Archiwa tagu: śmierć

moje córki krowy

Moje córki krowy, reż. Kinga Dębska, Polska 2015

Taki początek filmowego roku, że trudno będzie przebić. Nokaut. W uszach gra mi piosenka Piotra Bukartyka (Kup sobie psa), która kończy film. Jest niby o czym innym (o telefonie od kogoś, kto kiedyś odszedł, a teraz chciałby z tobą pobyć, trochę nie w czas), lecz trafia w punkt. „Dzwonisz bo nie najlepiej ci ze sobą…”. Lecą napisy końcowe i amatorski film z kasety VHS. Młodzi rodzice, dwie figlarne dziewczynki. Całe życie przed nimi, tam – na tym filmie z rodzinnego archiwum; bo ten właściwy film jest o tym, że więcej już za nami, drogi dobiegają do mety. Dlatego chce się dzwonić, by trochę „pobyć” i się ogrzać, mimo że trudno ułożyć się i zgrać. Zwłaszcza z kimś, kto kiedyś był bliski lub kto mógłby być, bo jest rodziną.
Moje córki krowy
Czterdziestoletnie siostry, tak różne, że chyba podmienione. Starsza – samodzielna, racjonalna, serialowa aktorka, samotnie wychowująca córkę-studentkę, bez szczęścia do facetów, To Marta grana przez Agatę Kuleszę. Druga – rozchwiana, emocjonalna, infantylna, z kompleksem tej młodszej-głupszej i z mężem nieudacznikiem. To Kasia, czyli Gabriela Muskała. Obie świetne, moje ulubione. Jednocześnie śmieszne i złamane bólem. Kontrapunkt śmiechu i dławiącego żalu jest w filmie tak wyrazisty, że nie sposób od tego nie zacząć. Ten splot jest pomysłem na całość. Świadome zderzanie tragizmu z komizmem, empatii z niedojrzałością, tego, co w nas czułe z tym, co egocentryczne.

Dojrzałym być niełatwo, zwłaszcza wobec niespodziewanej próby o randze ostatecznej. Choroba rodziców to jak uderzenie kilofem w fundamenty. Mówisz: sprawdzam. I nic ci się nie zgadza, nic nie jest solidne. Jeśli kierujesz się w życiu rozumem (Marta), to zaskoczy cię absurd. Jeśli słuchasz emocji (Kasia), to skierują cię na manowce. Stracisz dużo, aż będzie się zdawało, że wszystko, a mimo to coś zyskasz. Zysk zawsze jest możliwy, choć pokazać wiarygodnie proces utraty i wzbogacenia to coś piekielnie trudnego. Moje córki krowy są pod tym względem ok. Owszem, mają rację ci, którzy mówią, że to film „prorodzinny”, bo siła więzi ogromna. Ale nic nie jest dane ot, tak. Ani w relacjach między siostrami (odmienność, zaszłości, żale, osobność), ani w relacji między każdą z córek a ojcem czy matką (jak zawsze: miłości za mało lub nie taka). Między rodzicami też nie wszystko było lśniące, nawet jeśli Kasi się zdaje, że tata wzrusza się jak Romeo. Toksyny można zbierać chochlą, pełen gar. Odtruwanie idzie z wolna i nieporadnie. I nie wygładzi się chropowatości do końca. Ale ta scena – pod koniec – gdy ojciec chodzi wśród drzew, a Kaśka z Martą siedzą na ściółce i mówią to samo, choć inaczej, to jednak jest piękne. „Moje życie to porażka”. „No, a moje to sukces…”. To sobie trzeba powiedzieć na półmetku. Najlepiej z dystansem.

Są w Moich córkach krowach ważne rozmowy, ale siłą filmu są mikrosytuacje. Kalejdoskop scen toczących się rytmem wyznaczonym przez awaryjną sytuację. Nawet te poważne wyjaśnienia (np. gdy Marta mówi ojcu o terapii, której potrzebowała, by uwolnić się od jego apodyktyczności) przerywa scena w tonacji odmienna. Przez chwilę intensywnie dotykamy rany, by natychmiast wskoczyć w coś, co jest naturalnie zabawne. Podziwiam scenarzystów, wyczucie tych przejść jest niesamowite. I z jednej strony – opowieść jest spójna, wszystko się super zazębia. A z drugiej – mam w głowie dziesiątki zapamiętanych epizodów. 

