż sądzono, to czas będzie je po prostu „wyłączał”. 

Najciekawsze jest właśnie to skonfrontowanie człowieka z replikantem, służące przedefiniowaniu człowieczeństwa. W filmie Ridleya Scotta androidy są ludzkie, budzą współczucie a nawet chciałoby się im życzyć niezależności i akceptacji. Marzą o tym, o czym marzą ludzie: by okiełznać upływ czasu i zyskać wieczność. Gdy Roy Batty dotrze do konstruktora, staje przed nim jak Syn marnotrawny przed Bogiem („Ojcze, chcę dłużej żyć!”). Towarzyszący mu J.F. Sebastian przeżywa ten sam strach, będąc człowiekiem – choruje na przyspieszone starzenie organizmu. Czas jest bezlitosny dla wszystkich, którzy cenią życie. 

Jedną z niesamowitych scen jest ta rozgrywająca się w pokoju z zabawkami, gdy wpada do niego Deckard. Jest w pułapce dźwięków i ruchów różnych mechanicznych istot, wśród których ukryła się Pris. Replikantka wśród sztucznych mechanizmów zyskuje na żywotności. Tylko się przyczaiła. A gdy zerwie się do walki, będzie drapieżna. Umierając w konwulsjach – jednak ludzka. Podobnie jak Roy Batty, który wygasając, przełamuje androidalny egoizm i ratuje swego kata. Mówi przy tym słowa, które wrzucają do filmu dawkę zagęszczonego wzruszenia. Krój może hollywoodzki, ale nie sposób nie widzieć w śmierci Roya całego unicestwionego wszechświata „Widziałem rzeczy, w  które wy, ludzie, byście nie uwierzyli. Statki bojowe w ogniu w pobliżu Oriona. Refleksy światła skrzące w mroku koło Tannhäusen Gate. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu...”. Replikanci tak bardzo są ludzcy, że możliwy jest romans i zwątpienie we własną tożsamość. Origami podrzucane od jakiegoś czasu Deckardowi sugeruje, że sny o jednorożcu nie są jego wyłączną własnością. Czyżby więc i on miał przed sobą krótki czas przydatności? 

Blade Runner. KsiążkaInaczej rozstrzygnął to Philip K. Dick, u którego konfrontacja z androidami uwypukla ich obcość. Choćby nie wiem co, technologia to nie wszystko. Roy Batty (świetnie wykreowany w filmie przez białowłosego Rutgera Hauera, przyćmiewającego Harrisona Forda!) jest w powieści niechlujny i emocjonalnie tępy. Pris wyrywa nogi pająkowi, a Rachel zabija z zemsty kozę. Człowieczeństwo definiuje się jako zaprzeczenie replikanckiej nieczułości. Być człowiekiem to tęsknić do współodczuwania, to altruizm, opiekuńczość i coś, czego nie ogarnie najdoskonalsza inteligencja – międzyludzka solidarność. 

Oczywiście, te cechy nie są człowiekowi dane bez możliwości ich utraty. Dlatego pytanie o to, kim jestem pozostaje aktualne. Bo w świecie, w którym o nasze dusze walczą Przyjazny Buster (personifikacja popkultury) i mniej efektowny a nawet uznany za fikcję Wilbur Mercer (kwintesencja religii) wynik boju jest nieprzewidywalny. Jeśli dobrze rozumiem, Dick zostawia mnie w poczuciu ogołocenia. Media są trywialne. Religia ma wagę pozoru, choć i tak potężną siłę, ze względu na popyt raczej niż na wartość oferty. Depresja żony Ricka wciąż się czai w pobliżu, a Rick nie ma szans na żywe zwierzę, więc reanimuje elektryczną owcę. Pomijam tu uwagi o fabularnych pomysłach Dicka, które zaskakują po obejrzeniu filmu (podwójna policja, replikantka-artystka, ekspiacja Deckarda). Oczywista sprawa, że nastrojowa opowieść filmowa, zmajstrowana według reguł sztuki, nie daje szans niuansom. Więc punkt dla książki, choć żaden to zarzut dla filmu. Zwłaszcza, że rozpowszechniana wersja jest oczyszczona z banalnych rozwiązań oglądanych w kinie Anno Domini 1982.

