Archiwa tagu: sport

Olli Mäki

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Hymyilevä mies), reż. Juho Kuosmanen, Finlandia 2016

Premiera w połowie lipca. Widziałam, bo byłam na seansie „kina w ciemno” (MUZA).  

Fowiści zgłosiliby veto: film czarno-biały. Amatorzy soundtracków mogliby poczuć niedosyt: nie ma muzyki spoza planu (na planie – niewiele). A ja mówię: zaskoczenie, niespodzianka, bardzo w punkt.

Chwytliwy slogan głosi, że to „fińska love story”, ale bardziej „fińska story” niż „love…”. Opowieść ma zaczepienie w prawdziwej historii – w biografii tytułowego Olli, boksera, który miał dla Finów wywalczyć mistrzostwo świata w 1962 roku.

Fabuła krąży wokół tego sportowego eventu. W Helsinkach rozegra się wielki pojedynek: Amerykanina (który ma tytułu bronić) i Fina (który ma mu go odebrać). Olli to prowincjonalny piekarz z Kokkoli (w tym mieście urodzi się też reżyser – 27 lat po pamiętnym bokserskim starciu). Skoro po tylu latach kręci się o Ollim Mäkim filmy, znaczy, że była to w fińskim sporcie persona. Póki co jest świeży, skromny, uważnie rozpoznający swe cele i uczucia. Cel: nie sprawić zawodu, czyli wygrać, uczucie: „chyba się zakochałem”, czyli Raija. 

Wszystko jest takie niepozorne! Dzisiejszy świat glamour, szeroko otwarty dla sportowych celebrytów, jeszcze nawet nie raczkuje (albo ledwie). Owszem, ekipa fotoreporterów ma śledzić przygotowania, robi się kilka ustawek (nic nieznaczącą Raiję usuwając w cień). Żadnych tam pstrykniętych ukradkiem zdjęć paparazzich. A były przecież widowiskowe okazje – np. gromada zapiętych na ostatni guzik dziennikarzy wkraczająca do łaźni, gdzie goluteńcy bokserzy.

Największym zaskoczeniem jest to, co poza fotograficznym kadrem. Życie codzienne w malutkich mieszkankach, spanie kątem u trenera (w dziecięcym pokoju, skąd przegnano dzieciaki), amatorskie zbijanie wagi. Jest szum i są oczekiwania, ale ich skala budzi uśmiech. Podobała mi się scena kościelna. Olli jest gościem na czyimś weselu. Nieważni nowożeńcy, mężczyźni teatralnym szeptem chcą wydobyć z weselnego gościa, ile to on musi ważyć i jakim cudem schudnie. Biedny Olli nie mógł przecież startować w tej kategorii wagowej, do której naturalnie przynależał, bo w wadze lekkiej triumfował niegdyś trener. Olli musi zmarnieć do 57 kg, do wagi piórkowej, a i tak cud-miód, że nie do koguciej. 

Wszystko, co mnie ujmuje w fińskiej opowieści o człowieku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, jest rozpięte między prostą i minimalistyczną mimiką młodego boksera a promienną i mądrą twarzą Raiji. Skupienie i jasność. Więc jednak „love” głównym tematem? Jednak nie. Historia tych dwojga rozwija się dyskretnie, w domysłach, bez dramatyzmu. Prawie jej nie ma, choć tworzy mocne tło.

Jest jak antidotum na niepewność i presję świata. Jak lek, kompres i multiwitamina na spojrzenia, które widzą w nas kogoś, kim podobno mamy być. Raija patrzy prosto, z uśmiechem, gotowa roześmiać się w głos lub zrobić głupią minę. Niby nic nie znaczy, sama chętnie schodzi na drugi plan. Ale wówczas drugi plan staje się pierwszym. Tak to chyba widzi Olli. Jeśli więc w realnym życiu rzeczywiście związał się z Raiją, to pewnie się nie zatracił i równowagę utrzymał. Bo to właśnie taki film o równowadze. Zwłaszcza w chwili, gdy coś nas rozbuja i próbuje przestawić na nieznany nam tor. Wówczas jest tak, jak w tych scenach, gdy Olli wiózł rowerem Raiję siedzącą na przednim kole. Miało się na wywrotkę, a do celu dotarli.

