Archiwa tagu: serial

pan Popiołek i inni

Dom (serial) seria 1 i 2, reż. Jan Łomnicki, Marcin Łomnicki, 1980-2000
DomOczywiście, że trzymam kciuki za Oscary. Idę hołubię w pamięci od października 2013 – niezmiennie. Nic więc nie mam do dodania. Poza tym, że to szczęśliwy wybór, a wcześniej: trafione zgłoszenie. 

Tymczasem umieszczam polski filmowy akcent z kategorii „serial sprzed lat”. Dom – dwie serie po tuzin (+1) półtoragodzinnych odcinków, dzieło Jana Łomnickiego, do którego scenariusz napisali Andrzej Mularczyk i Jerzy Janicki. 

TVP Kultura emituje powtórki. Gdy natrafię, nie sposób nie przysiąść i odejść przed końcem. Parę miesięcy temu obejrzałam obie serie w kilku podejściach (na dvd). Kocham ten serial. Nigdy nie mieszkałam w Warszawie, ale w kamienicy na Złotej 25 bywałam wielokrotnie.

Opowieść zaczyna się w 1945 – warszawiacy wracają zewsząd na stare śmieci. Miasto stoi w gruzach, w ruinie jest cały przedwojenny świat. Nie wszyscy powrócą, niektórym pisane są więzienne perypetie, inni mają syndrom oświęcimski. Wielu marzy o dawnej Warszawie, tęskni za przedwojennym szykiem i porządkiem. A już po piętach depczą im przyjezdni, władze wydają dekrety na nową modłę i można albo przystroić się w nowe (czerwone) barwy, albo warszawskim sprytem robić swoje i nie tańczyć pod dyktando. 

Kolejne odcinki opowiadają o losach mieszkańców jednego domu. Przedwojennej kamienicy mocno naruszonej podczas bombardowań. Na piętra wchodzi się prowizorycznymi schodami. Odpadły niektóre pomieszczenia, więc otwierając drzwi, można stanąć nad przepaścią. Ale dozorca Popiołek mocuje starą bramę i już jest wszystko jak należy. Czas będzie scalać mury i ludzi – nowi mieszkańcy się wżenią, narodzą się dzieci, umrą postaci ze starszego pokolenia. Bo mijać będą całe dekady. Aż po rok 1978, gdy w finałowym odcinku zdarzy się coś, co pozwoli zamknąć opowieść czymś równie scalającym jak uruchomienie wodociągów w odcinku pierwszym: wybór Wojtyły na papieża. Znów każdy z każdym się uściska. Uwierzy w lepsze jutro i takie tam (miłość, rodzinę, sens), by po chwili poczuć jak ulotne są wszystkie nadzieje. 

Popiołek1Każdy odcinek rozpoczyna się tą samą ekspozycją z motywem muzycznym Waldemara Kazaneckiego. Wracająca z daleka jedna z lokatorek woła na widok sąsiadki: „Pani Popiołkowa!”, wpadają sobie w ramiona, a pan Popiołek (Wacław Kowalski) patrzy na kilkuletniego szkraba, unosi go w górę i pytającą intonacją zaśpiewuje: „Jacuś? Aleś wyrósł!”

Mam w głowie całą litanię walorów Domu i dużo krótszą listę mankamentów. Wymienię tylko jeden z mocnych punktów: uchwycenie atmosfery życia w PRL-u. Świat serialu budzi sentyment, ale też uświadamia duszność polityczną, podziały wśród najbliższych wyrastające z odmiennych oglądów świata, zafałszowanie rzeczywistości, deprawowanie ludzi przez system. Kamienica przy Złotej 25 to spektrum postaw: od komunisty Jasińskiego („Mówi wam to coś?” – po tej kwestii zazwyczaj wygłaszał jakąś marksistowską zasadę), przez poszukującą postawę głównego protagonisty, Andrzeja Talara („Wiśta wio!, łatwo powiedzieć!”), po zdeklarowanych opozycjonistów jak Wiktor, były żołnierz AK czy profesor Lawina brzydzący się siermiężnym krojem pozornej demokracji.

Nie sposób pisać tu o wątkach, nawet przedstawienie bohaterów jest zadaniem nie na blogowy wpis. Więc ja tylko kilka słów o tytułach, powiedzonkach i rekwizytach.

Pewnie, że wszystko gra dopiero w kontekście. Ale tytuły są przednie same w sobie:
* Co ty tu robisz, człowieku?
* Warkocze naszych dziewcząt będą białe
* Nosić swoją skórę
* Miłość to tylko obietnica.

Popiołek3Powiedzonka to charakter.
Na przykład rodzice Andrzeja przekazują mu (co on często powtarza) proste chłopskie zasady. Uniwersalne. Kajetan Talar, gotów jest ściągnąć pas i złoić synom skórę, gdyby spartaczyli zadanie: „jeśli coś robisz, rób dobrze”. A matka, cudowna, cicha Talarowa dodaje: „Żyj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Oboje są impregnowani na nowoczesność.

Nieco bardziej elastyczny jest pan Popiołek, bacznie obserwujący zmiany, które często w głowie mu się nie mieszczą. Ma swoje sakramentalne: „Koniec świata!”. A co tu mówić, gdy szanowany dr Kazanowicz gromadzi okruchy chleba w kieszeniach i potajemnie chce kupić broń. Albo gdy nikt z mężczyzn nie jest w stanie zabić zdobycznej świni, bo mają za miękkie serca, a (grana przez Bożenę Dykiel) Halina Wrotkowa daje radę i jeszcze kwituje sprawę: „Ech, wy kozaki w damskich majtkach”. Lub gdy rodzony syn, Geniek, od którego przejął powiedzonko „Tu się zgina dziób pingwina”, wybiera sobie na żonę policjantkę – „toż ona cię będzie pałką po głowie biła!”.

Rajmund (Mundi) Wrotek – jako filmowiec, któremu cenzura pozwala wyłącznie na propagandę, lecz nietracący wiary w prawdziwe kino – wart jest osobnej notki. Tu wspomnę tylko o jego metodzie na kobiety. Najwidoczniej skutecznej, bo uwiedzione mógłby liczyć na pęczki. „Istna Greta Garbo!” Hmm… scenarzyści nie wspomnieli, jakimi słowy podziwiał brunetki. Wiadomo natomiast, że kulminacja flirtu to w słowniku Mundka „riki-tiki-tak”.