Blade Runner, którego oryginalny tytuł brzmi: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, to taka książka, którą odkładasz, by pogłaskać kota, przytulić się do psa lub choćby nakarmić rybki. Co tam: nawet biedronki pożałujesz i dasz jej szansę na drugie życie za oknem.

androidka

(cd poprzedniej notki) [Dziś – terra incognita, gatunki, z którymi mi nie po drodze, choć to jeszcze nie przesądza o wrażeniach z seansu. Kino akcji i science fiction – akcję śledziłam nieporuszona emocjonalnie, sf mnie wciągnęło (lecz nie będę udawać, że dorównuję androidom lub że je ogarniam). To preludium zapowiada, że opowiem o tych filmach z perspektywy widza-gapy.]

Ex MachinaEx Machina, reż. Alex Garland, USA 2015

Za górami, za lasami, w czasie nieokreślonej przyszłości, ale może już jutro, rozgrywa się spektakularna przygoda. Młody programista Caleb wygrywa konkurs, a tym samym zaproszenie do pracowni naukowca prowadzącego badania nad sztuczną inteligencją. Nie wie w jakiej roli. Domysły rozminą się z rzeczywistością. To, co zastanie, przejdzie jego oczekiwania. Czy warto było? – tego nie wie nikt. 

Zaczyna się od raju, który ludzie próbują podrasować. By dotrzeć do centrum eksperymentu, trzeba dolecieć wynajętym samolotem. Caleb podpytuje pilota, rozglądając się po bajecznym krajobrazie: – Kiedy dolecimy do posiadłości prezesa Nathana Garricka? – Ależ lecimy nad nią od ponad dwóch godzin – odpowie z pobłażaniem pilot. To moja ulubiona kwestia, choć o niczym nieprzesądzająca. Facet ma działkę jak kontynent. Eden: zielone wzgórza, rzeka, góry i łąki, przestrzeń i bezmiar. Co tu poprawiać? Wszystko jest już nieskończenie doskonałe. A jednak: człowiek – istota eksperymentująca. Samolot ląduje w miejscu odległym od posiadłości, dalej trzeba wędrować o własnych siłach. Dotrzeć do niepozornego muru, za którym kryje się najnowocześniejsza technologia. Inteligentny dom, w którym wszystko jest zautomatyzowane, na kartę dostępu. Ktoś może powiedzieć, że tu dopiero zaczyna się raj. Ale składam veto: tu raj się kończy, tu wszystko ma podszewkę jakiegoś potencjalnego krachu, mega awarii czy innej kolizji sił. 

Dwóch facetów i androidka Pierwszy, czyli prezes – popija w samotności. I w ogóle kilka jego posunięć i kwestii sugeruje, że to może być „bad guy”. Inteligentny i kreatywny, kumpelski i życzliwy, ale sprytem podszyty i obrośnięty. Stworzył sztuczną inteligencję. Sprowadził Caleba, by przeprowadził na niej test (test Turinga nie wystarczy). Podejrzewam go o najgorsze. Nawet o to, że sam jest androidem. Nakręcam się zupełnie niepotrzebnie, zmotywowana raczej wyobraźnią niż przesłankami. 

Drugi facet to Caleb. Jego perspektywa jest tą główną, którą śledzimy. Czyli: gość więcej się domyśla niż wie. To nim się tutaj pogrywa (tak, tak – obie strony chcą trzymać stery: twórca androidów i one same). Powinien wierzyć Nathanowi, który analizuje jego relację z Avą, czy raczej Avie, która zasiewa w nim nieufność do Nathana?

Androidka (a nawet androidki) jest w centrum. Ma dziewczęcą twarz i ciało transparentne, odsłaniające metalową konstrukcję. Abażurowa uroda. Podoba mi się. Nie znam się na androidach, więc to, że mogą sobie zakładać imitację ludzkiej skóry i wyglądać człowieczo bardzo mnie intryguje. I może nawet słusznie. Bo ostatnia scena filmu odsłoni, że w tym właśnie szkopuł: androidy niedostrzegalnie wtapiają się w świat śmiertelników. Jak je rozróżnić?