Data bokserskiej walki – 17 sierpnia 1962 – bez względu na to, co się zdarzy na ringu, będzie datą szczęśliwą. I o to „bez względu” toczy się gra.

Olli Maki 3

bokser i frustratka

Do utraty sił (Southpaw), reż. Antoine Fuqua, USA 2015
Płomień (A Blast), reż. Syllas Tzoumerkas, Grecja 2015.

Inauguracja sezonu. To był dzień, w którym oderwałam się od Downton Abbey (seria 2, 3 i 4) i wyszłam z domu na seans na naprawdę dużym ekranie. Od razu na dwa seanse, żeby zwiększyć szanse na poruszenie, które mnie pchnie w jakimś kierunku – zachwytu, smutku, namysłu. Wiadomo, w końcu po to oglądamy, żeby jakaś reakcja chemiczna zaszła. Coś zatliło, nie powiem. Ale wracałam do domu z myślą, że jednak tradycyjne, zachowawcze, piękne w każdym detalu życie rodziny Crawley`ów ekscytowało mnie bardziej. Samej trudno mi uwierzyć w to, co piszę. Tak, kąśliwa ciotka hrabina Violet, wyniosła lady Mary, niezłomny kamerdyner pan Charles Carson, przewidywalni bądź co bądź, pozostają po kilkakroć bardziej wielowymiarowi niż kreacje ze świeżutkich premier.

Do utraty silDo utraty sił – moim zdaniem – obejrzeć nie zaszkodzi. Kto lubi Gyllenhaala i McAdams, będzie miał w kogo się wpatrywać, pozostali (są tacy, co nie lubią Jake`a i Rachel?) tę korzyść odniosą, że wszystko będzie spójne, umotywowane, ze zwrotami akcji i napięciem narastającym tak, jak trzeba. Powiedziałabym, że to film logiczny i uczuciowy. Proszę sprawdzić, czy to możliwe, by opowieść o boksie, o ciosach w twarz, rozbitych łukach brwiowych, sińcach, wylewającym się lewym oku, ogłuszeniach etc. była logiczna i wzruszająca. 

Ale w tym rzecz, że cudowny paradoks zbudowany na zderzeniu brutalnego sportu z kruchością i tęsknotą za czułością, nie wyważa żadnych drzwi. Raczej przypomina znaną już baśń, w kinie amerykańskim obecną w tylu wariantach, że nie mogłam się nadziwić, jak często serwuje się nam znane od lat menu. Sedno w tym, że ocena filmu Antoine`a Foquy zależy od tego, czy mamy apetyt na nowe smaki, czy zaspokaja nas chleb z masłem. Decyzja zależy od żołądka.

W dwunastu zdaniach: Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest mistrzem wagi półciężkiej. Tworzy życiowy duet z Maureen (Rachel McAdams). Znają się z czasów, gdy oboje byli wychowankami sierocińca. Teraz stworzyli dom dla siebie i córeczki Leili. Bogaty, ciepły. Maureen ma sex appeal i głowę na karku, Billy rozważny jest mniej, co nie dziwi – gdyby za dużo myślał, pewnie by nie boksował. Oczywiście, wszystko się odmieni, Billy straci tyle, że zostanie mu tylko – nomen omen – nadzieja na kolejny zakręt losu. Fanom Rachel McAdams doradzam, by wpatrywać się intensywnie, bo jest na ekranie krótko. Jeśli przed zakrętem był szczyt, to za zakrętem jest jama depresji w fuzji z wściekłością. Znika dwuznaczny manager, pojawia się guru. Stary doświadczony życiem bokser jest jak Wergiliusz u Dantego: prowadzi przez piekło, wie więcej i grzecznie pozostaje na drugim planie. Wzbogaca bohatera głównego w samoświadomość i empatię. Zresztą – bohater ma sporo bodźców do przemiany, a najsilniejszym motywatorem jest córka.