Młodszy brat Andrzeja, Bronek (zwany Niutkiem) to pełen wdzięku stachanowiec, który po wykonaniu jakichś niewyobrażalnie wysokich norm w budowaniu domów na czas, staje się ofiarą własnego sukcesu. Ma swoje pięć minut w chmurach (z tego czasu pochodzi jego ulubione pytanie: „Wiesz kto tę rączkę ściskał?”), po których ostro spadnie w dół. Całkiem dosłownie. A dziewczyna Bronka, późniejsza żona Andrzeja, piękna Ewa z Mazowsza ma przypisany piękny rekwizyt. Plakat, na którym jest pionierką podczas żniw, ilustracją hasła: „Dziewczyny na traktory!”.

Basia, wielka i nieodwzajemniona miłość Andrzeja, to ta dziewczyna z warkoczami, ze zdjęcia. Miną lata, nie będzie już podlotkiem, a wciąż zostaną w niej te struny niepokornego charakteru konspiratorki o pseudonimie Sarna. A zdjęcie – jedno podarowane ukochanemu, drugie skradzione przez Andrzeja z albumu i podłożone podczas identyfikacji zwłok wyjętych z kanałów. Nie mogę nie wymienić, choć to może nie rekwizyt, tembru głosu Łukasza Zbożnego (Krzysztofa Kołbasiuka). Bo to jest głos, w którym zakochuję się w ciemno. Nawet gdyby nie mówił nim wierszy (a mówił!).

Miłosny wątek to także czerwona rękawiczka Gosi Lenczer, dziewczyny, którą podczas marcowych rozruchów (1968) poznaje Mietek Pocięgło. Ukradziona, oddana, znów podarowana, odrzucona etc. Mietka wspominam ze względu na jego wyczucie interpunkcji, które nie przyniosło mu pożytku. Pracę w drukarni stracił po dodaniu znaku zapytania do gazetowego tytułu: „Sprawiedliwy wyrok?”

ProkopCóż, tekściarzem nad tekściarzami jest, oczywiście, Heniek Lermaszewski, warszawski taksówkarz i cwaniak z sercem. On w ogóle nie mówi neutralnych słów. Każde zdanie jest kabaretowym komentarzem do socjalistycznych „okoliczności”.  Kombinator, kreatywny właściciel manufaktury (słynne medaliki Matki Boskiej wytwarzane z pięciogroszówek), znawca dróg na skróty, gdy trzeba zdobyć niedostępny towar. „Bo w tych czasach jak ktoś komuś coś, to choć niewiele, ale zawsze. A jak nikt nikomu nic, to srał goły na rogu stodoły”. Taki niewybredny, ale dobrze puentujący sytuację dowcip. Pewnego razu, a było to już za nowego dozorcy, Prokopa, wpadł Heniek na metodę przechowywania złotych monet w zamrażalniku. Z jakiegoś powodu (nie pamiętam) nazywał je świnkami. Więc, gdy córeczka zapytała go, dlaczego mówi, że świnki są takie ważne, odpowiedział, nie bardzo wprost. „Trzy rzeczy są najważniejsze dla Polaka: Bóg, pochodzenie i świnki”. Wyjaśniał to mniej więcej tak: – Gdyby nie Bug, mielibyśmy granicę na Wiśle. – Jak nie pochodzisz, to nic nie załatwisz. – W socjalizmie nikt nie jest samotny, bo w każdym żyje jakaś świnka.

Prokop 3Pan Popiołek przeminął, nastał czas Prokopa, który nie był tak przyjazny ludziom, o wiele bardziej usłużny władzom i nieporównywal-nie mniej sprawny manualnie. Choć gotów brać się za każdą robotę, z mantrą na ustach: „Dla mnie to małe piwo przed śniadaniem”. I tym zdaniem przechodzi do historii polskich seriali, bo powtarzał je często, zawsze z odwrotnym skutkiem. Można by jeszcze obstawiać jego „Kurde paka” albo „Ja tu rządzę!”.

Na koniec dwa powiedzonka z otoczenia Prokopa, warte zapamiętania, bo prosto i trafnie diagnozują spotykane w życiu sytuacje. Pierwsze wypowiada Cielęcina. Grana przez Hannę Śleszyńską kobieta ze wsi, która w mieszkaniu Prokopa handlowała mięsem. Targała wielkie siaty, szatkowała mięso na porcje, umachała się przy sprzedaży… Czego się dziwić, że widzi sprawę na czarno: „Kobieta to jest Murzyn świata”. Inną myśl podsuwa szwagier Prokopa, Czesiu. Chodzi o to, by się nie zadręczać, nie bić z myślami bez powodu: „Nie martw się. Koń ma wielki łeb, to niech myśli”.

***

Inspiracją do napisania postu była lektura wywiadu z Andrzejem Młynarczykiem, opublikowana w dwóch częściach w Dużym Formacie (24.12.2014 – Czarny profil świata i 8.01.2015 – Pcham taczkę z blondynką). Rozmowa fenomenalna! Polecam. Linki przekierowują na stronę DF, ale pełna wersja dostępna jest chyba tylko tym, którzy wykupili Piano. Serial Dom nie stanowi tu głównego wątku, to ledwie wzmianki wśród innych życiowych perypetii Młynarczyka.

 

krzesła

J. powiedział, że mam jeszcze prądu nie wyłączać. Żeby zaczekać. Może przyjdzie świeża dostawa energii i będzie jak na karuzeli. Obaczym. Tymczasem książek nie czytam (spakowane do kartonów), filmów nie oglądam (płyty dvd wrzucone do worów), żyję jak na biwaku w prowizorce remontowej. W zadyszce czerwcowego finiszu.