Caleb zajmuje się najpierw właśnie tym, czy sztuczna inteligencja jest wystarczająco dobra. O nie, pytanie czy android czuje to niższy poziom pytań. Wyższy bada, czy android umie udawać uczucie i manipulować uczuciami człowieka. Na mój rozum chodzi właśnie o to. Film przygląda się ludzkiej fascynacji inteligentną technologią. Osłabionej czujności motywowanej zauroczeniem i ufnością. Dlatego Ex Machina zazębia się z ubiegłoroczną historią Theodore`a, zakochanego w systemie operacyjnym o głosie Scarlett Johansson (Ona). Tam głos, tu wdzięk, sylwetka, cudne oczy… i osobowość. W filmach s-f roboty mają ciekawszą osobowość niż ludzie. Czy to znaczy, że tęsknota za androidami (i innymi technologicznymi bytami) może okazać się zaraźliwa, ekspiacyjno-kompensacyjna? Ano może.

***

Morał – po obejrzeniu Gunmana i Ex Machiny – jest taki: laik widzi inaczej. Laik to ja. Jasne, że wiem, co to kino akcji i co to science fiction. Mogę wyliczyć cechy rozpoznawcze i nie oczekuję naiwnie, że film gatunkowy zaspokoi potrzeby z innej półki. Akcja daje akcję, s-f technologię i przyszłość. A jednak mój odbiór jest jakiś zawiany.  Najciekawsze wydaje mi się to, co dla twórców było chyba nieistotne. 

Gunman: Najlepiej pamiętam dziecko, którego w filmie w ogóle nie ma. Gdy Jim Terier (Sean Penn) odnalazł po ośmiu latach swą ukochaną, ona wraz z Feliksem finalizowała proces adopcyjny. Ten ruch miał (w rozumieniu scenarzystów) stworzyć przeszkodę w odzyskaniu Anie, miał urzeczywistnić związek, który Terier zamierzał rozbić. Od tego momentu czekam, co się stanie z dzieckiem, któremu coś obiecano. Wiem, że po pięciu minutach sprawa się dezaktualizuje, bo Felix ginie, więc i dziecko nie jest już nikomu potrzebne. Zresztą bohaterowie ciągle są pod ostrzałem. Ale gdy w ostatniej scenie widzę Anie opiekującą się dzieciakami w Kongo, to myślę sobie: ale lipa! A gdzie tamto dziecko? Jakie dziecko? Normalny widz nie pyta o coś, czego nie było. Ex Machina: Po co komuś tyle zielonej przestrzeni, skoro cały czas siedzi w domu? Rozumiem, że górskie doliny i szczyty, pasma zieleni, błękitu i jasności służą odizolowaniu siedziby naukowca od świata cywilizacji. Gdy docieramy do domu, liczy się tylko zdalne sterowanie, światełka i ekrany. Śmieszny jest ten płot, który odgradza dwie rzeczywistości. Ok, naukowcy i androidy to niekoniecznie typy górołazów. Ale ja sobie myślałam o tym, ile tam za płotem marnuje się przestrzeni. Że ona sobie jest, jak nieprzydatna, zbędna scenografia, która miała zagrać, ale wybrano coś łatwiejszego do ujęcia. Miłośnik filmów s-f powie, że dzielę włos na czworo i skupiam się na tym, co zbędne.

Bo mam na nosie inne okulary, inne filtry. To działa również w innych kierunkach. To znaczy: zawsze najlepiej rozpoznajemy konwencje, które mamy już we krwi. Jak mówił inżynier Mamoń: podobają nam się piosenki, które już znamy. Filmy podobne do obejrzanych. W ogóle: to, do czego mamy klucz lub odpowiednie okulary.

zawsze właściwych okularów – życzę – żeby widzieć wyraźnie lub mgliście (zależy) żeby widzieć to, co bliskie lub to, co w oddali (zależy) żeby dowolnie dobierać oprawki (też zależy) i w ogóle: by patrzeć na Tu i Teraz, nie zapominając o ewentualnej „podszewce”. Pozdrawiam świątecznie :)

 

interstellar, es fi

nterstellar, reż. Christopher Nolan, USA & Wielka Brytania 2014

InterstellarTo jest film es-fi. Trzeba zacząć od założenia, że będzie ślepy prawił o kolorach. Nie zreferuję przecież zawiłości astrofizycznych, które bohaterom filmu wydają się jasne jak słońce, a  mnie niekoniecznie. Nie jest to jednak wystarczający powód, by milczeć. Skoro widziałam.