Tyle. Słabe strony wydają mi się oczywiste (100% widzów wie, że utracony tytuł Billy Hope musi odzyskać, choćby miał w tym celu ubić kotlet z przeciwnika),  skupię się więc na tych dobrych. Po pierwsze: montaż walk bokserskich. Trzeba przyznać, że mistrzostwo. Mnie ujęły te zwolnienia, którym towarzyszą mocno podbite plaśnięcia uderzeń. Znika wtedy rozgardiasz tłumu, są tylko ciosy. Runda za rundą. To mnie nie nudzi, może dlatego, że nie jestem kibicem bokserskim, raz na jakiś czas mogę więc zobaczyć, jak to działa. Fuqua pokazuje boks z desperackim zacięciem. Jak spektakl, w którym muszą wybrzmieć upadki, poderwania, kiwanie się na zdezorientowanych nogach, odrzuty głowy, w której chyba miesza się z sobą sens i bezsens całej gry. Zwycięzca unosi ramię poharatany, dostaje ozdobny pas, idzie się umyć. Potem pozwoli się poskładać na wzór siebie sprzed walki.

Po drugie: Gyllenhaal. Ostatnio widziałam go w Wolnym strzelcu, gdzie jako wychudły paparazzi ocierał się o obłęd. Tu demonstruje wyćwiczoną muskulaturę, dla lepszego efektu ustrojoną tatuażami. Nie przypadkiem zapewne są to tatuaże gotyckie, podobne do kroju napisów rozpoczynających film. Jakiś podtekst? Mile widziana podpowiedź. Zastąpię słowa dwoma fotkami, które oddają skalę odgrywanych przez aktora emocji. Aktor się sprawdził. Mógłby zagrać ze trzy razy tyle, gdyby mu ktoś rolę skomplikował. Zadanie miał dość proste – o ile nie wliczać scen walki.

SOUTHPAW

Oona i Jake2

Po trzecie: dziewczynka w okularkach (gdyby nie były jej naturalnym wyposażeniem, należało je wymyślić, trafienie w punkt). Córka, której zafundowano emocje ponad miarę, w skali o niezwykłej rozpiętości – od nienawiści do ojca po ból towarzyszenia mu w walce. Poniekąd również „typ”: mądrej, rezolutnej, nad wiek dojrzałej dziewczynki. Rolę Oony Laurence uważam za mocny punkt obsady. 

***

Jeśli więc przy Do utraty sił mogłam nieco pokręcić nosem na przewidywalność i ogrywanie schematu, to przy greckim Płomieniu ujścia domagało się wołanie o odrobinkę wyjaśnień: co, dlaczego i po co. 

Plomien. plakatOpis dystrybutora prowadzi na manowce, a przynajmniej wkłada do filmu sensy wcale nieoczywiste. We mnie rozbudziło się pewne oczekiwanie. Otóż: że będzie to opowieść o kobiecie, która w szalonym związku z marynarzem utopiła szansę na uporządkowanie swojego życia. Czuje się uwięziona życiową sytuacją (samotnością, balastem wychowywania dzieci w pojedynkę, kryzysem). Dotarła do ściany. Chciałam zobaczyć, jak ją obejdzie. Czy będzie walić w mur, czy przypnie skrzydła, by przefrunąć. Ale to wcale nie o tym. Co gorsza: nie wiem, o czym. Więc mały dyskomfort.

Syllas Tzoumerkas, reżyser, był gościem kina Muza. Sympatyczny i bardzo ciekaw rozmowy. Zgadzał się na każdą interpretację otwartego zakończenia. Niewiele mi pomógł. Jak twierdzi – film ukazuje losy typowej greckiej rodziny, na tle społecznych kryzysów współczesnej Grecji, z odniesieniem do archetypów (Grek to zawsze jakiś archetyp, nie dziwi nic). Jednym z nich jest potrzeba zabicia matki i ojca. No, a niech to! Powiedziałabym raczej, że oglądam perypetie kobiety mocno szurniętej (ciekawe, lecz trudno uznać ten stan za typowość), opętanej seksem, którym niestety nie da się rozwiązać wszystkich problemów. To, czy rzecz dzieje się w Grecji, jest czymś totalnie wtórnym. Najbardziej grecka jest symptomatyczna symbioza błękitu i szarej zieleni. Sytuacja społeczna rysuje się niewyraźnie. Chyba że należy podążać za łopatologią i długi matki odczytać jako zamiennik greckiej niewypłacalności. Nie sklejają mi się obrazy w całość.