The Following. PlakatTo, co powyżej, jest „prawdą stopniowalną”, bo jednak coś tam oglądam. Pożarłam piętnaście odcinków pierwszej serii The Following. To serial o psychopatycznym mordercy, wielbicielu prozy Edgara Allana Poego, wykładowcy literatury, specjalizującym się w romantyzmie. O jego naśladowcach i o walczącym ze złem gliniarzu. Oglądałam nocą późną, bladym świtem i zasypiając miałam jeszcze w uszach pogłos rozcinanej nożem śledziony. Tak, tak. A oderwać się nie mogłam, bo gdyby romantyzm nie wystarczył, był w rezerwie drugi wabik: teoria i praktyka pisania powieści. Joe Carroll mordował tak, jakby pisał książkę, stosując literackie tricki, zajawki, zwroty akcji, lejtmotywy i toposy, dzielił tekst na rozdziały i świadomie rozgrywał finał. Co prawda jego oponent, kochany Kevin Bacon jako Ryan Hardy, próbuje mu to pisanie zakłócić, ale tekstu przybywa. Nic to, że dobry eksagent FBI uczy się czytać nienapisane (by złu zapobiec). Nic to, że kciuki trzymam (główne za siebie, by trupem nie paść z wrażenia). Całkiem blisko finału „pisarz” usłyszy od swego „bohatera” morderczą krytykę: „Wiesz, że nie umiesz pisać. Kto nie umie, ten uczy”.

Cóż…. Kto nie umie, ten uczy. Całkiem jak ja. Stop! Nie będę brać tych słów do serca. Bo świat nie jest znów tak bardzo, bardzo zły. Każda kobieta „z klasą” o tym wie, zwłaszcza gdy musi kuriozalnie wycenić „zachowanie” podopiecznych. Na co dzień można by ulec wątpliwościom, ale pod koniec, gdy każdy się spina i kurz ze skrzydeł otrzepuje, wygląda to na zastęp anielski.

Na marginesie wyznam, że „ocen z zachowania” wystawiać nie umiem i gdyby mogły mnie zastąpić krasnoludki, z pocałowaniem ręki tę przyjemność podam dalej. Nie ma jednak sytuacji, z której nie można by się czegoś nauczyć. Dziś zrozumiałam, jak ważne są krzesła.

Nie prowadzę skrupulatnych notatek, poprosiłam więc o przegnanie mojej sklerozy i spisanie tego wszystkiego, o czym powinnam pamiętać. Zasług, spontanicznych porywów dobroci, wytrwałości w przestrzeganiu ustaleń, ofiarności, pasji konkursowej i wszelakich osiągnięć. Każdy o sobie. Kto pyta, nie błądzi, ale kto głupawo pyta, ten niech się nie dziwi odpowiedziom. Zdziwiłam się.

Rzecz dotyczy osiemnastolatków. Jakiego rodzaju wyznania zdobędą największą popularność lub które zapamiętam na dłużej? Coś szczególnego? Coś, co pozwoli zrozumieć, ile dobra kryje się w niepozornych gestach? Okazało się, że nic nie przebija dwóch hitowych wyznań: „przyniosłem nakrętki” i „nosiłem krzesła”. Poniżej próbka spisanych z karteczek atutów, w których czai się nadzieja na obniżenie restrykcji za „nieobecności”:

– brałem aktywny udział w „akcji krzesła” :)
– tańczyłam zumbę na prosty kręgosłup!
– nosiłam krzesła na testy gimnazjalne,
– przyniosłem nakrętki ;)
– ustawiałem krzesła na konkurs filmowy,
– czyściłam obrazy w sali,
– nosiłam krzesła, kiedy mi kazali (dwa razy!)
– czyściłam obrazy w klasie (ścierką zapożyczoną od miłej pani sprzątaczki :)
– jestem miłą, zawsze pomocną klasową koleżanką :)
– nosiłam stoły w Dzień Wagarowicza!
– mam tylko jedną nieusprawiedliwioną godzinę nieobecności ;)

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie ja zaganiałam do ustawiania krzeseł. Sobie przypisuję „akcję krzesła”, czyli poranne wezwanie do zdejmowania krzeseł ze stołów. Samo się dzieje, ale zawsze zostaje kilka postawionych na sztorc. Nikomu to nie przeszkadza, ale kto by lubił mówić do krzesłowych nóg. „Akcja krzesła” to błyskawiczne równanie do poziomu.

Czego się nauczyłam?
1) Nigdy nie wiadomo, co jest serio, a co na niby. Głowę bym dała, że chcieli mi wykręcić numer. A gdybym miała dwie głowy, to tę drugą dałabym sobie uciąć, że oni tak na serio.
2) Nigdy nie wiadomo, co się stanie spécialité de la maison.
3) Krzesło to konkret. Człowiek najdłużej pamięta to, co mu się zapisało w mięśniach.

Ilustracja: krzesła i „obrazy” w sali 145. Spojrzałam dziś na koniec dnia na postawione na głowie krzesła. Jutro zacznę od „akcji…”. A już za kilka…naście dni ten widok nabierze statyczności. Nadchodź chwilo i trwaj! Trwaj, bo jesteś piękna!

wrzesień 2013

145.czerwiec 2014

winter is going

Gra o tron, seria I i II, serial na podstawie powieści George`a R.R. Martina, 2011-2012 

Jak nie wiedziałam nic i tytuł kojarzył mi się ze zgrabnie złożoną zbitką głosek, to ani mi było śpieszno do tej sagi fantasy, ani do przypisywanych jej politycznych analogii. A jak obejrzałam jednym haustem dwie serie serialu HBO (razem 20 odcinków, prawie 18 godzin, 1060 minut ), to nie mam wiele do powiedzenia, bo wszyscy już wszystko ponazywali. Serio. Nie wnikałam w internetowe fora, adoracyjne bądź polemiczne komentarze, ale zajrzałam do prasy on-line. Sensownych artykułów jest naprawdę sporo*. Nie mnie więc drzwi wyważać. Żeby jednak dorzucić trzy grosze, kilka oczywistych informacji przypomnę. 

George R.R.Martin pisze sagę Pieśń lodu i ognia – tu: Gra o tron, Starcie królów, Nawałnica mieczy… (osiem tomów). Tworzy świat fantasy, porównywalny oryginalnością i mocą oddziaływania do tekstów samego Tolkiena. A mówią niektórzy, że lepszy, inny, z większą dozą prawdy o mechanizmach rządzących światem i ludzka naturą. „Szekspirowskie namiętności, średniowieczne okrucieństwo i fatalizm antycznych tragedii mieszają się w nim z popkulturową mitologią, tworząc jedyną w swoim rodzaju (…) fantazję”. 

