Archiwa tagu: Sean Penn

glina, gangster, marzyciel

1993 – Życie Carlita (Carlito`s Way) – reż. Brian De Palma, USA
1983 – Człowiek z blizną (Scarface) – reż. Brian De Palma, USA
1973 – Serpico – reż. Sidney Lumet, USA

Serpico. PlakatCzłowiek z blizną. Plakat Życie Carlita. plakat

Ok, dłużej nie zwlekam. Korci mnie, by zacząć od długiego wstępu o tym, czego nie napiszę. Raz, kontekst innych filmów, w których grał Pacino, a które silnie korespondują z gangsterskimi kreacjami Tony`ego Montany czy Carlito Brigante`a. W domyśle: trylogia Ojciec chrzestny Coppoli. Dwa (tego co prawda nie pominę, ale nie naświetlę szczegółowo), fabularne wiraże, związki między scenami, interpretacje wymagające wejścia w głąb. Trzy, te wszystkie drobiażdżki, które mi umkną, bo nie będzie ich do czego przypiąć. Ano np. że Serpico czyta Moje życie Isadory Duncan i interesuje się baletem albo że najważniejsza scena miłosna Życia Carlita ma w tle piosenkę She is so beautiful (Joe Cocker) albo że rzeźbę zdobiącą ogromny hol w rezydencji Montany otacza napis: The World is Yours (i że akurat wtedy, gdy ujmuje ją kamera, wcale tak nie jest).

Trylogia nieformalna: Serpico, Scarface i Carlito`s Way. W pierwszym filmie Al Pacino ma 33 lata, w kolejnych o dziesięć, dwadzieścia więcej. To wciąż są kreacje, w których postać, w którą się wciela, stoi u progu. Ma energię, wdzięk, charyzmę i determinację. Wie, czego chce i by cel osiągnąć, zrobi wszystko, co może. Jeśli poniesie porażkę – a niestety, poniesie po trzykroć – to dlatego, że świat gra nie fair, a on, nawet jeśli pozory mówią co innego, trzyma się zasad. Tytuły są dość banalne i wskazują na jedno: główna postać jest w centrum uwagi, film jest jej portretem. 

SERPICO

Serpico. Al Pacino5Frank Serpico (dla przyjaciół Paco) to nowojorski gliniarz o włoskich korzeniach. Pierwsza scena przynależy do ostatnich kadrów opowieści: Serpico walczy o życie, doigrał się. Parasol ochronny, który będziemy gotowi rozpostrzec nad nonkonformistycznym policjantem, od samego początku ma w sobie dziury, którymi przeszedł strzał. Za chwilę wejdziemy w retrospektywną opowieść. Nominacja na gliniarza, przysięga na uczciwość i rzetelność. A potem pięć lat pracy we wszystkich chyba dzielnicach Nowego Jorku. Gdzie by się Serpico nie pojawił – Bronx, Manhattan, Brooklyn – tam czeka go ostracyzm i samotność. „Nie można mu ufać”, bo konsekwentnie odmawia udziału w korupcji, w którą umaczani są niemal wszyscy. Taki klimat. Góra przyzwala, dół działa według ustalonych mechanizmów. Zainteresowani uśpioną czujnością władz płacą haracz. Serpico nie chce układów z przestępcami, chce natomiast być dobrym detektywem i zdobyć kiedyś złotą gwiazdę. Mniej więcej w połowie filmu jest scena-strzelba (padają w niej słowa, które antycypują akcję). Jeden z kumpli ostrzega Franka, że się doigra. A przecież tak niewiele trzeba, by przegrać. „Nikt nie musi do ciebie strzelać. Wystarczy, że ci nie pomogą w tarapatach. Ktoś będzie ci groził bronią, a oni odwrócą się w drugą stronę”.

Jeśli miałabym wybrać najlepszy z tych trzech filmów, to jednak Człowiek z blizną. Ale do Serpico mam ogromny sentyment. Al Pacino ma tu diablo trudne zadanie: stoi po stronie wartości, etosu pracy, misji. Natomiast przeciwko braterstwu rozumianemu jako sztama, trzymanie ze swoimi, bycie jednym z nich. Nawet jeśli zgodność idei z charakterem daje Serpico wiarygodność, pozostaje jeszcze nadanie postaci wielowymiarowości. A stara prawda mówi: dobrego zagrać trudniej. 

Jak to robi Serpico-Pacino? – ile tu scenarzysty a ile aktora – nie wnikam. Na pewno pomaga mu image. Frank nie chce być mundurowym, by nie wyodrębniać się z tłumu. I choć go strofują, to w końcu dostaje glejt na pracę w cywilu. Świetnie to wykorzystuje – jest w tym i kreacyjność (przebranie chasyda), i wyczucie trendów, i szukanie własnego stylu. Najmocniej utrwala się wizerunek hipisowski, który samotności z wykluczenia nadaje rys samotności wynikającej z osobowości i siły. 

Inny chwyt to spokój i wyczucie sytuacji. Serpico nie jest naiwny (choć można się upierać, że idealizm zawsze naiwnością podszyty). Zdaje sobie sprawę z zagrożenia. Wie, że nie ochroni go nikt z tych, u których szuka pomocy i że zostanie sam. My też to wiemy. Ale ponieważ wiemy również, że Serpico wie, to nie widzimy w nim kolesia nadgorliwca, lecz postać tragiczną. I tym sposobem białe jest przełamane. Bezkompromisowość trąci niepoczytalnością (w najlepszym gatunku). Zwłaszcza, że i melancholia spojrzenia Ala Pacino (magia!) jest raz po raz przerywana szałem.  A taka łyżka dziegciu każdą słodycz zmąci.