Rok futurystyczny, nieokreślony. Ziemia w nie najlepszej kondycji. Wtajemniczeni znają diagnozę – nadchodzi zmierzch. Ludzkość nie przetrwa, bo to, co dziś dolegliwe, za moment stanie się zabójcze. Tu nie ma życia dla naszego gatunku. Ocaleniem jest eksploracja kosmosu i znalezienie w nim lepszej czasoprzestrzeni. Elitarna grupa naukowców uruchomiła projekt podróży międzyplanetarnej. Poszukuje śmiałków, pionierów wielkiej przeprowadzki. Od nich zależą losy ludzkości (idea), ale też – w skali mikro – przyszłość tych, których kochają, z którymi dzielą zagrożoną teraźniejszość (konkret). Między ideą a konkretem rozegra się mecz. Wcześniej czy później muszą się przecież zetrzeć priorytety i motywacje. 

Jedni trafiają na pokład, bo chcą zdobyć sławę (Dr Mann), inni wierzą w sens poświęceń podjętych dla potomków (panna Brand), a główny bohater, Cooper (Matthew McConaughey) ryzykuje, bo chce ratować dzieci, nastoletniego syna i dziesięcioletnią Murph.

Akcja toczy się równolegle: na Ziemi, gdzie żyje się coraz trudniej i wciąż czeka na powrót śmiałków z misji, i w kosmosie, na planetach, w przestrzeni między nimi, a nawet w czarnej dziurze.

Ziemia to przede wszystkim dom Coopera – stojący na obrzeżach wśród kukurydzianych pól. Nieustannie uderzany podmuchami wiatru, gęstymi od piachu, który w kilka chwil przykrywa wszystko nalotem. Powietrze ciężkie, zwiastujące choroby, niedogrzane słońcem.
Kosmos to pejzaże niemal monochromatyczne. Niemal, bo biel komponuje się z szarością czy srebrem, trochę z czernią. Przestrzeń do zachłyśnięcia, po horyzont (jeśli to określenie ma w kosmosie rację bytu) wypełniona wodą, piętrzącą się raz po raz w monumentalne fale, albo górami przykrytymi śniegiem. Piękna, choć niebezpiecznie nierozpoznana i … bezlitośnie podcinająca mrzonki fantastów. 

Gdyby porównać z Grawitacją (3D), efekt jest mniej spektakularny, nieco staroświecki nawet. Zamiast huśtawki w przestworzach, która bujała Clooneyem i Bullock do zawrotów głowy i dreszczy, mamy tu robota (ośmiornicę), który nastraja się na dowolny stopień poczucia humoru,  łóżka hibernacyjne i monitory zapewne sprawnych urządzeń. Bardzo dobrze. Najwyraźniej Chrisopher Nolan z założenia nie ściga się z Alfonso Cuarónem.

Sceneria, w której rozgrywa się film, jest tym, co akceptuję bezsprzecznie. W wariancie ziemskim i kosmicznym. Zapada w pamięć, zostaje pod powiekami. I gdy po udanym seansie próbuję nazwać silne punkty Interstellara, przychodzi na myśl jako pierwsza. Zaraz po niej stawiam na przyjemność oglądania aktorów. Tu, niepokojąco szybko, lista walorów się załamuje, bo aktorzy nie bardzo mają co grać. Nie wiem, jak to ująć… Film sprawił mi przyjemność, nie doskwierał mi żaden brak w trakcie seansu, emocje były poruszone, polecam. A jednak uważam, że scenariusz jest z drugiej ligi. Już wyjaśniam (spojleruję).

Po pierwsze: klisze i oparcie akcji na jednym tricku. Klisze narzuca gatunek, muszą być. Skoro podróż kosmiczna, to naukowy sztafaż, idea ratowania ludzkości, wizje kosmicznego świata. Dorzucamy: samotność, tęsknotę, rywalizację, rozczarowania i pułapkę. Trick budujący przygodę wiąże się z rozbieżnością rytmu czasu. Są w kosmosie takie rewiry, które zakłócają ziemskie pomiary. Godzina staje się dekadą. Lata – jedną chwilką. Pozostawieni na Ziemi bliscy starzeją się i umierają, uczestnicy wyprawy doświadczają minimalnych przesunięć, są wciąż w tym samym przedziale, z którego wystartowali. To jest szalenie poruszające, ale jeśli sprowadzić cały koncept do ilustracji bólu mijania się w czasie, to trochę mało.