Magii jest nie za dużo i uznaję to za walor. Autor powieści deklaruje w wywiadzie nienadużywanie konwencji: „Często powtarzam, że zbyt duże dawki magii mogą zabić fantasy. Oczywiście to gatunek, który potrzebuje magii, ale ona jest jak sól. (…) Wysokomagiczna proza jest dla mnie niejadalna”. (G.R.R.Martin) Inna rzecz, że gdy narasta chaos, anarchia miażdży zasady, wówczas powrót do religijnych znaków (również do irracjonalnych lęków, które po prostu materializują się w postaci Innych) jest coraz bardziej namacalny.

Zasadniczą stawką, o którą toczy się gra, jest TRON, czyli władza, wpływy, potęga, ród (a czasem nawet, ale nie za często: byt ludzi powierzonych pieczy władcy). Więc mamy: intrygi, sojusze, kontrsojusze, podstępy, wymuszenia i pułapki. Ścięcia, pojedynki lub regularne bitwy. Prawo pięści, ostrze inteligencji, ślepy honor vel rodową dumę oraz łoże – ślubne, kazirodcze, opłacone w burdelu. Gra toczy się bez pardonu, zaciekle, na śmierć i życie, nieustannie. Czasami opłaci się lojalność, częściej wyrachowanie. Karty rozdaje  namiętność. 

Królestwo Westeros (średniowieczna Europa, Anglia z XV wieku) ze stolicą w Królewskiej Przystani. Tu na Żelaznym Tronie zasiada Robert Baratheon i póki żyje, jawnie nikt korony nie podważa. Po jego śmierci zewsząd podnoszą się kolejni chętni – uzurpatorzy lub prawowici następcy (trudno rozróżnić, kto jest którym). Siedem królestw i jeden tron. Najbardziej liczą się rody Baratheonów, Lannisterów, Starków i Targaryenów, czyli kolejno: Jeleń, Lew, Wilk i Smok, które reprezentują ich w herbach.

Plan filmowy rozgościł się, o ile mi wiadomo, w Belfaście, ale plenery są różne, jak różny jest klimat poszczególnych królestw. Obok zielonej Irlandii, złoconego słońcem Dubrownika jest – robiąca na mnie szczególne wrażenie – Islandia. Północ jest mi najbliższa – wizualnie i dlatego, że tu dostrzegam najwięcej nadziei i najbardziej zagęszczone zagrożenie.

Fabuła jest tak zawrotna, wciągająca i zaskakująca, że wskazywanie tego, co najistotniejsze przypomina sytuację człowieka na skrzyżowaniu siedmiu dróg, wśród mylących drogowskazów i niezdolnego zrezygnować z żadnej z pokus. A ja bym chciała dwie scenki opisać, losowo wyciągnięte spośród zapamiętanych. 

I tak się składa, że nie będzie w nich Krasnala – Tyriona Lannistera, karła z królewskiego rodu, nieustannie spychanego na drugi plan i z uporem wracającego na pierwszy. Jego lubię najbardziej. I zaprawdę powiadam Wam, że wszelkie pochwały spływające na Petera Dinklage`a, który wciela się w tę postać, są dalece niewystarczające. A dla mnie radość to wielka, bo sądziłam, że Dróżnik będzie jedynym filmem z jego udziałem, który przechowam w pamięci. Nie ma wielu ról dla mężczyzn ze 135 centymetrami wzrostu. Nawet przy mega talencie. W rozmowie z bękartem Starka, Jonem Snow, Tyrion Lannister dzieli się z nim zasadą, której sam skrupulatnie przestrzega:

„— Pozwól, bękarcie, że dam ci pewną radę — mówił dalej Lannister. — Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie to być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie”.

Lubię też Neda Starka. A scena, w której znika ze świata Westeros po prostu ścięła mnie z nóg. Zresztą już pierwszy odcinek dał mu olbrzymi kredyt zaufania. Sięgnę do słów G.R.R.Martina. Rzecz dotyczy egzekucji przeprowadzanej przez Neda Starka na oczach swych dzieci, po której rozmawia ze swoim dziesięcioletnim synem.

„— Czy rozumiesz, dlaczego to zrobiłem?
— To był dziki — stwierdził Bran. —A dzicy porywają kobiety i sprzedają je Innym.
Jego pan ojciec uśmiechnął się. — Znowu słuchałeś opowieści Starej Niani. W rzeczywistości ten człowiek złamał przysięgę, zdezerterował z Nocnej Straży. Nie ma ludzi bardziej niebezpiecznych. Dezerter dobrze wie, że jego los jest przesądzony, jeśli da się złapać, dlatego nie cofnie się przed nawet najpodlejszą zbrodnią. Ale mnie nie o to chodziło. Nie pytałem cię, dlaczego on zginął, lecz dlaczego ja muszę robić to osobiście.
Bran nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
— Król Robert ma kata — rzekł niepewnie.
— Tak — przyznał ojciec. — Podobnie jak jego poprzednicy, Targaryenowie. Lecz my postępujemy według starszych zwyczajów. W żyłach Starków wciąż płynie krew Pierwszych Ludzi. Wierzymy, że ten, kto wydaje wyrok, sam powinien go wykonać. Jeśli chcesz odebrać komuś życie, powinieneś spojrzeć mu w oczy i wysłuchać jego ostatnich słów. Jesteś mu to winien. Kiedy nie masz odwagi tego uczynić, skąd możesz wiedzieć, że ten człowiek zasługuje na śmierć?”

Gra o tron. Seria ILekcja fechtunku (seria I, odcinek 3. –  50`30„)

Arya Stark nie chce być damą. Podarowaną broń nazwała Igłą, bo nie zamierza haftować, lecz śmigać ostrzem i znaczyć ściegi na wrogach. Póki co jest dziewczynką i zasad zna niewiele. Na przykład tę, że „trzeba dźgać ostrym końcem”. Ned Stark organizuje dla córki lekcje fechtunku – bo też po prawdzie niegłupio jest umieć walczyć, gdy żyje się w gnieździe knowań. A rzecz się dzieje w Królewskiej Przystani, wśród nienawistnych Lannisterów. 