Serpico. Al Pacino2

Ulubione sceny:
1) Miejsce pierwsze to jednak wściekły Serpico. Przyłapany i aresztowany przez niego łajdak ma dobre układy z całym policyjnym wydziałem. Kawkę popija, drwi, że Serpico wygląda jak ćpun, widać, że ma w kieszeni tych, którym zapłacił. Serpico na oczach sporej grupy policjantów każe mu podejść i opróżnić kieszenie. Najspokojniej. Ale na zlekceważenie prośby odpowiada bezpardonowo. Dostanie się draniowi aż miło. Koledzy patrzą sparaliżowani, Serpico rzuca faceta to o ścianę, to o podłogę. W okamgnieniu przestaje być taki odprasowany i trafia za kraty. A Serpico dalej rozwala krzesła i co popadnie. Im bardziej to zachowanie różni się od ususu, tym bardziej je akceptuję. Mogą sobie mówić „karzeł Pacino”, a on i tak jest wielki. [circe 1h18`]

2) Równy gość na dyskotece. Frank spotyka się z tancerką i poznaje jej towarzystwo. Komu go przedstawi, ten szybko ma ochotę się ulotnić. Nic dziwnego, bo Leslie nie wyczuwa niezręczności, i dodaje, że „Paco jest gliniarzem”. Serpico natomiast genialnie rozgrywa sytuację na swoją korzyść. Wygląda to mniej więcej tak, że „Larry jest poetą. Pracuje też dla agencji reklamowej”, „Sally jest aktorką. Pracuje u fotografa”, a „Pat jest pisarką [zatrudnioną w firmie ubezpieczeniowej]”. Serpico, który zawsze chciał być gliniarzem, kwituje żartem to, że każdy chce być kimś innym niż jest. Rozmawia naturalnie i z empatią, bawi się na całego, więc lgną do niego, a „bariera” działa jak magnes. Wybrałam tę scenę [circe 30`], bo nie tylko charakteryzuje postać, lecz i sposób pracy Ala Pacino. W wywiadach podkreśla, że istotą gry aktorskiej jest to, by „uwolnić się od świadomości, dać się ponieść, zawładnąć roli, nie stosować żadnych zabezpieczeń” (cytuję za T.Jopkiewiczem z lipcowego „Kina”). Może nie jest to mądrość, o której nikt dotąd nie słyszał, ale Al Pacino ją ucieleśnia. Tak jak Serpico jest gliniarzem na dyskotece, wyzwolonym z pozerstwa, tak siła kreacji Pacino jest w tym, że bardziej jest niż usiłuje być.

3) I jeszcze dorzucę taką wieczorną rozmowę z Laurie, w której Serpico sięga do czasów, kiedy zaczął marzyć, by zostać policjantem. Jedna rzecz to anegdotka sama w sobie, druga to sposób, w jaki Pacino ją opowiada. Jakby był tym dzieciakiem, który rozgorączkowany chce się dowiedzieć „co się stało”. Ktoś kogoś zadźgał nożem. Ludzie się zbiegli, wiadomo, że jakaś awantura, ale żadnych szczegółów – kto, kogo, jak i dlaczego? Mały Frank rozpytuje, nikt nie wie nic pewnego. „Nagle tłum się rozstępuje jak Morze Czerwone. Wyszli faceci w niebieskich mundurach i pomyślałem: oni wiedzą. Co oni wiedzą?…„. 

Bo to jest tak, że choć tylko jeden z trójki bohaterów jest gliną, to w taki czy inny sposób każdy z nich jest gangsterem i marzycielem. Gangsterski rys Serpico tkwi w rezygnacji z zabezpieczeń i w tym, że to, co robi nieodwracalnie go pogrąża.

CZŁOWIEK Z BLIZNĄ

Scarface. Al Pacino4

Gangsterem z krwi i kości jest Tony. Skąd wzięła się blizna, tego nie wiem. Dziwi mnie, że tytuł akcentuje to naznaczenie silniej niż film. Blizna to zawadiacka przeszłość.

Tony Montana jest Kubańczykiem, który przybył do Stanów w 1980 r, gdy Fidel Castro zgodził się na chwilowe otwarcie śluzy i odpływ rodaków. Był to przemyślany desant, który wymuszał na Amerykanach przyjęcie sporej grupy kubańskich kryminalistów. Tony jest jednym z nich. Rezolutny, zbuntowany i zaczepny. Z energią dwudziestolatka (Pacino ma lat dwukrotnie więcej!) pnie się po drabinie sukcesu. Godzi się na ryzykowne akcje, w których morduje i zdobywa trofea. Dosłowne i te w postaci zaufania mafiosów, zyskiwania coraz większych wpływów i coraz szerszego spectrum układów. 

Już nie jest śmieciem, lecz „człowiekiem sukcesu” jak powie matce, którą odwiedzi, by dać jej tysiąc dolarów. Serca matki nie przekabaci. Tu znaczy to tyle, że matka nie ufa jego przemianie i próbuje chronić przed wpływem Tony`ego swą młodszą córkę, Ginę. Wątek ma rzecz jasna swój ciąg dalszy i Gina odegra rolę w opowieści o Tonym. 