To moja druga – zakończona fiaskiem – próba zrozumienia Syllasa Tzoumerkasa. Kilka lat temu oglądałam jego Ojczyznę. Jedno, co mogę, to zastanowić się, dlaczego jestem na niego głucha, choć czasem zatli się w oku płomyk zrozumienia.

Nowe kino greckie olśniło mnie trzykrotnie: Attenberg (2010),  Alpy (2011) i The Lobster (2015). I tyle umiem sobie wyjaśnić, że nie jest to kino realistyczne. Twórcy niby się nie odżegnują od komentowania greckich aktualności, ale na pewno nie należy oczekiwać kina spod znaku Kena Loacha. Nie są to filmy społeczne. Nie są to filozoficzne metafory i nie są to opowieści budowane motywacją psychologiczną. Tym, co jest nerwem znanych mi greckich filmów ostatnich lat, to ekscentryczność, przekraczanie granic, demaskowanie ograniczeń, które zwykle pękają pod naporem absurdu i zakręconych konceptów. Obłęd, okrucieństwo i dużo rzadsze, tym nie mniej ważne, współczucie. Czasami odnajduję w tych historiach niesamowitą świeżość, lubię bohaterów, akceptuję wariactwa i nie domagam się, by było „realistycznie i po kolei”. Szaleństwo rządzi się własnymi prawami i nie wiadomo, kiedy się udzieli, a kiedy nie. Jeśli się nie udzieli, to klapa. I tak się sprawy mają między mną a Syllasem Tzoumerkasem, że mnie się jego zmysł sensu nie udziela. Teraz, gdy wiem, jak on wygląda i jak miło się uśmiecha, jest mi trochę żal, że tacy jesteśmy niekompatybilni. No cóż.

Aggeliki Papoulia

Niczego nie utrudniają retrospekcje. Wydają się wręcz niezbędne, by unieść ładunek emocjonalny głównej protagonistki. Marią jest Aggeliki Paupolia, aktorka świetna, przyciągająca wzrok, znana z Kła, Alp i The Lobstera. Intuicyjnie zestawiam ją z Kingą Preis (czego nie wytłumaczę, lecz sugeruję klasę i charyzmę). Sceną, którą reżyser uznał za kulminację, wokół której krążył, rekonstruując potknięcia Marii, jest scena zwierzeń na spotkaniu psychoterapeutycznym. Otwarcie na oścież przed obcymi. Zanegowanie dotychczasowych relacji, zobowiązań, wizerunkowych przebieranek. Chyba wściekłość na życie. 

Można by pogdybać, skąd to wkurzenie. Powody się znajdą. Niełatwo wychowywać samotnie trójkę dzieci. Owszem, ale o relacjach z dziećmi Thoumerkas ani się zająknie. Dzieciaki plączą się po planie bez sensu. Trudna jest relacja z wiecznie nieobecnym mężem. Ok, wydaje się jednak, że jedyne, czego Maria od niego chce, to wysokiej temperatury wariackich zbliżeń. Dostaje. Marynarz wygląda na takiego, który się nie domyśla, że chodzi o coś jeszcze. Może trzeba mu było powiedzieć? Relacje z rodzicami mogą być frustrujące, to oczywiste. Ale naprawdę grubą przesadą jest bicie kalekiej matki po tyłku i wymawianie ojcu, że na starość stał się ciężarem. Widz, który nosi w sobie nienawiść do rodziców być może utożsami się z Marią siłą rozpędu. Ja potrzebuję wyjaśnień. Pewnie, że upośledzona siostra również może ciążyć jak kamień. Tylko że mnie brakuje cierpliwości, by przytakiwać frustracji Marii. Mam wrażenie, że mogłaby ją dobić nawet przypalona grzanka. Dlaczego mam rozumieć frustratkę? Czy frustratka nie mogłaby czegoś odpuścić? I trochę mniej krzyczeć? Nie trzepać rękami bez ładu i składu… 