Lekcji udziela jej „nauczyciel tańca”, Syrio Forel. Uczy płynnych ruchów, rytmu i zaskoczeń.  Tego, jak „być szybką jak wąż i cichą jak cień”. Drewniane miecze są jak przedłużenie ręki. – … martwa! – informuje Aryę Syrio. …martwa! – znów drewno wypadło z dłoni. …całkiem martwa! Uśmiech, bo wtajemniczenie jest serio, a gra na niby.

Pod koniec sceny w wejściu staje Ned Stark. Z uśmiechem spogląda na córkę. Ale zastyga, słysząc  echo prawdziwych walk, szczęk stali. I choć ta retrospekcja nie obejmuje obrazu, zapowiada nadejście groźnych starć, nie na próbę, bez instruktażu i za wyższą niż opłacona lekcja cenę. Scena ma swój ciąg dalszy w odcinku szóstym (13`40„) i ósmym (3`). Z pamiętną kwestią Forela: „- Co mówimy śmierci, gdy przyjdzie? Nie dziś!”

Gra o tron. Seria IICzłowiek bez honoru (i nie bez racji)  (odcinek ósmy, 31`30„ i 47`38„)

Jamie Lannister, Królobójca, postać raczej irytująca, ale mocna – nie tylko władzą i pieniędzmi Lannisterów. Podczas bitwy zostaje wzięty w niewolę przez Robba Starka i stanowi cenny łup. Za jego wolność rodzina może spełnić niejeden warunek Starków – wojenny lub rodzinny (Lannisterowie przechwycili córki Starków, tak się przynajmniej zdaje). Siedzi w osobnej klatce. Jest hardy, zaczepny, myśli o ucieczce. Ale nie ma na nią sposobu – do czasu. Przeludnienie wśród jeńców sprawia, że do klatki trafia jego ubogi krewny, Alton Lannister. Na wolności Jamie by go nie zauważył. Tu podejmuje rozmowę i jest to prawdziwy majstersztyk manipulacji.

Udaje, że rozpoznał Altona, chwali go. Ten opowiada mu, że najpiękniejszym dniem jego życia był ten, w którym jako 16-letni chłopak zastąpił giermka Jamiego. Podawał mu zbroję, szedł krok w krok. Alton ma poddańczą naturę. A wierne serce jest, niestety, ogłupiającym suflerem. Gdy wyznaje: „- Pamiętam tamten dzień, twój hełm, twojego konia, wykreślone linie pola, położenie słońca, gdy zrzuciłeś Bellona z konia, wgniecioną tarczę, którą mi oddałeś. Do śmierci nie zapomnę”. Jamie zapewnia, że rozumie jego wzruszenie, bo kiedyś przeżył coś podobnego. Och, jaki stary to chwyt! I jaki jary! Że łączą nas przeżycia, że „rozumiem cię jak nikt”. Całą litanię pragnień syci kilkoma wyrazami. Więc jedno już osiągnął: ufność. Zada sobie jeszcze trud, by przekonać Altona, że służyć wielkiej sprawie warto bez względu na cenę: To jakby śnić piękny sen, a po przebudzeniu przekonać się, że ów sen jest bardziej realny niż rzeczywistość”. Zostaje już tylko jedno posunięcie: wzbudzić w omotanym pragnienie jeszcze jednej ofiary. A potem można już krótko: jedno jest mi potrzebne, twoja śmierć. I Alton Lannister ginie, by Jamie mógł się wydobyć z klatki.

Nie dosyć na tym. Elokwencja i buta to broń, którą Królobójca włada nie mniej misternie jak mieczem. Catelyn Stark, kobieta dzielna, mądra, kochająca i rozważna pod jego wpływem znajduje w sobie emocje  i myśli, które w mniej zamroczonej chwili przegnałaby z głowy natychmiast. A tu urażona kobieca duma, zranienie uczuć, matczyna naiwność. Ech, nie ma mądrych, gdy sytuacja jest głupia.
Lannister to drań, ale umie wytłumaczyć swą niegodziwość tym, że wszystko jest relatywne.
„- Nie jesteś rycerzem. Złamałeś wszystkie śluby, które złożyłeś.
– Tyle ich było… Wciąż kazali mi przysięgać. Broń króla, słuchaj króla, słuchaj ojca, chroń niewinnych, broń słabych… A jeśli twój ojciec gardzi twym królem? Jeśli król masakruje niewinnych? Jest tego zbyt wiele. Nie mogłem nie złamać żadnego z moich ślubów”.

To tylko fragment misternej oracji Jamiego. Rzecz w tym, że w świecie Gry o tron, choć są postacie, którym racje przyznajemy na starcie i takie, którym nie zaufamy nigdy, nikt nie ma racji żelaznych, serca bez skazy i myśli wyłącznie szlachetnych. I odwrotnie. Bardziej pokrętne charaktery są chwilami zrozumiałe i oczywiste jak tabliczka mnożenia. I tak samo amoralne.

Martina właśnie zaczęłam czytać, od pierwszego tomu. Już widzę, że nie będę się czuła znużona, znając filmową opowieść. Trzecią serię serialu odpuszczam. Tym razem najpierw słowo, potem obraz.

I oby nie nadeszła zima… Choć pewnie nadejdzie. A pory roku trwają w Westeros całe dekady. Więc gdy Starkowie powtarzają swoją dewizę (winter is going), to jest się czego obawiać, zwłaszcza, że razem z mrozem, mogą nadejść i przeszyć na wylot swymi świdrująco błękitnymi oczami INNI. 

* Dwa pierwsze cytaty pochodzą z „Polityki” (z 11.06.2011 i 26.03.2013)

Mildred piecze ciasto


Mildred
Pierce (miniserial), reż. Todd Haynes , USA 2011.

Miniserial HBO, obsypany nagrodami Emmy, trwa 5 i pół godziny i ujęty jest w pięć odcinków. Tytułowa bohaterka niemal nie znika z ekranu, a mimo to żadnego przesytu Kate Winslet w roli Mildred Pierce nie odczułam. To pierwszy powód, za który należy się aktorce złota broszka. Ładna broszka, żeby pasowała do kreacji.