Tymczasem Tony Montana układa sobie życie. Ubiera się w najszykowniejsze garnitury z charakterystycznymi dla mody lat 80. wykładanymi rozpiętymi koszulami. Biel garnituru, burgund kołnierza, błękity i gołębia szarość. Dom w stylu nowobogackiego baroku. Chciałabym dorzucić: z wanną w salonie, choć może to łazienka z salonowymi akcesoriami. Monumentalne schody, rozmach i przepych na każdym kroku. Wystawność, której muzycznym tłem są ówczesne dyskotekowe hity. Tony wchłania towar, którym handluje na potęgę. Pewnie gdyby dłużej pożył, miałby problem z destruktywnym uzależnieniem. Wygląda jednak na to, że grube ryby narkotykowego biznesu toną inaczej. Tony Montana reżyseruje swe życie, zdobywając, co chce: tygrysią Michelle Pfeiffer, luksusy i nade wszystko władzę.  

Tym, co przyprawia tę historię, jest dobrze skonstruowana, przewrotna akcja. Miłośnicy napięcia i bezpardonowej konfrontacji powinni poczuć sytość. Paradoksalnie jednak solą wszystkiego jest niedosyt. Ile trzeba zgromadzić łupów, by poczuć sens i wartość rozgrywki? Montana, choć nie jest filozofem, ma poczucie porażki. Zawsze w siebie wierzył i potrafił narzucić ten szacunek innym. Popełnił błędy i został z tym, czego nie chciał. Z poczuciem winy za śmierć lojalnego przyjaciela. Z odrzuceniem przez kobietę, którą z przekonaniem wybrał, a potem unieszczęśliwił. I z pętlą, którą zacisną ci, którym nadepnął na odciski – nierozważnie, choć przecież całkiem świadomie.

Skoro Tony taki zły, to dlaczego dobry? Słowem: co to zasady, którym jest wierny – wbrew światu i sobie na zgubę? Muszę dodać, że tu nie ma czczego gadania, bo jest akcja. A w jej centrum (lub jako puenta) występuje właśnie ta honorowa nadwyżka. Montana jest chojrakiem. Zamieszanym w przekręty, lecz lojalnym, działającym w zgodzie z sobą. Może mieć nad sobą szefów, wrogów lub policję, a nigdy nie zegnie karku. Im niebezpieczniej, tym więcej koguta w Tonym. I dla tych scen, gdy Al Pacino robi minę w podkówkę i swoim głosem z nalotem nikotynowej chrypki mówi: „Wszystko, co mam, to jaja i honor”, warto oglądać film wielokrotnie. Bo Pacino ma – jedno i drugie.

Scarface. Al Pacino6

Ulubione sceny:
Absolutne minimum to siedem scen, trochę za dużo, by przywołać wszystkie. Spośród ulubionych pomijam więc: „Syna marnotrawnego” (powrót do domu matki po pięciu latach, trochę ważniactwa i sporo pokory), „Zegar”, czyli wielka wpadka (przeliczanie brudnych pieniędzy z bankierami, pod których podszyła się policja; nade wszystko ten moment, gdy Montana, choć wie, że go nagrano, mówi „nic na mnie nie macie, dzwonię do adwokata”) i „Dzieci” – jeden z kulminacyjnych zwrotów, gdy Tony uczestniczy w akcji likwidacyjnej, ma zginąć dyplomata, lecz niespodziewanie do auta wsiadają dwa maluchy).

1) Jaja i honor
Gdzieś w posiadłości Soso, mafiosa konkurującego z tym, z którym związany jest „adept” Tony. On i Omar Suarez (F. Murray Abraham) są tylko wysłannikami. Ten drugi jest ostrożny, działa według wskazówek, a Tony improwizuje, wchodzi w grę z talentem, podbija stawkę, narzuca warunki.  Już ten fragment jest pierwsza klasa. Zwłaszcza, gdy Soso na moment znika i Suarez próbuje utemperować podskakującego Tony`ego. A to preludium: za chwilę nastąpi wolta. Posiniaczony Suarez będzie dyndał wyrzucony ze śmigłowca, a Tony nie pozwoli, by ktoś sugerował mu nieszczerość: „jaja i honor….”. Da się połączyć lojalność z niezależnością? Montana potrafi. Przede wszystkim dlatego, że gra go Al Pacino.

2) Porachunki
Poszło o Elwirę, bo Tony podrywał dziewczynę szefa. O mało nie zginął i właśnie przychodzi z odwetem – skrwawiony błękitny garnitur za 800 dolców, asysta dwóch wiernych kumpli, spluwy na wierzchu. I podstępny telefon o 15.00. Gdy szef zataja usłyszane słowa, Tony wie, że podejrzenie o nasłanie na niego morderców było słuszne. Gra dalej, aż usłyszy od szefa: to ja, daj mi szansę. No, ba! Takich dwóch grzechów się nie wybacza: wystawiłeś mnie, jesteś mięczak, nie ma odwrotu. Pomijam relację z tego jak to się dzieje, bo znaczenie ma każdy gest i spojrzenie. Dość, że finał rozbraja: zginął szef, zginął wmieszany w to skorumpowany policjant, chłopaki się wycofują i nagle pytanie: „A co z Erniem?”. Jest jeszcze ich dotychczasowy kumpel, obecny przy szefie do końca. Minę ma nietęgą, bo do trzech razy sztuka, on powinien zamknąć wyliczankę. W głowie ma pewnie paciorek, kolana miękkie, a słyszy propozycję: „- Szukasz roboty, Ernie?” „- Owszem” i spokojne „Zadzwoń jutro” – rzucone przez Tony`ego na odchodne.