To, co mnie frapuje już poza seansem, to pytanie o autobiografizm. Historia opiera się na doświadczeniu reżyserki, która pracę nad filmem nazywa twórczą terapią. Oczywiście, zaznacza: tyle jest przekształceń, że nie należy sięgać po wytrych biografizmu. Poza tym forma tragifarsy ma w sobie siłę cudzysłowu. Ale wiadomo: Marta przypomina Kingę Dębską, córka reżyserki gra córkę Marty, wyroki medyczne, z którymi trzeba się było zmierzyć, są analogiczne. Podobno siostra realna nie rozpoznaje się w tej wykreowanej, co może być istotnym wentylem w konfrontacji życia z opowieścią. Interesuje mnie to ze względu na ryzyko i odwagę związaną z taką odsłoną. Jedno i drugie: odwaga i ryzyko.

Na przykład komizm – dany jest szczodrze wszystkim postaciom. I prostackiemu szwagrowi (nie można przegapić Dorocińskiego w takiej roli!) i ojcu, który gubi się dramatycznie i zabawnie (Marian Dziędziel – świetna kreacja) i obu siostrom. Ale jednak bardziej Kasi. Marta bywa zabawna błyskotliwie. Kasia (co jest również zasługą vis comica Gabrieli Muskały) rozbraja nieporadnością. I jeśli siostry są dla siebie nawzajem niepojęte, to widzowi chyba bliżej do racjonalnej Marty. Co prawda im dalej w głąb, tym mniej jednoznaczna to przewaga, jednak to infantylna uczuciowość wyzwala więcej pobłażliwego uśmiechu. Myślę o odwadze reżyserki, bo jedna rzecz to dotrzeć do własnej traumy, druga rzecz wyważyć perspektywy oglądu. Dominuje ta, która jest bliższa reżyserce.

Jest tylko jedna scena, w której szale racji są w absolutnej równowadze. Najsilniej emanuje z niej siostrzany żal, że ta druga nas nie widzi, bo koncentruje się na sobie. Scena w ogrodzie, po pogrzebie, na którym Marta żegnała matkę. Mówiła prosto, szczerze, uczciwie. Ale Kasia podchodzi do niej z pretensją – absurdalną dla Marty, mimo to zrozumiałą. „Mówiłaś tylko o sobie. Jakbym nie istniała”. Rodzi się silne napięcie. Kulminacyjne. Zakładam, że o mocy katharsis, skoro później jest ta wspomniana wyżej (kadr poniżej) scena w lesie.

Moje córki krowy. Gabriela Muskała i Agata Kulesza

uwierzysz, że jest tak blisko?

Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012


Opowiadania, trzy krótkie i dłuższy – tytułowy – Grochów. Połączone motywem śmierci. Z tym samym bohaterem-narratorem, wykreowanym na autobiograficzną modłę. Stasiukowe teksty. Wszystko, czym słynie pióro Stasiuka, tym owocuje w tym tomie. Myślę, że to jest urodzajny zbiór. Opowiadania są tak po troszę esejami, wspomnieniami, autobiograficzną opowieścią. 

Ale to dziwnie brzmi: opowiadania o śmierci. Przecież są też o życiu, opisują nadejście śmierci w kontekście tego, czym było życie zanim pojawiła się ona. Zresztą: ona nie jest megierą, która niespodziewanie sfruwa i zbiera żniwo. Jest tuż obok cały czas. Nosimy ją pod skórą, tuż pod naskórkiem. Zawłaszcza nieustannie kolejne nasze warstwy. Bo, gdy umierają nasi bliscy, umiera coś w nas. I my sami, wraz z upływem lat, miesięcy, dni… –  stawiając mentalne weto – ustępujemy jej miejsca. 

Nieprzypadkowy jest układ tekstów. Gradacja wtajemniczeń, zacieśniający się krąg, śmierć dotyka coraz bardziej nas samych. 

Umiera babka (która wierzyła w duchy i sfera nadprzyrodzona mieszała się najnaturalniej z tym, co realne). Śmierć babki jest wtajemniczeniem, pierwszym spotkaniem dziecka z nieodwracalnym. Niepojęta. Ale nie bardziej niż śmierci następne. Nie da się tematu oswoić. Choć można zneutralizować emocje, zracjonalizować prawa natury, zbudować (lub odnaleźć) religijną interpretację. Babka umiera w dekoracjach starego świata. Nieponaglanego pędem ku witalności, wiecznej młodości, złudnej naprawialności zużytych sił.

Umiera Augustyn. Domorosły pisarz, utalentowany, choć nienagrodzony popularnością. Bohater przyjmuje tę śmierć z empatią, choć z dystansem, jaki daje brak  włączenia w osobisty świat Augustyna. Poznał go, czytając nadesłane na konkurs opowiadanie. Odwiedzał – w czasie sprzed wylewu i później. Nie na tyle często, by więź z Augustynem stała się wzajemną przynależnością. Wystarczająco, by jego znikanie budziło żal.