Mogłabym pójść o zakład, że wystarczy mi dziesięć zdań (a może siedem), by objąć całą fabułę. A mimo to nie jest to opowieść ani monotonna, ani bez zakrętów, ani dająca się oglądać po trzeciej kawie. Już po pierwszej trzeba uważać, by nie wyjść z siebie, gdy panienka Veda dochodzi do głosu, do spojrzeń czy do uśmieszków.

Miasteczko Glendale (przedmieścia Los Angeles), Kalifornia. Akcja rozpoczyna się w 1931 i trwa siedem lat. Niedaleko rozpościera się wielki świat Hollywood, którego odpryski dotrą do przestrzeni życia naszych bohaterów, ale oni pozostaną na zewnątrz. Będą próbowali radzić sobie w kryzysowych latach 30. z nie mniejszym kryzysem w relacjach osobistych.

Pierwsza scena filmu: Mildred krząta się po kuchni i piecze tarty. Jest młoda, za moment wrócą dzieci (dwie córeczki: 11-letnia Veda i słodka, kilka lat młodsza Ray), mąż pracuje w ogródku. Tego nie wiem na pewno, ale zakładam, że pachnie wokół ciastkami. Ta mydlana bańka za chwilę pryśnie. Mildred będzie tracić, zyskiwać,  tracić, odzyskiwać, w sumie – jednak tracić, choć ostatnia scena może też oznaczać spory zysk.

Co jeśli mąż ma inną? Przymknąć oko? Urządzić awanturę? Przestraszyć się samotności? Mildred lubi jasne sytuacje, więc wyprosi pana męża z domu. Lata 30., nawet w Kalifornii, nie sprzyjają kobietom samotnym. „Właśnie dołączyłaś do grona amerykańskich obywatelek, o których nie wspomina się w przemówieniach na Święto Dziękczynienia.” – to głos przyjaciółki, jednej z dwóch, które będą bliskie i okażą się bardzo potrzebne.

Kapitał życiowy Mildred Pierce: jest jeszcze młoda, zaradna, ambitna i dumna; umie się uśmiechać, stroić, dobrze gotować, no a ciasta to już piecze takie, że palce lizać; żal do męża potrafi elegancko zneutralizować, więc nie zalewa ją żółć zazdrości, zrobi natomiast wszystko, by jej córeczki były szczęśliwe – by mogły kiedyś zjeść ponętną wisienkę z tortu. Tak jest na starcie.

I z tego miejsca rozbiegają się tory, co rusz splatając się w ważniejszych kolejowych węzłach.

Pierwszy tor: praca.
Drugi tor: miłość lub „coś mniej więcej”.
Trzeci tor: wychowanie dzieci. 

Słowem: kobiecy los, kobieca determinacja i kobiece potrzaski. Zabarwione leciutko feminizmem (odcień pozytywny) i amerykańskim mitem sukcesu. Dwie sprawy są istotne w tym stwierdzeniu.

Pierwsza to perspektywa oglądu. Bardzo łatwo uwierzyć Kate Winslet i przeżywać perypetie Mildred zgodnie z tym jak ona je podaje. Byłam po jej stronie od początku do końca. Nawet wtedy, gdy myślałam sobie w duchu, że powinna „przejrzeć na oczy”, że serce matki i uczucia niedocenianej kochanki po przekroczeniu pewnych granic powinny skamienieć. Ale łatwo kobiecie zrozumieć, że asertywne macierzyństwo to idea mocno nierealna. I że w miłości (romansie czy „czymś mniej więcej”) duma jest wartością wielką, ale nie największą. Co więcej: w moich oczach Mildred zachowuje niezwykłą niezależność od mężczyzn i trzeźwo podchodzi do wychowania córek/córki. Reaguje stanowczo, niepokoi ją to, co i mnie by zaniepokoiło, cóż: trzeba by bardzo chłodno kalkulować, by dostrzegać kalkulacje innych. Czy założenie, że ci, których kochamy (dzieci!), są zdolni do uczuć jest naiwnością?

Jednak są tropy, sugerujące, że antagoniści Mildred mają jakieś swoje racje. I że perspektywa córki i kochanka kreuje zupełnie inną Mildred. Niemniej doceniam siłę perswazji zaklętą w grze Kate Winslet, która budziła moją empatię dla niej i wściekłość, irytację oraz sprawiedliwy gniew (!) wobec tych, którzy ją krzywdzą. I za to do złotej broszki dorzucam jakieś bardzo eleganckie kolczyki. Takie, które będą pasowały do różnych kreacji.

Druga sprawa to społeczny klimat amerykańskich lat 30. Oczywiście, jest możliwe, by pomimo kryzysu zbudować swoją karierę. Jeśli nie od pucybuta do prezydenta, to od bezrobotnej, przez kelnerkę w podrzędnym lokalu, po właścicielkę sieci restauracji słynących z glamour. A trudności z tym związane oraz aurę odtwarzającą styl pracy, lawirowanie różnych typów ludzkich między możliwościami tamtego świata (a jest tu miejsce i dla posłusznej siły roboczej, i dla dumnych pracowników, i dla drobnych naciągaczy, i dla trutniów-obiboków etc.) ciekawie się podpatruje.

Kluczową sprawą jest kwestia dobrego smaku („w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia” [Z.H.]). Mogłabym powiedzieć prościej, że chodzi o awans społeczny, ale to nie pieniądze czy ich brak budują dramat Mildred.

Gospodyni domowa (braki w wykształceniu i w doświadczeniu zawodowym) i eksżona faceta projektującego domy (bankrut) to żaden prestiż społeczny. Ale charakter nie musi być pochodną stanu posiadania, więc Mildred może być dumna i mierzyć wysoko. Nade wszystko chce, by takie były też jej córki. Opłaca lekcje muzyki Vedy, od ust sobie odejmie, by kupić jej fortepian, biega z nią do polecanych mistrzów, by zechcieli szlifować brylant talentu. Nie boi się pracy, ale wstydzi się, że dziewczynki mogłyby ją zobaczyć w fartuszku, obsługującą ludzi, zgarniającą napiwki. 