3) Restauracja
Jedyna scena z pijanym Pacino, łajdackim, ale wciąż w formie. Wystawna kolacja w eleganckim lokalu. Przy sąsiednich stolikach wytworne towarzystwo, przy stoliku Tony`ego – Elwira (Michelle Pfeiffer) i Manno. Tony natrząsa się z żony, która nie dała mu dzieci, bo ciągle jest naćpana. Chamski komentarz, Michelle Pfeiffer dostaje bodziec, by choć raz w tym filmie nie tylko wyglądać, ale coś zagrać. Robi mu scenę na oczach milknących z wrażenia gapiów. Wygarnia co się da i odchodzi. A Tony – od którego oczu nie można oderwać – zataczając się, ale mocno siedząc w skórze „pana i władcy”, przemawia do restauracyjnych gości: „…brak wam pary, by robić to, co chcecie. Tacy jak ja są wam potrzebni”. Mogą na niego wskazać „to bandyta”, ale czy są lepsi? „Potraficie się maskować, kłamać… Ja – tak nie postępuję. Ja – zawsze mówię prawdę. Nawet, kiedy kłamię”. Choreografia dodaje swoje, bo oczywiście nie da się tych słów wykrzyczeć na sztywnych nogach i trzeba ciut nadekspresji, by wrócić z tekstem: „Powiedzcie dobranoc bandycie!”. 

Lubi się bohaterów Ala Pacino, czy to będzie jedyny uczciwy w policji Serpico, czy na bakier z prawem Tony Montana. Następna postać jest chyba najsilniej predestynowana do lubienia, co w moim rankingu akurat trochę jej szkodzi. Nawrócony grzesznik – wyciągnięty z więzienia po pięciu latach (z trzydziestu, na które go osadzono za handel narkotykami). Marzy o wyjeździe na Bahamy i wynajmowaniu turystom samochodów. Tu akurat nie spodziewam się czego innego niż porażki, bo takie cuda nawet postaci Pacino nie mogą się przydarzyć. Całe szczęście, że reżyser nie gra na zwłokę.

ŻYCIE CARLITA

Życie Carlita. Al Pacino2Ciekawe, że identyczny chwyt jak Lumet w Serpico zastosował De Palma w Życiu Carlita. Strzał pada w pierwszej scenie, bohater żegna się z życiem, nie wyszło…, ale warto dowiedzieć się, dlaczego i kto wymierzył wyrok. Scena, którą inaugurujemy historię Carlita Briagante jest wręcz groteskowa. To przysięga przed sądem, że nigdy przenigdy Carlito na złą drogę nie wkroczy i po wyjściu z więzienia będzie czysty jak łza. A potem będziemy chodzić za Carlitem i przyglądać się, jak trudno dotrzymać słowa. 

Zanim zacznie nowe, musi tylko uzbierać 75 tysięcy. To nie jest warunek zaporowy, ale pojawiają się inne musy, które omotują Carlita mackami honorowych zależności. A to naiwny kuzyn, któremu trzeba pomóc, gdy wpadnie w zasadzkę, a to „miłość życia”, którą warto odzyskać i zabrać ze sobą, a to kumpel prawnik, któremu zawdzięcza uwolnienie i jego idiotyczne układy z przestępcami. Zanim Carlito po raz ostatni powie „jesteśmy kwita”, narazi się kilku szychom i drobnym płotkom o wygórowanych ambicjach. Kto przetnie nadzieje na życiowy restart, tego nie ujawniam (gdyby ktoś przypadkiem filmu nie znał). Powiem tylko, że brawurowy finał jest pyszny. Pociąg stoi, ukochana Gail czeka na peronie, a Carlito wymyka się złym i mściwym. Obstawiałam, czyja kula postrzeli Carlita. Ten sprytny, tamten groźny, a ten z mega motywacją. O, tłuścioch z zadyszką, co nie nadąża, więc zawsze jest w drugiej linii ataku – on może się przypadkiem ustawić vis-à-vis i głupio nacisnąć cyngiel. Tak myślałam i trafne było to, że lufa ma nieoczywistego właściciela.

Tym, co wyróżnia Życie Carlita z trylogii jest dojrzały Pacino. Zniknęła nieopierzoność i buńczuczność, czyli sedno charyzmy poprzedników. Okazuje się jednak, że pokłady talentu są głębsze. Pacino zyskuje i wciąż nie ma wątpliwości, że zna życie, wie, kim jest, czego chce i nie zamierza odpuścić. Kto by nie trzymał kciuków? Żeby nie było wątpliwości: wiotka młoda tancerka nie ma co rozglądać się za zmiennikiem, bo lepszego niż Carlito nie znajdzie. 

Poza tym jest to jedyny film spośród wybranych, w którym Pacino ma mocną aktorską konkurencję. Wiadomo jednak (vide: Ojciec chrzestny), że mu to nie szkodzi i nie gasi blasku. Konkurencją jest świetny Sean Penn, goniący w piętkę ćpun-adwokat. Penn wygląda tu na swojego wujka, jeszcze nie ma w zasobach tego spojrzenia spod byka i spiczastej bródki.