Umiera suka. Czas teraźniejszy jest tu najbardziej uprawniony, bo to śmierć rozłożona w czasie, czekająca na miłosierdzie ostatniego tchnienia. Najsmutniejszy tekst w tym tomie. Zapamiętałam, że Michał Chaciński porównał tę historię do Konia turyńskiego Beli Tara (w Tygodniku Kulturalnym – TVN). Przylgnęło do mnie to porównanie, jest trafne. Jakby akt stwarzania zyskał swą okrutną symetrię. Wszystkiego ubywa, wszystko zanika, pierwotnieje. Bezwładnieje ciało, wygaszane są odruchy i nawyki. Znikają kolejno zmysły. I choć umiera zwierzę, jasno wkracza analogia do ludzkich śmierci, a zatem rodzi się też pytanie: czy wraz z obumieraniem materii, otępieniu ulega świadomość? 

Umiera przyjaciel. Ostatni tekst utrwala jego pamięć. To ktoś jak brat, ktoś, z kim dzieliło się marzenia, młodzieńcze zgrywy i bunty, ucieczki i zdrady. Ktoś, kogo przywołuje znajoma przestrzeń, kto ostatecznie rozwieje się pyłem w pejzażu. To wiadomo, bo taki jest punkt wyjścia: kremacja ciała. A dalej są retrospekcje. Piętrowe.

Tą zasadniczą jest wielkanocna podróż do Budapesztu. Wielki Piątek, Wielka Sobota… „Trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie? Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych? Odganiam, opędzam się, umykam. Tak jak wtedy gdzieś koło Gödöllő, gdy powiedział, że za jakiś czas najprawdopodobniej umrze, a ja nie podjąłem tematu. A w każdym razie nie wprost”.

A potem wszystkie inne czasy uaktywniają się równocześnie. Podróże po Polsce, z namiotem, gitarą, flaszką taniego wina. Znużenie perspektywą powtórzenia losu ojców, robotniczego kieratu w fabryce samochodów. W potrzasku grochowskich ulic. Grochów lat 70. to beznadzieja rutyny, ale i tęsknota za innym życiem. Grochów jest – gdy się odpowiednio spojrzy – jak Bronx lub Brooklyn. Splątane korzenie oplatają każdy tutejszy kamień. Więc gdy się spojrzy wstecz, topografia tego świata zmartwychwstaje. Tylko w dawnej nadziei brzmi szydercza nuta zdrady.

„Przed trzydziestu laty paliliśmy ogień na Utracie i wydawało nam się, że jesteśmy bohaterami opowieści, która nigdy się nie skończy. Że to jest jak płyta, jak kolejne piosenki, które można puszczać w nieskończoność. A gdy się znudzą, wystarczy sięgnąć po następny krążek”.

„Trzydzieści lat po tym, jak wśród grochowskich torowisk mieliśmy wizję, że życie nigdy nas nie zdradzi, nie wystrychnie i że wszystko, czego będzie od nas oczekiwać, to absolutna zgoda na to, co przyniesie”.

Oczywiście, to jest tekst o śmierci. Ale naprawdę również o życiu, o przyjaźni, o przeszłości, która wcale nie mija i w kluczowych momentach wraca jakby zawsze była w nas. I pewnie jest. Tekst o przemijaniu, ale trochę też o trwaniu. Bo właśnie ta graniczna sfera, w której oba te kierunki sczepione są z sobą, rodzi melancholię. Ona jest kwintesencją tego tekstu. 

Gdzieś u końca Makowskiej widać było tory kolejowe, one zawsze budzą nadzieję na inny świat, na niekończącą się podróż.

„Nie można oderwać wzroku od dwu biegnących w nieskończoność srebrnych nitek.
Są namagnesowane i nasza tęsknota niczym żelazny okruszek biegnie za nimi na koniec świata”.

*********

Najwięcej przywiązania mam do ostatniego tekstu, ale ciekawy efekt tworzy cały zestaw. Te opowiadania są dla siebie nawzajem kontekstem. Wrócę do historii o Augustynie. Stasiuk (albo bohater Stasiukowej prozy) docenia konkursową opowieść Augustyna, wskazując na to, czego sam w literaturze szuka. I czego sam dostarcza.

„Było w niej to wszystko, czym żywi się prawdziwa proza. Szczegół, zmysł obserwacji, lekki dystans do przedmiotu, lekka autoironia, lekkość opisu i przyprawione goryczą ciepło”. 

Wielki Tydzień wpisany jest w eseje-opowiadania Stasiuka. Może więc rzecz nie kończy się na Wielkim Piątku, może nadchodzi Niedziela? 

Pozdrawiam, życząc Wszystkim nie nazbyt słodkiej, nie zdradliwej, wiecznie odnawialnej nadziei. Na trwanie.