Nie ma się czego wstydzić, ktoś powie: w tym tkwi błąd Mildred, pozwalającej Vedzie myśleć, że świat elegancji i sztuki jest czymś lepszym niż rzeczywistość ludzi pracy. Ale właśnie ta buńczuczna niezgoda na to, co oferuje świat i potrzeba mierzenia wyżej zrodziły jej sukces. W rozmowie z Vedą, która kaprysi i cynicznie pokrzykuje na nią: kelnerka!, Mildred dławi się wstydem i obiecuje sobie i córce, że to wszystko tymczasowe, że stworzy własną restaurację. I mrzonki stają się faktem właśnie dzięki dumie. Klęska też ma w niej swoje korzenie, tak sobie rosną z jednego pnia: sukces i porażka.

Mildred nosi się z klasą. Ma szyk i wdzięk. Oczywiście inny w sukience w brązową łączkę niż w tej ecru z dnia swego ślubu. Za elegancję i bezpretensjonalność przyznaję Kate Winslet nagrodę w postaci pierścienia – skromnego i szykownego zarazem. Żeby pasował do każdej kreacji. 

Kulisy serialu odsłaniają, że Kate Winslet nosiła na sobie 66 kreacji. I to jest moim zdaniem wystarczający powód, dla którego serial Mildred Pierce po prostu warto obejrzeć. ;) Serio. W życiu nie założyłabym na siebie sylwestrowej sukienki Mildred, nie skusiłabym się też na brązową łączkę, a suknia złota … hmm… gdyby zaprosił mnie ktoś na tak prestiżowy koncert, w tak prestiżowym miejscu, to kto wie (choć raczej nie). Świetne stroje z lat 30. i ciekawa scenografia. Mamy tu po pierwsze wnętrze amerykańskiego domu (o zmieniającym się standardzie), mamy knajpki i restauracje, pola do gry w polo (nomen omen), filharmonie, ulice, po których jeżdżą cudne staroświeckie auta.

Tak. Ale najważniejsze i zdecydowanie przesądzające, że warto zobaczyć, jest to, co dzieje się między matką a córką. Rolę Vedy kreują dwie aktorki: młodszą – Morgan Turner, starszą (rewelacyjna!) Evan Rachel Wood.

Pal licho poprawność! Muszę przyznać, że dołożyłabym jeszczę jedną serię klapsów, gdyby tylko to przetrzepanie tyłka Vedy mogło jej przemówić do rozumu. Może porównanie do Kevina, o którym trzeba było porozmawiać, jest przesadą – ale nie tak znów dużą. Tyle, że tu nie chodzi o psychozę, o przemoc fizyczną, lecz o bezwzględność sopranu koloraturowego. Wielką artystkę (z piekła rodem) i podłą dziewuchę. 

* Wszystko, co najgorsze, przyszło do Mildred za pośrednictwem jej córki. Nie będę nazbyt odkrywcza, jeśli dodam, że tą samą drogą przywędrowało to, co najlepsze. Sceny, w których twarz Mildred rozpromienia szczęście, to uczucie dumy z własnego dziecka. Za każdą z tych chwil Mildred byłaby gotowa zapłacić każdą cenę. I płaci. Sceny, które ukazują jej porażkę, to chwile upokorzeń – takich, których za żadne skarby nikt nie chciałby doświadczać na własnej skórze. 

* Zakończenie: dobre. Katharsis, przede wszystkim dla widza. Co zrobi dalej Mildred, nie wiadomo, ale załóżmy, że upiecze dobre ciasto. Bo to potrafi robić jak nikt.



prasówka-filmówka

Filmowy. Magazyn do czytania nr 1/2012


Testuję pierwszy numer. Ja, człowiek, który czyta „Kino”, wyławia teksty Sobolewskiego, gdzie by się nie ukazały (a najczęściej to jednak w „Gazecie Wyborczej”), buszuję po FilmWebie na ogół, po Stopklatce z rzadka, po blogach filmowych troszeczkę. No właśnie nie wiem, dlaczego bliżej mi do tych książkowych, chociaż sama piszę o filmach chyba ciut więcej niż o literaturze. Otóż ja, skuszona głowami z górnego paska okładki, dałam szansę magazynowi, który wcale mnie nie przyciągał napisem z dołu tejże.

Bo proszę Państwa! Co za crème de la crème! Jeśli można za 9,99zł przeczytać Dukaja, Hugo-Badera, Jarniewicza, Karpowicza, Raczkowskiego (tekst, nie rysunki), Sobolewskiego i Szczygła opowiadających o kinie, to przecież czemu nie? 

Przeczytałam. Smakowało, ale podane było w innej zastawie niż przywykłam, więc jeszcze się muszę zastanowić, czy ta odmiana porcelany jest ok. Nie jest to Biała Maria, raczej model z dużym rzucikiem. Kolorowo, obrazkowo, z informacjami w pigułkach. W dodatku tyle o serialach, że ja (bywalec festiwali tudzież kin studyjnych) poczułam się jak matuzalem z powodu braku telewizyjnego nawyku. I zasmuciło mnie, że kino ma drugą duszę, a ja jej wcale nie znam. Węszę w tym zdradę. Ale przebaczę. Bo znam piosenkę Ordonki. 

Magazyn jest kwartalnikiem. To znaczy, że daje sobie prawo do swobodnego oddechu: rejestruje nowości, wymyśla tematyczne przekroje, sięga do zakurzonych taśm (hmmm…metafora raczej, wszystko przecież zdigitalizowane).

Krytycy polecają filmy z lat 70. – Szczerba szczególnie Lot nad kukułczym gniazdem (1975), Sobolewski Stalkera (1979). O filmie Tarkowskiego będzie można przeczytać w najbliższym „Archipelagu”, ja poluję, by spokojnie i uważnie obejrzeć. 

Tymczasem sięgam do innej odsłony klasyki: Osiem i pół Felliniego (1963) przypomniane jako antydepresyjna pigułka na XXI-wieczną melancholię
(Tadeusz Sobolewski). 

Bardzo dużo wywiadów: z Dustinem Hoffmanem i Nickiem Noltem (serial Luck), z Agatą Kuleszą i Tomaszem Kotem, z Maksem Von Sydow (a propos filmu Strasznie głośno, niesamowicie blisko, ale i o Bergmanie jest kilka słów), z dokumentalistą Michaelem Glawoggerem (Chwała dziwkom). Ze scenarzystami Gry o tron, Davidem Benioffem i Danielem B. Weissem. A Marek Kondrat wcale nie rozbiera Scarlett Johansson tylko opowiada o fenomenie „kobiety na każdą chwilę”. I smutną konstatacją kończy: aktorzy się zużywają, dziś szybciej niż dawniej. A jak się już po swoich pięciu minutach zużyją, to grają według tego, co im nakaże vox populi. To przytyk do Scarlett obsadzonej w komiksowej opowieści o drużynie superbohaterów (Avengers).