Inne wyróżniki dotyczą pomysłów reżyserskich De Palmy, który tworząc film gangsterski, dał mu wyjątkową mocną linię melodramatyczną. W każdym razie wystarczająco wyrazistą, by kobiece oko zaczęło wypatrywać scen, w których spotkania Carlito z Gailą są na planie pierwszym. Poza tym: zastosowanie offowej narracji z perspektywy Carlita. Chwyt nieco zbyt łatwy, gdy ma się takiego aktora. Przecież wszystko, co dopowiada zza kadru Al Pacino, jest całkowicie dostępne w obrazie i słów nie potrzebuje. Daje to, oczywiście, efekt bliskości z bohaterem i jakieś potwierdzenie, że dobrze odczytujemy jego intencje.

Ulubionych scen mam niewiele (na ogół z Pennem w kadrze), finał jest poza konkurencją i dowodzi kunsztu tyleż aktora, co reżysera. Pominę w wyliczeniu, koncentrując się na łatwiejszych fragmentach.

Życie Carlita. Al Pacino i partnerka

Ulubione sceny:

1) … jeśli się chce oglądać kaczki na Manhattanie…
Wybrzmiał ostatni akord You are so beautiful for me… i Gail, korzystając z bliskości, pyta Carlita, czy kiedykolwiek kogoś zabił. O matko, co za pytanie! Nic to, Carlito się wcale nie dziwi i grzecznie tłumaczy damie, jakie było dzieciństwo Portorykańczyka ze Wschodniego Harlemu. Strefy wpływów na Manhattanie były narzucone i nieustępliwe. Gdy chciał obejrzeć kaczki w Central Parku, wielkiego pola manewru nie miał. Makaroniarze mówili: stop dla Latynosów, Czarni – tama dla Portorykańczyków. Co robił? Szedł mimo wszystko. Ale od pierwszego starcia z gangiem wiedział, że trzeba nosić broń. Bardzo ładna scena, choć symptomatyczna, bo i tak najważniejsze jest tu to, że Gail chce słuchać, a Carlito mówić półszeptem. I wyjaśniać jej oczywistości. ;)

2) ... ulica nie zapomina…
Carlito wciąż darzony jest estymą i otoczony nimbem legendy. W głowie się nie mieści, że może nie chcieć chodzić starym szlakiem. Gdy prowadzi lokal El Paradiso, łasi się do niego Benny Blanco z Bronxu. Gość z niższych szczebli przestępczego światka, któremu akceptacja Carlita może dodać blasku. Oczywiście, Carlito te żałosne motywacje wyczuwa, nie lubi drania i dogaduje mu przy byle okazji. Właśnie  odesłał szampana, którego podał kelner z anonsem, że od Benny`ego. Benny podchodzi, pochyla się nad talerzem Carlita i pyta, czy nie zaszło nieporozumienie. No, bynajmniej. Carlito osadza Benny`ego Blanco z Bronxu wśród „śmieci” i dożywotniego prekariatu, z zakazem jakichkolwiek porównań do siebie sprzed lat. Wydaje się, że postawił kropkę, ale Benny idzie na całość.

Tu pominę szczegóły – dość, że ma miejsce taki dialog.
Carlito: „Dobra, Benny Blanco z Bronxu. Jeśli cię tu kiedykolwiek zobaczę, zginiesz. Tak po prostu (pstrykniecie).
Benny (zdziwiony, że wciąż żyje): „Jesteś skończony, staruszku. Właśnie przeszedłeś do historii”.
Ma rację, bo choć spada ze schodów, choć dopadają go ludzie Carlita i mają chętkę wykończyć irytującego Benny`ego Blanco (z Bronxu), to ułaskawiający gest Carlita jest autodestrukcją. Głos Carlita z offu: „Wiem, co powinno się stać. Benny musi zginąć. Jeśli tego nie zrobię, ludzie powiedzą: «Carlito nie ma już jaj»”. Ulica nie wybacza takich ruchów. Ja wybaczam, że Pacino to mówi, jakby nie wierzył, że mam oczy i sama widzę w czym rzecz. Widzę, co widzę, ale posłuchać głosu z chrypką zawsze można.

I tu byłoby miejsce na wcześniejszą scenę, w której pokłócił się z Gail, bo nie mógł wycofać się z obietnicy danej przyjacielowi. Chodzi o kompletnie nieobliczaną akcję z Seanem Pennem, w którą Pacino wchodzi, bo uważa, że ma wobec niego dług. „Bo taki właśnie jestem. Bez względu na to, czy to dobrze, czy źle. Nie mogę tego zmienić!”

Jest bardzo wiele w grze Ala Pacino, w jego wyniesionym ze szkoły Lee Strasberga byciu przed kamerą, czego zmieniać nie trzeba. Przemiany i tak przynosi czas. Manglehorn (2015) jest kimś zupełnie innym niż gangsterzy z filmów sprzed kilku dekad. Czy jednak pod skórą nowych kreacji nie siedzi dawny gangster i marzyciel? Tak właśnie jest i pracują na to dwie siły. Jedną jest doświadczenie aktora, drugą sentyment i pamięć widzów.