Mała Murph i Cooper

Po drugie. Nolan wybrał aktorów, którzy unieśliby niejedno, a pozostają jednowymiarowi. Matthew McConaughey w kilkuminutowym występie w Wilku z Wall Street zagrał jak orkiestra, w filmie Witaj w Klubie był dyrygentem niemal każdej sceny. W Iterstellarze jest amerykańskim ojcem, tubą wartości rodzinnych i … na szczęście: sympatycznym facetem, którego miło oglądać. 

Jessica Chastain, grająca dorosłą córkę Coopera, kochającą go, lecz zranioną opuszczeniem, ma potencjalnie ciekawą rolę. Ale brakuje scen, w których ta złożoność mogłaby wybrzmieć. Murph mówi do maszyny przesyłającej nagranie w kosmos, nie wie, czy jej słowa docierają do ojca. Jest w tym nieuwolniona potencja. Rozkręca się w scenach, gdy zawierza przeczuciom, wraca do swego pokoju w rodzinnym domu i słucha intuicji. Niedużo. Ale i tak o niebo więcej niż to, co ma do zagrania Anne Hathaway. Jest jedną z uczestniczek wyprawy, więc ma za sobą coś, co ją do tego pchnęło, w co wierzy i z utratą czego musi się pogodzić. W ogóle do mnie nie dociera. Może nałożyły się na siebie dwa czynniki: umiejętności aktorskie i materiał scenariuszowy. Drugi czynnik zadziałał na pewno. Rola Matta Damona to klasyczny czarny charakter, bez przełamań. Michael Caine gra rozważnego naukowca, któremu dana jest podszewka charakteru, ale to postać drugiego planu i nie nadrobi braku wymiarów na planie pierwszym.

Po trzecie: zakończenie. Tu mogę się mylić, bo moja znajomość filmów science-fiction jest niewielka. Domyślam się, że zamknięty finał nie jest rzadkością. Interstellar wybrzmiewa „po amerykańsku”, doprowadza wątki do rozwiązań, epilogiem dopisuje pomyślny koniec. Ok, ale gdybym nie wiedziała, że Christopher Nolan nakręcił wcześniej Memento, to uznałabym to za przypadkową zbieżność nazwisk.

Interstellar. Jessica Chastain

Gdybym miała wybrać jedną jedyną scenę, którą zapamiętam na pewno i dla której warto obejrzeć film Christophera Nolana, byłaby to scena w „zakrzywionej czasoprzestrzeni”. Pozornie sprawa jest przegrana. Cooper daje pierwszeństwo pannie Brand, sobie zostawiając ryzykowną wyprawę w czarną dziurę. Nie potrafię wyjaśnić „co i jak”, wiem tylko, że udaje mu się odnaleźć taki „punkt”, w którym idą w parze symultanizm i synchronia. Różne miejsca i chwile z różnych porządków czasowych zbiegają się, jakby wszystko działo się równocześnie i wszędzie. Wybraną przestrzenią okazuje się pokój z biblioteką, w którym dorastała Murph. Murph dziesięcioletnia i trzydziestoletnia zarazem. Cooper, który dopiero co pożegnał się z córką, i Cooper, który szepcze w kosmiczną przestrzeń zaklęcie: „Powstrzymaj go, Murph. Nie pozwól mu odejść”. Widzi siebie sprzed miesięcy lub sprzed lat (zależy którą miarą mierzyć) i wysyła sygnał do córki. I scena ta łączy i dopełnia wszystkie niedomówienia i antycypacje z prologu filmu. A jednocześnie umożliwia zwrot akcji i buduje koniec. Słowem: scena kulminacyjna. 

Jeśli rzucić na szalę to, co spodobało mi się bardzo i to, co budzi rezerwę, dzięki powyższej scenie przeważy szala pozytywna. Cóż, zapędziłam się w odsłonie treści, czego zazwyczaj się wystrzegam. Czy jednak ktoś, kto filmu nie widział, zrozumie coś z tej irracjonalnej odsłony? Nie sądzę. A jeśli komuś wydawałoby się inaczej, tym bardziej warto sprawdzić i sprostować omyłkę.

***

aneks
Interstellar zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepsza scenografia, najlepsza muzyka oryginalna, najlepszy dźwięk i najlepszy montaż dźwięku) i zwyciężył w kategorii efekty specjalne.