A propos wywiadów: zaskoczyła mnie rozmowa z Dustinem Hoffmanem. Najpierw rozbawiła. Dustin to typ mieszczucha, który zwierzęta obchodzi z daleka. Tymczasem zagrał swoją pierwszą serialową rolę w filmie o koniach (przy okazji wygłaszając pean na cześć dobrych seriali HBO, że odważniejsze w tematach i środkach niż kino). Towarzyszący mu Nick Nolte rzeczywiście ma hodowlę koni, (podobno) zna się na nich. Hoffman natomiast, każde wejście na koński grzbiet odchorowuje. Za duże rozstawienie nóg kończy się zabiegami pielęgnacyjnymi przywracającymi go do funkcjonowania w postawie wyprostowanej. Może sobie Dustin z siebie żartować.

Ale nie żartuje chyba, gdy mówi o swej niepewności, o lęku przed odrzuceniem. „Nigdy nie opuszcza mnie przeczucie, że moja kariera się załamie, że film, który właśnie robię, jest ostatnim, że więcej się nie uda”. Cytuje Gene`a Hackmana, który czuje podobnie. Nie wiem, czy jest to motywowane świadomością przemijania (silniejszą może u aktorów niż u zwykłych śmiertelników), nieuchronnością zastąpienia przez kogoś z młodszej generacji, czy też potrzebą udowadniania, że nie odcina kuponów, że wciąż go na coś stać. Albo tym, że się zużywa a nowe czasy nie potrzebują starych mistrzów. Jak by nie było, nie jest to myśl, którą chciałabym sobie zaaplikować. Hoffmanowi też przydałaby się neutralizacja obaw. Wentylacja nerwic.

Może nie ma się czego bać? Nie taka żaba straszna. Patryk Vega, gdy wskrzesza legendę J 23, dobrze wie, że nie trzeba nikogo zastępować. Wymyśla co prawda młodą – nową – wersję Klossa (Tomek K.) i Brunnera (Piotrek A.), lecz intrygę rozgrywają stare wygi i nikt im filmu nie ukradł. Nie byłby w stanie. Mikulski i Karewicz rulez! Film mało tamaryszkowy, ale byłam na miłym seansie i wszystko mi się podobało.;)

Najlepsze teksty tego numeru to jednak te pisane przez ludzi bliższych literaturze. Świetny esej Jacka Dukaja o serialu Breaking Bad konsekwentnie  rozczytujący go jako wariant średniowiecznego moralitetu, by później wykazać, że współczesny moralitet to jednak insza inszość niż ten dawny. Nadal mamy Everymana (nauczyciel chemii, którego los stawia w sytuacji wyjątkowej: diagnoza terminalnej choroby każe mu postawić wszystko na jedną szalę i skosztować pokus), mamy umowne nunc et semper, tylko nawrócenia i zbawienia zabraknie w postreligijnym świecie.

„Kiedy przed laty pisałem, iż to serial telewizyjny staje się najbardziej naturalną formą opowiadania o świecie i człowieku, zastępującą powieść, był to samotny głos ekscentryka. Dziś nie mam się nawet z kim spierać o tę oczywistość. (…) Pora zatem podbić stawkę. Stanę w obronie tezy silniejszej – seriale w dużej części są dla człowieka XXI wieku tym, czym dla ludzi średniowiecza i renesansu były moralitety”. Tyle że chodzi tu nie o telenowele, ani nawet nie o tasiemce-paciorkowce, których każdy odcinek rozgrywa sprawdzoną formułę a bohater jest ciągle sobą w stanie niezmiennym (Dr House). I właśnie dlatego tyle uwagi poświęcam temu numerowi „Filmowego…”, że tak wyraźnie nobilituje pewien rodzaj opowieści odcinkowej, która zdaje się być czymś niemieszczącym się w taniej przegródce popkultury. Że też ja tak mało o tym wiem…

O jakich serialach poczytać można w „Filmowym…”?

Marek Raczkowski pisze o Downton Abbey. Mariusz Szczygieł o serialu Agnieszki Holland o Janie Pallachu (ciekawe ze względu na każdą z trzech wymienionych wyżej osób – a dorzuciłabym jeszcze młodego scenarzystę, który wymyślił opowieść i wysłał propozycję do najwyżej ulokowanego w swoim rankingu reżysera, bo mierzyć niżej nie chciał). Ignacy Karpowicz bierze na warsztat Grę o tron, dowodząc, że seriale fantasy też są ok, też o nas, też technicznie bez zarzutu.

Tylko o serialach? Nie. Jerzy Jarniewicz (dla mnie wyższa półka krytyki literackiej) pisze o filmie Skowyt, który wskrzesza epokę bigbitowców i bohemę Ginsberga. Jacek Hugo-Bader rozdaje nieodpłatnie pomysły na film, ale mam nadzieję, że nikt nie skorzysta (wiem, że potencjał w tej opowieści jest olbrzymi, ale Sosnowiec – Magda – Katarzyna to za dużo w jednym, dla mnie za dużo). I tak by można jeszcze wymieniać. Kilka tekstów (w stylu „pigułkowym”) wydało mi się czczą zabawą.  Eseje są jednak naprawdę warte przeczytania. Ja z ciekawością – po wtajemniczeniu w świat seriali i kilku wycieczkach w przeszłość – wczytałam się w sondaż o  najbardziej oczekiwanych premierach. I sama też dołączam do czekających, np. na nowy film Michaela Hanekego (Miłość) z Isabelle Huppert.

Wniosek końcowy, który zamierzałam udowodnić, jest właściwie oczywisty: można zaryzykować i posmakować herbatkę podaną w filiżance z nowym nadrukiem. Gdyby jeszcze podaną przez którąś z dam w białym fartuszku (z Downton Abbey), to już wszystko, czego  sobie można zażyczyć.