I chyba zawsze tak było, że filmy z Alem Pacino rozmawiały ze sobą. Więc nie od rzeczy będzie dodać kilka podpowiedzi. Rolę w Serpico otrzymał rok po pierwszej części Ojca chrzestnego (1972) i rok przed częścią drugą (1974). Do trzeciej odsłony Michaela Corleone (1990) wrócił siedem lat po Człowieku z blizną. A Życie Carlita rozgrywa się między Zapachem kobiety (1992) a Gorączką (1995).

rewolwerowiec

No cóż, czas, czas, bo jak nie dziś, to nigdy. Im więcej filmów śmiga mi przed oczyma, tym mniej nadążam z ich przyszpileniem w blogowej notce. Wyłapuję wiele przegapionych tytułów, nierzadko upewniając się, że ominęłam je wiedziona intuicją. Owszem, chciałabym napisać o kilku przyjemnościach (patrz: Mandarynki, Sędzia, Locke, Zacznijmy od nowa,  Furia …). I raczej nie zamierzam wspominać o kilku niefartach (te Saint Laurenty (2x), Turysta czy Obywatel).

Dziś – terra incognita, gatunki, z którymi mi nie po drodze, choć to jeszcze nie przesądza o wrażeniach z seansu. Kino akcji i science fiction – akcję śledziłam nieporuszona emocjonalnie, sf mnie wciągnęło (lecz nie będę udawać, że dorównuję androidom lub że je ogarniam). To preludium zapowiada, że opowiem o tych filmach z perspektywy widza-gapy.

GunmanGunman: Odkupienie, reż. Pierre Morel, USA 2014

Uhahaha. Najzabawniejsze jest to, że Sean Penn dla Gunmana zrezygnował z roli Riggana w Birdmanie. Dwie strony medalu, dla Seana pech, dla Keatona szczęście. Może i zanosiło się na wielką sprawę. Rewolwerowiec, miłość, brudne interesy, szlachetne serce. Ale góra urodziła mysz. Cieniutko, choć z przytupem.

Postaci do zapamiętania jest chyba pięcioro. Reszta to chłopcy do bicia. Tytułowy Jim Terrier (Sean Penn) wraz z innymi pracuje w Kongo przy budowie lotniska, jest w związku z piękną Annie, a charakter ma twardy i niezłomny. Taka jest powierzchnia. Potajemnie natomiast wykonuje czarną robotę, która stawia pod znakiem zapytania amerykańską pomoc dla krajów rozwijających się. Terrier jest „strzelcem”, wykonującym zlecone morderstwa o charakterze politycznym (raczej ekonomicznym). Jego ukochana Annie o niczym nie wie. Jest anielsko niewinna, smukła, piękna i delikatna. I dobra, trochę jakby lekarka. Ale może nie lekarka tylko taka pani, co opatrzy i przytuli. Nie wyjaśniono mi tego.

Główna para, Jim i Annie czują do siebie taką miętę, że aż w nosie kręci. Nic dziwnego, że Felix, kumpel Jima, jest o ten związek zazdrosny i zamiast rozejrzeć się za jakąś Katie lub Betty, w głowę zachodzi, by wyrolować konkurenta i spełniać się w opiece nad Annie. Publika nie może go lubić. Jest brzydki, głupi i zły. A jak już wyjdzie szydło z worka, pękną pozory, zdeformuje się forma przyzwoitości, to zagęszczenie kabotyństwa będzie wręcz toksyczne. Felix (Javier Bardem) to rola tak żałosna, że rozwala pozostałe kreacje. Bo jak mam wierzyć, że Annie jest mądra i bystra, skoro wiąże się z Feliksem albo jak to możliwe, by Terrier dał się wykiwać takiej miernocie? Felix prawie zepsuł mi film.

To może mała dygresja o pięknie. Annie (Jasmine Trinca) jest właśnie piękna, to jej główna cecha charakteru. Na przykład gdy ma na sobie tylko białą koszulę Seana Penna. Gdy burza kędziorków niesfornie się splata wokół jej głowy. A nade wszystko, gdy się uśmiecha. Wtedy jest bezdyskusyjnie wzorcem powabu i urody. Już wszystko jedno czy w tej białej sukience (elegancja, niewinność, dystans), czy w tej czarnej (zmysły, zmysły, zmysły), czy w dżinsach i z podbitą wargą. No ale piękny jest również Penn. Inaczej, a też intensywnie. Oczywiście, mniej zdrowo. Nie powiem, że „ciacho”, ale mam wrażenie, że reżyser to właśnie chce mi podprogowo przekazać. Jim celowo pożycza koszulę Annie albo ją gdzieś gubi, żeby odsłonić rzeźbę mięśni, masywną acz smukłą. Całość dopełnia twarz Seana Penna, która jest marką sama w sobie. Smutna dogłębnie, z błękitem oczu, w których jest tęsknota za Annie, jest wściekłość na wszystkich i wszystko, co go z Annie rozdziela i jest bezdenne przekonanie o pustce i bezwzględności tego świata. I ta podkówka zmarszczek, która sprawia, że aktor, choćby się uśmiechał, to trochę jednak jakby płakał. Sean Penn nie wygląda tu na swoje 54 lata, wygląda co najwyżej na 45 albo o dziesięć mniej. I ma rację, że wali po mordach łajdaków, nawet kobiety (jeśli trzymają w ukrytej łapce strzykawę). Ma jakąś organiczną rację, że trzeba walić na odlew w to tałatajstwo. Jakie tałatajstwo? No, ogólne. W tym sęk, bo zdawało mi się, że trochę kina społecznego zobaczę. Może jakiś thriller polityczny? Ale nie. To jest kino akcji podszyte melodramatem