 ***

W repertuarze kin  jest naprawdę niezła Pieśń słonia z aktorską kreacją Xaviera Dolana. Polecam. Może gdzieniegdzie uda się upolować Mr.Turnera. A jak nie, to zanurkować w Downton Abbey – w świecie arystokratów i ich służących, w świecie, który umiera na naszych oczach. Ale wciąż uwodzi, wymusza podziw nawet na radykałach. Powiedziałabym, że – być może, co niektórych – leczy z frustracji.

foxcatcher

Foxcatcher, reż. Bennett Miller, USA 2014
foxcatcherPięć nominacji do Oscara. Rozumiem: dla reżysera, scenarzysty, dla aktora pierwszoplanowego i drugoplanowego. Ale za charakteryzację i fryzury?! Fryzury (powtarzam)?

Kolejny film z serii tych, o których nie należy czytać przed seansem. Toteż i pisać po seansie wcale nie jest łatwo. Jeśli coś muszę z siebie wyrzucić  to uznanie dla sposobu budowania napięcia, zagęszczania niepokoju i groteskowo-groźnej aury wokół milionera o skłonnościach megalomana i z kompleksem niedocenienia jednocześnie. Mieszanka wybuchowa.

Sądziłam, że królem filmowego napięcia w tym sezonie będzie Whiplash, tymczasem nie. Foxcatcher, antyteza dynamicznej, jazzowej opowieści, rozgrywa się bez efektownych sparingów antagonistów. Sparingi, owszem, te sportowe na zapaśniczej macie. Ale nie ich wynik budzi emocje. Choć sport stanowi ważne tło. Bohaterami są bracia, Dave i Mark Schultz, mistrzowie olimpijscy w zapasach. Napięcie jest tam, gdzie jest nieobliczalność, szaleństwo lub psychoza. Bez furii, ale narastające chorobliwie.

Spośród trzech panów z plakatu bez nominacji jest pan stojący en face. Lewy profil to nominacja za pierwszy plan, prawy profil – za plan drugi. Można by pociągnąć refleksję na temat więzi braterskich, pięknie się rozwijających, ugruntowanych, bezwarunkowych. Ale ciekawsze jest studium szaleństwa. Bogacz, potomek arystokratycznej rodziny du Pont (czymkolwiek by nie była amerykańska arystokracja) ma fanaberię być trenerem zapasów. Na złość mamie, która uważa ten sport za prostacki. Milioner (podstarzały i chyba lekko, ale nieciekawie homozorientowany) tworzy team zapaśników, na których łoży, ale i oczekuje, że zobaczą w nim swego mentora. Trenera, ojca, Złotego Orła. 

Żałosne jest jego doglądanie sportowców, bo przecież sam tak niewiele potrafi. Jego autyzm, oderwanie od rzeczywistości budzą konsternację. A gdy zaczyna mówić o sobie jak o kimś, kto czyni Samo Dobro – dla ludzkości i Ameryki, gdy zleca kręcenie na swój temat panegirycznych filmów lub oczekuje peanów na wiecach, po prostu przeraża.

Wygląda wyjątkowo mało elastycznie, jak ekstrakt jednostki chorobowej, jakby coś się w nim zaszpuntowało. Może więc słusznie przyznano tę piątą nominację. Bo żeby aktor, zapamiętany z uroczej komedii romantycznej, w której zdobywał serce Juliette Binoche (Ja cię kocham, a ty z nim) stał się nagle kimś, kto zaraża jakimś mentalnym syfilisem, to jednak trzeba sięgnąć po środki specjalne. Raczej aktorskie, ale może też fryzjersko-charakteryzatorskie.

Świeżo po obejrzeniu powiem: nigdy więcej nie wrócę do tego filmu. Raz wystarczy, by już nie zapomnieć.

***

aneks
Kilka oscarowych nominacji, bez statuetek: najlepszy reżyser, aktor pierwszoplanowy (Steve Carell), aktor drugoplanowy (Mark Ruffalo).