Bo główną motywacją, która porusza mózg i mięśnie Terriera jest chęć bycia znów z Annie. By to osiągnąć, musi odkupić dawne grzechy. Nie wnikając w szczegóły, niejasne zależności Terriera rozdzieliły ich na osiem lat. I po tym czasie, po kilku dąsach Annie, znów będą czuć tę miętę i wszyscy, nawet najgorsi popaprańcy, będą im tego zazdrościć. Typ, który chce zabić Seana Penna, jest zorientowany w jego uczuciach do kobiety. No nie wiem, czy to nie nadto? W ogóle, gdy para spędza z sobą noc i znajduje chwilkę na wymianę dwóch zdań, to ona pyta „Dlaczego mnie zostawiłeś?”, a on odpowiada nie wprost, że przez tych osiem lat kochał ją w każdej sekundzie. Patrzy głęboko w jej oczy. Ustawia twarz Annie tak, by ona też patrzyła w jego oczy, w których jest cała prawda o tej nieskończonej liczbie sekund, w których ją kochał na odległość. 

Może się mylę, może w tym filmie, w tym samym stopniu co o miłość, chodzi o „akcję”. Ale mój mózg zaklasyfikował te sceny jako spam i nie umiem ich odtworzyć. Jest dużo bicia. I nie takiego, że ciach-ciach, jeden na jeden. Nie, Terrier walczy z kilkunastoma naraz (to znaczy po kolei, ale w jednej sekwencji filmu). Pięść, „gun”, karabin, materiały wybuchowe, ogień, pościg, jakieś zmyślne pułapki, które ilustrują polskie przysłowie, że kto kopie dołki, ten sam w nie wpada. Na koniec corrida. Bo akcja toczy się gdzieś w Kongo, w Londynie i w Barcelonie. Z tych miejsc Barcelona jest najładniejsza i najkrwawsza. Corrida to taka coda, podsumowująca rzuconą przez Feliksa myśl, że zabijamy i kochamy się jak zwierzęta. Tylko że coda przewrotna. Jest w corridzie zwierzęcy instynkt (i było jasne jak słońce, że któryś z bohaterów nadzieje się przypadkiem na bycze rogi), ale jest też teatr. Dramaturgia, tragizm, równość w starciu. Nie jestem amatorem walki byków, ale wydaje mi się, że więcej w nich logiki niż w strzelaninie i mordobiciu w świecie, w którym uwięziono Jima Terriera.
Zwłaszcza, że ostatnia scena to beza w polewie.

cdn.
Science fiction się nie zmieścił. Nie wiem, kiedy zdążę dopisać. Ale polecam: Ex Machina Alexa Garlanda.

odloty

Wszystkie odloty Cheyenne`a, reż. Paolo Sorrentino, Włochy, Irlandia, Francja

Sean Penn zerkający z plakatu jak jakieś ekscentryczne straszydło nie wpraszał się w nazbyt oczywisty sposób w moje filmowe plany. Aż tu jedna kulturalna rozmowa w TVP Kultura przesądziła, że pobiegłam sprawdzić. 

Trochę się potwierdziło, a trochę nie. Gwoli porządku przytoczę minimum nieszkodliwych informacji.

Cheyenne jest pięćdziesięciolatkiem, niegdysiejszym muzykiem rockowym, który nie umie zdjąć kostiumu. Wymalowany, z szopą włosów, z depresyjnym wzrokiem i sposobem mówienia przypominającym ni to nadąsane dziecko, ni to nastoletnią panienkę, ni to wypalonego artystę-starca. Ekscentryk. Ale nienarzucający się, smutny, gorzko-słodki, przy czym słodycz płynie z akceptacji, jaką budzi w swoim otoczeniu i w widzu. To znaczy: jeśli budzi, jeśli ktoś kupuje Seana Penna w roli Cheyenne`a, to kupuje cały film i przeżywa dwugodzinną przyjemność.

Cheyenne trochę się zagubił, więc zostawia żonę (nie niszcząc z nią więzi, bo żona to najbliższa przyjaciółka) i rusza w świat. Nie do Indii jednak, jak odpowiada na sugerowany ironicznie kierunek, lecz w głąb, wzdłuż i wszerz Ameryki. A zaczyna od Nowego Jorku, w którym umarł właśnie jego ojciec.

Wraz z ojcem wkracza drugi temat: Holocaust, a to połączenie wydaje się tak irracjonalne, że nie dowierzałam, by mogło tworzyć coś spójnego z ekscentrycznością współczesności i z kinem drogi „w stylu Wendersa”. Tematy (poszukiwanie siebie i zamykanie wojennych rachunków) łączą się w ten sposób, że Cheyenne spróbuje wypełnić ojcowską obsesję znalezienia zbrodniarza wojennego, który nękał go w Oświęcimiu. 

Cheyenne nie widział ojca od 30 lat, więc nic dziwnego, że na pytanie „czy wiesz co to Holocaust?” odpowiada tak samo jak na pytanie: „czy wiesz, kim był twój ojciec?” – „Mniej więcej”. Na szczęście reżyser nie stawia sobie za punkt honoru wyjaśniać żadnej z tych zagadek. Nawet jeśli uruchomi slajdy z głodnymi ludźmi „stamtąd”, nie będzie to wycieczka śladami Spielberga, Polańskiego czy Holland. Bo to jest zupełnie inna opowieść.

Cheyenne wyrusza i dotrze do starca, który tak irytował swą bezkarnością jego ojca. A ja się zastanawiam, czy było konieczne sygnalizowanie wielkiego tematu, skoro chodzi tak naprawdę o Cheyenne`a,  jego traumy i niedorośnięcia. Jeśli nawet nie było, to na szczęście nie okazało się również szkodliwe. A gdyby sensu się jednak doszukiwać, to pewnie w poczuciu winy i krzywdy, w potrzebie katharsis, w odkryciu tajemnicy ojca, które rodzi z nim jakąś zapóźnioną więź.

Obrazy z podróży są przede wszystkim kolażem różnych scen. Dlatego, choć byłoby to możliwe, nie zajmę się układaniem ich w ciąg przyczynowo-skutkowy, lecz podążę tropem kilku migawek. Bo dla mnie film Sorrentino to przede wszystkim kalejdoskop różności.

Zacznijmy od zniewieściałego image`u Cheyenne`a. Oto świergot panienek w windzie i przekrzykiwanie, która szminka dłużej trzyma się na ustach. L`Oreal? Helena Rubinstein? Cheyenne odpisknie: marka jest nieważna, trzeba na usta nałożyć podkład, potem dopiero pomadkę. Albo kiedy stoi z żoną przed lustrem i oboje tym samym mleczkiem zmywają makijaż. Albo tak jakoś znienacka spojrzy, okulary poprawi, prychnie na kosmyk, co na twarz mu się zsunął. Sean Penn umie to zagrać tak, że jego Cheyenne jest bardzo męski. W przebłyskach.

Jest chimeryczny, ale nie gwiazdorzy. Z udręczeniem i poczuciem winy przyjmuje objawy rozpoznawania go przez dekadenckie nastolatki. Ktoś zabił się pod wpływem słów jego piosenki (za które on sam nie byłby gotów zapłacić żadnej ceny). Niezaprzeczalnie był kiedyś kimś – prostuje przejęzyczenie, że to nie on z Jaggerem, ale Mick Jagger śpiewał z nim.

Przychodzi mi na myśl nocne spotkanie Cheyenne`a z nauczycielką historii (żoną tropionego Niemca), surrealistyczne zupełnie: ona wyciąga z lodówki i zachłannie wypija chyba ze cztery litry soku, a jego (ukrytego w mroku) dziobie gęś. Piękna, elegancka, długoszyja gęś. Podskubuje. Albo spotkanie z oprawcą, starym człowiekiem, który nago wychodzi na śnieg, trzęsący się, pomarszczony. Podobny do swoich ofiar. Tu nie ma słów. A tam gdzie są, są naprawdę w sam raz. Na przykład gdy w grę wchodzi walizka. To bohaterka numer dwa, Cheyenne taszczy ją ze sobą wszędzie, a ona milcząco podskakuje jak niezauważalna introwertyczka. Aż do spotkania w przydrożnym pubie z mężczyzną, który okazuje się wynalazcą kółek do walizki.

Dialogi świetne, od niechcenia, nie silące się na mądrości, a jednak będące blisko prostych trzeźwych spostrzeżeń. Tu zapożyczam jedną celną uwagę: Cheyenne jest po trosze „takim jurodiwym kultury Zachodu, tyle, że w przebraniu rockmana”. Dlatego żadne miejsce, żaden cel nie są najistotniejsze, lecz podróż i przemiana.

W sumie: chodzi o to, by papierosa zapalić. Cheyenne nie pali i nie rozumie po co niby.
Ale tłumaczą mu, że widocznie dzieciak z niego, bo tylko dzieci nie potrzebują. A ponieważ zdarzyło się tak, że Cheyenne trochę dorósł, więc w jednej z końcowych scen zaciąga się nikotyną. I nie ma innego wyjścia i innej dojrzałości jak zmycie make up-u i zrzucenie skóry chłopaczka.

Dobrze się ogląda, dobrze się słucha (muzyka Talking Heads i Davida Byrne`a). I tak jak nie potrafiłam delektować się poprzednim filmem Sorrentina (Boski), tak tym razem nie narzekam, choć raczej doceniam niż przeżywam.

Dwa pytania stawiam à propos. Włoski reżyser, koprodukcja włosko-irlandzko-francuska:  jak to uporządkować? Kino włoskie? Przecież film jest to szpiku amerykański. Sean Penn, plenery, Nowy Jork. Więc?

Cheyenne jest ekscentrykiem, wystarczy spojrzeć. A jednak postać rozegrana jest w ten sposób, że nie tak znów wiele siebie nam odkrywa. Introwertyczny ekstrawertyk? I to prowadzi mnie ku drugiemu pytaniu, o to, co komu bliższe: ekstra- czy introwertyzm? Polubienie Cheyenne`a uświadamia mi, że jestem zdolna otworzyć się na ekstrawertyzm, choć zazwyczaj deklarowałabym co innego. Ekstrawertycy dobrzy są w epizodycznych scenach (w życiu znieść ich jeszcze trudniej), chwilę później męczą nas niczym hałaśliwy klaun. Introwertycy przeciwnie, przyciągają uwagę obietnicą głębi. Nie muszę dodawać, że te pozory rzadko wytrzymują konfrontację z rzeczywistością. Ekstra- i intro- ? Czyżby remis?